o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

sobota, 12 grudnia 2015

Targowica und szczekaczka Niemiec



W poniższym materiale możecie obejrzeć jak wygląda propaganda wymierzona w Polskę w Niemieckiej telewizji ARD... z udziałem Tomasza Lisa.[MW]
Posted by PRAWA Strona Medalu on 8 grudnia 2015
PS.
 https://www.facebook.com/PRAWAStronaMedalu/videos/1685125925036198/

poniedziałek, 7 grudnia 2015

List do PT bydła

 wersja dla sovdepii

Na początek spróbuj oderwać się wieczorem od telewizora choćby na pół godziny. Potem na 40 minut, następnie na 50… Ani się spostrzeżesz, a już po miesiącu będziesz mógł przez jakiś czas funkcjonować samodzielnie, bez tłustej mordy Tołstoja i jego wyschniętego z nienawiści do „banderowców” Gordona. Bez Sołowiowa. Bez ukrzyżowanych chłopców… 
A wtedy, jak się szczególnie postarasz to nagle zobaczysz całą schizofreniczną głupotę wypowiedzi Putina, który Cię przekonuje, że anektując obce terytoria, Rosja „tylko broni swoich interesów”… Że rosyjski niedźwiedź, jak się okazuje, zabrał cudze wyłącznie z powodu obawy utraty swojego – Syberii, przecież jeśli byśmy nie zabrali Krymu, to nam zabraliby Syberię – tak nam Putin powiedział… Oraz, że Moskwa anektowała Krym, bo tam tysiąc lat temu Grecy ochrzcili kijowskiego kniazia, a o Moskwie w ogóle jeszcze nie było słychać i dlatego Krym jest sprawiedliwie moskiewski. 
I chociaż nic nie wiedziałeś o tym krymskim chrzcie to mimo to fakt ten jest dla Ciebie kurewsko sakralny. Już wiesz co oznacza to słowo? Nie szukaj w słownikach! Teraz już nic nie oznacza. Rozwaliło się i zostało memem. Teraz mianem sakralnego nazywają wszystko co dobre. Na przykład sakralny kefir albo serwis samochodowy. To znaczy dobry serwis samochodowy. A niesakralny, faszystowski to zły serwis samochodowy, tam się swojego samochodu nie zostawia.
* * * 

Wiem, że nie bacząc na moje wezwania będziesz nadal oglądać telewizję, nie na darmo mówią, że byłych narkomanów nie ma. Natomiast może się okazać, że lodówka już Ci nie będzie potrzebna. Co tam będziesz przechowywać? Krym?

http://www.mpolska24.pl/post/7558/list-otwarty-do-bydla

poniedziałek, 30 listopada 2015

Maluśkie kryzysiątko #Sveden


 


wiadomosci.wp.pl

"Fala uchodźców zmieni Szwecję nie do poznania"

Grupa Wirtualna Polska
Ogromna fala uchodźców, która w tej chwili zalewa Szwecję zmieni ten kraj nie do poznania. Niestety, Szwecja za późno zaczęła otwarcie mówić o rzeczywistości - mówi Joanna Teglund, która od 1981 mieszka w tym kraju, a od 12 lat pracuje w szwedzkim Urzędzie Imigracyjnym. W rozmowie z Grzegorzem Lindenbergiem z portalu euroislam.pl ekspertka mówi o kosztach finansowych i społecznych wielkiego napływu obcokrajowców, których w ostatnim czasie przybywa do Szwecji 10 tys. tygodniowo.
Polecamy także: Włochy usiłują zapobiegać zamachom Grzegorz Lindenberg, euroislam.pl: Politycy szwedzcy ostatnio mówią, że imigracja zaczyna być problemem dla Szwecji.
Joanna Teglund: Imigracja zaczęła być problemem dla Szwecji jakieś dziesięć lat temu, kiedy składających wnioski o azyl zaczęło być 20-30 tysięcy rocznie, a ci, którzy nie dostali azylu i tak pozostawali nielegalnie. Rząd w tajemnicy próbował z tym coś zrobić. Wikileaks wyjawiło, że szwedzcy politycy w 2007 roku podpisali tajne porozumienie z Irakiem o odsyłaniu uchodźców, którzy w latach 2003-2007 uciekli do Szwecji po wybuchu wojny w Iraku, ale nie otrzymali pozwolenia na pobyt.

Przez ostatnich pięć lat te problemy zaczęły lawinowo narastać i niezadowolenie społeczeństwa stało się widoczne, kiedy w wyborach parlamentarnych w 2010 roku partia Szwedzkich Demokratów, postulująca restrykcyjną politykę imigracyjną, po raz pierwszy przekroczyła 4 proc. próg wyborczy, otrzymując 5,7 proc. głosów. W zeszłorocznych wyborach otrzymała 12,9 proc. głosów, a w ostatnich sondażach ma prawie dwa razy więcej. W roku 2011 wybuchła wojna w Syrii i bardzo wielu imigrantów syryjskich przybyło do Szwecji, która jako jedyny kraj w Europie we wrześniu 2013 postanowiła, że wszyscy Syryjczycy dostaną pozwolenie na pobyt stały. Poza tym do atrakcyjności Szwecji jako kraju docelowego dla migrantów przyczynia się ustawa o łączeniu rodzin imigrantów. Według tej ustawy, zasadniczo imigrant ma prawo do połączenia z rodziną pod warunkiem, że zapewni jej utrzymanie, ale ustawowe wyjątki sprawiają, że 99,3 proc. przybyłych członków rodzin jest utrzymywanych przez państwo. Fakt ten spowodował duży napływ wielodzietnych rodzin, szczególnie z Somalii. Szwecja uważa, że ma najlepszy na świecie program integracyjny i rzeczywiście, ma najdroższy program i najwięcej robi, ale ma najgorsze efekty.
Do tej pory szwedzkie media ukrywały problemy związane z imigracją. Wszyscy ci, którzy próbowali opisać rzeczywistość, byli zastraszani i uciszani inwektywami w rodzaju rasista i nazista. Przez dziesiątki lat jedynym słusznym poglądem było twierdzenie, że imigracja wzbogaca Szwecję. Każdy reportaż w mediach publicznych, czyli liberalno-lewicowych, kończył się takim stwierdzeniem. W rzeczywistości imigracja wzbogacała Szwecję do momentu, kiedy to była imigracja zarobkowa, dopóki była praca dla stosunkowo dobrze wykształconych uchodźców z naszego kręgu kulturowego. Nadal imigracja lekarzy czy też programistów wzbogaca Szwecję, ale ogromna liczba analfabetów, półanalfabetów i ludzi o niskim poziomie wykształcenia z krajów Trzeciego Świata, którzy nigdy nie dostaną pracy, jest ogromnym obciążeniem.
Dopiero ostatnio, od czasu kiedy do Szwecji zaczęło przybywać 10 tys. imigrantów tygodniowo i rząd, policja, służby celne, Agencja Migracyjna zupełnie nie wiedzą jak sobie z tym poradzić, zaczęto otwarcie mówić o rzeczywistości. Niestety, za późno. Ta ogromna fala uchodźców, która w tej chwili zalewa Szwecję zmieni ten kraj nie do poznania. Jak - tego nikt nie jest w stanie sobie w tej chwili wyobrazić. Mam wrażenie, że dopiero teraz niektórzy zaczynają rozumieć, trochę jak kilkuletnie dzieci, że kłamstwa mają swoje konsekwencje. W wypadku Szwecji będą to konsekwencje, których skutki będzie ponosić wiele pokoleń.
Jest jakiś specjalny powód, żeby przestrzegać Polaków właśnie teraz?
W Szwecji od wielu tygodni rejestruje się dziennie ponad tysiąc imigrantów. Policja twierdzi, że drugie tyle przybywa, ale się nie rejestruje. Nikt nie wie kim ci ludzie są i dlaczego nie chcą się rejestrować. Podobno część z nich jedzie przez Szwecję do Finlandii i Norwegii. Jeśli napływ imigrantów utrzyma się na obecnym poziomie, do Szwecji napłynie w przyszłym roku ponad 700 tys. imigrantów. W ostatnim tygodniu do Szwecji przybyło ponad 10 tys. imigrantów, z czego 26,6 proc. podało, że jest z Syrii. Mimo to media nadal od rana do wieczora powtarzają mantrę, że przybywają ofiary wojny w Syrii i że to nie szwedzki tylko europejski kryzys, mimo że te tygodniowe 10 tys. to więcej, niż zarejestrowano w Danii od początku roku. A w stosunku do liczby mieszkańców to więcej, niż przybywa do Turcji. To nie jest europejski kryzys, tylko wynik lekkomyślnej polityki imigracyjnej Niemiec, a przede wszystkim Szwecji.
Szwecja od kilku tygodni już nie ma gdzie lokować przybywających imigrantów. Pełne są schroniska młodzieżowe, hotele, pensjonaty. Umieszcza się ich w salach gimnastycznych, namiotach, korytarzach biur Agencji Migracyjnej. IKEA nie nadąża ze sprowadzaniem materacy do spania. Z Malmö wyjeżdżają autokary pełne imigrantów i kierowcy mówi się, żeby jechał powoli w nieznanym kierunku, bo w międzyczasie pracownicy Agencji Migracyjnej gorączkowo szukają w całej Szwecji ostatnich wolnych miejsc. Fascynujące i przerażające jest to, z jaką pokorą i oddaniem pracownicy sektora państwowego wykonują ten czyn likwidacji państwa szwedzkiego. Pracują dniami i nocami, siedem dni w tygodniu, bez słowa skargi. Ostatnio nawet król Szwecji zdecydował się na udostępnienie części swoich nieruchomości, w tym pałaców, dla uchodźców.
Poradzą sobie?
Rząd do tej pory twierdzi, że Szwecja sobie poradzi. To nie kwestia finansów, tylko znalezienia praktycznych rozwiązań, jak to ujęła minister finansów Magdalena Andersson. Mimo, że tylko 9 listopada do Szwecji przyjechało 741 tak zwanych samotnie przybywających małoletnich imigrantów, czyli 25 klas szkolnych i kolejnych kilka nowych szkół przyjeżdża każdego dnia. A jeden małoletni kosztuje państwo 1 milion koron rocznie (1 korona - ok. 0,45 zł - przyp.). Reakcją rządu na obecną sytuację jest zamówienie ekspertyzy (tillsätta utredning), której wyniki mają być gotowe pod koniec... 2017 roku.
Obserwując polską debatę na temat imigrantów widzę te same emocjonalne argumenty polityków, ten sam brak rzeczowości dziennikarzy i ten sam podział na obóz lewicowy, który jest dobry, który chce otworzyć serce, który chce otworzyć granice - "mamy miejsce i musimy sobie poradzić z tym strachem przed obcym" - i ten konserwatywno-liberalny “obóz niedobrych”, którzy chcą kontrolować, chcą liczyć. To jest dyskusja dobrego ze złym, a nie dyskusja dorosłych ludzi o problemie, który wpłynie na przyszłe losy naszego kraju i Europy. I do tej dyskusji należy się solidnie przygotować, najlepiej śledząc błędy, które popełniły inne kraje. A Szwecja jest najlepszym materiałem szkoleniowym, bo popełniła tych błędów najwięcej.
Są jakieś wyliczenia, ile to kosztowało Szwecję?
Początkowe koszty imigracji w projekcie budżetu na 2016 rok są podzielone na dwie kategorie: "Imigracja" i "Równouprawnienie i osiedlenie", i wynoszą 40 miliardów koron. Jest to znaczny wzrost, jako że w roku 2010 koszty wynosiły 12 miliardów, a w tym roku 34 miliardy koron. Do tych kosztów należy dodać różnicę między kosztem zasiłków pobieranych przez uchodźców, a także innych usług opieki społecznej, a dochodem z płaconych przez nich podatków. Ten dodatkowy roczny koszt netto na jednego uchodźcę lub członka jego rodziny wynosi według obliczeń ekonomisty Joakima Ruista 70 tys. koron rocznie.
Ile wynosi budżet twojego urzędu? Z niego są finansowane te zasiłki?
Te 40 miliardów to jedynie koszty inicjalne przyjmowania azylantów i z niego są finansowane między innymi zasiłki, a także koszty działalności Agencji Migracyjnej, które według prognozy mają w przyszłym roku wynieść 4,7 miliarda koron. Projekt budżetu na rok 2016 opiera się na zupełnie już nieaktualnej prognozie 74 tys. imigrantów w przyszłym roku, a może ich być pięć albo dziesięć razy tyle. Według danych z 22 października koszty wstępne przyjęcia azylantów wzrosną w przyszłym roku o 29 miliardów w stosunku do wcześniej przewidywanych, do 69 miliardów. Minister finansów Magdalena Andersson zapowiedziała, że Szwecja będzie zmuszona wprowadzić program oszczędnościowy, ale też zaciągnąć pożyczkę na finansowanie wzrostu wydatków na imigrację. W tej chwili dużo się mówi o kosztach tak zwanych "samotnie przybyłych" małoletnich uchodźców, których utrzymanie kosztuje państwo szwedzkie około 1 miliona koron rocznie. Przewiduje się, że w tym roku przybędzie ich około 30 tys.
Skąd się wzięli ci małoletni?
Większość tych tak zwanych dzieci to osoby dorosłe podające się za małoletnich. Lekarze szwedzcy odmawiają weryfikacji ich wieku. Policja alarmuje, że w wielu przypadkach są to osoby bezdomne z krajów pozaeuropejskich, od lat przebywające nielegalnie w innych krajach Europy, często z kryminalną przeszłością. Jako "dzieci" mają dużo większe szanse na otrzymanie pozwolenia na pobyt stały, a jeśli im się nie uda, to ryzyko wydalenia jest minimalne, jako że nie jest znana ich tożsamość, a często też kraj pochodzenia.
Co jeszcze się w Szwecji zmieniło w ostatnich latach?
Widać coraz gorsze rezultaty w szkołach. Szwecja uczestniczy w badaniach PISA i wyniki pogarszają się najszybciej ze wszystkich krajów badanych: w ciągu kilkunastu lat spadła z 10 na 30 miejsce. Dopiero niedawno naukowcy zaczęli dostrzegać związek dramatycznie pogarszających się wyników z ogromnym napływem imigrantów z krajów trzeciego świata. Wydawałoby się, że nie powinno być tych problemów, bo dzieci szybko uczą się języka, ale przyjście do klasy dwóch, trzech osób, które zupełnie nie znają języka i są przyzwyczajone do innego systemu edukacji, o ile w ogóle chodziły do szkoły, jest wielkim obciążeniem dla nauczyciela. Przyjście dziesięciu, czy też przychodzenie nowego ucznia co tydzień, już zupełnie klasę rozwala. W Szwecji są programy wprowadzające tych uczniów zanim wejdą do zwykłej klasy, ale w tej chwili gminy mają coraz mniej pieniędzy, a także brakuje wykształconych nauczycieli. Ostatnio już się tego nie kontroluje, bo napływ nowych uczniów jest za duży. Najjaskrawszym przykładem jest jedna ze szkół w gminie Norberg, gdzie z powodu braku miejsca w szkole rozważają prowadzenie lekcji na zewnątrz.
Są szkoły, gdzie w ogóle nie ma Szwedów. Dzieci w klasie mówią po arabsku. Już w tej chwili spotyka się dorosłe osoby, które są urodzone w Szwecji i bardzo słabo mówią po szwedzku, z bardzo silnym arabskim akcentem. Te osoby nigdy nie wejdą do społeczeństwa, dla nich społeczeństwo szwedzkie jest zamknięte. Dobrym przykładem na uległość Szwedów wobec przyjezdnych z krajów pozaeuropejskich jest tragiczna historia, która niedawno miała miejsce w szkole w Alvesta, w południowej Szwecji. Dwóch 10-letnich uczniów z któregoś z pozaeuropejskich krajów molestowało seksualnie swoje koleżanki. Rodzice przez długi czas bezskutecznie próbowali interweniować u dyrektora, który im tłumaczył, że to normalne zachowanie chłopców w tym wieku. Po pewnym czasie jeden z chłopców zgwałcił na podwórku szkolnym swoją 10-letnią koleżankę. Szkoła próbowała wyciszyć ten fakt. Rodzice dowiedzieli się o tym z alternatywnej prasy. Jedna z matek poinformowała dyrektora, że zatrzyma swoją córkę w domu, dopóki chłopcy nie zostaną przeniesieni do innej szkoły. Dyrektor przypomniał jej o obowiązku szkolnym. Dopiero kiedy którejś nocy wybito 24 szyby w szkole i dyrektor zaczął otrzymywać maile z pogróżkami, media zainteresowały się całą historią i chłopców przeniesiono. Interesujący jest fakt, że szwedzkie radio relacjonując to wydarzenie przedstawiło dyrektora jako ofiarę. Pierwsze pytanie na konferencji prasowej brzmiało: "Jak się czuje dyrektor?".
Szkoły są znacznie gorsze, niż były. A służba zdrowia?
Jakieś dziesięć lat temu zaczęto publicznie mówić o tej równi pochyłej, na której znajduje się szwedzka służba zdrowia, o kolejkach i o nierównościach w dostępie do leczenia, gdzie ludzie starsi i o niskim dochodzie mają niższy dostęp do leczenia w stosunku do potrzeb. Ta dyskusja ucichła, mimo że sytuacja pogarsza się z roku na rok. W ostatnich latach prasa, pisząc o służbie zdrowia, cytuje głównie szwedzkie raporty, które podkreślają dobre wyniki leczenia, gdzie Szwecja rzeczywiście przoduje.
Dużym problemem jest zły stan zdrowia imigrantów. W pierwszej połowie tego roku zanotowano 392 przypadki zachorowań na gruźlicę, z czego 89 proc. u osób urodzonych poza Szwecją. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba zachorowań na gruźlicę wzrosła w Szwecji o 50 proc. Teraz dyskutuje się w Polsce o stanie zdrowie uchodźców, Jarosław Kaczyński straszy cholerą, ale rzeczywistość jest taka, że ci ludzie będą korzystali ze służby zdrowia w dużo większym zakresie niż Polacy czy Szwedzi. Przeciętny Szwed, który pracuje i jest zdrowy, nie ma pojęcia o złym stanie służby zdrowia. W momencie, kiedy jego dziecko zachoruje, w momencie, kiedy styka się z rzeczywistością, ląduje na pogotowiu i widzi, że musi czekać 12-16 godzin, wtedy zaczyna się tragedia. W tej chwili we wszystkich szpitalach są strażnicy, którzy muszą pilnować porządku, bo są ludzie atakujący lekarzy, atakujący pielęgniarki. W Uppsali związki zawodowe pracowników pogotowia żądały sprzętu, jaki ma policja w czasie tłumienia rozruchów.
Kaczyński mówił też o 50 strefach w szwedzkich miastach, w których obowiązuje szariat. To prawda?
To nie są strefy, gdzie obowiązuje szariat, tylko strefy kontrolowane przez gangi przestępcze organizowane na zasadzie wspólnoty etnicznej. W niektórych strefach rzeczywiście jest szariat, głównie w Malmö, gdzie jest coraz większa enklawa muzułmańska. Ale mogą to też być gangi z krajów bałkańskich albo innych. W Szwecji dyskutuje się, jak te strefy nazywać, najczęściej "no-go zones", ale nie ma dyskusji, co z tymi strefami zrobić, bo to zbyt trudny temat. Niedawno w szwedzkiej telewizji nadano reportaż z Tensta w północno-zachodnim Sztokholmie, takiej właśnie strefy, do której przedstawiciele państwa szwedzkiego nie mają wstępu. Dziennikarze zostali tam obrzuceni kamieniami, mimo że byli pod obstawą policji. Karetka pogotowia lub straż pożarna udająca się do takiej strefy musi mieć osłonę policji, bo jest narażona na ataki, głównie obrzucanie kamieniami. Oprócz tych 55 stref jest też bardzo wiele tzw. "stref wykluczenia", takich, w których mało osób ma pracę, mało kończy szkołę i mało głosuje. W 1990 roku było ich tylko trzy, a w roku 2012 było już 186, na 5000 stref statystycznych. Mieszkało w nich ponad pół miliona ludzi.
Podobno przestano zbierać statystyki na temat pochodzenia sprawców gwałtów?
Szwecja jest na pierwszym miejscu wśród krajów Unii jeśli chodzi o ilość zgłoszonych gwałtów. W zeszłym roku zgłoszono 20300 przestępstw na tle seksualnym, z czego 6294 gwałtów. W porównaniu z rokiem 1975, kiedy Szwecja oficjalnie stała się krajem wielokulturowym, ilość gwałtów wzrosła piętnastokrotnie. Wykrywalność gwałtów w zeszłym roku wynosiła 20 proc. (dla porównania w Polsce 78,2 proc.). Obecnie nie prowadzi się statystyk co do pochodzenia sprawców, ale statystyki z 2005 roku wskazują, że wśród sprawców było pięć razy więcej osób urodzonych poza Szwecją niż w Szwecji. Według statystyk duńskich z 2010, cudzoziemcy stanowili ponad połowę skazanych za gwałty. Ostatnio ponoszą się głosy niepokoju o bezpieczeństwo ze względu na duże liczby uchodźców, wśród których jest większość młodych mężczyzn. Szczególnie niepokoi fakt, że wielu z nich podaje się za niepełnoletnich i z związku z tym mogą czuć się bezkarni. Niedawno głośno było w mediach o szczególnie brutalnym gwałcie zbiorowym z pobiciem, gdzie sprawcy podali się za niepełnoletnich i mimo że policja miała inne zdanie na temat ich wieku, zostali skazani na kary sześciu do dziewięciu miesięcy pobytu w zakładzie dla nieletnich. Prokurator w wywiadzie dla mediów poinformowała, że jest zadowolona z wyroku.
Imigranci nie są wydalani?
Nie są wydalani, bo nie ma na to przyzwolenia społecznego. Poza tym nie bardzo kto ma ich wydalać. W Szwecji nie ma tak jak w Polsce Służby Granicznej, jest jedynie jednostka policji, Policja Graniczna, której zadaniem jest wydalanie imigrantów przebywających nielegalnie, ale ich działalność jest symboliczna. Wydalają głównie osoby przebywające nielegalnie, które same zgłaszają się na policję, bo mają dość takiego życia. Zdarza się też, że policja znajduje migrantów przebywających nielegalnie podczas kontroli drogowych. Wszystkie te osoby wydala się zazwyczaj na koszt podatnika. Sytuacja jest o tyle trudna, że w przypadku 90 proc. osób przybywających do Szwecji nie wiemy, kim oni są. Nie przedstawiają żadnych dokumentów. Kiedy trzeba ich wydalić, to często nie wiadomo, z jakiego są kraju. Ktoś, powiedzmy, mówi po rosyjsku i nie podaje kraju swego pochodzenia, bo wie, że ma małe szanse na azyl. Ale nie wiadomo, do którego kraju taką osobę wydalić. Bardzo dużo ludzi mówi po arabsku i jak ktoś taki mówi, że jest z Syrii, dostaje pozwolenie na pobyt, co nadal w przypadku Szwecji jest równoznaczne z zapewnieniem opieki do końca życia.
Jak są przyjmowani imigranci, czy mieszkają w obozach, czy państwo im płaci, czy dostają zasiłki?
W czasie trwania procedury azylowej mają możliwość mieszkania w obozach, za co płaci państwo, albo mają możliwość mieszkania u rodziny, za co państwo im nie płaci. W obu przypadkach dostają to samo kieszonkowe, które w tej chwili wynosi 61-71 koron dziennie, czyli mniej niż w Polsce. Wygląda na to, że te ogromne liczby imigrantów, które teraz przybywają, nie idą mieszkać do rodzin, tylko oczekują, że państwo im zapewni lokum. Po otrzymaniu azylu imigranci przez dwa lata są objęci specjalnym programem w czasie którego uczą się języka i mają kontakt z Biurem Pośrednictwa Pracy, które pomaga im znaleźć odpowiednie zajęcie. Jeśli nie uda im się znaleźć pracy, otrzymują pomoc od państwa na tych samych warunkach co Szwedzi, czyli dostają zasiłek socjalny. Płaci im się za mieszkanie, prąd i dostają pewną kwotę na utrzymanie. Mają też możliwość ubiegania się o dodatkowe zapomogi, zależnie od gminy. Jeśli przyjedzie samotna kobieta z trójką dzieci to dostanie około 22 tys. koron. Gdyby poszła do pracy jako nauczycielka, policjantka albo pielęgniarka, to po zapłaceniu podatku dostałaby mniej na rękę i wtedy państwo by jej dołożyło. Dla Szwedów, którzy mają bardzo silny etos pracy, jest jasne, że w takiej sytuacji idą do pracy. Kobieta, która przybywa z innej kultury, gdzie kobiety zajmują się domem i dziećmi, nie widzi w tym sensu. Ale poza tym, że nie ma motywacji, żeby iść do pracy - pracy nie ma.
Mówiłaś, że imigranci mieli być sposobem na niż demograficzny, sposobem na płacenie emerytur w przyszłości. I co?
Partia socjaldemokratów przez wiele lat tłumaczyła Szwedom, że musimy przyjmować uchodźców z powodu niżu demograficznego, żeby na nas pracowali. To twierdzenie to wyraz braku kompetencji lub nieuczciwości. Bo to nie liczba przyjętych uchodźców będzie ratunkiem dla starzejącego się kraju, ale stopień ich zatrudnienia, zarobki i poziom bieżącej konsumpcji. Ekonomista Jan Ekberg w 2009 roku obliczył, że współczynnik aktywności zawodowej imigrantów musi przekroczyć 72 procenty, aby imigracja zaczęła się opłacać. Dotychczas żadna grupa uchodźców nie zdołała osiągnąć tego współczynnika, który dzisiaj wynosi 58 procent i długo się już na takim poziomie utrzymuje. Nie ma żadnych oznak na to, że przepaść jeśli chodzi o dochody i przychody podatkowe między cudzoziemcami, a Szwedami, miałaby się zmniejszyć. Wygląda raczej na to, że się zwiększa.
W ogóle pracy nie ma?
Niedawno został opublikowany raport, w którym stwierdzono, że na szwedzkim rynku pracy jest ogromny rozdźwięk miedzy brakiem wykwalifikowanych pracowników, a dużą liczbą bezrobotnych o niskich kwalifikacjach. Wiele przedsiębiorstw bezskutecznie poszukuje wykwalifikowanych pracowników. System edukacji nie jest w stanie zapewnić wystarczającej liczby wykształconych pracowników, a imigranci przybywający do Szwecji są słabo wykształceni. Szwecja próbuje temu zaradzić prowadząc aktywną politykę na rynku pracy, lecz daje ona znikome efekty. Dwuletni program integracyjny uważany jest za porażkę, bo tylko 6 proc. imigrantów ma pracę dwa i pół roku po zakończeniu tego programu, mimo że pracodawcy zatrudniający emigrantów z krajów pozaeuropejskich mają możliwość uzyskania finansowania zatrudnienia w wysokości 80 proc. pensji. Biuro Pośrednictwa Pracy przez ostatnie pięć lat wypłaciło prywatnym przedsiębiorcom ponad 73 miliardy koron na częściowe refundowanie kosztów wynagrodzenia imigrantów i bezrobotnych mających największe problemy z uzyskaniem pracy. A liczba 94 proc. nie mających pracy jest taka sama, jak dwa lata temu.
A jaki masz plan działania, jeśli sytuacja w Szwecji zmieni się na gorsze?
Zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja może się pogorszyć bardzo gwałtownie. Ludzie świadomi tego robią zapasy żywności. Są to głównie cudzoziemcy, bo większość Szwedów jest w szoku i reaguje negacją. Ja próbuję się do tego przygotować głównie mentalnie, chociaż mam małe zapasy jedzenia na wypadek rozruchów. Mam nadzieję, że w takiej sytuacji uda mi się i moim dzieciom w porę opuścić Szwecję i schronić w Polsce.
Zobacz też: Muzułmanie przeciwko terroryzmowi i rasizmowi




http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Fala-uchodzcow-zmieni-Szwecje-nie-do-poznania,wid,18012284,wiadomosc.html?ticaid=116097&_ticrsn=3

sobota, 21 listopada 2015

Józef Mackiewicz. Teksty.

Bibliografia. Teksty lub fragmenty tekstów
Józefa Mackiewicza

W Ejszyszkach
Bierzmy przykład z "Cichego Donu"
Artykuł z "Lietuvos Žinios"
Fragment wstępniaka z "Gazety Codziennej"
Dwa z czterech artykułów J. M. zamieszczonych w "Gońcu Codziennym" w okresie lipiec - październik 1941
Widziałem na własne oczy...I saw it with my own eyes...
Nudis Verbis
Oświadczenie z 11 stycznia 1948
List do redakcji "Kultury" w sprawie tzw. polityki zagranicznej PRL
List do redakcji "Nowego Świata" z 11 maja 1970
Droga Pani... (pisarz sam o sobie)
O swoich książkach o Katyniu
Dlaczego jedynie prawda jest ciekawa?
Miejmy nadzieję...
Opinie o książkach i literaturze
Jak J. M. rozumiał "ideę krajową"
Listy do Mieczysława Grydzewskiego
Gdybym był chanem...
List do Szołochowa
Poświęcone Aleksandrowi Sołżenicynowi
Nierozwiązana zagadka Aleksandra Sołżenicyna
"Archipelag" zbrodni i zagadek
Na ziemi płonącej nienawiścią
List żołnierza-kawalerzysty
Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy
Po latach na miejscu zbrodni nad Drawą
Jeszcze jedno słowo honoru
Od rzezi w folwarku do – stalinizmu
Książka o niepokojących analogiach: "Pamiętniki" Wędziagolskiego
Nie straszyć maluczkich i wyzutych!
Ostatni wywiad Mackiewicza
Casus Paweł Jasienica
Powstanie Warszawskie z innej strony
Przebieg mojej "sprawy" wygląda jak następuje
Klucz do "Parku Kultury i Odpoczynku"
Dlaczego Józef Mackiewicz zerwał stosunki z bratem Stanisławem
 http://www.jozefmackiewicz.com/wykazbis.htm

piątek, 2 października 2015

Koniec kampanii Wrześniowej

Mówią wieki
PAWEŁ PIOTR WIECZORKIEWICZ
WRZESIEŃ 1939 - PRÓBA NOWEGO SPOJRZENIA



W realiach roku 1939 Polska w wojnie z Niemcami nie miała żadnych szans. Polemiki, jakie się toczą wokół kampanii już od ponad sześćdziesięciu lat, odnoszą się zatem zarówno do głębokich geopolitycznych przesłanek klęski, jak i jej uwarunkowań wojskowych. Istotę sporu oddaje retoryczne pytanie kpt. Felicjana Majorkiewicza: "czy dało się drożej sprzedać żołnierską krew?"

Niekwestionowany znawca i analityk kampanii płk Marian Porwit stwierdził, że "została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk". Aby rzetelnie zweryfikować tę opinię, trzeba nie tylko odwołać się do optymalnych, gabinetowych rozwiązań, ale i podjąć studia porównawcze nad wysiłkiem bojowym armii francuskiej w 1940 roku i radzieckiej latem 1941 roku. Bardziej satysfakcjonujący wynik wojny zależał od przyjęcia racjonalnego i efektywnego planu obrony oraz jego perfekcyjnej realizacji. Marszałek Edward Rydz-Śmigły, zdaniem swego szefa sztabu gen. Wacława Stachiewicza, opierał strategiczną kalkulację na jedynym możliwym założeniu, że "walka o czas mogła być, w naszych warunkach tylko strategicznym opóźnianiem [...] do czasu odciążenia naszego frontu". Rozstrzygnięcie mogło zapaść tylko na froncie zachodnim. Wobec wymogów politycznych i gospodarczych naczelny wódz przez kolejne ustępstwa sprzeniewierzył mu się ostatecznie. Kordonowe ugrupowanie, w jakim uszykowano wojska, oznaczało bowiem konieczność podjęcia walki wszystkimi niemal siłami od pierwszych minut wojny. Jednym z argumentów na obronę tak zasadniczego odstępstwa od idei przewodniej był fakt, że na kresach zachodnich znajdowało się centrum przemysłowe kraju, jak też główne ośrodki mobilizacyjne polskiego rekruta. Płynie z tego wniosek, że ziem tych należało bronić najdłużej, opuszczając je dopiero po planowej ewakuacji. Zadajmy jednak pytanie, jakie w warunkach rozgardiaszu na szlakach komunikacyjnych były jej realne wyniki i czy podobnych nie uzyskano by, opóźniając nawałę niemiecką za pomocą oddziałów osłonowych, np. stosunkowo mobilnej kawalerii. Inną próbą rozgrzeszenia naczelnego wodza jest twierdzenie, że tylko poprzez zaangażowanie wszystkich sił Wojska Polskiego można było wymusić dotrzymanie gwarancji przez sojuszników, zwłaszcza wobec ewentualności poszukiwania przez Berlin modus vivendi z Zachodem po osiągnięciu planowanych zdobyczy terytorialnych w Polsce. Wiemy jednak, że celem Hitlera było całkowite zniszczenie Polski. "Nie chodzi o osiągnięcie określonej rubieży ani o ustalenie nowej granicy" - mówił na odprawie generalicji w Obersalzbergu jeszcze przed rozpoczęciem działań - "lecz o zniszczenie nieprzyjaciela, do czego należy usilnie dążyć wszelkimi sposobami". Czy fŁhrer byłby skłonny zrewidować ów strategiczny plan i podejmować niepewne negocjacje w warunkach zagrożenia, jakie stanowiłby nienaruszony polski potencjał militarny?

NACZELNY WÓDZ CZY JEŹDZIEC BEZ GŁOWY
Kolejnym punktem oceny Rydza-Śmigłego - tu historycy, a nawet świadkowie są zadziwiająco zgodni - jest karygodny wręcz sposób wdrożenia planu wojny w życie. Ówczesny szef Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego płk Stanisław Kopański zauważył nader ostrożnie: "Koncepcja dalszych działań wojennych, poza okresem wstępnym, ujętym w wytycznych dla dowódców armii, jeśli istniała w umyśle przyszłego Wodza Naczelnego i znana była jego najbliższym współpracownikom (szefowi Sztabu i jego zastępcy), to na pewno nie była ujawniona Oddziałowi Operacyjnemu. Nie była więc przepracowana przez Sztab, ani też przygotowana w terenie". Przy defensywnych założeniach w wymiarze strategicznym był to błąd wręcz kardynalny. O jego operacyjnych skutkach pisał niemal na gorąco ówczesny dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej płk Stefan Rowecki: "Jak można było, konstruując plan wojny z Niemcami, nie wziąć pod uwagę konieczności solidnego przygotowania podstawy do manewru i bazy asekuracyjnej na ewentualne początkowe niepowodzenia, jaką stwarzała przyroda w postaci naturalnej linii oparcia na Wiśle, Sanie i Narwi". Plan wojny, nie dość, że ogólnikowy i nierozpracowany w kolejnych stadiach, marszałek co gorsza otoczył niezrozumiałym wręcz nimbem tajemnicy nie tylko wobec własnego sztabu. Gen. Czesław Młot-Fijałkowski sądził (słusznie!), że naczelny wódz odziedziczył tę metodę postępowania po marszałku Piłsudskim. Kolejnym błędem stała się, również wyniesiona z wojny 1920 roku, skrajna wręcz centralizacja dowodzenia. Nawet tak lojalny obrońca zwierzchnika jak gen. Stachiewicz zauważa, że na warunkach pracy Naczelnego Dowództwa, dowództw armii i grup operacyjnych ujemnie odbił się brak organizacyjnych dowództw grup armii (frontów) oraz zbyt mała liczba dowództw grup operacyjnych (korpusów). Efektem, już w trakcie kampanii, stały się ingerencje Rydza-Śmigłego w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ, jak zauważa trafnie płk Porwit, "marszałek wziął na siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu". Co gorsza, czego można było i należało się spodziewać, naczelny wódz, w warunkach rwącej się łączności pozbawiony najdalej po kilku dniach możliwości realnej komunikacji z podwładnymi, utracił praktycznie możliwość kierowania operacjami. W rezultacie dowódcy armii, a nawet dywizji, toczyli własne wojny. Potwierdziła się zatem diagnoza francuskich sojuszników, którzy oceniali Rydza-Śmigłego jako pozbawionego błyskotliwości, mało inteligentnego, drobiazgowego, ale upartego i energicznego. Skuteczniejszy opór wymagał od polskiej strony perfekcyjnego dowodzenia na wszystkich szczeblach. Niemieckie panowanie w powietrzu paraliżowało możliwość sprawnego i skrytego przed wzrokiem przeciwnika przerzucania wojska, a użycie transportu motorowego dawało Wehrmachtowi możność szybszego skupiania swych sił. Wojna zamieniła się w wyścig polskiego piechura i kopyt koni z silnikami niemieckich ciężarówek i czołgów. Dowódcy polscy nie mogli sobie w tej sytuacji pozwolić na błąd, gdyż nie tylko nie można było go później naprawić, ale - co gorsza - jego skutki nawarstwiały się. Tymczasem dowodzenie operacyjne stało na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem Wojska Polskiego w 1939 roku.

BLAMAŻ LEGIONOWYCH GENERAŁÓW
Trudno mieć do naczelnego wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, bowiem pokojowe opinie nie muszą się sprawdzać, i często nie sprawdzają się, na wojnie. Rydz musiał nadto zachować kadrową równowagę między dwiema grupami generałów przewidywanych do wojny przeciwko Niemcom i Związkowi Radzieckiemu. Nie usprawiedliwia to jednak decyzji personalnych, jakie powziął już w trakcie kampanii. Niewykorzystanie aż do 10 września gen. Kazimierza Sosnkowskiego, mimo jego natarczywych próśb, musi zdumiewać, oburzać zaś - powierzenie skompromitowanemu w początkowym etapie wojny gen. Stefanowi Dębowi-Biernackiemu ("przestępcy wojennemu, który bez bitwy pozwolił na rozbicie swojej armii i dalej przestępczo nie chciał ująć w karby cofających się wojsk" - jak oceniał jego zachowanie w meldunku do Rydza jeden z podkomendnych) kluczowego stanowiska dowódcy Frontu Północnego. Pod Tomaszowem, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do klęski w tej bitwie może najważniejszej w całej kampanii bitwy, przebrawszy się w cywilne ubranie, ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód nie tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Kazimierzem Fabrycym, który zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił po przełamaniu przez Niemców linii obrony Sanu Armię "Małopolska" i odjechał do Lwowa, ale następnie odmówił (!)powrotu na front. Nic dziwnego, że obarczenie go następnie funkcją koordynatora obrony na "przyczółku rumuńskim" wywołało wręcz niedowierzanie oficerów Sztabu Naczelnego Wodza. Wyjaśnieniem tych zadziwiających posunięć może być charakter Rydza. Przypomnijmy tu opinię marszałka Piłsudskiego, że "bywał co do otoczenia własnego [...] kapryśny i wygodny, szukający ludzi, z którymi by nie potrzebował walczyć, lub mieć jakiekolwiek spory". Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także szefa sztabu naczelnego wodza gen. Stachiewicza. Wiedząc o karygodnym postępku dowódcy Armii "Łódź" gen. Juliusza Rómmla, który po lotniczym bombardowaniu swego sztabu lekko tylko kontuzjowany zbiegł do Warszawy, pozostawiając wszystko na łasce losu, Stachiewicz wskazał go na dowódcę Grupy Armii "Warszawa", a było to zadanie pierwszorzędnej wagi. Skutki okazały się fatalne, gdyż Rómmel nie chciał udzielić na jej przepolach pomocy ani wojskom gen. Wiktora Thomméego, ani wesprzeć krwawiących nad Bzurą oddziałów Armii "Poznań" i "Pomorze". Krytycznie należy ocenić styl dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Obok Dęba-Biernackiego, Rómmla i Fabrycego, zasługujących na najsurowszy osąd, należy napiętnować także uznawanego za największy talent wojska gen. Bortnowskiego z Armii "Pomorze". Jego impulsywny podkomendny gen. Mikołaj Bołtuć wyrzucał sobie później grzech, że "w pierwszych dniach wojny, w czasie bitwy w Borach Tucholskich, nie dał mu kuli w łeb i nie objął dowództwa". Gdy Bortnowski zawiódł ponownie nad Bzurą, stając się głównym winowajcą klęski, nie krępował już języka: "Jak zginę, to niech wszyscy wiedzą, że zginąłem ja i armia z winy tego skurwysyna". Nie sprawdził się też dowódca Samodzielnej Grupy Opercyjnej "Narew" gen. Młot-Fijałkowski, a co najwyżej na dostateczną ocenę zasłużył gen. Tadeusz Piskor, mimo że objął Armię "Lublin" już w trakcie kampanii, początkowo niemal bez wojska i z przeciwnikiem na karku. Poza Rómmlem byli to bez wyjątku legioniści, przez lata faworyzowani ponad swe możliwości intelektualne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronili na najwyższych szczeblach jedynie dwaj generałowie. Sosnkowski dowodził, jak na warunki, w których przyszło mu działać, przytomnie i potrafił samemu iść do bitwy, a nie, jak wielu, od niej uciekać. Gen. Franciszek Kleeberg zasłużył na szczególne miejsce w narodowym panteonie nie tyle na polu walki, bo bitwa pod Kockiem miała dla kampanii znaczenie li tylko symboliczne, ile determinacją w realizacji przedsięwziętego planu. Okazał to, czego brakło Kutrzebie - żołnierski charakter. Dzięki instynktownej decyzji marszu na Zachód ocalił swych oficerów przed losem jeńców Kozielska i Katynia, a żołnierzy przed radzieckimi łagrami.

SIŁA RUTYNY
O wiele lepiej wypadli w kampanii oficerowie byłych armii zaborczych. Przejście przez wojskowe akademie i znajomość dowodzenia na kolejnych szczeblach, pozwalały im na zachowanie w trudnych sytuacjach chłodnego profesjonalizmu i zimnej krwi. Kontradm. Józef Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do jego decyzji w kwestii operacyjnego użycia floty, twardo sprawował dowództwo nad całością obrony Wybrzeża. Gen. Emil Przedrzymirski-Krukowicz nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać karność i zdolność bojową w szeregach kilkakrotnie rozpraszanej Armii "Modlin". Gen. Tadeusz Kutrzeba, poprzez swój "zwrot zaczepny" nad Bzurą, stał się jednym z symboli wojny 1939 roku, w związku z czym oceny jego dowodzenia bywają przesadnie wysokie. Tymczasem potwierdziły się wcześniejsze opinie podkreślające wybitny zmysł operacyjny dowódcy Armii "Poznań", a zarazem kwestionujące równie ważne na tak wysokim szczeblu cechy osobowe. Znający go dobrze gen. Thommée zauważył, że "chwiejność i wahanie częstokroć przeszkadzały mu w wykonaniu raz powziętych decyzji". Potwierdził to gen. Roman Abraham, podkomendny Kutrzeby: "jego wartości dowódcze umniejszała [podkr. PW] wysoka kultura osobista i zbyt daleko posunięte poczucie koleżeństwa, co powodowało brak żołnierskiej bezwzględności w zdecydowanym wymuszaniu powziętych decyzji". Tłumaczy to, dlaczego nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swych planów i w newralgicznym momencie bitwy nad Bzurą uległ defetystycznie nastrojonemu Bortnowskiemu, co doprowadziło do największej w kampanii klęski. Dowody opanowania żołnierskiego rzemiosła, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej. Antoni Szylling kierował Armią "Kraków" z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić oddziały bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając zresztą skrupulatnie instrukcje naczelnego wodza. Gen. Thommée (początkowo Grupa Operacyjna "Piotrków", a następnie dowódca obrony Modlina) dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał porzucone przez Rómmla, częściowo zdemoralizowane dywizje Armii "Łódź" i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły już przeciwnikowi aż do końca kampanii. Jeden z jego podwładnych mjr Władysław Naprawa pisał: "dał się poznać jako człowiek o niesłychanej energii, tężyźnie i żołnierskim fasonie. Nie było widać po generale jakiegoś załamania się, a przeciwnie, podnosił nas wszystkich na duchu, wierząc, że sytuacja wcale nie jest beznadziejna, a kryzys wojny będzie opanowany". Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne, dlatego ocena ich dowódców musi być stonowana. Generałowie, którym je powierzono, często już w trakcie kampanii, nie dysponowali zazwyczaj ani koniecznym instrumentarium (sztaby!), ani niezbędną wiedzą na temat stanu i rzeczywistych możliwości wojsk. Gen. Stanisław Skwarczyński w pierwszych dniach wojny był kolejno dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy "Wyszków" i Zgrupowania Południowego Armii "Prusy". O podobnym przypadku pisał płk Bronisław Prugar- Ketling, komentując rozkazy zwierzchnika gen. Kazimierza Orlika-Łukoskiego (Grupa Operacyjna "Jasło"): "Bezsilna wściekłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na dowództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupią i ciężką sytuację". Najlepiej na tym tle wypadł gen. Wilhelm Orlik-RŁckeman, jedyny polski dowódca, który, wobec co najmniej dwuznacznej postawy naczelnego wodza, potrafił wziąć na siebie ciężar symbolicznej walki z Rosjanami. Na wysokie noty zasłużył gen. Stanisław Jagmin-Sadowski. Na dobre - gen. Abraham, bojowy dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, i Wincenty Kowalski, który łączył dowodzenie grupą z komendą 1. Dywizją Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warszawy gen. Walerian Czuma, który nie tylko musiał walczyć z Niemcami, ale i znosić zwierzchnictwo gen. Rómmla. Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom dowodzenie gen. Władysława Andersa (grupa operacyjna kawalerii) stało poniżej średniej. Głównym jego osiągnięciem było konsekwentne unikanie zaangażowania swych sił, choć akurat był tam, gdzie bić się należało. Płk Adam Bogorya-Zakrzewski stwierdził później z goryczą, że "Anders postanowił natychmiast przebijać się na Węgry, czym się da i jak się da". Podobnie nisko wypada oceniać dokonania generałów Bołtucia (Grupa Operacyjna "Wschód") i Stanisława Grzmota-Skotnickiego (Grupa Operacyjna "Czersk") z Armii "Pomorze", którzy jednak potrafili przynajmniej dzielnie się bić i zginąć na posterunku.

JAKI PAN, TAKI KRAM
Wobec przebiegu kampanii głównym miernikiem kunsztu dowódców wielkich jednostek muszą być nie tyle rzadkie sukcesy czy porażki, bo zależały one głównie od narzuconych przez zwierzchników i przeciwnika okoliczności, ile umiejętność utrzymania oddziałów, pomimo niepowodzeń i niekończących się odwrotów. Godnymi najwyższych laurów okazali się pułkownicy: Stanisław Maczek, jeden z nielicznych, który nie dał się do końca rozbić, a także Prugar-Ketling, który odniósł jedno z piękniejszych, choć epizodycznych zwycięstw w kampanii, Adam Epler (60. DP), bijący i bolszewików, i Niemców, oraz gen. Zygmunt Podhorski (Suwalska Brygada Kawalerii i Dywizja Kawalerii "Zaza"), walczący nieprzerwanie od 1 września do 5 października. Z szacunkiem trzeba też wspomnieć tych, którzy podzielili losy walczących do ostatniego naboju żołnierzy: gen. Józefa Kustronia i Franciszka Włada oraz płk. Wacława Klaczyńskiego. Płk Stanisław Dąbek popełnił w walkach pod Gdynią błędy, ale okupił je osobistym męstwem i na koniec samobójczą kulą. Próbował się również zabić płk Leopold Endel-Ragis po zawinionej klęsce 22. Dywizji Piechoty pod Baranowem. Wyjątkowe warunki dowodzenia powodowały, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć na przygotowanych do obrony terenach przygranicznych pierwsze ataki niemieckie, jak płk. Julian Filipowicz, Janusz Gaładyk i Wilhelm Lawicz- Liszka, w dalszych odwrotowych fazach kampanii nie umieli już wydobyć ze swych żołnierzy równego poświęcenia. Charakterystyczne, że przykład, tak dobry, jak i zły, szedł z góry. W armiach gen. Szyllinga i Thomméego, którzy trzymali wojsko twardą ręką, gen. Leopold Cehak (Słoweniec z pochodzenia, źle mówiący po polsku), Bernard Mond i Zygmunt Piasecki oraz płk. Stanisław Kalabiński, Władysław Powierza i Antoni Staich pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na przypomnienie zasługują również ci, którzy w totalnej katastrofie, jaka nastąpiła w ostatniej fazie bitwy nad Bzurą, potrafili zachować zwartość swych jednostek i wyprowadzić je z kotła. Poza wspomnianym już Abrahamem byli to gen. Franciszek Alter, Zygmunt Przyjałkowski i płk Ludwik Strzelecki. Znacznie gorzej wyglądało to "na podwórku" Rómmla, Dęba-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii "Łódź" za przykładem przełożonego wojska opuściło aż trzech dowódców. Gen. Władysław Bończa-Uzdowski, dowódca 28. DP, choć, jak oceniał to gen. Thommée, "drapnął do Warszawy, odnalazł się po kilku dniach w Modlinie". Opamiętał się także płk Stefan Hanka-Kulesza (Kresowa Brygada Kawalerii), zapisując ładny epizod w walce z Rosjanami jako dowódca improwizowanej Grupy "Dubno". Płk Edward Dojan-Surówka (2. DP Leg.) nie tylko nie okazał się, jak spodziewał się tego w swych przedwojennych ocenach płk Rowecki, dobrym dowódcą dywizji, ale nie pofatygował się osobiście do pierwszej bitwy, a co gorsza był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami Rzeczypospolitej, i to jeszcze przed agresją ZSRR. Zagubili się w większości podkomendni Dęba-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekonania. Gen. Gustaw Paszkiewicz, skarżący się na sercowe niedomagania, i płk Ignacy Oziewicz, lekko draśnięty, zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i własnych, pozostawionych samopas żołnierzy. Brzemienne w skutki błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem gen. Bortnowskiego niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii "Pomorze" - gen. Juliusz Drapella i Grzmot-Skotnicki oraz płk. Tadeusz Lubicz-Niezabitowski i Stanisław Świtalski.

POTRZEBA OBIEKTYWNEJ OCENY
Oceny oficerów i żołnierzy Września nie sposób zawrzeć w alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej prawda o kampanii mieści się w dramacie konieczności podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był dobrze dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu na przygotowanych zawczasu pozycjach, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach były przykłady graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka załóg Węgierskiej Górki, Borowej Góry i Wizny, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11. Karpackiej DP w Lasach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców z szacunkiem "żelazną", odyseja zgrupowania KOP i GO "Polesie" i oczywiście twarda postawa 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzownej. Były też równie liczne przykłady niezrozumiałego pozornie załamania całych jednostek, jak klęska 8. DP płk. Teodora Furgalskiego i 20. DP Lawicza-Liszki w odwrocie spod Mławy czy rozejście się Wileńskiej BK płk. Konstantego Druckiego- Lubeckiego na przeprawach przez Wisłę. Wiele zależało nie tylko od umiejętności i woli walki dowódców, ale także momentu, w jakim nadchodził kryzys. Rozprężenie i dezorganizacja zdarzały się bowiem częściej w pierwszym etapie kampanii, gdzie pozornie szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach odwrotowych pod jej koniec, kiedy zwykle bito się dla honoru, do wyczerpania wszystkich możliwości, bez szans na sukces. Tłumaczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało na nieprzyjacielskie samoloty i czołgi. Pozytywni bohaterowie Września nie doczekali się zazwyczaj za życia należnego uznania. W wojskowej ekipie gen. Sikorskiego szansę otrzymali przede wszystkim ci, którzy nie mieli piłsudczykowskich powiązań i zjawili się dostatecznie szybko, aby objąć nieliczne stanowiska. Na czele wielkich jednostek stanęli zatem zarówno Prugar-Ketling i Maczek, jak i gen. Rudolf Dreszer, który we wrześniu nie wykazał się niczym, a nieco później również Paszkiewicz. Zdumiewa potraktowanie płk Eplera, który trafiwszy do Francji jesienią 1940 roku, nie otrzymał żadnego przydziału, i przede wszystkim Orlika-RŁckemana, jednego z bohaterów kampanii 1939 roku, który daremnie (!) zabiegał o przyjęcie do wojska. Z drugiej strony na niczym spełzło śledztwo w sprawie zachowania Dęba- Biernackiego, który poniósł karę za próby politycznego frondowania w wojsku, a nie za haniebną postawę na polu bitwy. Zamysł polityczny dominował także w ocenach powojennych. W PRL gen. Rómmla, tylko dlatego, że powrócił do kraju, nominowano do roli obrońcy Warszawy. Od pewnego momentu ciepło pisano również o Kutrzebie, a potem o Kleebergu, ponieważ umarli niejako "na czas" i nie zdążyli zaangażować się w polityczne działania powojennej emigracji. Wielki dowódca września gen. Thommée żył w Polsce w nędzy i poniewierce. Na emigracji w Londynie i Nowym Jorku także wyżej ceniono koteryjne powiązania i polityczne układy niż rzeczywiste zasługi - wszak główną rolę grał tam Anders, który we wrześniu, jak i potem pod Monte Cassino, nie okazał talentów na miarę oczekiwań, podczas gdy Maczek i Szylling, najwybitniejsi polscy dowódcy tej wojny, pozostali na dalszym planie.







środa, 30 września 2015

TO n a d c h o d z i




Nadchodzi totalna eksterminacja – wojna domowa w Europie to kwestia miesięcy

przez -
0 9366



święta wojna - zdjęcie ze strony sponsorowanej przez ISIS
„Islam to religia pokoju” „ Musimy być otwarci na to, co nowe, przybysze mogą nas
kulturowo wzbogacić”, „ Imigranci będą pracować na polskie emerytury” (to dobre
wyjątkowo) „Uchodźcom trzeba pomagać, tam jest wojna” ”Ratujmy kobiety i dzieci” i
koronny argument – „Nie bądźmy ksenofobami” – od kilku tygodni w mediach głównego
nurtu słyszymy i czytamy wyłącznie informacje o takim wydźwięku. Nawet człowiek z
ilorazem inteligencji ameby, jeśli tylko posiada dostęp do Internetu, wcześniej czy później
skonfrontuje te hasła z filmami wrzucanymi do sieci przez zwykłych obywateli UE. Filmami
na których widać, jak na dłoni, że podczas, gdy użyteczni medialni idioci mydlą Ci oczy
fotką utopionego syryjskiego chłopca, realnie nadciągają do nas rzesze silnych, zdrowych,
muzułmańskich mężczyzn w wieku poborowym. Filmami, na których widać płonącą Francję,
Niemcy i Szwecję (której właściwie już nie ma). Te kraje wcześniej, niż my przyjmowały
„uchodźców” – jak myślisz, czy ich obywatele są teraz z tego zadowoleni?!

W obliczu powyższych faktów naturalnie rodzi się pytanie; jak to możliwe, że
nieuniknioną katastrofę tak dokładnie widzimy my – zwykły szary lud – a zdają się być na nią
ślepe wszystkie elity rządzące? Czy ci ludzie zupełnie już postradali zmysły?! Otóż nie.
Po pierwsze, żeby zrozumieć, co się teraz dzieje, musisz wiedzieć, że Islam od zarania
dziejów nie był religią pokoju, tylko podboju i zniewolenia. „I walczcie z nimi, dopóki nie
zniknie niedowiarstwo i chaos, a religia zostanie tylko dla Allaha” – Koran, Sura 8 werset 39
To nie jest pokojowe przesłanie. Islam w historii starego kontynentu był już wprowadzany
kilka razy – zawsze w morzu krwi. Głównym celem Muzułmanów jest Watykan.
Po drugie, musisz wiedzieć, że fala uchodźców, która ruszyła nagle, niespodziewanie,
a zaczęła się od dwóch łodzi u wybrzeży Grecji (które trzeba było bezwzględnie zatopić,
swoją drogą) nie jest przypadkowa. Jest ona częścią wielkiego planu – planu, który jest
konsekwentnie wdrażany od kilkudziesięciu lat, a jego drastyczne istnienie Europa zaczęła
dotkliwie odczuwać w 1973 roku.


unnamed
źródło zdjęcia – archiwum autora tekstu
Tak, rok 1973 był przełomowy. Kamyczkiem, który ruszył lawinę były dni 16 i 17
października 1973 roku, kiedy to reprezentanci OPEC (Arabia Saudyjska, Kuwejt, Iran, Irak,
Katar, Abu Dabi, Bahrajn, Algieria, Libia itd.) podczas wojny Jom Kipur, czy też wojny
Ramadan zwołali Konferencję, na której CZTEROKROTNIE podnieśli cenę ropy. Potem
ogłosili, że każdego miesiąca będą zmniejszać wydobycie o 5%, nałożyli embargo na Stany
Zjednoczone, jak również na Danię i Holandię, a także zapowiedzieli, że taką procedurę
rozciągną na każdego, kto odrzuci ich żądania politycznie i ich nie poprze. Dziewięć państw
ówczesnej EWG – (Europejska Wspólnota Gospodarcza, dzisiejsza Unia Europejska)
poddało się temu szantażowi. Dziś możemy spekulować, czy było to ‘podstawienie pod
ścianą’, czy też od zawsze rządzili nami sprzedajni Judasze. Niedługo potem, w lipcu 1974 roku
Konferencja w Paryżu, Sekretarz Generalny Ligi Arabskiej wraz z przewodniczącym
Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej założyli „Parlamentarne Stowarzyszenie ds.
Współpracy Europejsko-Arabskiej”. Zauważ – jeszcze ani śladu słowa Islam, Allah,
Muzułmanie.
W 1975 roku w Paryżu wyszedł pierwszy numer pisemka o przerażającym tytule
„Eurabia”. Wtedy już Europa została sprzedana Islamowi. Wiesz dlaczego? Ponieważ w tym
samym roku powstała Rezolucja Strasburska. A wiesz o czym mówi? O przyszłych
IMIGRANTACH, a ściślej o imigrantach, których kraje arabskie wraz z ropą wyślą do Europy
Mówi ci to coś?!
„Parlamentarne Stowarzyszenie ds. współpracy Europejsko-Arabskiej WYMAGA od
rządów europejskich przygotowania specjalnych środków, aby ZABEZPIECZYĆ swobodny
przepływ pracowników arabskich, którzy będą imigrować do Europy, JAK RÓWNIEŻ
POSZANOWANIA DLA ICH PODSTAWOWYCH PRAW”. Wiesz już, dlaczego we Francji
meczety rosną jak grzyby po deszczu i jest ich na dzień dzisiejszy ponad 2200?! Wiesz już,
dlaczego Angela Merkel nakazuje przyjmować uchodźców?! Wiesz już dlaczego
reprezentanci Polski zagłosowali tak, a nie inaczej w ostatnim głosowaniu?! Wiesz, dlaczego
rząd odebrał środki z budżetu przeznaczone dla repatriantów, aby dać je muzułmańskim
‘uchodźcom’?!


4642227075_d33944de1c_o
Oriana Fallaci – źródło Flickr creative commons
Oni to wszystko zapewnili sobie już dawno, dawno temu. Podstępem, w oparciu o
NASZE przepisy. Sami im to daliśmy. Oddaliśmy im nasz kontynent dobrowolnie, bez walki.
W zamian za pieniądze.
„Nasza rewolucja to moment w rewolucji światowej. Należy być szczerym i przyznać,
że chcemy doprowadzić do wojny, jak ta w Wietnamie, ponieważ chcemy drugiego Wietnamu.
I dotyczy to nie tylko Palestyny, ale wszystkich krajów arabskich. Konieczne jest, aby cały
Naród Arabski przystąpił do wojny przeciwko Ameryce i Europie. Żeby przeciwko Zachodowi
rozpętać wojnę totalną (…) Ameryka i Europa muszą wiedzieć, że jesteśmy dopiero na samym
początku. Że najlepsze dopiero się zacznie. Że odtąd nie będzie już dla nich wytchnienia. A
potem będziemy przesuwać się krok po kroku, milimetr po milimetrze. Rok po roku, dekada po
dekadzie. Zdeterminowani, uparci, cierpliwi. Oto nasza strategia. Strategia, którą zresztą
rozszerzymy”. – George Habasz, Przywódca Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny
Bejrut 1972r.

Źródło Oriana Fallaci „Siła rozumu”
Pressmix.eu 2015

czytaj także 
Zrzut ekranu 2015-09-29 o 16.30.00



http://pressmix.eu/2015/09/26/nadchodzi-totalna-eksterminacja-wojna-domowa-w-europie-to-kwestia-miesiecy/

poniedziałek, 28 września 2015

Greckie POłożenie PL

Izabela Brodacka Falzmann: Nie udawaj Greka…




rozmowy-euro
Izabela Brodacka Falzmann Fot. naszeblogi.pl
Izabela Brodacka Falzmann
Fot. naszeblogi.pl
Propaganda odchodzącej w polityczny niebyt formacji straszy nas losem Greków. Od lat słyszę, że Grecy są sami winni sytuacji w jakiej się znaleźli. Za dużo jedli, za mało pracowali. Poza tym niehonorowo nie chcą spłacać długów. Gdyby Grecja mogła na własny rachunek korzystać ze swoich walorów turystycznych i pracy obywateli jej sytuacja byłaby zupełnie inna. Ale Grecja jest zakładnikiem banksterów.
Posłużę się przykładem a właściwie metaforą. Jest to relacja ofiar pod opieką fundacji Itaka. Naiwna dziewczyna angażuje się do pracy w kawiarni za granica. Kawiarnia okazuje się być zwykłym burdelem. ( jeżeli to niejasne- jest to metafora UE). Co gorsza nie można się z tego interesu wycofać. Na samym wstępie dziewczyna dowiaduje się, że koszty jej zaangażowania i przewiezienia to arbitralnie ustalone kilka tysięcy euro i chce czy nie chce musi je spłacić . Bierze się więc do roboty w nadziei, że kiedyś się uwolni. Gros zarobków odbiera jej jednak patron na koszty utrzymania burdelu ( to podatki) . Okazuje się, że za nędzne wyro na którym sypia płaci jak za hotel Hilton, a zupa z proszku kosztuje u alfonsa drożej niż stek z Old Homestead. Aby jeść musi się więc dodatkowo zadłużać. Tłumaczą jej,że to przecież działanie zupełnie dobrowolne. Nikt jej nie każe zupy kupować, może zdechnąć z głodu. Pomimo że pracuje dzień i noc jej zadłużenie rośnie zamiast maleć. Gdy prosi żeby ją wypuścić obiecując , że po uwolnieniu zarobi na zmywaku i wszystko zwróci patron zaśmiewa się do łez. Musi ją przetrzymywać, gdyż zabezpiecza tylko swoje należności, a długi trzeba przecież spłacać -n’est-ce pas? Poza tym z zarobionych pieniędzy gangster musi opłacać obsługę burdelu, oraz tłuste misie czyli dużych facetów, którzy pilnują żeby żadna z dziewcząt nie uciekła. A tacy stróże mają spore wymagania -n’est-ce pas?
Wreszcie dziewczyna się załamuje i odmawia pracy. Zostaje sprzedana z jeszcze większym długiem do tańszego burdelu, albo ląduje w rynsztoku z poderżniętym gardłem. Inne dziewczyny muszą zrozumieć, że z tego interesu nie można się wycofać.
Jeszcze lepszą metaforą jest polski film Krzysztofa Krauzego „Dług” oparty na faktach. Dwóch młodych ludzi wdaje się w pertraktacje na temat pożyczki, z której ostatecznie rezygnują. Nie wiedzą, że sam kontakt z lichwiarzem oznacza zaciągnięcie długu. Zostają mówiąc językiem ulicy „naliczeni”. Dług lawinowo rośnie i rośnie, mężczyźni są straszeni a nawet torturowani i wreszcie, aby ratować życie decydują się na zabójstwo. Dług rośnie bo takie są koszty jego obsługi. To że fizycznie nikt nie brał pieniędzy nie ma znaczenia. Sam kontakt z gangsterem jest podstawą do naliczania.
W podobnej sytuacji jest Grecja i Polska. Sam kontakt z gangsterem jakim jest UE i międzynarodowi banksterzy owocuje zadłużeniem. Obsługa tego długu jest niezwykle kosztowna i nie mamy najmniejszego wpływu na to jak jesteśmy naliczani. Naliczają nas za emisję CO2, musimy płacić swoją składkę, poza tym dokładać się na ratowanie innych zadłużonych. Na samą obsługę długu i funkcjonowanie aparatu państwa czyli na misiów pilnujących naszego burdelu zaciągane są następne niekontrolowane przez nikogo pożyczki. Misie nie ograniczają swoich wymagań. Przecież to nie oni spłacają i będą spłacać pożyczki. Będą je spłacać nasze dzieci i wnuki obciążone grzechem pierworodnym III RP jakim jest gigantyczne zadłużenie.
Prekursorem zadłużania kraju był Gierek. Pamiętam wówczas zachwyty naiwnych, że wreszcie mamy w Polsce Europę. Tylko dlatego, że na rynek rzucili cytrusy i banany i można było na talon kupić malucha. Ekipa Gierka korzystając z zachodnich kredytów chciała jednak unowocześnić PRL. Kupowano zachodnie technologie. Powstały huta Katowice, Port Północny, Rafineria Gdańska, kopalnia węgla brunatnego i elektrownia Bełchatów, Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Tychach i Bielsku-Białej ( fiaty 126p ), rozbudowano fabrykę ciągników Ursus, kombajnów zbożowych w Płocku, nawozów sztucznych w Policach. Część tych technologii od początku była przestarzała. Na przykład zakupiona w 1972 roku licencja na produkcję autobusu Berliet . Kupując tę licencję Gierek chciał podobno pomóc bankrutującym francuskim zakładom. Jak głosi wieść gminna nasze długi finansowały poza tym rosyjską rurę, a część kredytów została po prostu przejedzona.
W końcu lat osiemdziesiątych skumulowały się spłaty zrestrukturyzowanych kredytów, a Polska była w stanie spłacać jedynie niewielką część odsetek bez spłaty kapitału. Niespłacane odsetki powiększały dług, który w 1989 r. wynosił 42,3 mld dol.
Jednak Gierek wobec naszych chłopców z ferajny to mały pikuś.
Polski dług to obecnie około 230% PKB. Oficjalnie około 50% PKB i 180% ukryty. Wynosi podobno ponad trzy biliony. W jawnym przeciwieństwie do Gierka rząd polski nie może wylegitymować się żadnymi poważnymi inwestycjami. Zadłuża kraj na potrzeby rosnącej administracji, na różne nikomu nie potrzebne orliki, wysepki na szosach, i chodniki dla rowerzystów. A przede wszystkim na utrzymanie tłustych misiów pilnujących naszego burdelu.
To nie są za mocne słowa. Jesteśmy dokładnie w sytuacji wywiezionej za granicę i spłacającej nieokreślony bliżej dług dziewczyny. Im więcej spłacamy tym bardziej jesteśmy zadłużeni. Na naszej pracy korzystają tylko tłuste misie, wyznaczone do pilnowania nas. Nie udawajmy, że jest to sytuacja podlegająca jakimkolwiek prawom ekonomii i zasadom współżycia społecznego.
Nie udawajmy Greka.

Izabela Brodacka 

piątek, 25 września 2015

PLF 101 Operation Smolensk XUBS


13.06 15:30Kategoria: Katastrofa smoleńska Odsłon: 17217 378 Komentuj

Smoleński Sen Polela


Smoleński Sen Polela

Witaj Polelu!  Chciałbym, na wstępie naszej rozmowy, serdecznie Ci podziękować. Zarówno w imieniu własnym, jak również, w imieniu Blogerów, Komentatorów, oraz Czytelników portalu Salon24 za Twoją zgodę, na udzielenie tego wywiadu. Głównym celem naszej rozmowy, będzie jeśli pozwolisz, ukazanie i przybliżenie tzw. "polskiej blogosferze" przebiegu tragicznych zdarzeń, do których doszło w Smoleńsku dnia 10 kwietnia 2010 roku. Postaramy się,abyz Twoją pomocą, poznać i zrozumieć,co wydarzyło się w Smoleńsku. Jak naprawdę wyglądał,  prawdziwy przebieg zdarzeń, tego - jakże tragicznego w skutkach dnia.Bardzo bolesnego w pierwszym rzędzie, dla dla rodzintak licznychofiar tej okropnej zbrodni.Bolesnego, dlanas wszystkich – którym, śmierć tych ludzi, nigdy nie była, nadal nie jest,i nigdy nie będzie obojętna. Czy jesteś w stanie  Polelu, pomóc nam wszystkim, w zrozumieniu i poznaniu mrocznych tajemnic Smoleńska? 
Drogi fatamorganie!  Postaram się zrobić wszytko, co mogę. Ta sprawa, nie może zostać dłużej przedmiotemchorychspekulacji i niewybrednych w treści deprywacyjnych publikacji. PolskiPrezydent zginał, wraz z nim, zabitych zostało 95 innych ludzi. Byli to w większości, jedni z najlepszych - jakich Polska wtedy miała. To nie może pozostać bez kary. Nadszedł czas, aby pewne, jak to sam nazwałeś "mroczne" informacje, ujrzały już światło dzienne. Chciałbym, móc ujawnić Tobie wszytko. Wszytko co w tym temacie  wiem. Nie jest to jednakdrogi Fatamorganie możliwe. Jak się zapewne domyślasz, obowiązuje mnie dochowanie pewnych tajemnic. Obowiązuje mnie także, dochowanie wierności krajowi, któremu świadomie służę. Honor żołnierza i oficera, nie pozwala mi, abym ujawnił pewne tajne informacje. Pewne zaawansowane techniki, dzięki którym, już w trakcie akcji i działań Specnazu, nabyłem moje smoleńskie info. Dlatego, nie jestem w temacie Smoleńska, tak  do końca - panem wszystkich, pozornie tylko   możliwych dla mnie działań, Uwiązany na zawsze, złożoną świadomą przysięgą, ni jestem już jedynym panem, mojego życia i losu. Jestem, podobnie jak Samuraj - uwiązany honorem i słowem. Nie mogę, postąpić inaczej, nawet jeśli wchodzi w rachubę, dobro kraju z którego, podobnie jak i Ty  pochodzę. Mogę jednak, potraktować to wyzwanie, według, kierując się słowami, mojego duchowego mentora  18 wiecznego Samuraja  Yamamoto Tsunetomo
"Najlepszym sposobem postrzegania otaczającego nas świata, jest uznanie go za sen. Kiedy napotkasz na koszmar, zawsze wtedy możesz się przebudzić i uznać koszmar za sen. Świat w którym  żyjemy, nie różni się wiele, od najbardziej koszmarnych snów"


Polelu, jeśli pozwolisz, zadam Ci teraz, jedynie jedno bardzo specyficzne
pytanie. Wspomniałeś bowiem, o zaawansowanych militarnych technikach,
dzięki którym, jak się wyraziłeś, pomimo satelitarnego maskowania,
działania Specnazu były widoczne. Czy możesz, nieco więcej, powiedzieć
nam w tym specyficznym temacie.

Fatamorganie - nie wdając się w szczegóły, powiedzieć tylko tyle mogę.
Poziom techniki, będący używany i stosowany  w "military aplications" -
bardzo daleko przewyższa wszytko to - o czym "normalni" ludzie wiedzą.
Wszytko to - z czym się spotykają. wszytko to - co jest ogólnie poznane i
stosowane dla aplikacji tzw. "cywilnych" Dla aplikacji, najpierw jedynie
typu "militarnego" stworzono radar, telefony komorkowe, internet i
praktycznie wszystkie dzisiejsze "gizmos" Stworzono i uzywano dawno -
zanim, cywile sie nawet o nich dowiedzieli. W obecnych latach - jest
podobnie. 


Rozumiem doskonale, co chciałeś polelu, poprzez to proste,
przypomnienie nam tych "faktów”  pozornie nic nie nam nie mówiąc –
jednak powiedzieć. 

Proszę Cie zatem, abyś teraz opowiedział “Smoleński sen Polela”
***


Sen Polela, zaczyna się o godzinie 5:00 UTC - "Zulu Time" 

Warsaw (Poland) Saturday, April 10, 2010 at 7:00:00 AM CEST UTC+2 hours

Polel przebywał, znalazł się (jak to często w snach bywa)  w pewnym miejscu. Powiedzmy, że ciupkę podobnym do takiego. W snach - wszytko wygląda czasem bardzo podobnie.
Irack - Tactical Situation Room - polowego centrum informacyjno-taktycznego, nieistniejącej oficjalnie (jedynie w snach Polela) bazy wojskowej jednostek specjalnych, w pobliżu Aby Al Knasib na pograniczu z Iranem.

W czasie trwania mojego snu, przebywałem w tym centrum,
praktycznie przez całą  noc. Będąc tego wczesnego
poranka, najwyższym stopniem oficerem. Od tego momentu,
do moich obowiązków, należało zapoznanie się z
wszelkimi, namierzonymi - odkrytymi w ciągu trwania
(mojego snu) działaniami i ruchami tzw.  "wroga" Mówiąc
dokładniej, to z wszelkimi ruchami, wszystkich nie
ciąg dalszy ...
zidentyfikowanych przez nas, przebywających w "pobliżu"
(kilkuset mil)  osób, grup lub formacji. Po przejęciu
przeze mnie dowodzenia - Polel (jak śni) to czasem
dowodzi, wydałem rozkaz, aby przedstawiono mi wszelkie
nowo nabyte, w ciagu ostatniej godziny informacje.
Będący na służbie w tym czasie informatycy-analitycy
podali mi kilka info - nie mających jednak, z
taktycznego punktu widzenia, większego znaczenia.
Było stosunkowo spokojnie, na końcu tej nocy w tym moim
"ziemskim piekiełku" 

Pamiętając o tym, że kilku z moich bliskich "kumpelo"
miało uczestniczyć w pewnej akcji na terenie
Afganistanu, kazałem przekazać sobie również, wszelkie
najnowsze info z tamtego terenu.
Wyglądało jednak na to, że nie zaczęli jednak jeszcze
swoich działań. Dokładnej godziny ich akcji nie znalem,
tak wiec, pozostawało jedynie czekać. Wdałem się z
nudów, w prywatną rozmowę z jednym z naszych nowych
nabytków.
Wiedziałem, że jest świetny na komputerach.
Zwerbowano go do nas, zaraz po tym, jak złamał, nie do
przejścia "zabezpieczenia" w swojej jednostce, i sam
udzielił sobie, miesięcznego urlopu.
Podobał mi się ten chłopak.
Widać u niego było "bankowo" niezłą fantazje i klasę.
Szybko dowiedziałem się, że "uciekł" do czynnej służby,
bo czekał go proces o "computer hacking"
Jego nazwisko, wskazywało na rosyjskie pochodzenie.
Rozmowa zeszła na polskie i rosyjskie tematy.
Żartowałem nawet z niego, że jakby się nie
urodził w USA, to pewnie byłby teraz w ruskiej armii.
Dalej nic się ciekawego u nas i w Afganistanie nie działo.
Spytałem go, czy może namierzyć cokolwiek - co się dzieje ciekawego na świecie.
Po kilku, niezbyt ciekawych info, podał mi info o jakiś niespodziewanych ruchach Specnazu na ich własnym terytorium.
Sam zaczął być podobnie jak i ja, tym zaciekawiony.
Rozkazałem również drugiemu informatykowi, aby wrzucił cały ten obszar-teren na duży ekran, i dodał dostępne image z satelitów.
Nie za bardzo, znałem obszar Smoleńska.
Niewiele w sumie znałem, oprócz widocznej w oddali
Moskwy. Jeszcze jedna miejscowość, zwróciła moją
uwagę.Była to miejscowość Katyń, którą znałem z
historii i opowieści z czasów jeszcze mojego
dzieciństwa. Wiedziałem że komuniści - NKWD zamordowało
w tych okolicach tysiące polskich oficerów, w tym kilku
z mojej bardzo bliskiej rodziny. Ze strony i mojego
ojca i matki.
Zaledwie kilka minut po 6:00 - dodatkowo pokazała się
wiadomość w najnowszych info, o treści :

"We have an international situation on russian
territory involving Polish military plane ...."
Tyle mogę (z mojego snu) pamiętać w tej kwestii.
Wszelkie  dalsze info, było już typu  "top secret
informations..."
Jedynie ja z przebywających tam (w moim śnie)  w tym
pomieszczeniu, mogłem je odczytać.
Momentalnie wiedziałem, że sprawa jest bardzo poważna.
"Komputerek" z którym wcześniej rozmawiałem, był
cholernie bystry, pracował do tego szybko jak maszyna,
podając mi dalsze info.
Ten drugi, nie za bardzo nawet załapywał, o co chodzi.
Dawał za to, dość dobre images, z satelitów.
Już pierwsze dostępne mi images, dawały mi dość jasny
obraz sytuacji.

Na lotnisku południowym w Smoleńsku Specnaz 
"zaatakował" polski samolot.
Polskiemu  samolotowi (najprawdopodobniej JAK- 40) w
trakcie wytracania szybkości-hamowania, momentalnie po
wylądowaniu, oderwali wszystkie elementy podwozia.
Nie było to dokładnie widoczne, bo teren został
kilkanaście sekund  wcześniej, objęty zasłoną dymną.
Wyglądało to jednak, na postawienie na pasie
specjalnych zapór, których piloci nie zobaczyli do
ostatniej chwili.
Obszar w promieniu min. kilometra został objęty,
jeszcze przed lądowaniem, zagłuszaniem emisji fal
radiowych.
Zarówno na falach normalnych - jak i we wszystkich
możliwych spectrum's.
Samolot  w momencie kiedy się ostatecznie zatrzymał -
zaatakowała grupa szturmowa Specnazu.

(śniąc dalej )

Widziałem minimum dwa "images" nie dające żadnych
wątpliwości, co do przeprowadzanej tam operacji.
Dokładny czas tej operacji - od  5:56 do 6:02
Specnaz zakrył się wprawdzie zasłoną dymną (zawalili
wykonanie) ale była niezbyt skuteczna.
Maskowala ich,jedynie na obszarze lotniska z
poziomu terenu i jedynie z pewnej odległości.
Zasłonę usunięto dość szybko.
 Na kolejnych dostępnych images - tego samolotu nie
było już widać.
Domyślam się,  że wciągnięto go jak najszybciej do
hangaru. Lub może, nałożono na niego, wcześniej
przygotowany maskujący "widzialność satelitarną cover"


To nie był jednak, koniec "operacji" Specnazu tego
dnia. To był zaledwie początek.
Łączna ich liczebność
(tego dnia)  na terenie wokół Smoleńska wynosiła
znacznie ponad 100 żołnierzy.
To daje siłę - jednego batalionu.
Wszystkie ich działania, były bardzo dokładnie na dużo
wcześniej zaplanowane i przygotowane.
Jeszce zanim, miejsce dalszej akcji, przeniosło się w
pobliże lotniska północnego, wiedziałem. dzięki 
"tonie" odwalonej pracy "zdolnego komputerka"  gdzie
ci ze specnazu mieli główne centrum dowodzenia i centrum
wypadowo-operacyjne.

http://static.panoramio.com/photos/original/36743695.jpg

Smoleński Sen Polela


Zaledwie 3 kilometry (w lini powietrznej) od północnego
lotniska.

Teren i kompleks mieli tam wprost idealny do tego typu
operacji. Ogrodzony, dobrze odizolowany od innych
zabudowań, jednocześnie znajdujący się przy samej
drodze.Już później, kiedy się spokojnie mogłem nad
wszystkim dokładniej zastanowić, doszedłem do wniosku,
że ten kompleks,to  został specjalnie do tego właśnie
celu-zadania i dla tej całej operacji wybudowany. Takie
operacje w warunkach pokojowych, w terenie zaludnionym,
na własnym do tego terytorium, są  planowane, na lata
naprzód. Są tak bardzo skomplikowane, że bardzo rzadko
się je wykonuje. Chociażby, ze względu właśnie na ich
stopień trudności. To tylko była Fatamorganie, taka
moja luźna uwaga, zanim powrócę do tego - co mi się
tego dnia śniło. Bo to był tylko, pamiętajcie to
wszyscy –tylkoPolela  koszmarny sen!
   
Już wtedy,jeszcze zanim Specnaz zajął  się losem
Tupolewa (sen Polela)
widzieliśmy, pomimo zakrycia go maskującym cover,
stacjonujący tam właśnie, gigantyczny rosyjski 
helikopter MI-26
Zanim Polela senne wizje, przeniosą się na teren
przylegajacy od wschodu do lotniska północnego,
chciałbym ciupkę wspomnieć o dodatkowych tego snu
"sennych majakach"
Pomiędzy szturmem na pierwszy polski
samolot i trafieniem a następnie “aresztowaniem”
Tupolewa(Polela  sen wytłumaczy, jak się "aresztuje"
samolot już za chwilkę)
 - “wyczyszczeniem”TU-154z planu “spektaklu” dla
naiwnych.To będzie tak "lekko licząc" jakieś
30 milionów, najpierw otumanionych komunizmem, a potem
"mediami" Polaków.
Nad lotniskiem Smoleńsk północ(Siewierny)w przestrzeni
powietrznej panował wtedy"znaczny ruch"

***

Samoloty IL-76 siały sobie spokojnie,szczątki
samolotowe, nad terenem późniejszego medialnego
“widowiska” -dla przede wszytkim, tych minimum 30
milionów, najpierw otumanionych komunizmem, a
potem "mediami" Polaków…
Ale nikt z Polaków, co tam przecież byli, niczego nie
widział.
Co jest grane – czy to byli sami zdrajcy ?
To mnie dręczy - od 5 lat !

Ta cześć wywiadu, została napisana - dokładnie według
zapisu wypowiedzi Polela.
Na Polela jasno wyrażone życzenie, będące
jednocześnie warunkiem jego zgody, na publikacje całości snu Polela!



Teraz dalej (sen Polela)

Zaraz po 6:30 nadleciał od wschodniej strony lotniska
polski Tu-154.
Najpierw trafili go, prawdopodobnie bardzo małą rakietą,
trafiającą do celu, przy naprowadzeniu, w pierwszej fazie
najczęściej "sterowanym",\ w końcowej fazie, idącą do celu
już tylko, po odczycie wysokiej temperatury sinika.
W wyniku tego trafienia, samolot stracił gwałtownie 
wysokość.
Został "trafiony" po raz drugi, już nad samą  ziemia z
powietrza, przez znajdujący się znacznie powyżej MI-26.
Ładunek został detonowany w powietrzu, nie docierając do
kadłuba samolotu.
To gwarantowało wstrzymanie części energi kinetycznej
samolotu ( to info jest tylko dla fachowców) jednocześnie,
uciszając wszystkich ,którzy znajdowali się na jego
pokładzie.
  Nie było dzięki temu działaniu (samolot był już wtedy,
bardzo nisko nad samym terenem)  również typowego dla,
lądującego , normalnie lub awaryjnie a nawet i 
katastrofalnie - wytracania szybkości lotu-ruchu.
Działający pod ukryciem zasłon dymnych Specnaz, postawił na
drodze hamowania Tupolewa, cały szereg 
Aircraft Arresting Net Barrier Systems

Tak, takie systemy ( nie są one tylko w snach Polela )
wyglądają
Smoleński Sen Polela

Smoleński Sen Polela

Barier (sieci)  służących do nagłego zatrzymania
( dosłownie w miejscu) lądujących samolotów, nawet w
warunkach polowych.

Aircraft Arresting Net Barrier Systems moga byc
instalowane w kikadziesiat minut.
Dobrze wyszkolony team 10 osobowy jest w stanie ustawic
te zapory w mniej jak 30 minut!

Tak Team to robi

Smoleński Sen Polela

Smoleński Sen Polela


Smoleński Sen Polela



Wielkość i masa samolotu nie jest ograniczona. 
  Takie systemy,  mogą zatrzymać nawet najwieksze
 samoloty.

Smoleński Sen Polela

Złapanego  w zastawione przez Specnaz "sieci" TU-154 -
dokładny czas  6:36 zapięto momentalnie na zawiesiach.
Wtedy, gigantyczny śmigłowiec MI-26 z którego wystrzelono
drugą rakietę, uniósł TU-154 w powietrze.
Smoleński Sen Polela

Smoleński Sen Polela
The Mi-26T2 transport helicopter was exhibited at the MAKS 2011 aviation and  space  show.

Doszło jednak do dużego wycieku paliwa lotniczego z
uszkodzonych w trakcie "łapania w sieci" skrzydeł.
To jest miejsce, gdzie  Specnaz to zrobił.
Przed 10 kwietnia nie ma tam skażenia. 

Ten teren-miejsce zostało mocno zatrute-skażone po 10 kwietnia.
Ziemia, jest zawsze świadkiem tego co się tam wydarzyło.
Jeśli macie wątpliwości w wiarę jedynie w sny Polela.
  Po pewnym czasie, roślinność zawsze zmienia kolor lub
niszczeje całkowicie, pod wpływem skażenia górnych warstw
ziemi, paliwem lotniczym.
Następnie MI-26 6:38 przetransportował polski samolot do
pokazanego już wcześniej miejsca.
Tam również, cały teren tego kompleksu, nosił ślady
skażenia.
Tu jest teren tego kompleksu, jeszcze przed "operacją"
Specnazu.  
  Tu jest teren już po operacji Specnazu.
Podobnie jak w miejscu "złapania" TU-154 w sieci, cały
teren tego kompleksu, nosi wyraźne ślady skażenia paliwem
lotniczym. Jeśli macie dalsze watpliwosci w wiarę, jedynie
w sny Polela. 

Zaraz po odlocie MI-26 z podwieszonym polskim Tupolewem, od
wschodniej strony,  podchodził do lądowania, w ostatniej
fazie  następny samolot TU-154.
Ten jednak to już nie był polski samolot - tylko rosyjski! 
Czas tego "zdarzenia" 6:41
Czas "waszej" polskiejKATASTROFY !!!
Koszmarny  sen Polela  się skończył.
To była, ostatnia scena, ostatniego aktu, gigantycznej  
 Smoleńskiej Tragedii
Ale i  Gigantycznej Iluzji.

Batalion Specnazu.
Ale "oni" no-to  byli tylko wykonawcami.
Wykonawcami rozkazów wydanych im, przez innych ludzi!
Nie zapominajcie nigdy o tym.
To  ktoś inny, inna grupa ludzi, dokładnie zaplanowała,
potem  nakazała Specnazowi wykonać te zadania.
Ci którzy to wszytko zaplanowali i rozkazali innym wykonać,
są najbardziej winni za  Smoleńską Tragedie.
Znajdzie ich wszystkich i osądźcie bardzosurowo!!!