..
http://www.joemonster.org/filmy/47604/Krotko_o_Rosji
DODATEK
Na Facebooku Paweł Kukiz opublikował noworoczną poezję inspirowaną telewizyjnym programem "Szkło kontaktowe" TVN 24.
Oto co napisał
Paweł Kukiz:
W łóżku już włączyłem sobie TV.... mogłem Discovery.... Coś
mnie podkusiło i odpowiednik "BlumszteinZeitung" wcisnąłem... Akurat
podsumowanie roku robili. Dalej robią. Teraz "Szkło". , Roztropni
Mężowie Opiniotwórczy :-) Słuchajcie ! MÓWIĄ, ŻE JEST FAJNIE !!! Serio !
Tak fajnie, że fraszkę w minute skrobnąłem i Jarkowi Kuźniarowi
poświęcam. Popadł chyba w niełaski bo nie podsumowuje. A On dla mnie
symbolem tych młodych wykształconych "warszawiaków" jest ! :-)
W Nowym Roku - dwa trzynaście
bydłu z Wiejskiej światło zgaśnie
źródło wyschnie, wiatr zawieje
strach udusi, krew zaleje...
razem z nimi- Panią Z Trujki,
Ziewnikarzy (wydrwichujki)
Warszawiaków z Dzierżoniowa
cichodajki spod Rzeszowa....
Całe bractwo- tefałeny,
czerskie cwele, lewe geny,
Młodych Z Wielkich Miast ( Bielawa -
Kasa, Prostytucja, Sława ...)
Polska ? Ile to kosztuje ?
Co jest warte ? :
Dwie koszule, buty, spodnie , marynara,
na prowincji młoda lala
(wykształcona oczywiście
na politechnice w Wiśle)
Albo chłopczyk dla odmiany
przecież demokrację mamy !!!
W Nowym Roku - dwa trzynaście
tak po prostu :
trzaśnie.
GK/Facebook
ANEKS
UZUPEŁNIENIE POLSKIE
Wielki Głód dawniej i dziś. Metody te same,tylko ofiary inne
2013-01-03 02:28 Autor:
Celarent
Tych, których wątki historyczne zniechęcają, muszę
zmartwić: ten wpis to spora dawka „wspomnień historycznych”. Zmartwię
też tych, którzy nie lubią kalkulacji i nauki jak otakiej. Sporo i tego.
Dziś zatem sięgamy początków wieku XX i przez pryzmat Wielkiego Głodu
początków lat 30. patrzymy na otaczającą nas rzeczywistość. To
spojrzenie zawdzięczam pewnemu widokowi, widokowi małych kolędników,
którzy w tym roku tłumnie nawiedzali domy naszego miasta. Przemoczone,
zmarznięte, smutne, ale i pełne nadziei dzieciaki dzwoniły do drzwi i
cieszyły się, że ktoś ich wpuści. Zwykle, dawniej, zamiast pieniędzy widząc
słodycze, kręciły nosem, mruczały coś tam z niezadowoleniem. W tym roku
ich wzrok na widok cukierków rozpalał się a na buziach pojawiał się
radosny uśmiech. I to był szok. Niby wszyscy wiedzą, że w Polsce jest
źle, ba, coraz gorzej, ale dopiero taki dziecięcy uśmiech szczęścia, na
widok cukierka w Święta Bożego Narodzenia potrafi wcisnąć człowieka w
fotel i zmusić do głębokiej refleksji, zadać sobie pytanie: to, co one
jadły w Wigilię? Kto im wyprawił święta? Caritas? Co jedzą na co dzień?
Może w ich domach panuje głód? I chce się wyć jak wilk do księżyca z
żalu, złości, bezradności… I gdzieś w tyle głowy pojawia się obraz
żywych szkieletów, krążących w ich pobliżu wyjących do księżyca watach i
pustego stepu. To dlatego ta historia. Ona może nas dziś wiele
nauczyć.
Lata 30. Rodzinę polską – małżeństwo z dwojgiem dzieci – wywieziono do Kraju
Ałtajskiego. Kto, wiadomo, dlaczego też. Wtłoczono cztery delikatne
stworzenia w warunki tak trudne, że nie sposób było utrzymać je przy
życiu. Umarł on, potem ona. Z głodu. Dzieciom trzeba było dać coś jeść.
Dzieci były najważniejsze. Przed śmiercią udało się skontaktować z
rodziną w Polsce. Jakiś ksiądz przywiózł maluchy do kraju i umieścił w
sierocińcu. Kontakty z rodziną były niepożądane. Niebezpieczne. Dzieci
męczenników – samotne sieroty, którym całe życie czegoś brakowało. Dziś
umierają, jak ich rodzice, z głodowej emerytury, bez szans na leczenie.
I cóż na to Donald Tusk? Nic. Bo i o czym tu mówić. Bez przesady, i tak
sporo przeżyli – prawie wiek. Wiek katuszy. Właśnie zaczął się kolejny.
Miała zacząć się nowa era. Miało przyjść nowe milenium – milenium
pokoju, sprawiedliwości... Przyszło, coś drgnęło. Pojawiła się nadzieja.
Ludzie otworzyli okna, by wpuścić do domów trochę powiewu… i wwiało
Donalda Tuska. Owładnął całą przestrzeń, wyżarł, co się dało, wylizał
miski i … zakneblował usta. Nie, nie jakąś szmatą – biedą, ubóstwem.,
brakiem perspektyw, poczuciem niższości, świadomością bezradności,
beznadzieją, chorobami wyleczalnymi, których nie można leczyć;
poniżeniem. Zakneblował ustawowo.
Radosne oczy dzieciaka ubranego za grosze w secondhandzie na widok
kolorowego papierka, w którym skrywa się obietnica słodyczy wskazują na
ubóstwo jego dzieciństwa. Przykrywają niemal zgrzebne odzienie, chudą
twarz i cienie malujące zapadnięte oczodoły. Chce się płakać, wyć, drzeć
pazurami mordę tego, który doprowadził do takiej sytuacji, który siedzi
i żre, żre, żre i żre. Bezkarnie żre. I bezprawnie. Jak Stalin na
Kremlu w 1930 – 31 – 32 i 33 roku.
Nie ma rocznicy, fakt, ale jest podobieństwo: metod i skutków działania.
W Polsce zaczyna się właśnie Wielki Głód. Niezależnie od tego, jak
pełne koszyki mają przedstawiciele tłumów robiących przedświąteczne
zakupy, które oglądaliśmy na szklanym ekranie. Wiadomo, telewizja
kłamie. Zwłaszcza ta publiczna, sprzedajna (pip). Patrząc na lansowane
obrazki i słysząc przedstawiane analizy, słupki i wniosków, myślałam
więc w święta o tych biedakach, którzy nie byli w marketach, którzy
święta spędzili przy konserwie rybnej z Caritasu, albo rybce „na
krechę”… Co czuły ich dzieci widząc, ile inni (normalni, przeciętni)
Polacy wydają na prezenty dla dzieci...? Nie, to nie będzie wycieczka
sentymentalna w okolice biedy polskiej, ani wspomnienie ofiar Wielkiego
Głodu lat 30. ubiegłego wieku. Co zatem? Zapraszam.
Po rewolucji bolszewickiej w Rosji przez tereny zagrabione przetoczyły
się w sumie trzy fale głodu: na początku lat 20., Wielki Głód lat 30. i
po II wojnie światowej (w latach 1946-47). Głód w latach 30. był
najtragiczniejszy w skutkach i zwany jest Wielkim. Szczególne nasilenie
przybrał na terytorium ówczesnej Ukraińskiej SRR (dzisiejsza Ukraina
wschodnia i centralna), pochłaniając kilka milionów ludzi (4-5). Dotknął
on więc jeden z najbardziej urodzajnych regionów Europy; regionów,
który mógłby wyżywić niemal cały kontynent a nie zdołał nakarmić ludzi
go zamieszkujących.
Jak do tego doszło? Propaganda sowiecka wpajała najpierw światu, że to
kraj mlekiem i miodem płynący, dostatni- nic złego tam się nie dzieje.
Kiedy jednak to mleko się rozlało, wmawiała światu, że winni są sami
głodujący: nie chcieli pracować, uprawiać ziemi. No, to i zdechli z
głodu. Inni mówią, że prawda leży gdzieś po środku a nawet ma różne
oblicza. Wiadomo, jak to w sowieckiej czy postsowieckiej propagandzie.
Tak, jak Rosja nie uznaje zbrodni katyńskiej za ludobójstwo, tak i tego
za akt ludobójstwa nie uznaje. W sumie nie dziwi. Nie zmienia to jednak
faktu, że jedyną przyczyną klęski głodowej była stalinowska polityka
terroru na Ukrainie, ale i poza Ukrainą - na Kubaniu, nad Donem, na
północnym Kaukazie i w Kazachstanie.
Apogeum Wielkiego Głodu przypada na wiosnę 1933 r. Proces uśmiercania,
nawet jeśli nie chodziło o wybicie wszystkich a jedynie złamanie im
kręgosłupa moralnego, odbywał się według planu Stalina. Plan ten polegał
na dokończeniu rewolucji bolszewickiej. Pierwszy etap wprowadzania
komunizmu - w latach 1917 - 1918 –to krwawa likwidacja warstw
inteligenckich, właścicieli ziemskich, fabrykantów i mieszczaństwa.
Pozostało jedynie przełamać chłopów i im również narzucić marksistowską
doktrynę i zaprowadzić kolektywizację wsi. Rozpoczęto ją w końcu lat
20., a tłumaczono koniecznością przyspieszenia rozwoju przemysłu
ciężkiego. Rozprawę z wsią dokończono w latach 30. To doprowadziło do
Wielkiego Głodu.
Jak? – spyta ktoś bardziej dociekliwy. To się nie trzyma kupy. Wszak
kolektywizacja, komunizacja terenów ZSRR przebiegała wszędzie a nie
wszędzie ludzie milionami padali z głodu. Nie wszędzie wymierały
kilkutysięczne wsie, pozostawiając po 20-30 osobowe zasoby ludzkie. Nie
wszędzie dochodziło do aktów kanibalizmu. Nie wszędzie wioski były
cuchnącymi cmentarzami, gdzie domy stały jak mało szczelne grobowce, bo
zmarłym nie było komu kopać dołów. Nie wszędzie, wreszcie, wywożono
ludzi tabunami i wrzucano z ciężarówek do wielkich dołów, grzebiąc
ludzkie ścierwo jak cuchnące flaki z rzeźni – by nie zakażały i nie
smrodziły. Ale, jak to?! No, tak. Nie wszędzie, bo nie wszędzie prości
ludzie byli tak przywiązani do tradycji, wiary i tak zamożni, dumni i
waleczni; nie wszędzie ludzie pozwalali wydrzeć sobie ojcowiznę, wiarę w
Boga i Ojczyznę. I zapłacili za to życiem. Ciśnięto ich do skutku i
uduszono. To uczy nas ważnej rzeczy: dusiciele są bezwzględni i nie
odpuszczą. Są też mściwi, nieludzcy i wyprą się własnej twarzy w
lustrze.
A świat? A co świat robi w sprawie Somalijczyków? Pohuczało trochę i
temat się znudził. No, może wysłali kilka tysięcy ciężarówek z
jedzeniem, piciem lekami. Paru zapaleńców poświęciło swój czas i siły.
Wszystko w tym temacie. A tam dzieci zdychają. To uczy nas, że świat
(polityka, świat polityki) jest równie bezduszny jak dusiciele: będą
patrzeć, będą widzieć a palcem nie kiwną – dwulicowe, interesowne hieny.
Latem 1933 r. lider francuskiej Partii Radykalnej Eduard Herriot mówił o
"wspaniale nawodnionych i uprawianych kołchozowych warzywnikach" i
"zdecydowanie wspaniałych żniwach", by zakończyć konkluzją:
"Przejechałem Ukrainę. A więc! Ręczę wam, że widziałem ją podobną do
przynoszącego obfite plony ogrodu". No i na początku lat 30. wolny
świat był zajęty innymi sprawami: igrzyskami olimpijskimi w Los Angeles,
Wystawą Światową w Chicago…, a potem nieco poważniejszymi – dojściem
Adolfa Hitlera do władzy w Niemczech. Nigdy obrzeża Starego Kontynentu
nie wzbudzały większego zainteresowania państw Europy Zachodniej. I dziś
też – spójrzmy prawdzie w oczy – Europa ma nas w dupie.
I tym należy tłumaczyć zobojętnienie na tragedię milionów ludzi,
umierających na Ukrainie w straszliwych męczarniach głodowej śmierci.
Dziś jest niestety podobnie, np. z percepcją krwawej rozprawy Rosji
Putina z małym narodem czeczeńskim. Tak samo z zakusami na Gruzję. Z
zapędami w Polsce. Ukrainę znów Rosja tuli w swoich objęciach… A Świat…
ma to w najgłębszym poważaniu, czyli również sra na to wszystko. Czym?
Tym co zje w czasie hucznych świat Dieda Maroza i Santa Klausa.
Do dziś nie jest znana dokładna liczba ofiar Wielkiego Głodu na
Ukrainie: 3,5 - 5 mln. W oficjalnym sprawozdaniu przeznaczonym dla
Stalina szacowano, że 3,3 - 3,5 miliona osób w samej Ukrainie. Jednak
niektórzy badacze doliczyli się nawet 20 milionów, ale już nawet dwa
razy więcej - bo prawie 40 milionów ludzi dotknął głód lub głodowa
nędza. W najgorszym okresie umierało do 25 tys. ludzi dziennie, których
chowano pospiesznie w zbiorowych, anonimowych mogiłach. Szczególnie
cierpiały dzieci: ocenia się, że na Ukrainie zmarła jedna trzecia z
nich.
Spór dotyczy też motywów. Część ukraińskich badaczy i polityków
twierdzi, że istotną rolę odegrał czynnik narodowy, a celem Moskwy było
zdławienie ukraińskich dążeń niepodległościowych. Zwolennicy takiej tezy
wskazują, że głód objął przede wszystkim Ukrainę i rosyjski Kubań,
gdzie większość mieszkańców też stanowili Ukraińcy. Przypominają, że
wcześniej - w latach 20. - wyniszczono ukraińską inteligencję.
Opustoszałe po klęsce głodu miejscowości zasiedlano Rosjanami. Takie
relacje słyszałam z ust Ukraińców we Lwowie. Znam potomków tych, którzy
zmarli śmiercią głodową, by ich żony, dzieci mogli przecierpieć jeden
rok dłużej, z nadzieją, że po tym roku może zaczną powoli …żyć. Oni
mówili (polscy Ukraińcy i Ukraińcy jako tacy również), że to, co się
wówczas działo nie było wynikiem klasowej nienawiści wobec chłopów.
Historycy uważają, że celem było złamanie oporu wsi wobec przymusowej
kolektywizacji, który na Ukrainie był największy, a co za tym idzie -
likwidacji chłopstwa jako grupy społecznej.
Wydaje się, że obie te przyczyny wywołania Wielkiego Głodu - nienawiść
narodowościowa, jak i klasowa, są równie prawdopodobne i wcale się nie
wykluczają.
Jak to było zatem? Jaki był plan? Plan działania: najpierw kolektywizacja, metoda: systematyczność.
Bezpośrednim powodem głodu było konfiskowanie chłopom - najpierw zapasów
zbożowych, a potem w ogóle całej żywności (wcześniej na Ukrainie
przeprowadzono kolektywizację – w trzech etapach, od 1930r. uchwałą
Komitetu Centralnego partii bolszewickiej z lutego 1929 r.; Miała
zakończyć się w 1931 lub 1932r.). Na Ukrainie zamierzano wprowadzić
gospodarkę uspołecznioną zarówno w przemyśle, jak i w rolnictwie. Chłopi
mieli "dobrowolnie" wstępować do „spółdzielni” rolnych , a ziemia ich
gospodarstw miała tworzyć wspólny majątek kołchozów - kolektywnych
gospodarstw. Mimo represji, podczas przymusowej kolektywizacji
zbuntowało się ponad milion chłopów. Wtedy władze oskarżyły kułaków (tak
nazywano zamożnych chłopów; od ukraińskiego słowa "kułák" - zaciśnięta
do uderzenia pięść, którą mieli bić biedaków pracujących na ich
gospodarstwach) o agitację przeciwko kołchozom oraz o sabotaż i
ukrywanie plonów. W efekcie trzy procent chłopów uznano za kułaków i
rozstrzelano lub zesłano na Syberię jako wrogów władzy radzieckiej.
Jawne bunty oraz niszczenie własnego mienia, które miało stać się
własnością wspólną, były na porządku dziennym. Pogłowie bydła
zmniejszyło się o połowę (co oczywiście spowodowało trudności rynkowe). W
dostawach do miast zabrakło podstawowych produktów - mięsa, mleka i
masła. Wywołało to represje sowieckich władz. Radykalnie zwiększono
rozmiary obowiązujących dostaw produktów rolnych. W "Czarnej księdze
komunizmu" (wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999 r. – polecam)
czytamy:
"W 1930 roku państwo zabrało 30 proc. produkcji rolnej na
Ukrainie, 38 proc. na bogatych równinach Kubania i północnego Kaukazu,
33 proc. zbiorów w Kazachstanie. W 1931 roku, przy dużo gorszych
zbiorach, ilości te wyniosły odpowiednio 41,5 proc., 47 proc. i 39,5
proc. (...) W 1932 roku plan przymusowego skupu był o 32 proc. wyższy od
planu z roku ubiegłego. (...) Do odbierania zboża centralne władze
musiały znów posłać »brygady szturmowe«, utworzone w miastach z
komsomolców i komunistów".
Wsie otaczano, a brygady złożone z milicji, wojska i aktywistów
partyjnych konfiskowały w obejściach nie tylko zapasy zboża, ale
praktycznie wszystko, co nadawało się do jedzenia, nawet u głodujących
wieśniaków. Konsekwencją tego stał się głód, który objął prawie
wszystkie wsie na Ukrainie.
Wprowadzone w 1932 r. prawo o ochronie własności państwowej przewidywało
dziesięć lat łagru lub karę śmierci "za wszelką kradzież lub
roztrwonienie socjalistycznej własności". Ludność znała je pod nazwą
"prawa o kłosach", gdyż skazani na jego podstawie winni byli najczęściej
kradzieży kilku kłosów pszenicy lub żyta na kołchozowych polach. Na
podstawie tego prawa skazano ponad 125 tysięcy ludzi, w tym 5400 na karę
śmierci, tylko w ciągu roku. Pozostałych wywożono do gułagów.
Nastąpiła
fala migracji głodowych do miasta, gdyż tam
obowiązywały przydziały żywnościowe dla pracujących. Chłopi próbowali
też uciekać do Rosji, ale granice Ukrainy były obstawione przez wojsko.
Ukraina została odizolowana, nie wpuszczano nikogo, kto wiózł żywność.
Z powodu rzekomego sabotowania obowiązkowych dostaw zbóż władze
wprowadziły całkowitą blokadę wsi i zakaz poruszania się koleją. Ustawa z
27 grudnia 1932 r. o paszportach wewnętrznych i obowiązkowym meldunku
dla mieszkańców miast miała ograniczyć wychodźstwo ze wsi, "zlikwidować
pasożytnictwo społeczne" i "zwalczać przenikanie elementów kułackich do
miast". Wobec ucieczek ratujących życie chłopów rząd ogłosił 22 stycznia
1933 r. podpisany przez Stalina i Mołotowa okólnik, który skazywał na
śmierć miliony zagłodzonych ludzi.
Raport konsula włoskiego z Charkowa, miasta położonego w sercu jednego z
najbardziej dotkniętych przez głód regionów kraju - mówił o ludziach
usuniętych z miast:
"Od tygodnia zorganizowano służbę przyjmującą
porzucone dzieci. W istocie bowiem poza chłopami napływającymi do miast,
gdyż na wsi nie mają żadnych nadziei na przeżycie, są jeszcze dzieci,
przywożone tu przez rodziców, którzy po porzuceniu ich wracają, by
umrzeć na wsi. Mają bowiem nadzieję, iż w mieście ktoś zaopiekuje się
ich potomstwem. (...) Od tygodnia zmobilizowano dworników [stróżów] w
białych bluzach, którzy patrolują miasto i doprowadzają dzieci do
najbliższego posterunku milicji. (...) Ci, którzy jeszcze nie spuchli i
mają szanse na przeżycie, kierowani są do baraków w Chołodnej Gorze,
gdzie kona na słomie prawie 8000 ludzkich dusz, w większości dzieci.
(...) Osoby opuchnięte przewozi się pociągami towarowymi na wieś i
pozostawia pięćdziesiąt-sześćdziesiąt kilometrów za miastem, żeby nie
umierały na widoku. (...) Po dotarciu na miejsce wyładunku kopie się
wielkie rowy, do których wrzuca się zwłoki zebrane ze wszystkich
wagonów".
Dziś też nie pokazuje się w święta biednych dzieci, które nie zasiądą
pięknie wystrojone do suto zastawionego stołu w cieplutkim, przytulnym
mieszkaniu a sine z zimna i blade z niedożywienia przycupną przy niemal
pustym stole, na którym dobrze, że w ogóle coś jest i które nie dostaną
żadnego prezentu, jeśli Caritas czegoś z darów nie przyniesie. Nie
pokażą ich smutnych oczu tęskniących za drobnym upominkiem, który nie
będzie niczym użytecznym, niezbędnym, koniecznym, redukującym jakiś brak
w ich życiu (np. ciepłymi skarpetami, grubym swetrem z ciuchlandu czy
butami po bogatej koleżance) Lu za jakimś w ogóle upominkiem. Nie, one
nie mogą cierpieć na widoku. Pokaże się je kiedy indziej. Przy okazji
reklamy jakiejś fundacji czy akcji charytatywnej. Nie będzie się psuć
ludziom humoru na święta… Nie powie się ile wynosi „rodzinne” w Polsce.
Nie powie się, ile dzieci głoduje wraz z rodzicami za ich głodową
pensje, którą zjadają astronomiczne podatki, zusy, składki i rachunki za
minimalne wykorzystanie czegokolwiek. Nie powie się, że nie używają
prawie prądu, że myją się raz na tydzień w tej samej wodzie – jeden po
drugim całą rodziną. Nie wspomni, że są otępiałe, osowiałe, zbuntowane i
rozgoryczone, że tęsknią za byciem „kimś”, co znaczy „przeciętnym,
statystycznym Polakiem”. Po co mówić, to patologia.
Nie mówili też w święta o tym, że ten czas był dla niektórych bogatszy
tylko dlatego, że żyli oddzielnie, że ich spotkanie rodzinne było
krótkie a radość mieszała się z bólem rozstania, bo tata/mama znów
musieli wracać – do pracy gdzieś bardzo daleko, na bardzo długo…
Musieli. Ten przymus wynika wyłącznie z ustawodawstwa i decyzji
politycznych w sferze gospodarki lub ich braku, które doprowadziły do
biedy milionów ludzi w Polsce. Musieli. Zmuszono ich do migracji
głodowej. Bo i żeby zarobić cokolwiek, utrzymać dwa gospodarstwa domowe,
trzeba nie tylko się starać i oszczędzać – trzeba pracować. Wielu nie
wróciło. Moja znajoma wróciła …w trumnie. Pierwsze dnia świąt osierociła
syna pozostając od wielu już lat na obczyźnie, gdzie od świtu do nocy
szorowała cudze sedesy.
To nas uczy rzeczywistości.
W latach 30. XX w. głód stał się normą życia ludności wiejskiej Ukrainy.
Na wschodzie i południu Ukrainy zmarło z głodu ok. 20 - 25 proc.
mieszkańców. Szerzyło się ludożerstwo. Ludzie jedli koty, psy, żaby,
wrony, dżdżownice, otręby, chwasty, suszone i świeże liście, trociny.
Nie nadążano z grzebaniem ludzkich szkieletów, powleczonych skórą.
Śmiertelność niemowląt dochodziła do 80 proc. Ludzie masowo popełniali
samobójstwa. Pomoc międzynarodowych organizacji humanitarnych nie
nadchodziła, bo władze sowieckie jej zabroniły twierdząc, że głód na
Ukrainie jest wymysłem burżuazyjnej propagandy. I propaganda sowiecka za
granicą też robiła swoje. I tak do dziś.
Za ludobójstwo uznają głód na Ukrainie rządy lub parlamenty 26 państw, w
tym Polska (na podstawie uchwały Senatu), Argentyna, Australia,
Azerbejdżan, Kanada, Mołdawia, Gruzja, Belgia, Estonia, Węgry, Litwa,
Łotwa, Stany Zjednoczone i Watykan. Nie ma na tej liście Niemiec,
Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Nie ma w tym
towarzystwie Belgów, Holendrów… Bo nie wierzą, że w państwie
szczęśliwości mogło tak się dziać. Wielu Francuzów podziwia Stalina –
wybitnego polityka, którego nie lubią tylko tacy słabeusze jak Polacy.
Cóż się dziwić, ludzie, którzy zamordowali własnego króla – oficjalnie i
bez cienia żalu, tylko dlatego że był królem i nie pasował do nowej
układanki… De ja vis? Czy nie tak było z Romanowami? O, i zrozumiałe
jest stanowisko Wielkiej Brytanii… Gdyby to przeczytali, wkurzyliby się.
…i jeszcze ciaśniej z Ruskimi współpracowali. Nasi sojusznicy. Wtedy i
dziś… To uczy: kontroli ponad zaufanie. Roztropności. I leczy z
naiwności.
Jednym z wielkich polskich problemów jest bieda, wręcz nędza niekiedy,
sporej części polskiego społeczeństwa, a niewybaczalnym grzechem autorów
tzw. transformacji ustrojowej oraz szokowej terapii – ubóstwo młodzieży
i dzieci. Kim oni są? To słynna III RP. To PSL, SLD, UW, …PO. Oni
odpowiadają za los polskich rodzin, polskich starców i dzieci. A dzieci
jest coraz mniej. Podobno do 2035 znikną ilościowo dwa województwa
ludzi. Czasowo szkoły zaczynają odnotowywać zwiększenie ilości uczniów.
Do szkolnych ławek powędrują dzieci becikowego wyżu. Okazuje się, że
można społeczeństwo zachęcić do macierzyństwa i ojcostwa. Okres rządów
PiS, krótki, bo krótki, dał ludziom nadzieję. Spojrzeli w przyszłość i
dali ojczyźnie nowych Polaków. Wielu z nich dziś …głoduje. Wiadomo,
przez PiS, właśnie. Tak, w rzeczywistości przez PiS, bo nie wygrał z PO.
Nie wygrał z partia nawołującą do jedności, wybaczenia, patrzenia w
przyszłość, odrzucenia zaszłości historycznych w przestrzeni kraju i
jego sąsiedztwa… Przegrał z partią, która w pierwszych swych
posunięciach …zabrała becikowe. PO rządzi drugą kadencję a sytuacja w
kraju jest coraz gorsza. Wzywają nas do solidarności i „bycia razem” w
spotach reklamowych PO. Znaczy, będzie bardzo źle. Tego nas to uczy.
Co piąte polskie dziecko już w 2010 roku żyło w rodzinie o niskich
dochodach, w trudnej lub bardzo trudnej sytuacji materialnej znajduje
się ponad 1,8 mln Polaków mających mniej niż 19 lat. A reszta? Emeryci?
Renciści? Dorośli w wieku produkcyjnym? Jest nas koło 38 milionów.
Dzieciaka nakarmisz w pierwszej kolejności. Taki naturalny odruch. A kto
nakarmi rodziców, dziadków i tych samotnych z sąsiedztwa? Nikt. Oni to
dopiero głodują! To dodatkowe trzy kategorie głodujących. Demograficznie
są liczniejsi co najmniej dwukrotnie. Od 2010 roku przybyło ich
(powiedzmy) z 10% (skoro bezrobocie sięga już 13%, to i tak nie wiele).
To czego nas to uczy? Tego, że poza 2 milionami głodujących dzieci, mamy
w Polsce jeszcze 8 milionów głodujących dorosłych polaków! Poza nimi są
jeszcze ci słabo jedzący, ale jedzący. Ci, co jedzą w miarę dobrze,
ale niewystarczająco. Ich proporcjonalnie jest tyle samo. Bo? Bo u nas
nie ma klasy średniej a klasa bogatych jest liczebnie mała. Możemy
śmiało założyć, że około 16 milionów ludzi w Polsce żyje na poziomie
minimum. To oznacza, że 24 miliony ludzi jest wściekła. Kiedy położymy
na wadze głodujących z jednej i prawie głodujących z drugiej strony,
mamy święty spokój Donalda Tuska i ekipy dobrze żrących. Historia uczy
nas jednak tego, że bieda i głód rodzą jedynie biedę i głód jeszcze
większy. To uczy nas zaś o tym, że święty spokój Donalda Tuska i ekipy
dobrze żrących skończy się szybko. Co było dalej na Ukrainie czy w
Kazachstanie? Ustawy trzymające bardziej za pysk. Spokojnie, u nas już
je wprowadzono. To uczy nas o zapobiegliwości rządu, ale i jego
motywach. Oznacza to, że D.T. doskonale wiedział (wraz z całą ekipą
dobrze żrących i nażartych), ku czemu to zmierza. Wiedzieli też, że ku
temu musi, bo ma zmierzać i koniec.
Spośród 32 krajów należących do OECD, jesteśmy na samym końcu. Aż 30
proc. dzieci w Polsce żyje w biedzie. To najwięcej wśród wszystkich
krajów Unii Europejskiej. Co to oznacza? To znaczy, że te dzieci:
mieszkają w nieremontowanych, często za ciasnych dla ich rodziny
mieszkaniach; że w ich domach często jest za zimno; że nie noszą
przyzwoitych (nie uwłaczających ich godności, nie zniszczonych i nie za
małych) ubrań; że nie mają dość ciepłych ubrań na zimę; że chorują zbyt
często; że nie są dobrze leczone; że nie jedzą śniadań i kolacji; że
często nie jedzą żadnego ciepłego posiłku dziennie; że nie spożywają ani
warzyw ani owoców; że jedzą najtańsze (lub dostarczone przez np.
Caritas) i wciąż te same produkty: makarony, ziemniaki, pomidorówkę z
ryżem lub makaronem, pasztetową… i ziemniaki – z cebulą, w kopytkach, w
blinach, plackach. I mamy jadłospis na tydzień. Tydzień w tydzień. To
dzieci, które nie noszą nigdy kanapek do szkoły. Nigdy nie jeżdżą na
szkolne wycieczki. To dzieci zawstydzone, upokorzone, smutne i często
zbuntowane. W przeciwieństwie do większości dzieci z bogatych domów, to
dzieci bardzo wrażliwe. I dlatego tak bardzo zranione.
Różnica pomiędzy ubóstwem dzieci a biedą dorosłych jest taka, że naraża
najmłodszych m.in. na nieukończenie szkoły, zachorowanie spowodowane
brakiem szczepień i niedożywienie, odrzucenie przez szkolnych kolegów.
Dorastanie w enklawach biedy rzutuje na całe dalsze życie ludzi, którzy
nie znają pozytywnych wzorców kulturowych i moralnych oraz nie wiedzą, w
jaki sposób osiągnąć sukces zawodowy. To prawdopodobnie przyszli
bezrobotni, wtórni analfabeci i niezaradni życiowo, notorycznie
korzystający z pomocy społecznej. Do tego są jeszcze dzieci ulicy. Mało
znany problem w Polsce. A jest ich w Polsce około miliona. Dzieci ulicy w
domu tylko nocują, to ulica daje im wszystko - pieniądze, żywność,
zabawki, ubrania, a także przemoc, alkohol i narkotyki. I mamy 9 do 16. I
mniej spokoju. A wojska prawie nie ma. Kto będzie pałował w nowym
stanie wojennym? Wajda, kręć: „ZOMO Reaktywacja”. Złotych sponsorów
ekipa ma jeszcze kilku. Generał jeszcze żyje a jakie ma doświadczenia
dowódcze! To Polaków nauczy – nie skomleć przy jedzeniu. Nawet z pustych
misek. Tymczasem podnoszone są podatki, zabierane ulgi podatkowe,
praktycznie zamrożone wszystko: stopy procentowe, emerytury, renty,
zasiłki rodzinne i socjalne, kasy NFZ… Wiosną puszczą lody – uczy natura
– i wszystko popłynie. Poleje się woda – słów i ta na otrzeźwienie
niektórych umysłów. To one przeważą szalę. Donald Tusk modli się do
trzech rzeczy i przed trzema klęka a dwie SA wszystkim znane: słupki
sondażowego poparcia i słupki wzrostu gospodarczego (trzeci słup zajmuje
tyle miejsca, bo to cała ekipa, że za nim, jak za murem, chowa się
Wielki Brat – autor Wielkiej Biedy).
Przeświadczenie, że problem zostanie rozwiązany na skutek wysokiego
wzrostu gospodarczego, jest mylne. Polsce potrzebny jest bowiem spójny
program interwencyjny. Bieda dzieci najczęściej wynika z niskich
zarobków ich rodziców i z niskich świadczeń społecznych.
Kiedyś Balcerowicz zasygnalizował kolejny swój postulat zmniejszenia
wydatków na świadczenia Chciał utrzymać wewnętrzny popyt przez
wydłużenie czasu pracy. Opowiadał o tym w radio. Prowadząca wywiad
skwitowała, że gdy rządy występują z takimi propozycjami, ludzie
wychodzą na ulice. Balcerowicz odpowiedział bezczelnie: No i co z tego,
że wychodzą. W każdym normalnym kraju ludzie od czasu do czasu wychodzą
na ulice. I nauczyła się ekipa, że trzeba temu zaradzić przed czasem
(wyjścia na ulice) – ustawowo. Dokonane. To uczy jedynie o determinacji
ekipy. Jak za bolszewików i Stalina: siła strachu, determinacja i
konsekwencja oparte o systematyczność. Czegoś tu brakuje ekipie
nażartych bardzo dobrze? Wiadra. Niedługo zaczną wymiotować.
Mamy tu dwa podobieństwa: arogancja władzy wobec obywateli, którzy są
przeciwni nakładaniu na nich nowych ciężarów i odbieraniu im świadczeń.
Ukraińców lat 30. XX w. zabił Stalin tą samą metodą - przez zwiększenie
obowiązkowych dostaw i odebranie im tego, co pozwalałoby im przeżyć,
wyżywić rodziny, …dzieci. Co robi Tusk? Nic? Nie. Stalin też nie chodził
po domach z koszykiem na jajka i workami na zboże. Tusk ma Grasia,
Rostowskiego i innych kreatywnych wykonawców. Sam nakłada serdeczną
maskę stroskanego i odpowiedzialnego ojca, gospodarza. On, jak Janosik,
zabiera bogatym …nie tylko biednym. Becikowe nie dla bogatych. Jak
zabrać i biednym? Proszę: Pokaż babo kwitek, że lekarz kontrolował od
początku, jak rośnie ci brzuch z tym małym darmozjadem w środku. Już
parę złotych w kasie zostanie.
Państwo UW, SLD, czy teraz PO…, wsio ryba, to nie państwo a poddaństwo.
Całkowite nowoczesne poddaństwo. Taki nowoczesny stalinizm. Tylko
metody stare. Kto nie za partią (PO)? Większość emerytów i rencistów. I
dzieci, bo w ogóle na razie nie głosują, więc na razie w ogóle się nie
liczą. To nie w rodzinę wali Tusk – w dzieci wali. To ich po swojemu
edukuje w szkołach, im skąpi chleba, odzienia, warunków do godnego
życia. Że i dziadkom i rodzicom? Oni dadzą radę …nie jeść. Najwyżej nie
dożyją wnuków (czasem to i lepiej dla nich). Emerytury zostaną w kasie
(problem leczenia rozwiązany: nie ma kasy i już).
Jednocześnie słyszymy wielkie słowa otuchy, wezwanie do miłości i solidarności, ofiarności… Słowa, słowa, słowa…
I bale charytatywne. W Polsce problemem biednych dzieci nie zajmują się
rządzący. To nie ich sprawa, że jakiś dzieciak jest niedożywiony. To
sprawa dla fundacji różnej maści. To sprawa Kościoła, Caritasu… I to nie
sprawa MOPS-ów, bo ci dołożą tyle, ile mogą. Dla wszystkich nie starczy
i niewiele można dać.
Karnawał. Czas bale zacząć. Dziennikarze zlecą się w najdroższych -
nieprzyzwoicie drogich w tej sytuacji – kreacjach. Z kochankami,
konkubinami czy żonami. Będą bawić się do upadłego. Sami. Najbardziej
zainteresowanych – głodnych – brak. Wrócą do domów nawróci,
nieprzyzwoicie nażarci i weseli. Ruszy Wielka Orkiestra ŚP. Bo w Polsce
chorymi też rządzący się nie zajmują. Nie w tym sensie, by ich leczyć a
broń boże ratować im życie za publiczne pieniądze. Swoje konta zapełnią
fundacje telewizyjne i jakaś prezydentowa zabłyśnie. Państwo Komorowscy
wysłali wszak świąteczna paczkę, znaczy są charytatywnie nastawieni. Oj,
wykarmili bandę głodnych dzieciaków w Wigilię. Tylko, kto da im jeść w
nowym roku?
Nie słychać ani słowa o dzieciach. One nie funkcjonują w przestrzeni
publicznej. Gdyby nie szkoły… Gdyby je zamknąć…, cóż za oszczędność! Ze
szpitalami dziecięcymi można sobie ostatecznie poradzić. Ci lekarze za
darmo będą tam pracować, byle nie zamknęli placówki… Wiem, jak łatwo
leczyć się w jakimś DSK. Wiedzą i rodzice tego malucha z Białegostoku,
któremu nie zrobili badań krwi i zmarł. Ojciec chce im wysłać kilka
złotych za te badania. Chłopie, nie w tym rzecz, że nie zapłaciłeś
dychy. Nie zapłaciłeś stówy za prywatną wizytę, pięciu dych za
skierowanie na oddział, na którym rezyduje ów prywaciarz i kolejnej
stówy za opiekę… Wiem, moja córka dzięki Bogu przeżyła, choć opuściła
DSK nawodniona, nie leczona, bez karty wypisu, ciężko chora… Akurat ten
sam szpital. Pielęgniarki śmiały mi się w twarz, że nie umiałam tego
„załatwić”. Ale to tak na marginesie. Bo co tam dwoje maluchów, w tym
jedno martwe. Są ważniejsze kwestie.
Ile dzieci w Polsce umiera z głodu? Nieprawda, że nie ma takich. To
dzieci notorycznie niedożywionych (nawet jako ciężarne) matek, często
chorych kobiet, którym brakuje wszystkiego. To dzieci głodujące od
małego, bo w domu brakuje na wszystko. To dzieci, które wreszcie same
chorują na przeróżne choroby. Zabije je grypa, powikłania, choroby
serca, krwi, kości… To dzieci głodne.
Jeszcze z rok rządów PO-PSL, czy - nie daj Boże – PO-SLD/PO-RP, a te
dzieci będą grzebać we wspólnych dołach lub wywozić gdzieś daleko za
miasta – by nie konały na widoku. Co ja gadam, one konają na widoku. To
my tego nie widzimy. Głodują całe rodziny. To ludzie, którzy za 1200 zł.
muszą utrzymać trzy, cztery osoby. Policzmy:
600 - mieszkanie, 100 - elektryczność, 100 – woda, 50- gaz, 50 – telefon, 200 – dojazdy…
Zostanie ta stówa, plus 150 zasiłku rodzinnego na maluchy (nieco więcej
na starsze) i jakaś zapomoga. Nie duża, bo przy takich dochodach to im
się zwyczajnie …nie należy. W 2012 r. podniesiono wysokość zasiłków
rodzinnych. Od 1 listopada
zasiłek rodzinny wynosi 77 zł
na dziecko do 5 lat, 106 zł na dziecko w wieku 6-18 lat i 115 zł na
dziecko w wieku 19-24 lata. Kryteria dochodowe uprawniające do świadczeń
rodzinnych mają docelowo wynieść 574 zł na osobę i 664 zł na osobę dla
rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym. Śmieszne kwoty.
Co na to powie Donald Tusk? Powie: Patologia. O patologiach nie
rozmawiamy. Czego tacy ludzie oczekują? Do roboty! Dziadostwo jedne.
Tylko zasiłki socjalne, zasiłki dla bezrobotnych im daj. Daj, daj, daj…
To przez takich ten kraj dogorywa.
Tak, przez to, że Polskie dzieci chcą jeść a głodują. Za Tuska mamy
kolektywizację nowoczesną: ziemię kupują prywaciarze (z zagranicy i za
bezcen), migracje do miast – za chlebem, którego tam nie ma, prawo
pięciu kłosów i prawo kułaka w postaci represji wobec tych, którzy
krzyczą: NIE!. Póki co brakuje bezimiennych dołów, bo bezimienne śmierci
grobowe już są.
Jaki będzie rok 2013? Jackowski wywróżył, że przełomowy. Tarocistka, że
nijaki, nic się nie zmieni. Ja mówię, że taki, jaki sobie ułożymy, ale
dla wielu (dzieci, dorosłych, staruszków!) będzie on ostatnim – z głodu a
nie ze starości. Każą (od kilku lat) gardzić prawicowcami, narodowcami.
Każą lekceważyć i wyśmiewać, oszukiwać starców. Każą drwić z katastrofy
narodowej i jej ofiar, z ich rodzin. Każą nienawidzić – wyrżnąć watahy –
PiS. Jedni słuchając drwin, ironii, lekceważących opinii, paszkwili
medialnych …poszli strzelać; inny strzelają w necie lub towarzystwie.
Wszyscy starają się zaszczuć to środowisko. Końcowa analogia dotyka
tego, co Wasilij Grossman ukazuje w swojej książce, co działo się z
kułakami na Ukrainie:
„Byli to ludzie z tych okolic; ludzie, których wszyscy znali, ale
można by powiedzieć, że coś ich opętało, ogłupiło. [...] Wyzywają dzieci
kułaków od "skurwysynów". Wołają do nich: "wy, krwiopijcy!"... Wmówili
sobie, że nie wolno im niczego dotknąć” serwetki są splamione, nie można
usiąść przy stole tych pasożytów, dziecko kułaka jest obrzydliwe, córka
kułacka jest gorsza niż wesz. Uważają tych chłopów za zwierzęta, za
świnie. Wszystko co kułackie jest odpychające: najpierw oni sami, potem
fakt, że nie mają duszy... A poza tym oni śmierdzą, wszyscy maja
syfilis, ale przede wszystkim są wrogami ludu, żyją z cudzej pracy,
podczas gdy biedacy, komsomolcy i milicjanci są wszyscy bohaterami... Te
wypowiedzi zaczęły wywierać na mnie wpływ. Byłem dzieckiem. Mówiono nam
o kułakach na zebraniach. Radio, kino, pisarze i sam Stalin mówili to
samo: kułacy są pasożytami, palą zboża, zabijają dzieci. I powiedziano
nam bez ogródek: trzeba poderwać masy do walki z nimi, i wszystkich ich
pozabijać. Unicestwić ich jako klasę, tych przeklętych ludzi... I ja z
kolei dawałem się opętać: wszystkim nieszczęściom winni są kułacy. Gdy
się ich pozabija nastanie dla chłopów szczęśliwa epoka.”
Kułaków zaszczuli, zakratowali, ograbili i zagłodzili (na zsyłce lub w
ich własnych domach). Matki jadły własne dzieci, ojcowie wieszali się z
bezradności i rozpaczy, dzieci… miały krótkie, smutne i męczące
dzieciństwo. Polskie głodujące dzieci nie różnią się wiele od tamtych:
są wyśmiewane, poniżane, ignorowane. Różnią się jedynie tym, że jeszcze
głodują i może będą dłużej głodować, wszak tyle żarcia wywalamy po
świętach (i nie tylko) do śmietników. Poza tym, im jak i tamtym, nikt
nie przyjdzie na ratunek. Rodacy prędzej wyślą parę złotych na
utrzymanie innych w Lusace, Somalii… Bo Polacy są wrażliwi. Na cudzą
biedę. Nasza własna ich nie rusza. Może, dlatego że śmierć głodowa słabo
się sprzedaje i słabo ją słychać.
I o to, o tych!, tyle wrzasku w moim wpisie: nie bądźmy kanibalami. Nie
upodobniajmy się do tych, którzy zeżarli miliony ludzi w ostatnich
latach. Donald Tusk, jego ekipa i wyborcy przeżerli los milionów
Polaków. Lewatywę im i płukanie żołądków, bo pękną. I na odwyk.
Miałam złożyć czytelnikom życzenia Bożonarodzeniowe, potem Noworoczne…
Zaniechałam. Pomodliłam się za was. A życzę Wam, jak zawsze – jak
najlepiej. To znaczy, jak najmniej Tuska, Komorowskiego, SLD, PO i RP w polskiej gospodarce i polityce.
Polakowi do szczęścia, spokoju i
dobrobytu tyle wystarczy.