o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

sobota, 31 lipca 2010

( ) walka trwa



O dobrą pamięć,




Pamięć Żołnierzy Wyklętych.

**************

ANEKS.

Za Trumnami - c r e d o.

Prof. dr hab. Rafał B r o d a,
I.F.J. PAN.

Teraz mamy już prawdziwą wojnę.

Minęło już blisko pięć miesięcy od tragicznego 10 kwietnia 2010, dnia smoleńskiej katastrofy. Historyczna waga i symbolika tego wydarzenia, z całym wyczuwalnym dotykiem jego ponadludzkiego wymiaru i doniosłości dla losów Polski, nakazywały trwać w kwarantannie milczenia, by czegoś nie zepsuć niepotrzebnym słowem, źle skierowaną wyobraźnią, czy brakiem wrażliwości na ból tych, którzy najbardziej bezpośrednio zostali dotknięci. W międzyczasie straszliwa w skutkach powódź zanurzyła dużą część narodu w troskach o dalszy byt i odnalezienie drogi do minimalnej choćby stabilizacji codziennego trwania. Wyborczy wynik dopełnił pasma kataklizmów, a ponura masowa demonstracja braku wrażliwości większości Polaków na sprawy najistotniejsze dla Polski, czyni dzień 4 lipca 2010 dniem szczególnym - dla mnie jest to k o n i e c z ł u d z e ń i początek prawdziwej wojny; tej wojny, którą nam w różnych groźnych, lub bardziej subtelnych formach natrętnie zapowiadano.
Wyzwanie wojenne wymaga nowego spojrzenia na sprawy polskie, z pełniejszą i bardziej realistyczną niż dotychczas świadomością, że w tym wyzwaniu mamy nadzwyczaj licznych przeciwników wewnątrz Polski. Mamy więc etap dziwnej wojny domowej, w której podstawowym działaniem staje się walka o świadomość. Tej walki nie da się wygrać w sposób rozłożony w czasie, licząc na to, że ludzie doznają kiedyś olśnienia, zrozumieją zagrożenia i dojrzeją do wyborczej jedności. Tym bardziej nie da się tego wygrać snując plany o edukacji młodzieży, o wychowaniu w rodzinie, o rozwijaniu organizacji młodzieżowych, o wysyłaniu w teren emisariuszy, którzy nieśliby kaganiec prawdy o wolności suwerenności i niepodległości. To wszystko trzeba robić, ale ze świadomością, że strona przeciwna ma o wiele bardziej efektywne narzędzia i jest tak skuteczna, że upływający czas tylko pogarsza sytuację. My mamy o wiele trudniejsze wyzwanie, bo prawda jest o wiele bardziej skomplikowana i wymagająca myślenia, a atrakcyjną staje się dopiero w odległej perspektywie, gdy coś skłania, lub zmusza nas do podsumowań. Zło jest atrakcyjne doraźnie, dysponujące ofertą szybkiej konsumpcji, łatwo demoralizujące i preferujące stan leniwej bezmyślności - skutki ujawniają się z pewnym opóźnieniem, a te bardziej rozległe, sięgające podstaw bytu narodu, dopiero wtedy, gdy jest za późno, by zapobiec katastrofie. Dlatego
czekająca nas walka wymaga działań szybkich i zdecydowanych, tak jak w prawdziwej wojnie; trzeba się nawet liczyć z tym, że stan napięcia przekroczy psychiczną odporność ludzi i "brat powstanie przeciw bratu", jak wieszczą słowa proroctw.
Kolejny znakomity wywiad Jarosława M.Rymkiewicza [Rzeczpospolita,17/18 lipca,2010] podsumowuje stan spraw po wyborach i wpada w moje emocje razem ze wszystkimi jego realistycznymi i pesymistycznymi konkluzjami. Wywiad dotyczy koncepcji, według której istota polskiej odrębności ukształtowała się na przełomie XV i XVI wieku jako nadrzędne umiłowanie wolności, stające się podstawową racją bytu każdego Polaka w ramach wspólnoty narodowej. Historia Samuela Zborowskiego godzącego się z wyrokiem śmierci w imię obrony własnej wolności stanowi kanwę tego wywiadu i zapowiedź najnowszej książki autora. Jeszcze, niestety, nie znalazłem jej w krakowskich księgarniach; także poematu J.Słowackiego p.t. "Samuel Zborowski" nie mogłem znaleźć, ale wkrótce na pewno się to uda. W końcówce wywiadu
Rymkiewicz nawiązuje do współczesności i optymistycznie stwierdza, że te blisko 8 milionów wyborców, którzy głosowali na J.Kaczyńskiego, to zupełnie wystarczająco liczny naród, na którym można i warto się oprzeć. Cała reszta może nas nie obchodzić i powinniśmy ich traktować z pełną obojętnością; oni sami wyzuli się z tego, co w polskości jest najważniejsze.
Ta prosta, chociaż okrutna konkluzja, mocno wpasowała się w moje postanowienia po wyborach i nawet podziałała na mnie kojąco. Rzeczywiście, przecież nie można przez 21 lat bezowocnie argumentować i tłumaczyć ludziom, że sprawy Polski idą w całkiem złą stronę i doznawać tych samych rozczarowań w kolejnych wyborach. Dzieją się sprawy o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości Polski, dla jej przetrwania, a wykształceni ludzie z ambicjami do bycia częścią elity, są zupełnie obojętni, nawet nie starcza im wyobraźni, by dostrzec niebezpieczeństwa, które wcześniej, czy później dotkną bezpośrednio także ich osobistych losów. Nie rozumiem sposobu rozumowania moich kolegów ze środowisk naukowych, zwłaszcza tych ze szczególnie bliskiego mi środowiska fizyków, bo nawet tych skutków, które bezpośrednio ich dotykają, zdają się nie kojarzyć z przyczynami. Materialna degradacja naszych dziedzin dokonana decyzjami dokładnie tych sił politycznych, na które oddają swoje głosy, nie budzi żadnej refleksji. Nastąpiła jakaś daleko posunięta obojętność owiec prowadzonych na rzeź, którym nawet nie można pomóc - idą bezmyślnie za baranami przewodnikami i będą za nimi skakać w przepaść. Tym bardziej nie dostrzegają szerszych zagrożeń, które wprost zmierzają do unicestwienia państwa i rozpłynięcia się w obszarze zamieszkałym przez ludzi całkowicie ubezwłasnowolnionych. Symptomy nowego i wszechogarniającego totalitaryzmu stają się już niemal dotykalne.
Dlatego dzisiaj przyjmuję tę postawę, którą brutalnie wyraził J.M.Rymkiewicz przypominając legionowe zawołanie: " j..... was pies!" i ochłodziłem do minimum swoje relacje z wieloma znajomymi. Najciekawszą sprawą w tym całym zjawisku jest dla mnie niezwykła wprost wrażliwość tych ludzi na podejrzenia kwestionujące ich polskość i patriotyzm - oni naprawdę chcieliby być wciąż uznawani za patriotów i katolików; być może w tym tkwi szczypta nadziei, że zaczną zastanawiać się nad sensem patriotyzmu.
Doskonale zrozumiałem uwarunkowania, które kazały J.Kaczyńskiemu zrezygnować z nawiązywania do tragedii smoleńskiej w czasie kampanii wyborczej. Z tego zrozumienia także wynika pełna akceptacja dla działań po wyborach, zmierzających do wysunięcia tej sprawy na najważniejszą pozycję w dyskursie politycznym. Bo to jest sprawa najważniejsza i jej ranga musi być doceniona przez każdego, kto chce być członkiem polskiego narodu.
Dzisiaj już nie trzeba, a nawet nie wolno hamować się i trzeba mówić prostym tekstem. Każdy ma do tego prawo i nie ma żadnego znaczenia fakt, że być może tak jak w przypadku Katynia nigdy nie uzyskamy dowodów pozwalających na prawomocne potwierdzenie faktów. Mimo wszystko, ta z górą trzymiesięczna cisza była bardzo pożyteczna. W czasie jej długiego trwania ujawniło się w jak niebezpiecznie jałową stronę idą sprawy, gdy otoczone są milczeniem komfortowym dla śledczych, którzy mają zgoła inne zadanie niż poszukiwanie prawdy. Ja też wkomponowałem się w tę ciszę i powstrzymałem się od jednoznacznych sugestii i stwierdzeń, chociaż przyznam, że od samego początku, od 10 kwietnia, chciałem wraz z innymi wykrzyczeć w internecie, że był to okrutny zamach likwidujący większość polskiej państwowej elity i nawiązujący z premedytacją do zbrodni katyńskiej. Ci, którzy zginęli byli główną przeszkodą w zniewalaniu Polski. Słyszeliśmy wielokrotnie w publicznych wystąpieniach wielu polityków wewnątrz Polski i zza granicy, jak bardzo przeszkadzają, a były zapowiedzi, których trudno nie kojarzyć z tym, co się stało.

Teraz, po okresie chaosu informacyjnego i towarzyszącym mu milczeniu, mamy już do dyspozycji ogromną ilość faktów związanych z katastrofą smoleńską, niestety większości z nich nie możemy przyjąć, jako potwierdzonych, czy w pełni prawdziwych. Fakty te są roztrząsane, wiązane w związki przyczynowo-skutkowe i analizowane przez wielu dociekliwych ludzi, głównie amatorów, którzy wielowątkowo pracują nad tym, co jest dostępne. Dzięki tym ludziom mamy do dyspozycji obszerny materiał dający możliwość porównania z tym, co do nas dociera oficjalnie, a wynika z tego niepokój, że wiele podstawowych pytań w ogóle nie jest stawianych publicznie. Nie ma potrzeby, bo powtarzać to wszystkiego, co krąży w internecie, bo każdy zainteresowany wielokrotnie miał już możliwość zobaczyć, przeczytać i usłyszeć najróżniejsze wątpliwości. Wśród wielu zasadniczych pytań jest też to podstawowe, które jest podnoszone w internetowych tekstach, ale nie pojawia się w oficjalnym dyskursie publicznym: dlaczego, mimo niezbyt dużej prędkości, amortyzowanej dodatkowo płaskim lotem ścinającym drzewa, samolot tak kompletnie się rozbił, a kokpit w ogóle zniknął - co się naprawdę stało, gdzie są jego fragmenty? Czy sekcje zwłok przeprowadzone w Polsce mogą wykazać ślady, które wskażą na eksplozję bomby paliwowo-powietrznej? Czy na podstawie rozrzutu szczątków samolotu eksperci nie mogą definitywnie określić, że miała miejsce eksplozja, lub jej nie było?
W aktualnym stanie spraw można podejść do katastrofy całkiem inaczej. Można stwierdzić ogólnie, że dociera do nas wiele faktów, które są sprzeczne z wersją przypadkowej i nieszczęśliwej katastrofy lotniczej spowodowanej różnymi złożonymi przyczynami - nie wiemy jednak, które z tych faktów są prawdziwe i na ile kompletna jest nasza wiedza. Możemy wobec tego pominąć to wszystko, co nam dotychczas przekazano i wszystko odrzucić jako całkowicie niepewne fakty - w istocie żaden z nich nie jest potrzebny, bo twarde wnioski można ustalić na podstawie tego, co już dzisiaj jest pewne - pewne, bo sami osobiście to widzieliśmy i słyszeliśmy.
Pewne są następujące fakty:

  1. Od momentu katastrofy szerokim strumieniem płynęły z Rosji różne informacje, które szybko okazywały się być nieprawdziwe. Była to klasyczna dezinformacja sterowana centralnie i zmierzająca do wywołania chaosu poznawczego.Objęcie przez premiera V.Putina przewodnictwa komisji śledczej wyklucza, by taka akcja dezinformacyjna mogła się dziać bez jego zgody. W systemie politycznym Rosji jest to wykluczone i o wiele bardziej prawdopodobna jest tutaj inspiracja Putina.
  2. Równolegle już w dniu katastrofy pojawiła się teza o winie pilotów. Teza ta została w Polsce natychmiast wsparta przez szczególnie aktywnych komentatorów występujących w roli ekspertów i mających prawdopodobnie silne związki z WSI. Środowisko Gazety Wyborczej, wyjątkowo nieprzyjazne Polsce, intensywnie lansuje tezę winy pilotów od bardzo dawna, a minister spraw zagranicznych R.Sikorski propaguje ją na zewnątrz Polski (wywiad w CNN).
  3. Strona rosyjska od początku zaciera ślady,które są niezwykle istotne w wyjaśnianiu katastrofy. O tym, jak wygląda to zacieranie śladów w wielu technicznych detalach związanych z katastrofą nie wiemy niczego, tutaj musimy opierać się wyłącznie na domysłach. Wiemy natomiast o zaniedbaniach i zupełnie skandalicznych działaniach, które były oficjalnie podane do publicznej wiadomości. Chodzi o karygodnie beztroskie potraktowanie szczątków samolotu i wszystkich elementów rozrzuconych na miejscu katastrofy, łącznie ze szczątkami ofiar. Pobieżne zebranie głównych fragmentów wraku samolotu, brak zabezpieczenia terenu katastrofy i dopuszczenie na miejsce zupełnie przypadkowych ludzi, wreszcie wycięcie drzew i zrównanie terenu ciężkim sprzętem, to zupełnie jednoznaczne i mrożące krew w żyłach zachowanie, na które w ogóle nie było reakcji ze strony polskich instytucji państwowych. W istocie to łatwo dostrzegalne, bezprecedensowe zachowanie kompletnie nie przystaje do skali i wagi wydarzenia. Pozwala ono sądzić, że zacieranie śladów odbywa się cały czas, a już teraz upłynął czas dostatecznie długi, by nie przeoczyć żadnego detalu. Ci w Polsce, którzy "cierpliwie czekają" na wyniki śledztwa i ganią niecierpliwość innych, w ogóle nie są zaniepokojeni tym, że upływający czas może być czasem zacierania śladów.
  4. Niemniej ważne są fakty obserwowane bezpośrednio w Polsce. Można je podsumować lapidarną konkluzją, że wszystkie zaniedbania, beztroska, formalne wymówki o rzekomych ograniczeniach prawnych i zdanie się na upływający czas ze strony odpowiedzialnych władz państwowych wskazują na ich ewidentne zainteresowanie taką sytuacją, w której nigdy nie nastąpi wyjaśnienie okoliczności i przyczyn katastrofy - są ewidentnie zainteresowani procesem, w którym utrudnia się dojście do prawdy. Szczególnie znamienny jest tutaj brak jakiejkolwiek reakcji na skandaliczne postępowanie Rosjan zacierających ślady katastrofy, przetrzymujących ponad miarę oryginały czarnych skrzynek, skutecznie blokujących wszelkie materiały dokumentalne związane z przebiegiem wydarzenia ze strony wieży kontrolnej, z ruchem innych samolotów na lotnisku...etc. Oddanie sprawy w całości w ręce Rosjan i nie podjęcie choćby próby kontroli nad tym co się dzieje, jest bezprecedensową decyzją władz nominalnie wciąż jeszcze suwerennego państwa.

Rosjanie doskonale wiedzą, że nasze historyczne doświadczenia postawiły ich automatycznie w roli pierwszych podejrzanych w kwestii sprawstwa katastrofy smoleńskiej. Tym bardziej bliskość Katynia i kontekst z tym związany czyni takie podejrzenia całkowicie naturalnymi. Dlatego władze Rosji postępowałyby całkiem inaczej w sytuacji zupełnie przypadkowej tragicznej katastrofy polskiego samolotu z tak ważnymi dla polskiej państwowości ofiarami; postępowałyby inaczej zarówno wobec Polaków, jak i wobec opinii światowej. Mielibyśmy do czynienia z pełnym otwarciem śledztwa z udziałem Polaków i międzynarodowych ekspertów. Nie byłoby żadnych zaniedbań, bo w sprawach o wadze państwowej Rosjanie są wyjątkowo zdyscyplinowani i potrafią wymusić perfekcyjny porządek. To, co się dzieje od 10 kwietnia jest całkowitym zaprzeczeniem takiego postępowania. Gdyby wnioskować wprost, trzeba by zwrócić też uwagę na bezczelność i brak wstydu z jakim ujawnia się publicznie to odwrotne postępowanie strony rosyjskiej. Te "błędy", "zaniedbania", zacieranie śladów i zawłaszczenie śledztwa mają charakter niezwykle demonstracyjny i należy domniemywać premedytację w takim sposobie postępowania. Są więc podstawy, by wnioskować, że władze Rosji nie tylko są winne; te władze chcą byśmy o tym wiedzieli, że oni w tej katastrofie mają swój znaczący udział. Chcą byśmy to wiedzieli, ale nie mogli niczego udowodnić. Chcą byśmy przypomnieli sobie, do czego przywódcy Rosji są zdolni i byśmy zauważyli, że oni tę 70 rocznicę Katynia "uczcili" likwidacją blisko setki najważniejszych dla Polski ludzi. Chcieli nam pokazać, że pora się poddać i wybić sobie z głowy mrzonki o niepodległości, bo nie cofną się przed niczym.
Nie napisałem niczego nowego, prawdopodobnie konkluzje wielu Polaków są dzisiaj podobne, więc podsumuję moje wnioski i oceny, do których nie tylko mam prawo, ale o których słuszności jestem dzisiaj głęboko przekonany.

  1. Katastrofa lotnicza w Smoleńsku, w dniu 10 kwietnia 2010 była zamachem, w którym zlikwidowano najważniejszą część polskiej elity państwowej, aby usunąć główną przeszkodę w realizacji działań pozbawiających Polskę suwerenności politycznej i ekonomicznej.
  2. W planowaniu zamachu, w podjęciu decyzji o jego przeprowadzeniu, w jego realizacji, a następnie w zacieraniu śladów uniemożliwiającym odkrycie prawdyuczestniczyły nieznane dotąd osoby związane z władzami Rosji i ze wspólnikami z Polski.
  3. Nie wiemy, czy uda się zidentyfikować pełną prawdę o tym dziejowym wydarzeniu, ale nadrzędnymobowiązkiem każdego Polaka jest uczestnictwo w poszukiwaniu prawdy i wspieranie wszystkich, którzy działają w tym kierunku.
  4. Dla Polaków, którzy nie wzięli udziału w wyborach prezydenckich, lub głosowali na B.Komorowskiego, dzień 4 lipca 2010 stał się dniem hańby, który będzie dla nich bolesnym obciążeniem, gdy prawda o zamachu stanie się publiczna. Obciążenie będzie się wiązało ze świadomością, że swoją postawą utrudnili dojście do prawdy o jednym z najważniejszych i najbardziej drastycznych wydarzeń w historii Polski.

Nazwisko B.Komorowskiego wymieniam z premedytacją, bo jego rola w politycznych wydarzeniach ostatnich 20 lat polskiej historii, jest szczególna. Nie twierdzę, bo nie mam ku temu podstaw, że B.Komorowski uczestniczył w realizacji zamachu, ale na tej samej zasadzie też tego nie wykluczam. Twierdzę natomiast, że prezydent elekt jest jedną z najbardziej o b r z y d l i w y c h postaci polskiej sceny publicznej, a jego postępowanie, czyny i wypowiedzi zrównują jego sylwetkę z postacią generała W.Jaruzelskego. Nie miejsce tutaj, by uzasadniać tę analogię, natomiast przypomnę tylko okoliczność związaną z katastrofą smoleńską, która nie jest przypominana, a na mnie zrobiła wstrząsające wrażenie. Mianowicie, w kilka godzin po katastrofie, gdy wszyscy normalni Polacy byli kompletnie i głęboko porażeni informacjami o zaistniałej niewyobrażalnej tragedii, B.Komorowski w telewizji odpowiadał na pytanie dziennikarki. Pytanie, tak jak je pamiętam, brzmiało: Czy wobec szczególnie dotkliwych strat, jakie poniosła opozycyjna partia PIS, wasze postępowanie uwzględni tę sytuację i potraktuje swoich oponentów z pewnym współczuciem? Mimo, że nie spodziewałem się po Komorowskim niczego poza próbą uniknięcia odpowiedzi wprost, to co usłyszałem zaskoczyło mnie całkowicie. On odpowiedział: W polityce nie ma miejsca na współczucie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że stało się tak, jak sobie wymarzył - droga do prezydentury otwarta, a cynizm tej postawy zamknął na zawsze możliwość akceptacji tego człowieka w życiu publicznym Polski. Od momentu zaprzysiężenia B.Komorowskiego na prezydenta RP będę odliczał dni do jego odwołania - myślę, że to nastąpi w związku z prawdą o katastrofie smoleńskiej.

Do tego długiego tekstu dołączę jeszcze dwie sprawy dotykające aktualnych wydarzeń.

Pierwsza wiąże się z Zespołem Sejmowym d/s wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza.
Powołanie tego zespołu już wywołało pozytywne, choć jeszcze niemrawe działania w stronę prawdy. Przykrą, natomiast, okolicznością jest negatywna postawa kilku członków rodzin ofiar, którzy mimo pozytywnego nastawienia większości innych rodzin, hałaśliwie protestują przeciw działaniom zespołu. Myślę, że tę sytuację mogłoby zamknąć krótkie oświadczenie Zespołu, na przykład o takiej treści:
" Przychylając się do wypowiadanych publicznie życzeń rodzin kilku ofiar katastrofy smoleńskiej, które wyrażają zastrzeżenia i niechęć do działań naszego zespołu w poszukiwaniu prawdy o katastrofie, oświadczamy, że w naszych dociekaniach nie będziemy się zajmować żadnymi informacjami dotyczącymi losu tych konkretnych ofiar. Uwzględniając aktualne życzenie rodzin trojga ofiar przyjmujemy, że w tych trzech przypadkach nasze wysiłki w poszukiwaniu prawdy nie są pożądane. Wobec tego nasza praca skupi się na wyjaśnianiu losu 93 innych ofiar. Prosimy inne rodziny, które ewentualnie także nie są zainteresowane pracą Zespołu o zgłoszenie swoich zastrzeżeń, które będą w podobnym trybie uwzględnione."

Druga sprawa wiąże się z palącą potrzebą nadania wymiaru międzynarodowego sprawie katastrofy smoleńskiej.
Gdyby naród Polski był zjednoczony wokół tej sprawy, moglibyśmy dać sobie sami radę, ale tak nie jest i bez pomocy z zewnątrz nie uda się wyjaśnić katastrofy.
Dlatego z radością przywitałem inicjatywę członka Izby Reprezentantów w Kongresie USA Petera Kinga występującego o uchwalenie Rezolucji Kongresu domagającej się międzynarodowego śledztwa w sprawie katastrofy. Przypuszczam, że byłem jednym z wielu, którzy podziękowali P.Kingowi i wsparli jego działania w tej sprawie. Do niniejszej wypowiedzi dołączam tekst mojego listu, który wystosowałem elektronicznie do Petera Kinga i kopię jego odpowiedzi, którą otrzymałem w dniu następnym.

Prawdopodobnie ta odpowiedź jest standartowa, ale i tak przytaczam ją, by podkreślić wielką różnicę z sytuacją w Polsce, gdzie parlamentarzyści praktycznie nigdy nie odpowiadają na maile, a nawet na poważne listy przekazywane zwykłą pocztą. Podaję mój list do publicznej wiadomości, aby zachęcić Polaków z USA do wspierania tak życzliwych dla Polski i prawdy polityków, jak Peter King. Jest to zresztą częściowe wypełnienie zawartych w liście moich obietnic wobec adresata.

http://www.polskie-wici.pl/teraz-mamy-juz-prawdziwa-wojne

piątek, 30 lipca 2010

GUS i MinFin PO prezent prodakszyn


W poprzednim wpisie nadmieniłem o łojeniu frajerów przez urzędy skarbowe. Jak to się odbywa…
Przyjeżdża sobie repatriant z USA, który mieszkał tam przez ostatnie 5 lat i zarabiał przeciętne $17/h. Pierwszą rzecz jaką potrzebuje jest mieszkanie. Takie mieszkanie nabywa przy czym opłaca u notariusza podatek od czynności cywilnoprawnych. Zestawienie zakupów jak co miesiąc wędruje od notariuszy do urzędów skarbowych, gdzie praktykantki wklepują numerki NIP do komputera i sprawdzają czy nabywca zadeklarował odpowiednio wysokie dochody. Oczywiście natychmiast podnosi się czerwona flaga – nabywca nie składał deklaracji. Ojej, trzeba wyjaśnić to nieporozumienie ! Wysyła się krótkie wezwanko do stawienia się we właściwym urzędzie skarbowym.
Tam repatriant wchodzi z duszą na ramieniu i oddycha z ulgą, gdy słyszy że chodzi o wykazanie dochodów. Ależ płaciło się podatki, w USA, oczywiście i naturalnie ! Tu są formularze !
Przeprowadźmy teraz rozumowanie tokiem urzędowym.
Weźmy rok 2009. $17/h daje $35360, od czego podatnik zapłacił $3160 podatku federalnego i $1000 podatku stanowego.
Polski urząd stosuje metodę proporcjonalnego odliczania. Oznacza to, że naliczy podatek według polskich stawek i odejmie podatek zapłacony obcemu fiskusowi. Dla tego przykładu mamy 109616 zł dochodu, z czego podatek wynosi 22547 zł. Od tego odejmuje się podatek zapłacony tam, czyli 12896 zł. Do zapłaty 9678 zł.
I tak razy 5 ostatnich lat, do tego kary i odsetki, czyli jakieś 70 000 zł.
Bywa też tak, że Polacy pracują ‘za kesz’ i nie składają żadnych deklaracji. Wtedy stosuje się przepisy o nieujawnionym dochodzie, za które płaci się 75% ujawnionego dochodu. Kupując mieszkanie za 200 000 zł podatek wyniesie więc 150 000 zł. Mieszkanie sprzedawane jest przez komornika, ale rzadko kiedy osiągnie cenę zakupu z której trzeba jeszcze opłacić koszty egzekucyjne. Może być i tak, że nawet po upłynnieniu nieruchomości podatnik będzie musiał nawet dopłacić pewną kwotę.
Mieszkanko zajmuje się bardzo szybko i prosto. Nie ma żadnego tłumaczenia. Jak dobrze pójdzie, to frajer nawet nie zdąży się wprowadzić. Ale hej, można przecież wyjechać na następne 5 lat za granicę.


Henry Ford zauważył kiedyś, że trzeba płacić robotnikowi godnie, ponieważ wyższa siła nabywcza społeczeństwa napędza biznes. Stąd dziś dość powszechnie uważa się, że popyt wewnętrzny stanowi o rozwoju gospodarczym kraju.
Ciekawe wnioski płyną z rozmów z Polakami i z czytelnictwa prasy wydawanej w Polsce. Wydaje się, że młodzież jest bardzo realistycznie nastawiona do rzeczywistości. Większość osób z jakimi rozmawiałem oblicza swoje oczekiwania płacowe (x) w następujący sposób:
x = (koszt wynajęcia pokoju) + (koszt wyżywienia) + (koszt biletu miesięcznego)
w przypadku młodego małżeństwa jest to zupełnie inne wyliczenie:
x’ = (koszt wynajęcia kawalerki) + (koszt wyżywienia 2 osób) + (koszt 2 biletów miesięcznych)
Mało kto zakłada takie ekstrawagancje jak posiadanie dziecka, fundusz wakacyjny, samochód czy oszczędzanie na emeryturę. Przypuszczam, że jakiekolwiek urodzenia należy tłumaczyć wyłącznie nieskuteczną antykoncepcją lub jej brakiem (rodziny patologiczne, rodziny talibo-katolickie).
Jest to ciekawe, biorąc pod uwagę wysoki poziom popytu wewnętrznego, który rzekomo zauważa GUS. Sądzę, że wytłumaczeniem dużej ilości nowych mieszkań i nowych samochodów są ludzie pracujący za granicą, szara/czarna strefa oraz ludzie wkręceni w którąś z legalnych mafii (np. notariusze, adwokaci, dzieci ordynatorów po specjalizacjach ograniczonych ilościowo, rodziny urzędników biorących łapówki itp).
O realiach panujących na rynku pracy niech świadczą artykuły tego typu. Dzięki recesji, atmosferze krwiożerczego 19wiecznego kapitalizmu oraz zbójeckim składkom ZUS na emerytowanych oficerów UB zabijających niegdyś AKowców, zatrudnienia na etat między Odrą a Bugiem nie prowadzi się. Środkowy palec w górę droga młodzieży.
Z rozmów z Polakami oceniam przeciętne wynagrodzenie netto w granicach 1500 – 2500 zł, w zależności od wielkości obozu pracy niewolniczej miasta. To są stawki głodowe. Oto przykład takiej oferty pracy – wyższe wykształcenie, język, doświadczenie no i stawka 1000 zł netto. Prawdopodobnie gdyby chcieć utrzymać niewolnika, koszt zakwaterowania i wyżywienia zupą z brukwi byłby wyższy. To są powody, dla których niewolnictwo zostało zakazane – było niewygodne (mała możliwość doboru kadr) i drogie.
W USA płaca minimalna wynosi $7,25/h czyli około 4000 zł netto miesięcznie. Biorąc pod uwagę podobny koszt utrzymania (zakładając przeniesienie skromnego życia w Polsce na warunki amerykańskie) jest to minimalne wynagrodzenie pozwalające na godne życie. Pracownicy w Polsce powinni zarabiać 4000 lub więcej, żeby stopa życia zbliżała się do poziomu świata rozwiniętego. Co ciekawe, przy takich samych cenach w McDonaldzie kelnerka tam zarabia $7,25 a w Polsce 1 miskę ryżu i 1 kopa w dupę/h – i jakoś McDolandy dają radę przetrwać i oferować doskonałej jakości potrawy za zbliżoną, przystępną cenę.
Jako, że zwykle zadaję się z liberałami (czasem z libertynkami), zarzut jaki zwykle słyszę brzmi – ‘niech się spakują i wyjadą jak ty’. Niestety, to nie takie proste. Doskonale obrazuje to przykład pewnej znajomej projektantki mody, bezrobotnej od roku. Jak to ona określiła, woli umrzeć niż wyjechać. Strach przed głęboką wodą Irlandii jest tak duży, że całkowicie odbiera możliwość wyjazdu. Lepiej zdechnąć z głodu w ojczyźnie lub samemu odebrać sobie życie niż wsiąść do samolotu.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że złoty okres emigracji (2004-2007) jest już odległą przeszłością. Gospodarki, które gwałtownie potrzebowały emigrantów jako pracowników nie mają pomysłu co zrobić z własnymi bezrobotnymi obywatelami.
Czasem zgubne bywają nadmierne roszczenia względem życia. Są ludzie, którzy nie chcą na obczyźnie kariery sprzątaczki ani hydraulika lecz roją o rozwijaniu się we własnym kraju. Na obudzenie repatriantów czekają już realia opisane w linkowanym artykule oraz urzędy skarbowe gotowe do naliczania podatku za pracę za granicą. Ale to łojeniu frajera przez fiskusa w kolejnym odcinku.
+++++++++++
http://slomski.us/

czwartek, 29 lipca 2010

historia bandycka RPrl - zapis p r o s t y

Zapis rabowania Polski (2)
Kontynuujemy zapis eutanazji gospodarki narodowej pod hasłem "prywatyzacji" przeprowadzanej od tzw. przełomu, czego symbolicznym zakończeniem stała się likwidacja przemysłu stoczniowego na przełomie ubiegłego i bieżącego roku. Przypominam, że w artykule tym korzystam z danych zawartych w artykule dra Ryszarda Ślązaka "Powikłana prywatyzacja" zamieszczonym w nr 1/10 2009 dwumiesięcznika "Realia", na co zezwolił Autor.
Po cichu a potem jawnie
"Prywatyzacja stała się doktryną i programem gospodarczym niemal wszystkich rządów po roku 1989 (...) stała się integralną częścią programu działalności gospodarczej, którego założenia opracowywał rząd, a Sejm zatwierdzał i rozliczał go z tej realizacji" - pisze dr ślązak w ww. pracy. Pierwsza prywatyzacja odbywała się po cichu, niejawnie, począwszy od 1988 r. i obejmowała ona głównie nomenklaturę partyjno-rządowo-esbecką. Ta prywatyzacja nie podlegała ewidencji, choć objęła ona majątek wartości 200 mln zł.
Tę jawną rozpoczęto w 1990 r. Istniało wtedy 8.453 zarejestrowanych przedsiębiorstw państwowych, z czego w okresie 1990 - 2000 "sprywatyzowano" 5.216, co stanowi 62% stanu wyjściowego. W 2002 r. działalność gospodarczą prowadziło 1.386 państwowych zakładów, z których w roku 2006 pozostało czynnych tylko 551, 94 likwidowano, a 188 znajdowało się w stanie upadłości (vide - tabela 1). Zasadniczy cel prywatyzacji stanowiło unicestwienie najpierw wielkich przedsiębiorstw państwowych, określanych pogardliwie "molochami". Tak naprawdę chodziło o sprzedaż uzbrojonych terenów, głównie miejskich, zabudowań i wyposażenia technicznego. W ten sposób firmy zagraniczne, przy pomocy polskich kondotierów, wyparły raz na zawsze polskie przedsiębiorstwa z ich zagranicznych rynków zbytu.
Jednocześnie likwidowano centrale handlu zagranicznego, głównie eksportowe, co niemal całkowicie i nagle załamało polski eksport wyrobów przemysłowych i eksport budownictwa. Ten ostatni rozwijany był na podstawie długoterminowych umów państwowych, przyczyniając się do wzrostu polskiego eksportu w ramach nowej polityki gospodarczo-modernizacyjnej Edwarda Gierka. Polityka "prywatyzacji" doprowadziła polskie centrale eksportowe do paraliżu ekonomicznego, a następnie do ich rozpadu i likwidacji. Na proces prywatyzacji nie miały one wpływu, ponieważ o losie przedsiębiorstw państwowych decydowały ówczesne, z zasady niestabilne politycznie, nowe władze. W rezultacie nastąpiło zwiększanie importu inwestycyjnego i importu ogółem, w dużej części zbędnego, czy wręcz śmietnikowego. Poprzedniej struktury eksportowej nigdy już nie odbudowaliśmy, a i dziś w programach rządowych ten problem nie istnieje.
Jeszcze do początku lat 90 Polska eksportowała kompletne obiekty przemysłowe, różnorodne usługi (także medyczne) na Bliski i Daleki Wschód, do Azji, Europy, Związku Sowieckiego. Budowaliśmy drogi, mosty, zakłady przemysłowe pod klucz, kopalnie, huty, elektrownie, całe osiedla mieszkaniowe od zaprojektowania do ich kompleksowego, ostatecznego wykonania, szpitale, w których w ramach kontraktów usługowych były zatrudnione całe nasze zespoły medyczne. Roczne wpływy z tego eksportu sięgały ponad 6 mld USD. Tylko z samego eksportu różnorodnych usług, nasze wpływy w końcu lat 70. i w latach osiemdziesiątych wynosiły rocznie ponad 2 mld USD. Wyspecjalizowane polskie firmy renowacyjne (odbudowy i konserwacji zabytków) realizowały w różnych krajach europejskich i pozaeuropejskich tego rodzaju usługi, co poza zarobkiem i dopływem wymienialnej waluty dla nich i dla kraju, dawało polskiej kadrze technicznej i artystycznej uznanie i zawodową sławę zagranicą, z czego korzystamy do dziś.
Tzw. prywatyzację motywowano rzekomo większą efektywnością ekonomiczną tego sektora. Tłumaczono, że nawet przedsiębiorstwa państwowe przekształcone w spółki prawa handlowego osiągają lepsze wyniki w porównaniu z czysto państwowymi. Aby nadać szczególną wagę tej wyprzedaży, ukuto termin "inwestora strategicznego", z reguły zagranicznego. Wyprzedaż miała się stać jednym z decydujących czynników wzrostu gospodarczego, szybkiego wzrostu eksportu i spadku importu. Minione 20-lecie dowiodło czegoś wręcz przeciwnego: eksport rósł bardzo powoli (była to tendencja stała), czemu towarzyszył lawinowy wzrost importu uzupełniającego, co uzależnia produkcję realizowaną przez nowego właściciela od dostaw zagranicznych. Import półfabrykatów i innych elementów, które mogą być produkowane w Polsce, ma stałą tendencję wzrostu. Ponadto w Polsce zagraniczni właściciele z reguły zmieniali asortyment produkcji i wytwarzają części, elementy i półfabrykaty a nie produkt finalny. W przypadku tego ostatniego nie oznakowują, że towar został wytworzony w Polsce. Taki stan rzeczy zwiększa pośrednio obciążenie dewizowe państwa, bo tylko państwo dysponuje dewizami i to państwo, kosztem własnego budżetu, zapewnia obce dewizy na regulacje zobowiązań płatniczych wobec zagranicy.

Pętla Balcerowicza
Nowo mianowany minister finansów, a jednocześnie wicepremier - Leszek Balcerowicz (funkcje te pełnił w latach 1989-1991, a następnie za rządów AWS/UW w okresie1987-2000), od razu wprowadził restrykcyjną politykę finansową służącą podbiciu ekonomicznemu Polski przez Zachód. Paradoksalnie, jego polityce sprzyjały odziedziczone po poprzednim systemie - centralny model zarządzania oraz powszechna własność państwowa. Ponadto do państwa nadal należały wszystkie banki, a NBP nadal nosił charakter nie banku centralnego, ale monobanku: udzielał kredytów, obsługiwał finansowo podmioty gospodarcze, dysponował rozbudowaną siatkę filii. Nadal więc polityka kredytowa i stopy procentowe zależały od decyzji Ministra Finansów.
Na początku 1989 roku średnia stopa procentowa dla kredytów inwestycyjnych wahała się w granicach 4 -7 procent, a kredytów obrotowych 7-10 proc. Od początku 1990 r. Balcerowicz podniósł drastycznie wszystkie stopy procentowe, w tym stopy odsetek od zaległości podatkowych oraz odsetki cywilnoprawne, czyli tzw. ustawowe, stosowane w relacjach podmiot - obywatel. Stopy kredytowe wzrosły w roku 1990 do ponad 72 proc., a stopa redyskontowa nawet do106 proc. rocznie
Odsetki ustawowe wzrosły do 92 proc. średniorocznie, odsetki od zaległości podatkowych nawet do 212 proc. średniorocznie, a czasowo aż do 720 proc. Horrendalnemu podniesieniu stóp, co stanowiło bandytyzm ekonomiczny, towarzyszył bandytyzm prawny, bowiem nowo wprowadzone stopy procentowe obejmowały nie tylko nowe umowy kredytowe, ale również wszystkie kredyty udzielone uprzednio. Czyli, już w trakcie trwania umowy, kredytobiorcom narzucono nowe warunki kredytowe w czterech tytułach odsetkowych, po to, aby nie mogli prowadzić działalności gospodarczej. Zostali oni z góry skazani na straty. Wszystkie przecież rodzaje kosztów były uprzednio kalkulowane w oparciu o stopy z umów zawartych przed rokiem 1990. Nagły wzrost stóp procentowych prowadził nieuchronnie do szybkiej upadłości i likwidacji przedsiębiorstw państwowych z powodu niewypłacalności, niewypłacalność do ich upadku, a to z kolei dawało asumpt do ich pośpiesznej, przymusowej prywatyzacji pod pozorem braku zyskowności. Metody te przypominają niszczenie własności prywatnej domiarami w czasach stalinowskich. Zadłużone w ten sposób podmioty gospodarcze nie mogły spłacić nie tylko kapitału uzyskanego z kredytu, ale i ponad dziesięciokrotnie wyższych odsetek, tym bardziej, że władze i banki przyjęły zasadę, że wszelkie spłaty dłużnika (kredytobiorcy) najpierw są zaliczane na spłatę odsetek, a dopiero reszta na spłatę kapitału kredytowego.
Balcerowicz stworzył sytuację wieczystego zadłużenia i niemożności spłaty kredytów kiedykolwiek, co przyśpieszało nagonkę prywatyzacyjną zarówno ze strony władz, jak i różnych kombinatorów krajowych i zagranicznych. Stosunkowo często przyjmowano kwotę zadłużenia przedsiębiorstwa za cenę jego sprzedaży. Wycena przedsiębiorstwa zazwyczaj miała charakter uznaniowy. Z zasady kwestionowano wartość ewidencyjną majątku trwałego twierdząc, że majątek ten został już zamortyzowany, jest mało wartościowy produkcyjnie, a to rażąco zaniżało wartość podmiotu gospodarczego. Ponadto do wyceny z reguły nie zaliczano wartości gruntu, na którym znajdował się zakład. Przejęć za należności kredytowe i odsetkowe dokonywały także banki. Uzyskały one zamianę swoich należności kredytowych na udziały czy na akcje u tych kredytobiorców. W sztucznie zawyżonej części odsetkowej uzyskiwały one korzyści finansowe czy majątkowe niemal za darmo.
Podsumujmy. Wskutek wstrząsowej polityki finansowej nastąpiła niemal powszechna niewypłacalność różnorodnych podmiotów gospodarczych, ogromne zatory płatnicze i zastosowana przez władze blokada kredytowa wobec przedsiębiorstw państwowych.
W takich to warunkach ekonomicznych następował aktywny politycznie proces przekształceń prywatyzacyjnych. Sztucznie zawyżone zobowiązania bezpośrednio wpływały na uzyskiwaną cenę zbycia, czy ceny udziałów bądź akcji podlegających sprzedaży. Innymi słowy, chodziło o wyprzedaż polskich zakładów jak najszybciej i jak najtaniej. CDN
Zbigniew Lipiński
Nr 13 (29.03.2009) nowa.myslpolska.pl

Zapis rabowania Polski (3)
Poniżej przedostatni odcinek relacji z niszczenia gospodarki polskiej przez ekipy rządzące Polską od 1989 r. W artykule tym korzystam z danych zawartych w artykule dra Ryszarda ślązaka "Powikłana prywatyzacja" zamieszczonym w nr 1/10 2009 dwumiesięcznika "Realia", na co zezwolił naszej redakcji Autor.

Apogeum wyprzedaży
31.10.1997 r. rządy w Polsce objęła koalicja AWS-UW. Na czele gabinetu stanął Jerzy Buzek (AWS), ale kluczowe resorty gospodarcze (i nie tylko) objęli bądź funkcjonariusze UW, bądź ludzie z AWS, których poglądy na gospodarkę (a raczej wykańczanie polskiej gospodarki) mieli tożsame z partią Bronisława Geremka. Tak więc wicepremierem i jednocześnie ministrem finansów został Leszek Balcerowicz - w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego pogromca przedsiębiorstw państwowych. Urząd ten pełnił do czerwca 2001 r., kiedy to UW - ku rozpaczy Mariana Krzaklewskiego - opuściła koalicję. Był on faktycznym dyktatorem gospodarki. W procederze wyprzedaży majątku narodowego zaciekle pomagał mu minister skarbu państwa - Emil Wąsacz (AWS), zdymisjonowany dopiero 16.08.2000 r., na cztery miesiące zastąpiony przez Andrzeja Chronowskiego, a od 28.02.2001 r. funkcję tę objęła Aldona Kamela-Sowińska. Zapewniała ona publicznie, że do końca kadencji rządu nie pozostanie w Polsce ani jeden zakład państwowy. Wprawdzie zapowiedzi nie spełniła, ale starała się bardzo usilnie. W każdym razie rządy Buzka stanowią apogeum wyprzedaży (z reguły za bezcen) majątku narodowego, zaś rok 2000 jej szczyt.
W roku 1999 majątek Skarbu Państwa (w tym państwowe zasoby własności rolnej) wyceniono na 159 mld zł (ok. 41 mld USD). Wartość samych przedsiębiorstw i banków państwowych i jednoosobowych spółek Skarbu Państwa oraz udziałów i akcji państwa w różnych podmiotach gospodarczych wynosiła ok. 137 mld zł (ok. 35 mld USD). Przyjęto wtedy (teoretycznie), że część majątku państwowego służąca zadaniom publicznym nie będzie prywatyzowana. Jego wartość oszacowano na ok. 21 mld złotych.
Tylko w roku 2000 "sprywatyzowano" poprzez sprzedaż: Polski Koncern Naftowy S.A, Telekomunikację Polską S.A, Bank Handlowy w Warszawie S.A, Bank PBK S.A., Bank Pekao S.A, Orbis S.A. Nadto rozpoczęto przygotowania do prywatyzacji głównych sektorów gospodarki: energetyki, hutnictwa, cukrownictwa, górnictwa węgla kamiennego, a nawet przemysłu obronnego. Forsowano też przyśpieszenie prywatyzacji bezpośredniej, czyli sprzedaży całkowitej. W tym samym roku rozpoczęto sprzedaż 9 spółek w ramach prywatyzacji pośredniej, tzw. kapitałowej, czyli udziałów i akcji w spółkach Skarbu Państwa wcześniej powstałych w ramach komercjalizacji. W grupie tych 9 spółek były: Zespól Elektrociepłowni Wrocławskich Kongeneracja S.A, Elektrociepłownie Warszawskie S.A, Polskie Linie Lotnicze LOT SA, Elektrociepłownia im. T Kościuszki S.A, Zakłady Farmaceutyczne Polfarma S.A, Szczecińskie Zakłady Nawozów Fosforowych "Superfosfat" S.A, Kieleckie Zakłady Przemysłu Wapienniczego S.A, Zakłady Gipsowe Dolina Nidy oraz Opoczno S.A. W 3 innych spółkach nastąpiła warunkowa sprzedaż akcji tj. w Elektrociepłowni Wybrzeże S.A, w Górnośląskim Zakładzie Energetycznym S.A i w śląskiej Spółce Cukrowej S.A.
Minister Skarbu sprzedawał też udziały i akcje 24 spółek Skarbu Państwa oraz rozpoczął sprzedaż akcji i udziałów w 80 nowych spółkach, w 32 wznowił sprzedaż akcji i udziałów, jak również wznowił procesy upadłościowe. W roku 2000 całkowicie sprywatyzowano 35 spółek i w 12 rozpoczęto sprzedaż. Z niepełnych danych wynika, że podczas 20 lat prywatyzacji wpływy finansowe wyniosły zaledwie 94,54 mld zł, w tym ze sprzedaży banków 22,52 mld zł. Ryszard ślązak pisze: "W żadnych materiałach sejmowych nie można było znaleźć danych o wpływach dewizowych z tej prywatyzacji, o dokonanych wpłatach dewizowych z zagranicy za nabywany zakład czy za nabywane akcje lub udziały. Nie ma też wykazu sprywatyzowanych czy przekształconych w spółki zakładów, komu zostały sprzedane, jakie uzyskano za nie należności, czy były wpłaty dewizowe za ich nabycie przesyłane z zagranicy oraz jakie poniesiono koszty w trakcie sprzedaży czy przekształcania danego zakładu".

Ziemia i grunty pod młotek
Na początku przekształceń własnościowych w rękach państwa znajdowało się 3.352.631 ha ziemi, z czego większość przeznaczono do sprzedaży, względnie do dzierżawy - często nawet na okres ponad 20 lat. Dotąd sprzedano 1,8 mln ha gruntów. W 2003 r. na podstawie 150 tys. umów wydzierżawiono 2,4 mln ha gruntów, tj. około 70 proc. ówczesnego zasobu, a obecnie wydzierżawionych jest 1,8 mln ha W zasobach państwowych pozostało jeszcze 1,1 mln ha. Obecnie porządkuje się ewidencję gruntów znajdujących się w dyspozycji wojewodów i starostów gospodarujących gruntami Skarbu Państwa. Inne grunty, jako samorządowe, pozostają w dyspozycji wójta, starosty i marszałka województwa.
Grunty i ziemia niedzierżawiona i niesprzedana oraz położona wewnątrz aglomeracji miejskich, czy w nieistniejących już okręgach przemysłowych, stanowi przedmiot usilnych zabiegów spekulantów, głównie zagranicznych, w celu ich odrolnienia. Odrolnienie ma objąć grunty bez względu na klasę ziemi, choć powinno obejmować tylko grunty klasy V i VI, jako niemal nieużytki rolne. Dr ślązak zauważa: "Powtarza się sytuacja z okresu panowania ziemskiej doktryny przeniesionej ze Związku Sowieckiego, że ziemia nie była czynnikiem ekonomicznym, nie miała w ogóle ceny. Według tej zasady rozwój przestrzenny Warszawy pchano na żyzne tereny rolnicze Służewca i Ursynowa, zamiast na piaski Młocin czy w kierunku Otwockim". Brak ustalenia ceny gruntów w okresie intensywnej prywatyzacji od początku lat dziewięćdziesiątych spowodował, że wielu prywatnych nabywców zakładów państwowych, natychmiast dzieliło je na mniejsze działki i wnosiło aportem po parokrotnie wyższej cenie do innych nowo powstałych podmiotów, czy nawet zbywało. Usługi doradcze, opiniodawcze dokonywały firmy czy nowo tworzone obce spółki, które kapitał zdobywały dopiero realizując zamówienia na tzw. doradztwo. Zyski pochodzące z tych zamówień transferowano, po zamianie krajowych środków płatniczych na waluty obce zagranicę.
Wzrost zainteresowania wszelkiego rodzaju gruntami wystąpił głównie w okresie przygotowawczym do naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Rozparcelowywano grunty kółek rolniczych oraz państwowych gospodarstw rolnych po ich likwidacji. Z drugiej strony - reprywatyzację i zwrot ziemi przedwojennym właścicielom przewlekano w nieskończoność, aby nie reaktywować historycznej warstwy ziemian.

Narodziny nowej oligarchii
Tzw. prywatyzacja służyła dwóm grupom beneficjantów. Pierwszą stanowiły firmy i koncerny zagraniczne, które nabywały nie tylko poszczególne zakłady, ale całe branże i rynki zbytu po cenach śmiesznie niskich. Przejmowały one polskie podmioty gospodarcze, a następnie likwidowały, bądź uruchamiały produkcję półfabrykatów, stanowiących uzupełnienie produkcji zakładów umieszczonych w krajach macierzystych. O kulisach tej prywatyzacji oraz branych przy tej okazji łapówkach znakomicie pisał kilka lat temu prof. Kazimierz Poznański w dwóch książkach - "Wielki przekręt" i "Obłęd reform".
Druga grupa, to rodzime "elity" polityczne, które podjęły samouwłaszczenie, zapominając o obowiązku wyrównania krzywd pokoleniu, które odbudowywało Polskę ze zniszczeń wojennych i zostało pozbawione jakiejkolwiek własności. A jest to pokolenie odchodzące.
Dr ślązak tak komentuje ten proces: "Naiwna, liberalna wiara w samoregulującą się gospodarkę rynkową i preferencje wobec cudzoziemszczyzny sprawiły, że majątek narodowy przechodził w obce ręce, a nie w ręce własnych pracowitych obywateli, zwłaszcza indywidualnych rolników, którzy powinni nabyć na paroletnich warunkach kredytowych większość gruntów rolnych, jakimi państwo dysponowało od momentu przemian. Łatwość nabywania od państwa ziemi rolnej nawet na długoletnie dzierżawy czy też gruntów po zakładowych, spowodowała szybkie własnościowe rozwarstwienie się społeczeństwa, co sprzyjało powstawaniu nowej klasy posiadaczy i nowych już regionalnych struktur oligarchicznych, nawet oligarchii rolnej. Aktywność w pozyskiwaniu ziemi od państwa przejawiały głównie te siły, które dysponowały wiedzą i przygotowywały się pod przyszłe uzyskiwanie korzyści z unijno-narodowych dopłat okresu członkowskiego. Te przyszłe zapoczątkowane w roku 2004 narodowo-unijne dopłaty powierzchniowe do gruntów rolnych, utrwaliły podział struktury w rolnictwie, na większościową liczebnie drobnicę gospodarstw do 20 ha stanowiącą około 76 proc. ogółu gospodarstw rolnych i drugą część oligarchiczną od 300 ha aż do 12.400 ha stanowiącą około 20 proc. obszaru rolnego".
Nowi władcy Państwa Polskiego nie zapomnieli również o pomocy dla nabywców naszego majątku narodowego w sektorach pozarolniczych. Przejawiała się ona w zwolnieniach podatkowych sięgających nawet 10 lat. Była to innego rodzaju dotacja i to dla firm cudzoziemskich. Inną formą dotacji były kredyty preferencyjne oraz pomoc uzyskiwana z funduszy przedakcesyjnych rozdzielanych przez państwo. Trzeba też pamiętać o dopłatach powierzchniowych dla rolnictwa, już w niemałym stopniu opanowanym przez zagranicznych właścicieli. Wreszcie - po aneksji Polski do UE - obcy kapitał w rolnictwie czy w innych dziedzinach gospodarki korzysta z najprzeróżniejszych funduszy unijnych, skorzystanie z których jest uwarunkowane udziałem budżetu państwa w granicach 25 - 50 proc.
Zbigniew Lipiński
Nr 14 (5.04.2009)

Zapis rabowania Polski (4)
"Tubylcy" w odstawce
Prywatyzację w Polsce przeprowadzały z reguły firmy zagraniczne. Pełniły one dwojakie funkcje: po pierwsze - przystosowywały one zakłady do przejęcia przez nowego właściciela, po drugie - choć nie zawsze - wyszukiwały kupca zwanego mylnie inwestorem. Dr Ryszard ślązak pisze: "Miały one niczym nieskrępowany dostęp do organów władzy, która wprost szczyciła się otwartością na współpracę z zagranicą, choć w rażącej różnicy poziomowej, bo nie na równorzędnym poziomie państwowym". Firmy polskie były dyskryminowane w tym procederze. Nie brały w "doradzaniu" ani nasze uczelnie ekonomiczne, ani wybitni polscy ekonomiści. Nie dopuszczono też ani polskich (jeszcze) banków, ani instytutów branżowych (potem rozpędzonych). Na "doradców" zagranicznych, niekiedy zwykłych hochsztaplerów, nie szczędzono środków. Często honorarium otrzymywały one, głównie banki, w walutach wymienialnych, aby wykonawcy tych usług nie ponosili kosztów różnic kursowych i prowizji bankowych przy zamianie w polskich bankach złotych na walutę obcą. Troska to zgoła wzruszająca. Niejednokrotnie tak uzyskane należności "doradcy" przeznaczali na zakup polskich przedsiębiorstw lub udziałów lub akcji w nich (sic!). Największe prowizje otrzymywały banki zagraniczne za "sukces przy prywatyzacji", za znalezienie kupca (z zasady ze swojego kraju) i za przeprowadzenie jego sprzedaży. Od niektórych wynagrodzeń strona polska płaciła jeszcze podatek VAT i inne pochodne im koszty, niezaliczone bezpośrednio w koszt obsługi tych umów.
"Zagraniczny, więc lepszy" - takie hasło przyświecało sprzedawcom naszego majątku, a właściwie sprzedawczykom.

Kto się obłowił?
Przyjrzyjmy się ile w niektórych latach zarobiły zagraniczne firmy doradcze.
Wydatki na nich w 1993 r. stanowiły kwotę ponad 37 mln zł. Wówczas sprzedawano 184 przedsiębiorstw. W 100 przypadkach brali udział "doradcy" zagraniczni, w większości obce banki. Oto lista tych, którzy w owym roku najbardziej się obłowili. Habros Bank zajął się sprzedażą 5 państwowych zakładów papierniczych, za co policzył sobie i wziął 4,4 mln zł. Bain and Compagnie "obrabiał" przedsiębiorstwa z branży telekomunikacyjnej za 7,3 mln zł. Price Waterhause pobrał 1,9 mln zł, White and Case - 110 tys. zł, Samuel Montagu - 1,586 mln zł, Creditanstalt Investment - 4,5 mln zł. Zakłady "Stomil" prywatyzowało Societe General za 890 tys. zł. Inni doradcy policzyli sobie następująco: Nicom Consulting - 200 tys., zł, NM Rothschild - 270 tys. zł, Winson and Elkins -150 tys. zł, Dickions Wright - 300 tys. zł, BAA - 143 tys. zł, KPMG - 400 tys. zł, Artur Andersen - 1,214 mln zł, Deloitte and Touche - 100 tys. zł, Kleinwort Benson Limited - 260 tys. zł, International Finance Corporation - 1,1 mln zł, York Trust 160 tys. zł, ING Bank 90 tys. zł. Ci i inni "doradcy" kosztowali budżet państwa (czyli nas wszystkich) 26 mln zł, co stanowiło 69 proc. kosztów obsługi wyprzedaży majątku narodowego w 1993 r. W 1994 r. koszty te opiewały na 22,893 mln zł, z czego firmom obcym, przeważnie bankom, zapłaciliśmy 16,8 mln zł, czyli 73,5 proc. tej kwoty. "Krajowcy" uzyskali 5,2 mln zł, tzn. 22,7 proc. Zapłacony z budżetu państwa od niektórych transakcji z firmami zagranicznymi podatek VAT wypełnia różnicę. Price Waterhause zajął się hutami szkła Jarosław i Kunice za 1,5 mln zł. Bain and Company "prywatyzował" fabryki baterii, w tym znaną Centra Poznań, za 380 tys. zł. Dams and Moore za "zajęcie się" celulozowniami i zakładami papierniczymi uzyskał 350 tys. zł. Rothschild doradzał, jak "spylić" Orbis za 250 tys. zł. Morgan Grenfell za "prywatyzację" fabryk tytoniowych wziął 150 tys. zł. International Financial Corporation zarobił 1,7 mln zł, W następnym, 1995 r., koszty obsługi "prywatyzacji" 121 zakładów państwowych wyniosły 34,8 mln zł, z czego firmy zagraniczne wzięły 21,094 mln zł, czyli 69,7 proc. Były to z reguły zachodnie banki, które obsługiwały 36 największych państwowych zakładów. W większości przypadków podatek VAT zapłaciła za nich strona polska. A oto czołówka najdroższych z roku 1995. International Finance Corporation za "prywatyzację" Cementowni Ożarów otrzymał 2,516 mln zł, a za KOW Kujawy 2,282.mln zł, razem - prawie 4,8 mln zł. Morgan Grenfell zajmujący się państwowymi fabrykami papierosów policzył sobie łącznie 11,132 mln zł. Były to zakłady w Augustowie, Radomiu, Łodzi, Krakowie, Poznaniu. Business Analysis and Advisers (BAA) za wynegocjowanie wartości spółki oraz zobowiązań inwestycyjnych dostała 270 tys. zł, a firma Schoder za pomoc przy "prywatyzacji" zakładów papierniczych otrzymała prowizję za "sukces prywatyzacyjny" w kwocie 418.018 zł. Central Europe Trust za doradztwo przy prywatyzacji zakładów Hanka w Siemianowicach śląskich zarobiła 235.820 zł.
W 1996 r. "prywatyzacja" kosztowała Polaków 39,446 mln zł. Rozdzielono ją na kapitałową (koszt - 36,25 mln zł) i przetargową (koszt - 3,196 mln zł). "Prywatyzacji" kapitałowej podlegało 67 zakładów, a przetargowej - 51. Przy pozbywaniu się 20 największych zakładów drogą kapitałową i 10 ważniejszych zakładów drogą przetargową "doradzały" firmy zagraniczne, głównie banki. W pierwszym przypadku kosztowało to polskiego podatnika 28,58 mln zł, a w drugim - 2,901 mln zł. Na cudzoziemskie doradztwo wydaliśmy wtedy 31,481 mln zł, czyli 80 proc. "prywatyzacyjnych" kosztów.
A komu wówczas zapłaciliśmy najwięcej? Morgan Grenfell and Cooperation Ltd doradzał przy zbyciu 6 największych zakładów tytoniowych: w Augustowie, w Radomiu (2 zakłady), Krakowie, Lublinie i Poznaniu, za co otrzymał 22,936 mln zł. Prócz tego zapłaciliśmy za niego VAT - 633 tys. zł. Hambros Bank za przetarg na Zakłady Przemysłu Celulozowego Kwidzyń dostał 4,535 mln zł. Z tytułu "sukcesu za prywatyzację" Browarów w Tychach Finkorp pobrał prowizję 1,993 mln zł, a Zakładów Kęty firma Evip - 698 tys. zł. Pro-Invest otrzymał prowizję za sprzedaż akcji spółki FAEL w kwocie 1,191 mln zł. Z kolei firma BAA otrzymała premię 190 tys. zł za "prywatyzację" Browarów Piast we Wrocławiu. W roku 1997 "prywatyzacja" kosztowała nas 65,726 mln zł, z czego udział obcych doradców wyniósł 69 proc. Rok 2000 stanowi szczyt ilościowego udziału obcych spółek doradczych lub firm lub ich spółek-córek funkcjonujących w naszym kraju. Usługi tych firm były średnio czterokrotnie droższe niż podmiotów polskich o tym samym profilu. Najwięcej kosztowała nas "prywatyzacja" polskich banków. Za PKO S.A. Credit Suisse First Boston sp. z o.o. wzięła 4,6 mln zł, a Nikom Konsulting Ltd pobrał 6,625 mln zł za Bank Zachodni S.A. W wysokości honorarium "przebił" wszystkich ABN Amro Bank Polska, który za "prywatyzację" PZU S.A. policzył sobie12 mln złotych. TDI -Towarzystwo Doradztwa Inwestycyjnego za "prywatyzację" Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta S.A. wzięło 1,4 mln złotych. Tylko za doradztwo przy zawieraniu umowy kupna-sprzedaży akcji Wytwórni Wyrobów Tytoniowych S.A w Poznaniu Deutsche Morgan Grenfeel zapłacono 720 tys. zł. Innym wypłacono: Central Europe Trust Polska sp. z o.o. -1,3 mln zł, spółce Doradztwo Gospodarcze DGA -1.830 tys. zł. White and Case za doradztwo przy odszkodowaniach otrzymało 980 tys. zł. Firmy polskie za analogiczne usługi brały w tym samym roku średnio 52,5 tys. zł.

"Wolny najmita."
Przedstawiony powyżej zapis wyprzedaży majątku narodowego Polaków, choć niepełny, jest obrazem wstrząsającym. Na oczach całego narodu ekipy zwące się raz lewicowymi, raz prawicowymi wyprzedały dorobek wielu pokoleń Polaków. Chciałoby się napisać, że dokonano "wyprzedaży bezmyślnej". Takie określenie stanowiłoby jednak kłamstwo. Konsekwencja i determinacja w oddawaniu naszego majątku obcym świadczą o czymś wręcz przeciwnym. Była to od początku do końca operacja przemyślana i rozłożona na etapy. Kraj, który nie posiada we własnych rękach kluczowych, strategicznych gałęzi gospodarki jest skazany na niebyt polityczny, a jego niepodległość staje się fikcją. Rządzący Polską kondotierzy zagranicznych koncernów i agenci obcych wywiadów poszli dalej: nie tylko pozbawili nas branż strategicznych, ale również innych gałęzi gospodarki. A co zakrawa już na cynizm, za tzw. prywatyzację na rzecz obcych Polacy musieli zapłacić z własnych kieszeni. Nawet przy tym podłym, zdradzieckim procederze, dawano zarobić różnej maści doradcom zagranicznym, odsuwając polskie firmy doradcze. Początkowo była to wyprzedaż chaotyczna. Potem przybrała charakter planowy, systemowy i w ciągu 20 lat średniej wielkości, zasobny, uprzemysłowiony kraj położony w centrum Europy został prawie całkowicie pozbawiony własnej gospodarki. Piszę "prawie", ponieważ do "ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej" pozostała jeszcze wyprzedaż ostatniego dobra narodowego - ziemi. Ten "problem" już rozwiązuje. Doprowadzenie do nieopłacalności produkcji rolnej, cicha wyprzedaż ziemi pozostającej w rękach agencji państwowych, dopuszczenie do nieuczciwej konkurencji na rynku żywnościowym (produkty wytwarzane przez zachodnie, wysoko dotowane rolnictwo), wywłaszczanie przez "polskie" sądy obywateli polskich z ich własności na rzecz Niemców - to pierwsze jaskółki oddania ziemi obcym. (Nota bene - co robi w tej sprawie PSL?) Część Polaków posiada jeszcze nieruchomości. Tę sprawę załatwi podatek katastralny, do wprowadzenia którego od kilku lat przymierzają się rządzący. Natomiast na Ziemiach Odzyskanych przejmą je Niemcy, co już się dzieje, a spotęguje między innymi dzięki przygotowywanej w Sejmie ustawie o obywatelstwie polskim oraz dalszej inkorporacji prawa Unii Europejskiej do naszego prawodawstwa. Polak zostanie "wolnym najmitą", szukającym pracy i chleba zagranicą, gdzie będzie wykonywał prace, których zachodni bezrobotni wykonywać nie chcą. Ten proces już się rozpoczął, a niedługo stanie się zjawiskiem jeszcze bardziej powszechnym.
Koniec
Zbigniew Lipiński
Nr 15-16 (12-19.04.2009)
"Myśl Polska"
http://www.upadeknarodu.cba.pl/prywatyzacja.html

b. Polska firma S t a r a c h o w i c e

Historia pewnej fabryki
(Jak oszukano 20 tysięcy pracowników FSC w Starachowicach)

Przed wojną
W umowie podpisanej w dniu 12 października 1920r. pomiędzy Ministerstwem Spraw Wojskowych a Zarządem Towarzystwa Starachowickich Zakładów Górniczych zdecydowano o powstaniu w Starachowicach zakładów mechanicznych. Miał to być samodzielny zakład zbrojeniowy z oddziałami zdolnymi do produkcji dział i amunicji artyleryjskiej. We Francji i Anglii zakupiono licencje na produkcję dział i pocisków, a w czeskiej "Skodzie" wyposażenie wydziału produkującego haubice 100 mm. Duża pomoc państwa, które zdecydowało o rozbudowie przemysłu w tzw. trójkącie bezpieczeństwa w widłach Wisły i Sanu spowodowało, że zakład po pewnych problemach w 1924 roku zaczął się dynamicznie rozwijać. Integralną częścią zakładów była huta, która dostarczała stali do produkcji dział i kopalnie rudy żelaza, którą przetapiano w wielkim piecu. Rozwój sytuacji politycznej i wzrost napięcia w Europie przyczynił się do rozwoju zakładu. W roku budżetowym 1934/35 rząd przyznał firmie kredyty i złożył ogromne zamówienia na działa i broń. Zakłady Starachowickie były jednym z ważniejszych przedsiębiorstw Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Wojna.
Wybuch wojny w 1939r. spowodował przerwanie rozwoju zakładu. Niemieckie władze okupacyjne przejęły zakład i przekazały go koncernowi Herman Göring Werke, który wznowił produkcję zbrojeniową. Produkowano miedzy innymi granaty artyleryjskie, lufy do dział, części do łodzi podwodnych i myśliwców Mesershmit. Wobec pracowników zakładu okupant stosował terror i przemoc. Na porządku dziennym było bicie, aresztowania i rozstrzeliwanie. Pomimo tych szykana w zakładzie potajemnie produkowano części do pistoletów maszynowych KIS, które przekazywano do działających w górach Świętokrzyskich oddziałów partyzanckich, których dowódcą był Jan Piwnik "Ponury". W drugiej połowie 1944r. Niemcy zdecydowali o wywiezieniu do Rzeszy maszyn i urządzeń a także części załogi. Potrzebowali do tego celu około 4000 wagonów.

Po wojnie.

Po przejściu frontu już w marcu 1945r. zakład został przejęty przez państwo. Produkowano tu hamulce dla kolei i narzędzia rolnicze. Decyzją ministra przemysłu i handlu z dnia 12.01.1948r. w zakładzie uruchomiono produkcję samochodów ciężarowych STAR. Zakład otrzymał nazwę Fabryka Samochodów Ciężarowych im. Feliksa Dzierżyńskiego. Pierwsze wyprodukowane w Starachowicach samochody miały nazwę STAR 20. Później był STAR 21, 28 i 29. W 1979r. rozpoczęto produkcję STARA 266 i 244. Starachowickie STAR-y były samochodami w które wyposażona był polska armiia. W szczytowym okresie rozwoju w FSC pracowało 18 tysięcy osób a w raz z filiami liczba pracowników dochodziła do 23 tysięcy. W roku 1981 do zakładowej Solidarności" należało ponad 13 tysięcy osób (w Starachowicach). W stanie wojennym za działalność związkową internowano i aresztowano wielu pracowników FSC.

Demokracja.
Zmiany ustrojowe, które rozpoczęły się w 1989r. bardzo niekorzystnie odbiły się na starachowickiej Fabryce Samochodów Ciężarowych. Jedynym pozytywnym przejawem zmieniającej się rzeczywistości było usunięcie stojącego przed zakładowym biurowcem pomnika Feliksa Dzierżyńskiego i jego nazwiska z nazwy firmy. Zakład zaczął borykać się z problemem sprzedaży wyprodukowanych samochodów. W roku 1991 na zakładowych parkingach stały setki niesprzedanych ciężarówek. Zaczęło brakować pieniędzy na dalszą produkcję. I wtedy rząd, który był właścicielem FSC (tak jak i większości polskich przedsiębiorstw) zaczął myśleć o likwidacji zakładu. Premierem był wtedy Jan Krzysztof Bielecki a Janusz Lewandowski był ministrem przekształceń własnościowych. W prasie zaczęły pojawiać się nieprzychylne fabryce wypowiedzi z tą "że zakład zarośnie trawą", która tak bardzo zbulwersowały pracowników. Nad fabryką zawisła groźba likwidacji a w związku z tym pojawiło się widmo bezrobocia dla tysięcy pracowników firmy. Zakładowa "Solidarność", która miała informacje, że w sądzie już są złożone dokumenty na podstawie, których zostanie ogłoszona upadłość podjęła walkę o przedsiębiorstwo. Zorganizowano strajk okupacyjny, który przeszedł do historii jako najdłuższy strajk w powojennej Polsce. Trwał 33 dni. Podczas strajku prowadzone były rozmowy komitetu strajkowego z najwyższymi władzami Polski. Przyniosło to pozytywny efekt, gdyż rząd dzielił zakładowi dotacji finansowych i zobowiązał się do szukania rynków zbytu dla wyprodukowanych samochodów. Pozwoliło to na wznowienie produkcji, ale kłopoty zakładu, który w 1991r. przekształcony został w spółkę skarbu państwa STAR S.A., wkrótce znów się pojawiły.
Wielki przekręt.
W Polsce trwał proces prywatyzacji (dzisiaj zwanej złodziejską prywatyzacją). Objęła ona również starachowicką fabrykę. Rząd wyemitował akcje przedsiębiorstwa, którymi zainteresowała się między innymi firma Sobiesław ZASADA CENTRUM S.A. Rozpoczęła on za pośrednictwem firmy Elineks skup akcji od właścicieli fabryki, którymi zostali posiadacze jej długów. Wkrótce firma Zasady stała się właścicielem pakietu 28% akcji firmy. Jednak głównym właścicielem STAR-a był Skarb Państwa, który miał jeszcze 45,6% akcji. Pomniejsi akcjonariusze to: Agencja Rozwoju Przemysłu, która posiadała 8,8%, Polski Bank Rozwoju (PBR) 1,5%, inni akcjonariusze mieli w sumie 15,9% akcji. Prywatyzacja STARA miała doprowadzić do jego oddłużenia i pozyskania inwestora strategicznego, który miał zapewnić środki finansowe na odtworzenie majątku i zdolności produkcyjnych.
W tym miejscu trzeba wspomnieć, że od roku 1991 w FSC a później w STAR S.A. trwały zwolnienia pracowników. Załoga topniała w oczach i pod koniec roku 1999 w zakładzie pracowało zaledwie 1200 osób. W roku 1997 na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy miała zapaść decyzja o podwyższeniu kapitału akcyjnego w spółce, ale została ona zablokowana przez przedstawiciela rządu ministra Andrzeja. Śmietanko.
Podwyższeniem kapitału akcyjnego STARA zainteresowane były: firma Sobiesław ZASADA CENTRUM S.A. która zadeklarowała gotowość do powiększenie kapitału STARA o 30,5 mln. zł., (w sześciu ratach) a także konsorcjum bankowe (PBR), które było gotowe wpłacić 35,6 mln zł. (w gotówce) oraz POLMOT. Przedstawiciele rządu w wyraźny sposób forowali firmę Sobiesław ZASADA CENTRUM S.A., której jednym z akcjonariuszy był sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa Andrzej Pęczak. Działania rządu spotkały się ze sprzeciwem "Solidarności", która uważała, że Sobiesław ZASADA Centrum S.A. nie jest właściwym inwestorem, gdyż nie przedstawił wiarygodnego programu naprawy STARA.
W zorganizowanym 26.05.1997r. wśród załogi referendum 1180 pracowników opowiedziało się przeciw Zasadzie a tylko 132 osoby było za. O ile "Solidarność" i większość pracowników firmy był przeciwko Zasadzie to Związek Zawodowy "Metalowcy", którego przewodniczącym był obecny prezydent Starachowic Sylwester Kwiecień i Związek Zawodowy Inżynierów i Techników poparli Zasadę w piśmie, jakie obydwa związki skierowały w dniu 21.05.1997r. do premiera Cimoszewicza. ZZ "Metalowcy" i ZZ IiT oraz ministerstwo prowadziły również działania, aby odwołać dyrektora przedsiębiorstwa Witolda Celebańskiego, który sprzyjał konsorcjum bankowemu PBR i firmie Iveco, która była zainteresowana wejściem do STARA. Odwołanie dyrektora nie było łatwe i powiodło się dopiero za trzecim podejściem. "Solidarność" widząc, co się dzieje skierowała pismo do Najwyższej Izby Kontroli w którym domagała się sprawdzenia prywatyzacji STARA lecz NIK żadnych działań nie podjęła stwierdzając, że nie ma ku temu podstaw.
Nic nie stało już na przeszkodzie i Sobiesław ZASADA CENTRUM S.A. stał się wkrótce właścicielem większościowego pakietu (65,58%) akcji STARA. (Jest zdumiewające, że wybrany został inwestor, który zaoferował mniej korzystne dla Skarbu Państwa warunki). Jak wspomniano wcześniej plany Zasady wobec STARA były mało konkretne i jak pokazała przyszłość nigdy nie zostały wcielone w życie. Nic nie wyszło z wejścia do zakładu niemieckiej firmy Mercedes, nie nawiązano bliższej współpracy z Hyunadiem. Nie wybudowano nowoczesnej lakierni z kataforeza ani nie wdrożono do produkcji transporterów opancerzonych. Przed przejęciem zakładu przez Zasadę firma zaczęła przynosić zyski, zwiększyło się zatrudnienie, wzrosła produkcja, załoga co roku otrzymywała podwyżki płac a w 1997 roku 14-tą pensję. Z chwilą przejęcia STAR-a przez Zasadę sytuacja w zakładzie znów zaczęła się pogarszać. Doszło nawet do tego, że zaczęło brakować pieniędzy na płace dla załogi. Wyjściem z tej niedobrej sytuacji miało być wydzielenie z firmy spółek córek, które miały mieć dużą swobodę działania a tym samym miały się stać bardziej elastycznym podmiotem gospodarczym zdolnym do przetrwana w warunkach gospodarki rynkowej. Takich spółek powstało kilka min. STARPLAST, METALSTAR, UNISTAR, REMSTAR i inne.

Akcje.
W kwietniu 1988 roku Skarb Państwa zdecydował o wydaniu obecnym i były pracownikom FSC - STARA akcji zakładu należnych im się na podstawie ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw. Do odbioru akcji uprawnionych było około 20 tysięcy ludzi. Ilość akcji przypadających na danego pracownika (byłego i obecnego) uzależniona było od tego ile lat w zakładzie przepracował. Maksymalnie można było otrzymać 32 akcje. Wartość nominalna jednej akcji wynosiła 10 zł. Zainteresowanie akcjami było ogromne. Ludzie przyjeżdżali po ich odbiór z najodleglejszych części Polski, ale większość akcji przypadła mieszkańcom Starachowic i okolic. Podczas wydawania akcji tłumy napierały a budynek w którym akcje wydawano. Doszło nawet do tego, że emeryci wyłamali drzwi wejściowe i powybijali szyby. Każdy uważał, że staje się właścicielem akcji, których cena miała rosnąć. Niestety jak pokazała najbliższa przyszłość nadzieje te były złudne.

S. Zasada sprzedaje zakład.
W tym czasie zakład pogrążał się coraz bardziej. Nowy właściciel, a więc ZASADA CENTRUM, nie inwestował w firmę i nie kwapił się z wpłaceniem pieniędzy, dzięki którym "kupił" zakład. Jako ciekawostkę podam, że w kilka dni po tym jak Zasada przejął zakład sprawił on całej załodze "prezent" - każdy z pracowników otrzymał pokaźnych rozmiarów jego książkę pt. "Moje rajdy". I to było właściwie wszystko co załoga STARA dostał od "inwestora" Zasady. W listopadzie 1988 w jednej z hal fabryki rozpoczęto montaż samochodów ciężarowych MAN. Była to oczywista konkurencja dla STARA, ale nikt się tym nie interesował. W roku 1999 zarząd firmy poinformował załogę i związki zawodowe, że prowadzone są poważne rozmowy o wejściu do STARA niemieckiego koncernu MAN. Wkrótce zapadła decyzja o podziału zakładu na dwie części z których jedna - STAR TRUCKS - miała zostać sprzedana MAN-owi, a druga - Inwest STAR - miała funkcjonować jako oddzielny zakład Zasady. MAN, któremu sprzedano kilka hal produkcyjnych przejął również 907 pracowników. Pozostałych 400 pracowników pozostało w Inwest STAR-ze a część z nich miało znaleźć zatrudnienie w spółkach córkach. Inwest STAR jak i jego spółki córki miały (tak przynajmniej zapewniano pracowników) produkować dla MAN-a co gwarantowało ich przyszłość. O tym, że były to obietnice bez pokrycia przekonano się wkrótce. Spółki padały jedna po drugiej a pracownicy szli na bruk. W tym czasie wyprzedawano maszyny, urządzenia, place i hale. Ale pieniądze ze sprzedaży gdzieś się rozpływały. Jest pewne, że nie szły one na inwestowanie w zakład. W niecały rok po podziale zakładu padła ostatnia spółka. Obecnie w halach w których miała być produkcja panuje cisza. Nie ma maszyn, nie ma ludzi, nie ma produkcji. MAN który kupił znaczną część STARA po początkowych problemach (realne było zamknięcie zakładu) zupełnie zmienił profil produkcji. Obecnie w firmie, która nosi nazwę MAN STAR Trucks & Buses Sp. z o.o. produkuje się wiązki elektryczne do wszystkich typów samochodów MAN i korpusy autobusowe. W jednym z wydziałów obrabiane są części do ciężarówek produkowanych w Niemczech. Z końcem 2007 roku definitywnie zakończono montaż samochodów STAR, które były symbolem Starachowic. Ale to jeszcze nie koniec historii starachowickiej fabryki. Chociaż wydawało się, że MAN na dobre osiadł w Starachowicach to w październiku br. znaczna część zakładu, bo jego największy wydział, w którym montuje się wiązki elektryczne został sprzedany fińskiej firmie PKC Group, która z dniem 1 stycznia 2009 przekształci go w samodzielny zakład, którego będzie właścicielem. Planuje się także sprzedaż wydziału obróbki mechanicznej a także wydziału utrzymania ruchu. Powtarza się sytuacja z przed dziesięciu lat, gdy zakład był dzielony na spółki. Czym to się skończyło wiadomo. Jakby tego było mało z końcem 2008 zatrudnienie w firmie spadnie o około 300 osób.
Nie ma winnych.
Wróćmy jednak do akcji, które wydano 20 tysiącom ludzi. Jak by na to nie patrzeć to ludzie ci zostali po prostu oszukani, tak przez Zasadę jak i przez Skarb Państwa, który im te akcje wydał. Ludzie mają tego świadomość, dlatego co jakiś czas pojawiają się na ten temat informacje w lokalnej prasie, ale myślę, że jest to spowodowane tym, że lokalni politycy na niezadowoleniu społecznym chcą coś dla siebie ugrać. W zasadzie nikt poważnie nie zajął się tą sprawą. Wprawdzie usiłowali to zrobić emeryci ze Związku Emerytów i Rencistów NSZZ "Solidarność", ale efekty ich działań są mizerne, żeby nie powiedzieć żadne. W ubiegłym roku na wiadomość o aresztowaniu A. Pęczaka emeryci wystosowali doniesienie do prokuratury o popełnieniu przez Pęczaka przestępstwa przy prywatyzacji zakładu licząc na to, że prokuratura prowadząc przeciw niemu śledztwo niejako przy okazji zajmie się i sprawą STARA. Niestety ich nadzieje szybko się rozwiały po otrzymaniu pisma, które pozwolę sobie zacytować " Na podstawie art. 305 § 4 kpk zawiadamiam jako żądającego wszczęcia postępowania przygotowawczego, że w dniu 30 czerwca 2006 roku Prokuratura Okręgowa w Kielcach umorzyła śledztwo nr V Ds. 18/05/Sp w sprawie działania na szkodę Zakładów Starachowickich "STAR" S.A. w Starachowicach w okresie od kwietnia do grudnia 1997 roku w zakresie podejmowania decyzji w procesie dalszej prywatyzacji Zakładów Starachowickich "STAR" w Starachowicach - tj. o przestępstwo z art. 585 § 1 ksh - wobec stwierdzenia, iż czyn nie zawiera ustawowych znamion czynu zabronionego. Prokurator Prokuratury Okręgowej Mgr. Renata Orłowska".
Kto za tym naprawdę stoi?
To, że Sobiesław Zasada odpowiedzialny jest za to, co się stało ze STAR-em, jak również za to, że akcje, które posiada 20 tysięcy pracowników STAR-a nie mają jakiekolwiek wartości nie podlega dyskusji, ale wydaje mi się, że jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Myślę, że jakaś komisja Sejmowa powinna zająć się wyjaśnieniem roli, jaką odegrał Sobiesław Zasada w zniszczeniu polskiego przemysłu motoryzacyjnego samochodów ciężarowych. Należałoby wyjaśnić skąd jakiś rajdowiec miał pieniądze na to, aby kupić STARA, Jelcza, Autosana, dwa zakłady w Tczewie, Głowno i SHL w Kielcach. Należałoby zadać pytanie czy nie stały za nim zagraniczne koncerny, które dążyły do przejęcia polskiego rynku i wyeliminowania konkurencji. Jak wiadomo Zakłady w Tczewie kupili od Zasady Amerykanie, STARA kupili Niemcy a kielecką SHL Włosi. Należałoby również wyjaśnić powiązania rajdowca z najwyższymi dygnitarzami ówczesnej SLD, którzy tak jak A. Pęczak i A. Śmietanko osobiście byli zainteresowani tym, aby Zasadzie dobrze się powodziło. Na zakończenie dodam jeszcze, że istnieją uzasadnione podejrzenia, że Zasada nie wpłacił ostatniej raty za kupno STARA a jest to suma niebagatelna, bo 2,5 mln. zł.
Jan Seweryn
http://www.solidarnosc.starachowice.pl/?kategoria=historiapf

pochyła SOC równia


Artykuł - NARÓD TCHÓRZY.

( ) Tyrania elity.
Ograniczenie dostępu do broni to moralna krucjata przeciwko ciemnym, barbarzyńskim obywatelom. Dowodzi tego nie tylko nieefektywność kontroli w dostępie do broni w zapobieganiu przestępstwom, ale także fakt, że kontrole te koncentrują się na ograniczaniu działań przestrzegających prawa, zamiast na łapaniu i karaniu winnych, oraz odraza, z jaką zwolennicy kontroli dostępu do broni pałają do posiadaczy broni i ich narzędzia – NRA (National Rifle Association). Posiadacze broni są zwyczajowo przedstawiani jako niewykształceni, paranoiczni wieśniacy, zafascynowani w i skłonni do przemocy, czyli dokładnie taki typ osoby, która jest przeciwnikiem liberalnych programów politycznych, i która powinna stać się obiektem moralnej i społecznej „re-edukacji” według liberalnej polityki społecznej. Typowym przykładem takiej bigoterii jest znana charakterystyka posiadaczy broni, przedstawiona przez gubernatora stanu Nowy York Mario Cuomo, jako „myśliwych, którzy piją piwo, nie głosują, kłamią swoim żonom mówiąc, gdzie byli cały weekend.” Podobnymi złośliwościami zalewa się NRA, która nazywana jest „najlepszym przyjacielem sprzedawców narkotyków," wyśmiewana na obrazkach satyrycznych jako domagająca się prawa noszenia przez dzieci broni do szkoły i generalnie optująca za nadanym przez Boga prawem do rozwalania każdego na życzenie.
Ten stereotyp jest oczywiście fałszywy. Kryminolog i prawnik konstytucyjny Don B. Kates, Jr. i była działacz HCI Dr. Patricia Harris zauważają, że „badania konsekwentnie wykazują, że przeciętny posiadacz broni jest lepiej wykształcony i posiada lepszy zawód, niż człowiek jej nie posiadający. Dalsze badania wykazuję, że posiadacze broni w mniejszym stopniu aprobują brutalność policji, brutalność wobec inaczej myślących, itp.”
Konserwatyści muszą zrozumieć, że antypatia, którą liberałowie czują do posiadaczy broni w głównej mierze wywodzi się z ich etatystycznego utopizmu. Ten umysłowy nawyk nigdzie nie był zbadany lepiej niż w „Państwie” Platona. Platon argumentuje, że idealnie sprawiedliwe społeczeństwo to takie, w którym nieuzbrojeni ludzie cnotliwie zajmując się własnymi sprawami, wykonując przydzielone im funkcje, w czasie, gdy rząd królów-filozofów, będąc ponad prawem i strzeżony przez uzbrojonych gwardzistów, niekwestionowany w swej lojalności do państwa, konstruuje, wdraża i udoskonala stworzone w ten sposób społeczeństwo, wspierany i zachęcany przez mity, które jednocześnie ukrywają i usprawiedliwiają tę totalitarną manipulację.


Rozbrojone życie.
Gdy felietonista Carl Rowan nawołuje do kontroli dostępu do broni i używa pistoletu w obronie własnego domu, gdy gubernator stanu Maryland Donald Schaefer rok po roku chce wprowadzenia zakazu posiadania samopowtarzalnych „broni szturmowych”, których jedynym celem, jak się nam wmawia, jest zabijanie ludzi, sam jest eskortowany przez policję państwową wyposażoną w samopowtarzalne pistolety 9mm z magazynkami o dużej pojemności, to nie mamy tu do czynienia ze zwykłą hipokryzją. Tak działa umysłowy nawyk wytworzony u wszystkich nadrzędnych istot, które wzięły na swoje barki straszliwy ciężar cywilizowania mas, i które rozumieją, podobnie jak nasz Kongres, że prawo jest dla innych.
Liberalna elita wie, że są królami-filozofami. Oni wiedzą, że ludziom po prostu nie można zaufać; że są niezdolni do sprawiedliwego i słusznego samostanowienia; że zostawione samemu sobie, ich społeczeństwo będzie rasistowskie, seksistowskie, homofobiczne i niesprawiedliwe – a liberalna elita wie jak takie rzeczy naprawiać. Pomogą nam żyć dobrym i sprawiedliwym życiem, nawet jeśli będą musieli nas okłamywać i zmuszać nas do tego. I nienawidzą tych, którzy stają im na drodze.

Prywatne posiadanie broni palnej ochładza ten utopijny zapał. Posiadać broń palną to stwierdzać, że wolność i swoboda to nie dary od państwa. To rezerwowanie sobie ostatecznej decyzji, czy państwo narusza wolność i swobodę, to pozostawanie w gotowości do obrony tej wolności z czymś więcej niż samymi słowami, to pozostawanie poza zasięgiem totalitarnych zapędów państwa.

Doświadczenie Florydy.
Elitarny brak zaufania do ludzi, który jest podstawą ruchu na rzecz kontroli dostępu do broni, pięknie ilustruje kampania HCI przeciwko prawu do noszenia ukrytej broni na Florydzie. Do 1987 prawo do wydawania pozwoleń na noszenie ukrytej broni było regulowane na poziomie hrabstw. Prawo było niejasne, i w rezultacie, było obiektem sprzecznych interpretacji i politycznych manipulacji. Pozwolenia wydawano głównie pracownikom ochrony oraz nielicznym uprzywilejowanym z politycznymi koneksjami. Pozwolenia były ważne jedynie w hrabstwie, w którym zostały wydane.
Ale w 1987 roku Floryda uchwaliła jednolite prawo do noszenia ukrytej broni, które nakazuje władzom hrabstwa wydawanie pozwolenie każdemu, kto spełni określone obiektywne kryteria. Prawo wymaga, aby pozwolenie zostało wydane każdemu starającemu się, który jest mieszkańcem, ma przynajmniej 21 lat, żadnej kryminalnej przeszłości, nie miał przypadków nadużywania alkoholu i narkotyków, nie przechodził choroby umysłowej, i przedstawi dowód pomyślnego ukończenia kursu bezpiecznego obchodzenia się z bronią organizowanego przez NRA czy innego, konkurującego instruktora. Petent musi zostawić odciski palców, których władze użyją do sprawdzenia rejestrów. Zezwolenie lub odmowa musi być wydana w ciągu 90 dni, jest ważne w całym stanie i trzeba go odnawiać co 3 lata, co zapewnia władzy regularny sposób oceniania, czy udzielenie pozwolenie jest wciąż zasadne.
HCI i media z prawdziwą pasją sprzeciwiały się uchwaleniu tego prawa. Prawo to, mówili, będzie powodowało, że obywatele będą strzelać do siebie nawzajem podczas codziennych sporów dotyczących przekraczania terenu, niegrzecznego zachowania, czy innych afrontów. Uknuto terminy „Floryda, the Gunshine State” i „Dodge City East” sugerujące, że stan i ci, którzy popierają uchwalenie tego prawa, zachęcają jednostki, aby działały jak sędzia, ława przysięgłych i kat w społeczeństwie rodem z „Życzenia Śmierci”.
Żadna inna kampania HCI nie demonstruje jaśniej elitarnych wierzeń będących kanwą kampanii mającej na celu wykorzenienie prawa do posiadania broni. Biorąc pod uwagę wymagania stawiane posiadaczom pozwoleń, tylko HCI i media mogły wierzyć, że typowi, przestrzegający prawa obywatele są wrzącymi kotłami zabójczego szału, gotowymi zabijać w odwecie za dowolny afront, chętnymi do odnajdywania i natychmiastowego rozstrzeliwania łamiących prawo. Tylko brak natychmiastowego dostępu do broni powstrzymywał ich i zapobiegał rozlewowi krwi na ulicach. Są tak mentalnie i moralnie wybrakowani, że pomyliliby pozwolenie na noszenie broni do samoobrony z państwowo sankcjonowaną licencją do zabijania na życzenie.
Czy te gwałtowne przewidywania spełniły się? Mimo że Miami i hrabstwo Dade ma poważne problemy z handlem narkotykami,
- współczynnik zabójstw na Florydzie spadł po uchwaleniu tego prawa, podobnie jak w Oregonie, po przyjęciu tam podobnej legislacji. Ponadto, istnieje kilka udokumentowanych przypadków, gdzie świeżo upieczeni posiadacze pozwoleń użyli własnej broni w samoobronie. Dane z Departamentu Stanu Florydy pokazują, że od zapoczątkowania programu w 1987 do czerwca 1993 wydano 160823 pozwolenia i tylko 530, czyli 0,33% starających się otrzymało odmowę z powodu niespełnienia wymogów, co wskazuje, że prawo jest korzystne dla tych, dla których miało być korzystne – przestrzegających prawa. Tylko 16 pozwoleń, mniej niż jedna setna procenta, zostało cofniętych na skutek popełnienia przestępstwa z bronią po wydaniu zezwolenia.
( )
http://www.miasik.net/articles/snyder.html

wtorek, 27 lipca 2010

"31 VIII 1939" - powtórka wkrótce

Św. Spokój patronem nowoczesnej Europy


Przy postępującym upadku chrześcijaństwa w Europie, jedynym świętym , jaki pozostał ludziom, jest „święty Spokój”. Michalkiewicz ruch dążący do jego utrzymania i panowania nazywa „partią świętego spokoju”. Czym zatem jest ona jest i do czego doprowadziła? Ten temat chciałbym rozwinąć poniżej.
Na początku warto zadać sobie pytanie – kto lubi konflikty, spory czy ostrą wymianę zdań? Mało kto. Kolejna rzecz – kto chciałby mieć pełny portfel, wygodne mieszkanie i bezstresowe życie oparte na przyjemności? Cała masa. Leży to jak najbardziej w ludzkiej naturze i nie ma się czemu dziwić.
Cofnijmy się nieco wstecz. Utopiony w krwi II Wojny Światowej zachód postanowił odreagować okrucieństwa poprzez nurzanie się w bogactwie i zrobić wszystko (podkreślamy słowo wszystko), aby uniknąć konfliktów, gdyż mogą one prowadzić do wojny. To pozornie neutralne założenie stało się słynnym sznurkiem Lenina, z którego jakiś czas później sama ułożyła się pętla… Tak właśnie powstała partia świętego spokoju.
Najważniejszymi rzeczami dla klasy średniej stały się zatem pełny brzuch, ciepła woda w kranie i szerokie autostrady. Niby racja – każdy chce żyć wygodnie i w ogóle. Sytość usypia – to wie każdy, kto sobie dobrze zjadł i jeszcze popił piwem. Taki właśnie obiad zjedzono na zachodzie. Tymczasem z przyrody wiemy, że drapieżniki nigdy jedzą „do pełna”, gdyż wówczas stają same się łatwymi ofiarami.
Dodatkowo tak przyjęta strategia unikania jakichkolwiek sporów za wszelką cenę powoduje straszliwe konsekwencje. Widzimy je obecnie, a za chwilę być może staną się gwoździem do trumny dla tzw. „cywilizacji zachodu”. Jeśli zatem za ideał stawiamy rodzinna sielankę niczym w „M jak miłość”, to na dzień dobry kapitulujemy.
Dygresja. Na cały proces upadku zachodu składają się kolejno: tzw. „rewolucja francuska”, powstanie „nowoczesnych państw” (czyli pasożytów), I i II Wojny Światowe, XX-to wieczne totalitaryzmy, rewolucja obyczajowa, polityczna poprawność. Można by jeszcze kilka rzeczy dorzucić, ale to temat na osobny wpis. Teraz skupiam się na drobnym wycinku. Koniec dygresji.

Tymczasem stara zasada mówi nam „daj komuś palec, to weźmie całą rękę”. Raz spełnione żądanie nie zaspokaja, a wręcz przeciwnie – powoduje powstawania kolejnych i kolejnych, aż do totalnego podporządkowania się zasadom ustanowionym przez hałaśliwą grupę. Uzyskujemy zatem dyktat mniejszości na własne życzenie. Rewelacja! Marks na to nie wpadł, ale za jego czasów ludzie mieli nieco więcej tzw. „zdrowego rozsądku” i hałaśliwą ekipę potraktowano by tak, jak na to zasługuje, czyli pałą przez łeb. Teraz już nawet dziecka klapsem ukarać nie można (ale zabić gdy jeszcze jest w brzuchu – jak najbardziej!), więc bezbronnej zachodniej tłuszczy nie pozostaje nic innego jak tylko skorzystanie z okazji do siedzenia cicho. Na pewno z tego skorzysta, bo innej możliwości nie mają!
Mniejszościom odmówić przecież nie można, bo tu wpada się we własne sidła zwane dla niepoznaki tolerancją czy wielokulturowością. No i klops. Wyrzucić nie mogą (bo mają obywatelstwo i prawa człowieka nie pozwalają), sprzeciwić się nie mogą (bo to rasizm i faszyzm i homofobia i takie tam). Mogą jedynie czekać…
Partia świętego spokoju zakłada, że ma być miło, ciepło i radośnie. Jeżeli nie jest, to należy to jak najszybciej naprawić. Jeśli pederaści proszą (nie można mówić, iż czegokolwiek żądają, bo to podchodzi pod tzw. „mowę nienawiści”) o oddawanie im do adopcji dzieci, aby mogli na niech testować swoje „metody wychowawcze”, to należy im je oczywiście oddać. Tak, radość, szczęście i spokój. Jeśli natomiast rodzice pragną decydować o własnych dzieciach, należy ich oczywiście… olać albo spacyfikować. Nie będą ciemni i zacofani ludzie decydować o własnych dzieciach tylko dlatego, że je urodzili. Jeszcze by wpoili dzieciakom mało nowoczesne poglądy na świat i mogą zniweczyć cały proces doktryn… to znaczy oczywiście wychowania zniweczyć. Ma być przyjemność i zabawa!
- - -
Nierządem Polska stoi .
Wacław Potocki


Nierządem, powiedział ktoś
dawno, Polska stoi;
Gdyby dziś pojźrał z grobu po ojczyźnie swojej,
Zawołałby co garła: Wracam znowu, skądem,
Żebym tak srogim z Polską nie
ginął nierządem!
Co rok to nowe prawa i konstytucyje,
Ale właśnie w tej
wadze jako minucyje:
Póty leżą na stole, póty nam się zdadzą,
Póki
astrologowie inszych nie wydadzą,
Dalej w kąt albo małym dzieciom dla zabawy

Założyłby naszymi Sukiennice prawy.
Nikt nie słucha, żaden się nie
ogląda na nie,
Szlachta tylko uboga i biedni ziemianie,
Którzy się na
dziesiątej opierają części,
I to ledwie, tak inszy stan Polskę zagęści.
Mądry, możny albo kto dostąpił honoru,
Księstwa, grabstwa — ten wolen;
niechajże poboru
Szlachcic który nie odda — zaraz mu po szląsku
Pozwy,
egzekucyje ślą na onym kąsku,
Że niejeden, niestetyż, z serdecznym dziś
płaczem
Z dziatkami cudze kąty pociera tułaczem.

- - -
Dali się zatem sterroryzować grupom hałaśliwych i wpływowych współczesnych rewolucjonistów. Pozwolili na zabijanie dzieci i starców, bo wmówiono im, że to wygodniej i przyjemniej. Tak dla świętego spokoju. Muzułmanie domagają się specjalnego traktowania? Skoro multi-kulti to nasz ideał, więc spełniamy ich żądania… to znaczy oczywiście prośby. Zachód wsiadł na kolejkę , bo ktoś powiedział, że będzie super jazda i w ogóle, ale nikt nie sprawdził, czy przypadkiem tory są w dobrym stanie i co jest na ich końcu. Czy aby nie przepaść? Złudna wizja raju na Ziemi w nowoczesnej formie „świętego spokoju”…
Kolejna dygresja. Obserwując tzw. „artystów” na tzw. „zachodzie” widać, że już im się w głowach poprzewracało. Udają buntowników i nieustraszonych rewolucjonistów, a de facto są bojącymi się o własny tyłek miernotami. Jeśli jesteś taki cwany, mądry i odważny, to umieść tzw. „gwiazdę Dawida” w (za przeproszeniem) gównie lub też podrzyj publicznie Koran. No, który chętny? Na pochyłe drzewo to i koza skoczy. Koniec dygresji kolejnej.
Partia świętego spokoju nie troszczy się o przyszłość. Jest jak dziecko, które domaga się czekolady tu i teraz i nic więcej go nie obchodzi. W tym kontekście gigantyczne zadłużenie staje się normą. Troska o przyszłe pokolenia? Dobry żart! Jedyne co pamiętam w tym temacie, to piosenka wyborcza SLD z 2005 – „zostawmy lepszy świat dla tych, co przyjdą po nas”. Bankructwa krajów dopiero nas czekają. Przypadek Grecji to ledwo czubek góry lodowej.
Skoro promujemy przyjemność, to przyjemność ma być tu i teraz. Natychmiast! Nie może zatem dziwić ucieczka od odpowiedzialności i przyszłości. Skoro ideologia partii świętego spokoju zakłada hedonizm jako ideał, a tam nie ma miejsca na dzieci. No bo to wyrzeczenia, poświęcenia, nieprzespane noce, zero przyjemności i dużo bólu. Bardzo mała ilość dzieci jest tego naturalna konsekwencją. Tak beztroskie postępowanie zemści się i to niedługo. Za jakiś czas rdzenna ludność stanie się mniejszością we własnym kraju. To jest nieuniknione, ponieważ demografia jest nieubłagana. Kto nie wierzy, niech rozwiąże proste zadanie matematyczne na poziomie szkoły podstawowej. Po jakim czasie pociąg B dogoni pociąg A, gdy pociąg B przyspiesza, a pociąg A zwalnia? Tak więc pozostaje to tylko kwestią czasu.
W języku niemieckim jest określenie „schadenfreude” określającą radość z czyjegoś nieszczęścia. Można się oczywiście nabijać z Żabojadów, że tamtejszą nową świecką tradycją a zarazem sportem narodowym, zostało palenie samochodów, a obyczaj ten pośród rdzennej ludności krzewią przybysze z innych krajów oraz ich potomkowie. Imigranci z muzułmańskich krajów zaczynają im dyktować jak mają żyć, domagają się własnej (zacytuje klasyka) „przestrzeni życiowej”.
Czym się to skończy? Potomkowie imigrantów uchwalą demokratycznie (a demokracja to święta krowa, więc mi tu nie podskakiwać!), że zakazuje się chowu i sprzedaży wieprzowiny, pederastów będzie ścigać policja obyczajowa, a kobiety mają obowiązkowo nosić chusty i stroje okrywające całe ciało. Katedry przerobi się na meczety (lepsze to niż na dyskoteki), a multi-kulti odejdzie tam, gdzie jego miejsce (czyli na śmietnik historii). To na „zachodzie”. Co na naszym podwórku? O tym postaram się napisać innym razem.
Unia Europejska? Ten twór rozpadnie się najprawdopodobniej wcześniej, ze względu na niekończące się spory i chęć odłączenia się od innych, bankrutujących tworów.
To nie jest wizja odległa – to wszystko może stać się już bieżącym wieku, który zresztą będzie obfitował także w inne ciekawe wydarzenia. No, chyba że nadejdzie Apokalipsa, ale to tym bardziej gwarantuje niesamowite emocje i niezapomniane przeżycia. Zatem nie wyłączajcie odbiorników!
http://www.wpisz24.pl/