o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

poniedziałek, 26 października 2009

2009, a niewykupiona recepta z 2002

__MOTTO 2009.
Konto SDP dla pp.Sumlińskich

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich udostępnia swoje konto dla wpłat na pomoc dla rodziny pp.Sumlińskich. Wpłata na konto jest - moim zdaniem - wyrazem poparcia dla dziennikarza śledczego, który ponosi wielkie ryzyko zawodowe w dochodzeniu prawdy. Ryzykuje znacznie więcej niż reszta kolegów zajmująca się innymi gatunkami dziennikarstwa.

Wpłata nie jest natomiast wyrazem oceny, czy Wojciech Sumliński wszedł w jakiś konflikt z prawem, czy nie wszedł. Na ten temat opinia publiczna nie ma - moim zdaniem - wystarczającej wiedzy.

Mając na utrzymaniu rodzinę Wojciech Sumlilński został tymczasowo pozbawiony możliwości wykonywania zawodu. Nastąpiłło to wskutek pełnienia służby publicznej. Dlatego uważam, że należy mu pomóc.
Wpłaty mogą być dokonywane na konto:

03 1020 1097 0000 7602 0118 6535

koniecznie z dopiskiem "darowizna dla rodziny Sumlińskich".
Gdyby bank wymagał podania nazwy właściciela konta jest to:
SDP ul. Foksal 3/5, 00-366 Warszawa

Rozpropagujmy akcję pomocy dla rodziny Sumlińskich na innych portalach internetowych.
http://klopotowski.salon24.pl/87288,index.html



Witold Kieżun, Jak wyjść z zapaści
„Rzeczpospolita", Plus-Minus, nr 43, 26 pazdziernik 2002.
***
Stan polskiej gospodarki i administracji, pesymistyczne nastroje społeczne uzasadniają pilną konieczność poszukiwania dróg wyjścia z tak niekorzystnej sytuacji. Wiele można naprawić - szybko i bez "cudownych chwytów".

Przedstawiam propozycje wybranych elementów programu usprawnień, będącego również wynikiem dyskusji zespołu fachowców chcących ze mną współpracować.
Podatki i kredyty

Umożliwienie rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, które najszybciej i najobficiej tworzą nowe miejsca pracy, wymaga racjonalnego i radykalnego, a nie tylko jednoprocentowego obniżenia podatków, niezależnie od zmniejszenia innych obciążeń przedsiębiorców, jak np. opłaty z tytułu ubezpieczeń społecznych. Doświadczenia krajów, które podjęły takie śmiałe decyzje, są bardzo pozytywne (Irlandia, Rosja, Estonia). Niestety, obecny system podatkowy stymuluje pomysłowość przedsiębiorców w pomniejszaniu podstawy opodatkowania.

Paradoksalny jest również aktualny system kredytowy. Inflacja oscyluje około 1,5 proc., oprocentowanie terminowych depozytów około 4,5 - 6 proc., a kredyty inwestycyjne dla przedsiębiorstw kosztują 13 - 16 proc. i więcej. W dodatku jest wyraźna niechęć do kredytowania polskich przedsiębiorstw, związana m.in. z łatwością osiągnięcia przez banki wysokich zysków z zakupu państwowych wysoko oprocentowanych bonów skarbowych. Nie istnieje więc ani tani kredyt inwestycyjny, ani bieżący kredyt obrotowy dla drobnych przedsiębiorstw; nie istnieje również obrót wekslowy i czekowy. Nie ma też sztywnych ograniczeń wysokości obrotu gotówkowego, zmuszających do bezgotówkowej formy wyższych kwotowo rozliczeń.

Niezależnie od niezbędnej interwencji Narodowego Banku Polskiego w stosunku do zagranicznych banków komercyjnych i paru jeszcze istniejących banków polskich, zmierzającej do likwidacji paradoksalnych relacji: kredyt - depozyt - inflacja, konieczna jest odbudowa lokalnych instytucji drobnego kredytu, gromadzących niskie wkłady, które nie są atrakcją dla wielkich banków. Rozwiązaniem mogłaby być dekoncentracja PKO Banku Polskiego, który częściowo powstał z zagarnięcia przez PRL majątku Komunalnych Kas Oszczędności. Odtworzone lokalne KKO, ewentualnie w formie oddziałów PKO BP, miałyby w PKO BP swój bank-matkę, który dzięki temu bardzo poważnie zwiększyłby swoje obroty - nawet w skali od kilku do kilkunastu miliardów złotych rocznie, bo obecnie większość społeczeństwa polskiego nie ma gdzie lokować swoich drobnych wkładów.

Komunalne Kasy Oszczędnościowe mogłyby - jak w międzywojennej Czechosłowacji i współczesnej Kanadzie (Kasy Desjardins w Quebecu) - patronować odbudowie spółdzielczości kredytowej drobnych przedsiębiorców, ludzi wolnych zawodów i rolników, wzorowanej na dawnych polskich i współczesnych niemieckich doświadczeniach.

Należy również pomyśleć o odbudowie w skali państwa ubezpieczeń wzajemnych w formie odpowiadającej przedwojennemu Powszechnemu Zakładowi Ubezpieczeń Wzajemnych, tak aby przywrócić obowiązkowe ubezpieczenia publiczne chroniące kraj przed bezradnością finansową w razie katastrof żywiołowych. Ubezpieczeni mogli niegdyś korzystać z drobnego kredytu na rachunek posiadanych polis. Ten system służył rozwojowi gospodarki rynkowej jeszcze w epoce zaborów i jego doświadczenie warte jest wykorzystania.

Koszty sektora publicznego

Dla niezbędnego radykalnego obniżenia podatków dla przedsiębiorstw konieczne jest równie radykalne zmniejszenie wydatków budżetowych na utrzymanie administracji i całego sektora publicznego.

W sektorze publicznym (w szerszym znaczeniu, według klasyfikacji Głównego Urzędu Statystycznego) pracowało 31 grudnia 2001 roku
""""" 46,9 proc. ogółu zatrudnionych - w około 55 tys. jednostek organizacyjnych.
Niestety, nie mamy szczegółowego rejestru (tak jak to ma miejsce w krajach Unii Europejskiej) wszystkich jednostek sektora publicznego z dokładnymi danymi o wielkości zatrudnienia, strukturze kierownictwa i wskaźnikach finansowych. Nie da się zaś uporządkować stosunków w tym zakresie i sprawować kontroli nad wydatkami bez pełnej jawności. Dotyczy to zwłaszcza tej części sektora publicznego, która nie podlega kontroli ze strony Sejmowej Komisji Budżetowej: funduszy państwowych, funduszy celowych i agencji państwowych, obracających środkami o skali mniej więcej równej połowie uchwalonego budżetu.

Dane sekcji L 75 sprawozdawczości GUS - obejmującej szerszy zakres administracji publicznej (urzędy administracji państwowej i samorządowej, administracja obrony narodowej, administracja obowiązkowych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych) - wskazują na gigantyczny wzrost zatrudnienia:
""" 380 tys. pracowników w 1997 roku,
"" 510,8 tys. pracowników na koniec III kwartału 2001 i
""" 539,5 tys. pracowników na koniec IV kwartału roku 2001. W pierwszym półroczu 2002 roku nastąpiło zmniejszenie tego zatrudnienia o 15,3 tys. pracowników, co należy traktować jako początek likwidowania gigantomanii struktur administracyjnych.

Istotnym problemem jest nadmierny rozrost struktur władzy centralnej, struktur Sejmu, Senatu, kancelarii Prezydenta, Premiera oraz rozmaitych gospodarstw pomocniczych na szczeblu centralnym i wojewódzkim (konkretne liczby zatrudnionych w poszczególnych jednostkach Centrum nie są od 1996 roku ujawniane). Wiadomo jednak, że np. gospodarstwo pomocnicze Kancelarii Prezydenta zatrudnia około 950 osób. Mamy liczebniejszą izbę niższą parlamentu niż Stany Zjednoczone z ich 270 milionami ludności, mamy Senat równie liczny jak w USA. Mamy
""" w Polsce ponad trzy razy więcej ministrów, wiceministrów, sekretarzy stanu i podsekretarzy stanu niż we Francji. Kreowanie w kancelariach Prezydenta i Premiera stanowisk sekretarzy i podsekretarzy stanu, pozycji przewidzianych w normalnej praktyce europejskiej dla stanowisk rządowych, jest wysoce niewłaściwe; tym bardziej - rozbudowa gospodarstw pomocniczych w takich jednostkach organizacyjnych. To samo dotyczy struktury ministerstw z kilkoma sekretarzami i podsekretarzami stanu oraz gabinetem politycznym, aparatczykami, utrzymywanymi przez podatnika.

Nie będę tu szafował przykładami rozdętych struktur ministerstw z nadzorowanymi organami i jednostkami organizacyjnymi, z rozmaitymi biurami, centrami, agencjami itp. Rozbudowane kadry administracyjne starają się swą aktywnością uzasadnić swe istnienie, stąd i mnożenie liczby koncesji, zezwoleń i licencji.

Komisja, powołana jeszcze przez wicepremiera Leszka Balcerowicza (1998), zmniejszyła ustawą o działalności gospodarczej liczbę wymaganych licencji do ośmiu. Jednak zastąpiły je coraz liczniejsze zezwolenia, dziś już około stu; utrudniają one działalność gospodarczą i stanowią formę dodatkowego jej opodatkowania (nie mówiąc już o polu dla korupcji). Blokuje to przede wszystkim rozwój drobnej przedsiębiorczości i paraliżuje inicjatywę ludzką, hamując wzrost gospodarczy. Aby umożliwić konieczne radykalne redukcje, niezależna komisja fachowców powinna w ciągu pół roku dokonać przeglądu struktur administracji i przedstawić opinii publicznej oraz władzom państwowym projekt ich reorganizacji - w trybie jednorazowych zmian, by uniknąć okresowego paraliżu decyzyjnego, tak powszechnego w takich operacjach. Reforma taka powinna dokończyć proces decentralizacji - jako że około 37 proc. administracji specjalnej zostało jeszcze w rękach władz centralnych, które mimo przekazania ponad 60 proc. tej administracji województwom i powiatom wcale nie zmniejszyły zatrudnienia.

W procesie redukcji zatrudnienia możemy wykorzystać własne doświadczenia - kiedy polski Październik wymusił taką redukcję w roku 1957 przy zapewnieniu zwalnianym kredytów na podjęcie samodzielnej działalności gospodarczej - oraz wzorowane na tym polskim przykładzie analogiczne doświadczenia Kanady. Oszczędności z tego tytułu, wedle dzisiejszego szacunku, powinny sięgnąć u nas wielu miliardów złotych, wliczając w to likwidację kosztów utrzymania danych stanowisk wraz z wydatkami reprezentacyjnymi i podróżami zagranicznymi na koszt państwa oraz ograniczenie rozrzutności w rodzaju luksusowego wyposażenia i zakupu drogich zagranicznych samochodów.

Obniżenie kosztów administracji terenowej

Podobna komisja powinna w trybie możliwie pilnym przeanalizować skutki tzw. reformy administracyjnej, która zwiększyła liczbę szczebli polskiej administracji - kiedy cały świat spłaszcza struktury administracji. Komisja ta powinna przedstawić następnie opinii publicznej i władzom państwowym swoje wnioski co do koniecznych zmian w strukturach terenowych administracji państwowej i samorządowej, mając na uwadze zarówno współczesne tendencje w zarządzaniu publicznym i wskazania nauki, jak i konieczne oszczędności. Nie należy ulegać biurokratycznym skłonnościom państw Europy Zachodniej z ich dodatkowymi szczeblami administracji i samoobroną biurokracji, zagwarantowaną przez nieusuwalność urzędników tzw. służby cywilnej (Belgia ma w rezultacie blisko milion pracowników administracji przy 10,7 mln obywateli). Co do tzw. regionów godzi się tu przypomnieć, że
""" w Polsce przedrozbiorowej Wielkopolska składała się z czterech województw i nie przeszkadzało to w niczym jej spójności. Regiony w obecnej praktyce Włoch, Niemiec i Francji, ze swoją niczym nieuzasadnioną samodzielnością administracyjną w stosunku do państwa, nieraz odgrywają niebezpieczną rolę dezintegracyjną.

W Polsce powiaty, nonsensownie małe jak na jednostkę szczebla lokalnego w Europie, pozbawione samodzielności finansowej zatrudniały na początku swego istnienia 27,3 tys. pracowników, a już w 2001 r. - 50,9 tys. Te dodatkowe etaty powyżej szczebla gminnego pochłonęły i pochłaniają bezproduktywnie, wliczając koszty utrzymania stanowisk, kilka miliardów złotych rocznie.

Opłaty z tytułu ubezpieczeń społecznych

Nadmierne opłaty z tytułu ubezpieczeń społecznych, traktowane jak podatki, paraliżują rozwój drobnej przedsiębiorczości i hamują wzrost gospodarczy. Ostateczną wysokość opłat i tryb ich gromadzenia powinna zaproponować opinii publicznej i władzom państwa niezależna komisja fachowców z udziałem fachowców zagranicznych.

Racjonalny system ubezpieczeń zdrowotnych powinien wyeliminować marnotrawstwo środków wynikających z utrzymywania dla potrzeb służby zdrowia aż trzech kosztownych biurokracji: Ministerstwa Zdrowia, ZUS i likwidowanych od 1 stycznia 2003 roku kas chorych, ale zastąpionych biurokracją Funduszu Zdrowia. Obecna reforma jest zaprzeczeniem podstawowej idei każdej organizacji, a taką jest i państwo, mianowicie decentralizacji (patrz. art. 15 konstytucji). Służba zdrowia powinna ulec decentralizacji umożliwiającej dysponowanie i kontrolę kosztów na swoim terenie. Do zarządzania szpitalem wystarczyłoby jego kierownictwo i odpowiednia umowa np. z lokalnym związkiem gmin czy miastem oraz coroczna wizyta rewidentów.

W sferze ubezpieczeń emerytalnych, które w rzeczywistości są przymusowymi oszczędnościami, trzeba zapewnić ubezpieczonym nie tylko formalne prawo wyboru lokat dla ich oszczędności - po analizie i ewentualnej rewizji systemu lokat w funduszach emerytalnych dla zapewnienia pełnego bezpieczeństwa lokowanych oszczędności. Powinna funkcjonować także państwowa, pozabudżetowa instytucja ubezpieczeń emerytalnych, której gromadzone środki, zabezpieczone dochodami państwa, mogą służyć - jak w okresie międzywojennym - kredytowaniu rentownych inwestycji, jak np. przed drugą wojną światową budowy Portu Gdyńskiego. Są to poważne rezerwy pieniężne, których państwo przynajmniej w okresie rozwojowym nie powinno się wyrzekać.

Prywatyzacja

Musi być jasna polityka prywatyzacji. Z jednej strony jak najszersze pole dla ekspansji średniej i drobnej przedsiębiorczości, w których decyduje inicjatywa i zdolności właściciela, ze sprzedażą określonych, a deficytowych dzisiaj wartości majątkowych nawet za symboliczną złotówkę, z drugiej - racjonalna polityka prywatyzacji wielkich przedsiębiorstw, w których o efektywności decyduje nie własność, rozmyta rozdrobnieniem akcji, lecz zarządzanie, a więc kwalifikacje menedżerów. Jeśli się takiej polityki nie ustali, będziemy nadal ofiarami decyzji, które już doprowadziły do tego, że różne polskie przedsiębiorstwa państwowe zostały wykupione przez zagraniczne przedsiębiorstwa państwowe, jak PZL Okęcie przez hiszpańską państwową Casa czy TP SA w dużym procencie przez państwową francuską France Telecom - w praktyce zasilając jedynie wydatki budżetu na przerosty zatrudnienia w administracji.

Przedsiębiorstwa przeznaczone do prywatyzacji należy w odpowiedniej części skredytować spółkom komandytowym złożonym z konkursowo dobranych menedżerów i załóg, kredyty te spłacałyby one z zysków w ciągu 10 lat. Jednocześnie miałyby prawo poszukiwać ewentualnych partnerów kapitałowych, zdolnych zakupić udziały skarbu państwa - tak by uniknąć sprzedawania przedsiębiorstw przez urzędników przy nieuchronnych podejrzeniach o korupcję. W przypadku przedsiębiorstw, które powinny pozostać w odpowiedniej części własnością skarbu państwa, prywatyzacja dotyczyć powinna tylko kredytowania wyżej określonych spółek komandytowych - bez możliwości sprzedaży udziałów przez te spółki, ponieważ chodzi tu o związanie menedżerów i załóg z przyszłością przedsiębiorstwa, a nie o umożliwienie im handlu akcjami w trybie kapitalizmu kasynowego.

Niekompetentne decyzje w zakresie likwidacji pegeerów doprowadziły do ich upadku i dewastacji. Nawet dzisiaj jednak pozostały po nich majątek można oddać spółkom menedżerów i pracowników, kredytowanym długoterminowo, ze spłatą kredytów w ciągu 15 - 20 lat, lub spółkom z udziałem skarbu państwa przy zapewnieniu menedżerom i pracownikom udziału w zyskach (zwłaszcza w przypadku stacji nasienniczych lub hodowlanych). Można również parcelować je między pracowników, kredytując długoterminowo na 15 - 20 lat, z ewentualnością umorzenia kredytu przy stwierdzeniu efektywnej gospodarki. Można też przekazywać grunty chłopskim spółkom parcelacyjnym.

Budownictwo - sposób nie tylko na koniunkturę

Państwo powinno patronować budownictwu (miast prowadzić je samo) w zakresie budowy autostrad, szlaków wysoko wydajnego transportu kolejowego, transportu wodnego oraz mieszkalnictwa. Nie w imię keynesowskiej polityki nakręcania koniunktury, lecz po prostu dlatego, że prawidłowy rozwój kraju wymaga szybkiej realizacji ogromnych zadań w dziedzinie budownictwa - jeśli Polska nie chce pozostać w tyle za Europą.

Corocznie przejeżdża przez Polskę na trasie wschód - zachód 30 - 40 mln samochodów ciężarowych, dewastując polskie drogi. Położenie geograficzne Polski stwarza jej obecnie szczególne, stałe źródła dochodów, jako że autostrady nie są współcześnie filantropią, lecz zyskownym interesem; wedle cen Unii Europejskiej za przejazd wozu ciężarowego możemy pobierać 250 euro (Szwajcaria i Austria pobierają swoiste myto i za przejazd samochodów osobowych). Środki przewidywane na budowę autostrad przez Unię Europejską, w wysokości 2,5 mld euro rocznie, oraz długoterminowe zagraniczne kredyty - zaciągnięte nawet w bankach tak odległych jak znane mi banki kanadyjskie, Bank of Montreal i Royal Bank in Montreal - przy takiej cenie przejazdu mogłyby zamortyzować zaangażowanie w joint venture wyspecjalizowanych w budowie autostrad przedsiębiorstw z USA i Kanady, nawykłych do rzetelności finansowej.

Oprócz dwóch autostrad wschód - zachód i autostrady północ - południe warto pomyśleć o międzynarodowej autostradzie z Polski przez Wilno, Rygę i Tallin z promem do Finlandii i odgałęzieniem do St. Petersburga.

W roku 1993 proponowałem prosty sposób likwidacji 20-kilometrowych kolejek tirów na granicy w Świecku - poprzez zbudowanie dwa - trzy kilometry przed granicą dziesięciu rozgałęzień kończących się przejściami granicznymi, przy cenie wjazdu na rozgałęzienie 10 dolarów, co pokryłoby koszty budowy i obsługi celnej, a przyspieszyło radykalnie przejazdy. W miarę potrzeby podobne rozwiązania można by zastosować na innych przejściach granicznych.

Dalszym koniecznym przedsięwzięciem jest rozbudowa sieci kolejowej dla przewozu kontenerów oraz odpowiednia adaptacja dla tych celów szerokotorowej linii na południu Polski z dalszym jej przedłużeniem do granicy Niemiec - z umożliwieniem przeładunków na terenie Polski przed granicą z Niemcami. Kredyty zagraniczne są bardzo tanie, dlaczego nie wykorzystać ich do tego typu inwestycji?

Zapotrzebowanie na pracę nisko wykwalifikowanych robotników przyniesie ze sobą opracowanie programu odrodzenia żeglugi śródlądowej w Polsce. Polska ma najkorzystniejszy w Europie układ rzek, niewymagający budowy setek kilometrów kanałów jak w Niemczech, które wodą transportują 20 proc. towarów. Dzisiejsze polskie metody regulacji rzek, stanowiące przewrót w technikach regulacji, pomagają rzece regulować się samej, chronią nas przed kanalizacją rzek, która przyspieszając spływ wody, wywołała katastrofę w delcie Renu. Te prace o charakterze robót publicznych, prace lokalne pod kierunkiem fachowców, przy użyciu tradycyjnych tanich materiałów (kamienia i faszyny) będą wymagały w danej gminie nadrzecznej od kilkudziesięciu do kilkuset ludzi. Nie muszę dodawać, że wykonawstwo wszystkich tych robót wraz z produkcją przemysłu materiałów budowlanych i maszyn dałoby pracę na pięć do siedmiu lat dla mniej więcej pół miliona ludzi. Trudno zrozumieć, dlaczego mimo planów zakreślonych już u początków odrodzonej demokracji polskiej aktywność w tej sferze nie posunęła się ani o krok.

Jeszcze większe zapotrzebowanie na pracę kwalifikowanej siły roboczej stworzy program budownictwa mieszkaniowego. Wedle ocen fachowców brakuje Polsce, by mogła dorównać standardom europejskim, około 6 mln mieszkań, co oznacza przy programie dziesięcioletnim konieczność budowy 600 tysięcy mieszkań rocznie - do wynajmu, a nie własnościowych, paraliżujących konieczną w okresie rozwoju mobilność społeczną. Dla uruchomienia takiego programu konieczna jest przede wszystkim rekonstrukcja systemu długoterminowego kredytu hipotecznego w Polsce. Ale nawet przy jego pełnej rekonstrukcji, wymagającej około dwóch lat, możliwe do uzyskania z tego źródła kredyty nie wystarczą do sfinansowania programu na taką skalę. Konieczne będą odpowiednich rozmiarów długoterminowe kredyty zagraniczne, zabezpieczone hipotecznie, oraz ewentualnie kredyty Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, a także pomoc Unii Europejskiej, zainteresowanej zachowaniem w Polsce, na miejscu, polskiej siły roboczej (mówiąc nawiasem, także mieszkania własnościowe i budownictwo jednorodzinne powinny korzystać z długoterminowego kredytu hipotecznego, zabezpieczonego zbudowanym domem bądź mieszkaniem, wedle doświadczenia amerykańskiej organizacji federalnej tego typu).

Program na taką skalę będzie wymagał zatrudnienia około miliona ludzi w samym wykonawstwie oraz w przemyśle materiałów budowlanych. Przyjdzie prawdopodobnie sprowadzić część robotników z krajów na wschód od Polski. A tym bardziej - przygotować polskie przedsiębiorstwa do rozszerzenia swej ekspansji na teren tych krajów, gdy zapewnią one swoim gospodarkom solidne oparcie w trwałych instytucjach finansowych.

Bezrobocie a rynek pracy

Zasiłki dla bezrobotnych powinny być wypłacane za określoną pracę na rzecz lokalnej społeczności. Przykładowo, Polska importuje za olbrzymie pieniądze makulaturę dla pracujących w Polsce papierni - należałoby zorganizować, właśnie z udziałem bezrobotnych, system pozyskiwania makulatury w Polsce, która dziś trafia na wysypiska lub do spalarni śmieci. To samo dotyczy odpadów z tworzyw sztucznych oraz szkła.

Zasiłki dla bezrobotnych powinny również być wypłacane za pracę na rzecz czystości miast i wsi, zwłaszcza dróg publicznych. Za takimi rozwiązaniami przemawiają dwa argumenty. Po pierwsze, normalnym, zdrowym ludziom nie należy płacić za samo istnienie, bo to demoralizuje i uczy życia za darmo. Po drugie, bezrobocie, brak zajęcia wywołują niebezpieczną degradację psychologiczną. Przy perspektywie wzrostu zatrudnienia zorganizowane już systemy pozyskiwania makulatury, szkła i odpadów sztucznych będzie mogła przejąć później młodzież szkolna i studencka. Barierą dla rozwoju przedsiębiorczości są obecnie przepisy kodeksu pracy, nakładające zbyt duże obciążenia na pracodawcę. Można je zachować w dotychczasowym brzmieniu dla tych dziedzin gospodarki, które objęte są umowami zbiorowymi i podlegać mogą negocjacjom z tego tytułu. We wszystkich innych dziedzinach można te wymagania pozostawić do uzgodnień między pracodawcą a pracownikiem - przy państwowej ingerencji w razie ograniczania przez pracodawcę praw pracowniczych.

W przypadku rejonów z perspektywą likwidacji przestarzałych zakładów przemysłowych lub wydobywczych należy podjąć działania oparte na wzorze szwedzkiego planu Rehna, polecanego przez ojca wiedzy o zarządzaniu Petera Druckera planu restrukturyzacji i zatrudnienia. Należy powołać trójstronne lokalne komisje rynku pracy z udziałem przedstawicieli pracodawców, przedstawicieli pracowników i lokalnej administracji. Te komisje z dwuletnim wyprzedzeniem zajmą się perspektywami zawodowymi każdego z pracowników do zwolnienia, programem szkolenia i ewentualnie kredytami na działalność gospodarczą zwalnianych lub na działalność gospodarczą nowych pracodawców. Klasycznym przykładem niewykorzystanych możliwości w tym względzie jest Górny Śląsk, który ma bardzo niski wskaźnik liczby drobnych i średnich przedsiębiorstw na tysiąc mieszkańców. Zatrudnienie w handlu, hotelarstwie i gastronomii w całej zresztą Polsce jest niższe procentowo w stosunku do Japonii czy też Stanów Zjednoczonych o 1/3, co oznacza, że te dziedziny mogą wchłonąć przy odpowiedniej edukacji i systemie kredytowym około miliona osób. Nawet Warszawa ma całe kilkunastotysięczne osiedla z jednym lub dwoma sklepami i bez żadnej niedrogiej restauracyjki; w całej Polsce brakuje małych pensjonatów, które by swoimi tanimi usługami przyciągnęły miliony Amerykanów polskiego pochodzenia.

Odbudowie drobnego handlu należy zapewnić gwarancję przetrwania, to jest wzorem Japonii wykluczyć uruchomienie supermarketu w danej części miasta bez zgody wszystkich okolicznych sklepikarzy. Powinniśmy kierować się jasną polityką w stosunku do tej formy handlu - zgadzać się na inwestowanie w centra handlowe, odpowiedniki amerykańskich shopping centers, poza obrębem zwartej zabudowy, oparte na handlu dojazdowym, ale bez żadnych ulg podatkowych dla zagranicznych inwestorów, ponieważ - inaczej niż import technologii wart ulg tego rodzaju - import instytucji handlu (i ubezpieczeń) w niczym nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, a przy fałszywych lokalizacjach wręcz go osłabia. Handel w całej historii potrafił szybko sam na siebie zarabiać i wszelkie ulgi są tylko nieuzasadnionymi prezentami.

Nie jest również prawdą opinia o nieuchronnym upadku małych gospodarstw rolnych przy konkurencji zachodniej po wejściu do Unii Europejskiej. Małe gospodarstwa rolne mogą z powodzeniem konkurować produkcją ekologiczną, opartą na dużym wkładzie pracy żywej, zarówno w produkcji mleka, jak i warzyw i owoców. Popyt na taką produkcję będzie wzrastał, pozostaje tylko problemem, jak obronić małe gospodarstwa rolne przed pośrednikami, zagarniającymi dziś do 60 proc. ceny detalicznej - na co lekarstwem jest edukacja środowisk wiejskich w organizacji własnego hurtu poprzez własne spółki lub spółdzielnie.

Odbudowa kapitału społecznego

Podstawowym problemem odbudowy kapitału społecznego jest maksymalne ograniczenie szeroko rozumianej korupcji, która stała się już u nas zbanalizowanym obyczajem społecznym. Do znudzenia powtarzam: ustalenie zasady niekarania dającego łapówkę, jeśli ujawni ten fakt prokuratorowi, szeroka akcja legalnej prowokacji, obowiązek internetowej dokumentacji procedury większych przetargów i większych zakupów, wysoka karalność z ujawnieniem nazwisk już na etapie aktu oskarżenia o korupcję, przepisy ograniczające możliwość nepotyzmu w decyzjach personalnych i gospodarczych w aparacie rządzenia państwem.

Wszystkie organizacyjne zabiegi reformatorskie nie dadzą jednak rezultatu, jeśli nie uda się nam odbudować etosu przyzwoitości i odpowiedniego poziomu moralnego klasy politycznej i aparatu administracyjnego. Niestety, postulat wyjścia w skali społecznej poza upowszechniony prymitywizm postawy egoistyczno-konsumpcyjnej jest trudny do zrealizowania przy jej propagowaniu agresywną reklamą w środkach masowego przekazu. Znane socjotechniki autonomizacji, naśladownictwa, ostracyzmu społecznego, autorytetu, wymagają bardzo starannych zabiegów. Niezwykle ważną rolę odgrywa tu upowszechnienie wzorcowej postawy uczciwości, godności, patriotyzmu wśród najwyższej kadry kierowniczej, parlamentarnych i samorządowych przedstawicieli. Konieczne wydaje się ustalenie dla kandydatów na wszystkie kierownicze stanowiska państwowe, parlamentarne i samorządowe warunku niekaralności, niepodlegania bieżącej procedurze aktu oskarżenia oraz posiadania referencji o poziomie moralnym autorstwa osób o wysokim społecznym autorytecie.

Dobór tej kadry musi być podporządkowany kryterium: wie, umie, umie współpracować, chce, może, a w odniesieniu do stanowisk społecznie wybieralnych - dokonywany na zasadzie jednomandatowej ordynacji wyborczej, w ramach której głosuje się na konkretnych ludzi. W strukturach samorządowych nie powinny, tak jak w wielu krajach, występować partie polityczne, lecz jedynie konkretne osoby i doraźnie powołane celowe komitety wyborcze. Szeroka, racjonalna rozbudowa Służby Cywilnej - państwowej i komunalnej - powinna zapewnić fachowość aparatu rządzenia państwem, a rotacja partyjna dotyczyć powinna tylko paru ściśle określonych pozycji kierowniczych (np. minister, sekretarz stanu, wojewoda, wicewojewoda). Kryterium fachowości musi mieć znaczenie decydujące i radykalnie zastąpić kryteria partyjności, nepotyzmu czy towarzyskich powiązań.


© 2006 Witold Kieżun
+++++++++++++++++++
inne artykuły:

Wystąpienie z okazji otrzymania doktora honoris causa Wyższej Szkoły Przedsiębiorczosci i Zarządzania im. Leon Koźmińskiego, Warszawa, 23 maja 2006.
Idea i pragmatyka studiów administracyjnych w demokracji epoki elektronicznej, „Współczesne Zarządzanie", 3/2005.
O sprawną administrację publiczną, „Ius et Lex", zeszyt nr (III) 1/2005, Warszawa.
Africa in the Era of Socioeconomic Globalization: A Personal Perspective, „Human Factors and Ergonomics in Manufacturing, Vol. 15 (1) pp. 127-132 (2005).
Struktury i kierunki zarządzania państwem, w: Kieżun W. i Kubin J. (ed.), Dobre państwo, Wydawnictwo WSPiZ, Warszawa 2004.
Sposoby naprawy Rzeczpospolitej, „Przegląd", nr 8 (165), 23 luty 2003.
Jak wyjść z zapaści, „Rzeczpospolita", nr 43, 26 październik 2002.
Czterej jeźdźcy apokalipsy polskiej biurokracji, „Kultura”, 3/630 2000.
Polska biurokratów, „Nowy Dziennik", 2 maja 2000.
Armia Krajowa jedzie na Sybir, „Okruchy wspomnień z lat walki i martyrologii AK", ŚZŻAK Oddział Kraków-Wschód, rok 9, nr. 34, Kraków 2000.
Z wrażliwości na nędzę i ubóstwo: Nowoczesne koncepcje społeczno-ekonomiczne Jana Pawła II, „Master of Business Administration", nr 3 (28), maj-czerwiec 1997.

niedziela, 25 października 2009

cytaty na dziś (za Szczepan Twardoch Blog)


I.
( )
A jakie kobiety są ładne?

- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?

Bo pan się naprawdę denerwuje.

- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie. ( )

II.
( )
"Mariusz Kamiński zachowuje się ostatnio dość osobliwie. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno przyszedł do mnie i kazał aresztować Jolantę Kwaśniewską."

No i wszystko jasne. Bo czy można w kwestii Chlebowskiego zaufać wariatowi, dla którego nie ma już żadnych świętości? W jakiej chorej głowie mogła w ogóle powstać myśl tak zbrodnicza, tak straszliwa, tak bezecna, tak przewrotna: aresztować naszą dobrą Panią?
To jakaś straszliwa, antyludzka nienawiść do wszystkiego, co w naszym smutnym kraju dobre, piękne i święte. Tak – święte, nie boję się tego słowa!
Wzburzenie odbiera mi mowę. Niechże przemówi Cyceron:

Kiedy wreszcie przestaniesz, Katylino, nadużywać naszej cierpliwości? Jak długo jeszcze będziesz drwił z nas, szaleńcze? Dokąd panoszyć się będzie ta nieokiełzana zuchwałość? Czy ani nocna straż na Palatynie, ani warty na mieście, ani przerażenie ludu, ani zgromadzenie najlepszych obywateli, ani to warowne miejsce posiedzeń senatu, ani twarze i wzrok tych ludzi żadnego na tobie nie wywarły wrażenia? Nie rozumiesz, że twoje plany odkryto, nie widzisz, że z chwilą uwiadomienia o tym całego senatu pokrzyżowany został twój spisek? Co ostatniej, co poprzedniej nocy robiłeś, gdzie byłeś, kogo zwoływałeś, jaki plan powziąłeś – kto z nas, myślisz, tego nie wie? Co za czasy, co za obyczaje! Wie o tym senat, konsul to widzi, a ten – żyje. Żyje? Ba, toż nawet do senatu przychodzi, bierze udział w publicznych naradach, wypatruje i każdego z nas wzrokiem na rzeź przeznacza. A my, ludzie odważni, uważamy, że dość robimy dla rzeczypospolitej, kiedy unikamy jego wściekłości i ciosów. Na śmierć cię, Katylino, należało z rozkazu konsula już dawno poprowadzić, na twoją głowę ściągnąć tę zgubę, którą nam wszystkim od dawna gotujesz.
***
http://www.dziennik.twardoch.pl/

sobota, 24 października 2009

wolny zawód, wolne żarty. - π er dolne iiirp

2009-10-23 Słono płatna agonia nauczania.
π er dolne iiirp
eFlashowa poczuła wolę bożą... nie, nie! Nie to co myślicie! Otóż postanowiła zmieniać świat na lepsze i w tej intencji udała się ponownie na studia, aby uzyskać certyfikat wychowawcy przedszkolnego. Niezbędny jest on bowiem do rozpoczęcia pracy w przedszkolu.

Sprawa jest poważna. Musi bowiem skończyć dwa półtoraroczne kursy a za każdy trzeba ładnie zapłacić. Jakoś wytrzymam, chociaż wypominam jej to bezlitośnie przy każdej okazji! ;)

Dzisiaj miała inaugurację zajęć na Podyplomowym Studium Pedagogiki dla Nauczycieli bez Przygotowania Pedagogicznego. Gmaszysko ponure, sala wykładowa smętna i obskurna. No cóż - status uczelni państwowej zobowiązuje. Nie żebyśmy byli tym szczególnie zaskoczeni, chociaż wydawałoby się, że dla ludzi, którzy płacą niebagatelne, w sumie, pieniądze za głód wiedzy należałoby zapewnić pewien standard zajęć. Zwłaszcza w dobie stawiania na rozwój i licznych dopłat z tym związanych.

Ale - niech tam. Trudno. Obydwoje pamiętamy te obskurne warunki jeszcze z naszych lat szczenięco-studenckich. Przeżyliśmy wtedy, przeżyjemy i teraz. Chociaż żal się w sercu robi, gdy widać do jakich standardów doszła szacowna, państwowa uczelnia po dwudziestu latach przemian. Dobrze wpisuje się w ogólnie obowiązujące motto: maksimum kasy - minimum nakładów. Zamiast "jakości" - "jakoś".

Jednak naprawdę porażające dla eFlashowej, było zdanie wypowiedziane przez opiekunkę studiów, panią w wieku balzakowskim.

"Proszę nie spodziewać się, zbyt wiele po tych studiach. Nie zdobędziecie państwo tutaj zbyt wiele wiedzy. Stawiamy przede wszystkim na interakcję pomiędzy państwem, rozmowy i wymianę doświadczeń." (cytat kontekstowy - z pamięci)
...
Myślę, że to zdanie może być mottem szkolnictwa wyższego w Polsce. A właściwie - jego agonii.

Można bowiem mieć kłopoty lokalowe, nawet jeżeli to nie wypada (ze względu na odpłatność). Można mieć nienajnowszą metodykę i pomoce naukowe - przykre, lecz do przeżycia. Jednak rozbrajające stwierdzenie, że ze studiów zbyt wiele wiedzy się nie wyniesie, jest przeżyciem jedynym w swoim rodzaju.

I eFlashowa to przeżyła.

Ciężko.
http://zawszeqrnacos.salon24.pl/
++++++++++++++++++++++++
PS. TARGOWICKA STWORA NA GRUZACH 1000 - LETNIEJ POLSKI,

ДЕЛО * W*S*I**S*L*D**U*W**P*O**G*W * cdn

DOSTANIE:

A- P.O. HITLERA
1 - TAK :
- kiedy ?
2 - NIE
3 - NIE WIEM

B- PIŁSUDSKIEGO II.

1- TAK :
- kiedy ?
2- NIE
3- NIE WIEM


PS.
PROSZĘ O POWIELANIE TEGO RODZAJU ANKIETY,
W FORMIE NADAJĄCEJ SIĘ DO GŁOSOWANIA CZYTELNIKÓW.

piątek, 23 października 2009

Z blogów. Do kwadratu.


czwartek, 22 października 2009
Teresa, Trawa, Robot
"Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych." to nowa książka Wojciecha Sumlińskiego o kulisach zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przez esbecję. Autor ukazuje w niej m.in. nieznane do tej pory fakty z inwigilacji przez SB bezpośrednich sprawców zbrodni, ich rodzin i znajomych.

Dzisiaj byliśmy z Bernardem na spotkaniu z Wojciechem Sumlińskim w warszawskim SWS. Miałem okazję zadać autorowi kilka pytań. Wojciech Sumliński potwierdził, że nie oddano mu jeszcze dokumentów dotyczących jego dziennikarskiego śledztwa w sprawie zbrodni na ks. Jerzym, zabranych podczas zatrzymania kilka miesięcy temu. Na moje pytanie, czy podejmie w tej sprawie jakieś kroki prawne, odpowiedział, że raczej nie w obecnej rzeczywistości politycznej.

Na koniec spotkania autor podpisywał książki..
***
niedziela, 18 października 2009
Chlebowski podejrzany!
Były szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej dałby zapewne wiele, aby to nagranie zniknęło z telewizyjnych archiwów, albo przynajmniej z YouTube'a. Widać i słychać bowiem na nim wyraźnie, że polityk PO obsługiwał biznes hazardowy już od 2003 roku. I to w jakże cyniczny, charakterystyczny zresztą dla tego polityka, sposób..
+++


Czarne prognozy Zbigniewa Chlebowskiego się nie spełniły - Polska nie stała się krajem, w którym biznes hazardowy bankrutuje. Wręcz przeciwnie - ma się doskonale, o czym można się przekonać wychodząc na miasto.. trudno znaleźć dłuższy niż kilkaset metrów kawałek ulicy wolnej od tego typu działalności.
++++++++++++++
http://dokwadratu.blogspot.com/
+++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++
PS.

wtorek, 20 października 2009

nieukarane ludobójstwo * ZDRADA

Sprawa “Białych” Kozaków- ludobójstwo 1945
***
22 czerwca 1941 roku, Niemcy rozpoczęły realizację planu “Barbarossa”. Już 12 lipca 1941 roku feldmarszałek von Reichenau wystosował memoriał do Szefa OKW gen, Keitla z propozycją uruchomienia zaciągu ochotniczego Kozaków do armii niemieckiej. Propozycja spotkała się z chłodnym przyjęciem, a sam Hitler wyraził opinię, że “ wygramy tę wojnę bez Kozaków”. Jednakże już w 1942 roku zmuszony był zmienić zdanie: rozpoczęto wcielanie Kozaków do jednostek tzw. HIWISÓW - czyli ochotników pomagających Wermachtowi - ale bez broni: kierowców, kucharzy, zaopatrzeniowców. Himmler rozpoczął formowanie jednostek policyjnych z Kozaków.
Przełom w sprawie stanowił dekret ministra ds. zajętych terytoriów na wschodzie Alfreda `Rosenberga, w którym uznał on Kozaków za potomków germańskich Gotów. - co umożliwiło zaciąg do formacji bojowych - głównie SS i policji, ale również i Wermachtu. Kozacy walczyli po stronie niemieckiej dzielnie. Na czele ruchu kozackiego stanął generał Piotr Krasow, znany z wojny domowej w Rosji, szef armii kozackiej. Gen Krasowa wsparli atamani Skura i Naumienko - również weterani z Rosji przedrewolucyjnej i armii ochotniczych z czasów wojny domowej. Podczas Konferencji Jałtańskiej “ wielka trójka” postanowiła, na wniosek Stalina, że “obywatele państw okupowanych walczący przeciwko aliantom zastaną wydani tym państwom w celu osądzenia ich za popełnione zbrodnie” [ pomimo, że zbrodni jeszcze nie udowodniono planowano ludobójstwo].

Był to wyrok śmierci nie tylko dla Kozaków, ale i dla niemieckich organizatorów legionów kozackich. Godzi się wspomnieć w tym kontekście generała von Pannwitza, generała Rittera von Niedermayera, płk von der Roppa i płk hrabiego Schenk von Stauffenberga - późniejszego zamachowca na Hitlera. Hitler obiecał Kozakom w 1943 roku, utworzenie własnego państwa między Rijeką a Triestem czyli na terenie dzisiejszej Chorwacji i Włoch. Pułki kozackie przerzucone do Jugosławi zwalczały partyzantkę titowską i komunistyczną - włoską .

Z chwilą zakończenia wojny w Europie rozpoczęła się Kozacka tragedia. Najlepiej wyszli z tej opresji ci Kozacy, którzy z armią gen. Własowa otrzymali azyl w księstwie Lichtenstein. Było to jednak niecałe 2 % kozackich kombatantów.

Los pozostałych był okrutny. Krasnow i starzy tzn. carscy generałowie kozaccy zostali wydani przez armię amerykańską [ chodzi tutaj o armię Patona] rosyjskiemu NKWD. Po procesie w Moskwie i strasznych torturach , zostali powieszeni za potylicę na hakach rzeźnickich w więzieniach na Butyrkach i Łubiance. Gen Pannwitza i Niedermayera powieszono “litościwie” na zwyczajnej szubienicy.

10 dywizja brytyjska hindusko - gurkowska wraz z plutonem ANZAK -ów [ czyli jednostek australijsko - nowozelandzkich] - wszyscy pod komendą brytyjską i z brytyjską kadrą oficerską, wzięli udział w egzekucji 12 500 żołnierzy kozackich uchodźców w rejonie tzw. Zielonej Groty, na terenie Jugosławi. Kozacy ci, głownie były to kobiety i dzieci, [ żołnierzy - mężczyzn było nie więcej aniżeli 470] mieli być wydani ZSRR - NKWD.
Sowieci nie zadali sobie nawet trudu by wywieźć ich ciężarówkami. Na miejscu przekazania rozstawili kilka karabinów maszynowych i zaczęli strzelać do stojących na placu przed grotą osób. Ludzi w panice zaczęli uciekać w stronę stojących na uboczu Brytyjczyków. I tragedia powtórzyła się. Ku zaskoczeniu uciekających, Anglicy otworzyli również ogień z karabinów maszynowych, zabijając wiele osób.

Prawdą jest również to, że niektórzy żołnierze brytyjscy, widząc co się dzieje, otworzyli ogień, nie do kozaków, ale do strzelających NKWD-stów. Nie zmienia to jednak faktu uczestnictwa armii brytyjskiej w masakrze cywilnej ludności kozackiej.

Drugi podobny akt ludobójstwa miał miejsce na terenie Austrii, która była w tym okresie okupowana przez wojska sowieckie. Tutaj również doszło do masakry Kozaków w tym kobiet i dzieci. Kozacy, byli przewiezieni przez Amerykanów, z 7 dywizji pancernej w rejon Well, gdzie miano ich przekazać Rosjanom.
Jak zwykle w takich przypadkach Kozaków oszukano, mówiąc, że mają być przewiezieni do innego obozu, będącego pod zarządem brytyjskim. Dopiero na miejscu okazało się, że czeka na nich oddział NKWD pod komendą majora Łukina. Jeden z dowódców kozackich, płk Girej Chan rzucił się z gołymi rękami na amerykańskiego kpt Clarke,a , a ten zastrzelił go z rewolweru. Wtedy doszło do ogólnej strzelaniny. Kozacy w liczbie ok. 1000 rzucili się na Amerykanów. W tym momencie Rosjanie zaczęli do nich strzelać od tyłu w plecy. Amerykanie również otworzyli ogień z karabinów maszynowych.

Wszyscy Kozacy zginęli, w tym 225 kobiet i dzieci.

Podobnie Anglicy likwidowali oddziały kozackie w okolicach Raweny. Piloci angielscy strzelali do uciekających po górach, kobiet i dzieci tak samo jak niemieccy w 1939r. do Polaków.

W sumie podczas “ akcji” wydawania Kozaków “pod nóż” Sowietom , zginęło w osiemnastu “zbrojnych” incydentach , jak to eufemistycznie określiły władze amerykańskie , w specjalnym raporcie dla Prezydenta USA 450 kozackich żołnierzy i 130 kobiet i dzieci. Jest to liczba skrajnie zaniżona. Biorąc łącznie wszystkich zamordowanych Kozaków to śmiertelność wynosiła 95% czyli ok. 85 000 ludzi - rozstrzelanych, zamordowanych w śledztwach, powiezionych na Sybir do obozów eksterminacyjnych pozostających w systemie GULAG-u
dr Jerzy Jaśkowski

poniedziałek, 19 października 2009

( - ) z soc/krainy euro/pejsów

MOTTO :
MEMENTO.



Zobacz więcej na www.streemo.pl

Referendum - czyli drobna ilustracja, jak to działa.
No i nareszcie stało się zadość... demokracji w Irlandii oczywiście. Euroentuzjaści obawiali się, że drugiego października w Irlandii może być marnie z demokracją, że obywatele, ponownie niedemokratycznie zagłosują na Nie w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Demokracja jednak zwyciężyła. 67,1% na Tak i 32,9% na Nie, przy frekwencji 58%.

My przyjrzymy się dziś dlaczego tak się stało, a przy okazji ponownie ujawnimy mechanizmy, którymi rządzi się obecna demokracja.

O tym jak doszło do wygranej zwolenników Traktatu Konstytucyjnego, można przeczytać np. na łamach irlandzkich gazet. Co ciekawe, krajowe media w Polsce, do momentu w którym nie wiadomo było, która ze stron irlandzkiego referendum przeważy, prawie całkowicie temat ignorowały. Daje to do myślenia, ponieważ wbrew pozorom, irlandzkie referendum dotyczyło nie tylko przyszłości Irlandii, lecz w dużej mierze przyszłości całej Europy.
Dziwne więc, że w Polsce pisało się w tym czasie o potrzebie taryfy ulgowej dla reżysera Polańskiego, który w młodości popełnił był czyn pedofilko-bestialski na terytorium USA. Albo, nagle stały się ważne wyznania i współczucia wobec obecnych kacyków w rangach ministrów, których przyłapano na kręceniu lodów, jakby to była jakaś nowość. Przecież z jakiegoś powodu obecne partie rozsiadły się w parlamencie i nie chcą go opuścić. Pewnie z miłości do ojczyzny, więc nie ma ich co za tę miłość podsłuchiwać, ścigać i karać. Mogłoby to przecież zrujnować życie niejednemu politykowi obecnego rządu i współpracującym z nimi "lobbystom".

Wróćmy jednak do spraw istotnych.
We wczorajszym artykule opublikowanym w Irish Times możemy przeczytać, jak zwolennicy traktatu świętowali nadchodzące informacje na temat wyników ponownego głosowania. Znajdujący się w sercu brukselskiej kwatery pub Kitty O'Sheas zajęli euroentuzjaści świętujący dobre dla nich wiadomości.
Ten sam Pub, który w czasie pierwszego referendum stał się Mekką przeciwników Traktatu, doświadczył transformacji gdy europejscy oficjele, wielu noszących koszulki ze sloganami kampanii i pomalowanymi twarzami, cieszyło się darmowymi drinkami, jedzeniem oraz karnawałową atmosferą.

Największe zielone koszulki nosili jednak irlandzcy oficjele zatrudnieni w trzech głównych unijnych instytucjach, odzwierciedlając trudności ostatnich 16 miesięcy, które upłynęły od głosu na Nie, w czerwcu 2008 roku.

"Bardzo mi ulżyło, że zagłosowaliśmy na Tak", mówi Aidan O'Sulllivan, 32 letni Irlandczyk pracujący w Parlamencie Europejskim.

"Odkąd zacząłem pracować w parlamencie, zauważyłem jak nasz głos na Nie wywołał niedowierzanie i szok pośród partnerów UE. Nie mogli zwyczajnie zrozumieć, dlaczego kraj z Europy, który radził sobie tak dobrze, zagłosował na Nie" - powiedział Pan O'Sullivan, który skorzystał z promocji darmowych przelotów firmy Ryanair i poleciał do domu by wziąć udział w głosowaniu.
...
Guy Verhofstadt, przywódca parlamentarnej grupy liberalnej, której członkiem jest Fianna Fáil, także świętował wyniki. Powiedział, że rząd stał się bardzo konstruktywny od momentu głosowania na Nie, dodając, że dla Irlandii nie będzie to miało w Brukseli negatywnych reperkusji.

"Nie było takiej możliwości z rządem, który głosowałby na Nie w sprawie Europejskiej Konstytucji. Irlandia dobrze zrobiła" - mówi.
...
Pierwszą wielką decyzją Irlandzkiego premiera (Taoiseach) Brian'a Cowen'a będzie nominacja dużego kalibru komisarza, i to szybko.
Ustalono już w Brukseli negocjacje pomiędzy prezydentem Komisji Europejskiej Jose Manuelem Borroso i innymi przywódcami na temat rozpowszechniania materiałów portfolio do jego nowego zespołu.

Pan Cowen, powinien formalnie zaproponować irlandzkiego kandydata jeszcze w tym tygodniu i zacząć lobbować na rzecz "dobrej roboty", która może pomóc Irlandii polepszyć jej wizerunek w Europie. Jednym z możliwych celów jest stanowisko nowej komisji noszące nazwę "innowacja, nauka i badania", które może nadejść z €50 miliardowym programem prac badawczo rozwojowych.


Ciekawe. Na podstawie tego artykułu można by stwierdzić, że najbardziej o demokrację w Irlandii obawiali się obecni pracownicy unijnych instytucji, bo któż nie obawia się nagłej utraty wysokich zarobków. Także politycy, dla których oczywiście najważniejszy jest wizerunek ich kraju w Europie. O trosce o strumienie Euro na przeróżne programy rozwoju tego i tamtego nie wspominamy, bo to sprawa oczywista.

Tak motywowani irlandzcy politycy i pracownicy parlamentu zakasali rękawy i zapewne ze zdwojoną siłą zaczęli przekonywać obywateli kraju, że tym razem warto zagłosować na Tak.

Ciekawą, trochę odmienną perspektywę tych działań opisała ta sama gazeta, jeszcze tego samego dnia, w słowach:

Przywódca Brytyjskiej Partii Niepodległość, Nigel Farage, który brał udział w debacie na temat irlandzkiego referendum, przekonując do głosowania na Nie, przyrównał referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe lub Afganistanie.
Poseł Europejskiego Parlamentu z Południowo Wschodniej Anglii mówił o "ścianie pieniędzy", która stała za kampanią na Tak, obwiniał także wyroki Sądu Najwyższego, oraz prawa nadawców radiowych i telewizyjnych o konspirację przeciw stronie anty-Lizbońskiej.
"Irlandczycy zostali przymuszeni do głosowania na Tak" - powiedział.

"Przyznaję, że jestem rozczarowany rezultatami, myślę, że cała sprawa jest parodią demokracji. Sposób w jaki zostało to pokierowane przypomina Zimbabwe albo Afganistan. Nie było to wolne i uczciwe referendum."

Pan Farage powiedział, że teraz Traktat Lizboński będzie zastosowany i doprowadzi do potężniejszej Unii Europejskiej, z której głosujący na Tak, będą rozczarowani, bo nie przyniesie ona ani miejsc pracy ani dobrobytu.

"Wydaje mi się, że historia kiedyś oceni ten dzień jako dzień, w którym krótki okres irlandzkiej niepodległości właśnie się zakończył," - powiedział Farage.
...
Pan Farage brał udział w kilku obszernych dyskusjach między zwolennikami Traktatu a jego przeciwnikami, m.in. Irlandzkim ministrem europejskim, Dick'iem Roche, który partię Pana Farage określił mianem "wywodzącej się z tej samej puli politycznych genów, co neofaszystowska Brytyjska Partia Narodowa (British National Party)."


Zawsze nas zastanawiało, jak chętnie wszelkiej maści socjaliści, czy to narodowi, czy też ponadnarodowi, przylepiają łatkę faszystów - którzy byli przecież narodowymi socjalistami właśnie - wszelkim przeciwnikom politycznym. Praktycznie każdemu, kto śmie używać w rozmowie słów "ojczyzna" i "niepodległość". Takie zabawne czasy, w których prawdziwi i zdeklarowani faszyści nazywają innych faszystami. Dla niepoznaki, by nie wyszła na jaw ich własna ideologiczna proweniencja.

Czy jest jednak możliwe, że Nigel Farage się myli? Być może Irlandczykom wcale nie kazano głosować na Tak. Może sami, z własnej i nieprzymuszonej, wolnej woli zagłosowali za traktatem, bo zwyczajnie zmienili zdanie? Dlaczego Nigel Farage przyrównał referendum w sprawie Traktatu do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe? Czy miał ku temu jakieś powody?
+++++++++++
Na te pytania może odpowiedzieć artykuł opublikowany tydzień wcześniej w innej irlandzkiej gazecie, w dziale komentarzy i analiz "The Sunday Business Post".

To straszne dni dla irlandzkiej demokracji.

Od początku, Eurofederaliści byli wściekli, że mała Irlandia śmiała odrzucić Traktat Lizboński.

Tym razem byli zdeterminowani by wyciągnąć działa większego kalibru. Zakonspirowawszy przepchnięcie traktatu przez narodowe parlamenty, po tym, gdy demokratycznie odesłano ich z kwitkiem w sprawie Europejskiej Konstytucji, zostali zadziwieni, że Irlandczycy użyli niepodległości zagwarantowanej przez Irlandzką Konstytucję, by powiedzieć Nie.

Więc tym razem postanowili, że będzie inaczej i choć europejskie pieniądze nie mogły być wydane na narodowe referendum, przywołana duchem czasu, znienacka wylęgła się w Irlandii szeroka kolekcja grup pro-Lizbońskich.

Nie ma wątpliwości, że zwolennicy głosowania na Tak, potajemnie wydali duże sumy pieniędzy by naukowo zbadać wzrastające zaniepokojenie publicznych nastrojów w czasie eskalacji naszego kryzysu finansowego, postanowili wyborców wystraszyć, by Ci wystraszeni głosowali za Traktatem Lizbońskim.

Jako, że elektorat cierpiał na wizje znikających miejsc pracy, wzrostu kosztów i zapaści gospodarki, pomysł na to, by sprzedać mu informacje, iż odrzucenie Lizbony spowoduje, że sprawy będą miały się jeszcze gorzej, nie był niczym nadzwyczajnym.

Sprawa wyglądała prosto. Podtekstem kampanii na Tak było stwierdzenie, że nadchodzi finansowa katastrofa, więc nie stać nas na polityczne luksusy, włączając w to kłótnie nad federalizacją Unii Europejskiej.

Tak prosto to zrealizowano i było to efektywne w takim samym stopniu jak było fałszywe.

Nawet w tygodniu, w którym UE, by przenieść miejsca pracy firmy "Dell" z Limerick do Łodzi, zatwierdziła olbrzymią pożyczkę dla polskiego rządu, zwolennicy Tak dla traktatu, nadrabiali bezczelnością ciągoty globalizacyjnych ambicji Lizbony.

Niesamowite jest, że nawet irlandzkie związki zawodowe zdają się nie zauważać, że dla "międzynarodowców" Lizbona daje znak ku większej gonitwie do dna w sprawie wynagrodzeń i warunków pracy. W rzeczy samej, jeśli Europa powiększy się ponad możliwość naszego veto, jeśli Lizbona się wypełni, możemy spodziewać się, że w ciągu kolejnych pokoleń, w Chorwacji, Turcji i na Ukrainie nastaną wyrobnicze warunki pracy.

Irlandzka elita władzy politycznej, także przywołała wszystkich zwolenników.

Fascynujące było oglądanie olbrzymiej grupy osób, które cieszą się gigantycznymi pensjami na koszt podatnika, będąc członkami licznych organizacji pozarządowych, którzy z pieśnią na ustach przyszli posilić się przy stole.

Wypuszczono na scenę nawet klownów - sławne osobistości z towarzystwa: byłe gwiazdy sportu, które handlują dziś używanymi samochodami, piosenkarzy i aktorów, którzy wspólnie cieszyli się z ich 15 minut sławy i rozgłosu.

Ale ponad tym wszystkim, rozwój innych wydarzeń podniósł poważną kwestię irlandzkiej demokracji. Dwie międzynarodowe korporacje - Ryanair oraz Intel - wydają olbrzymie sumy na kampanie zachęcające do głosowania na Tak. To, że obie w dużym stopniu są politycznymi analfabetami oraz, że obie firmy potrzebują europejskiej chęci czynienia dobra, nie powinno zmniejszać naszego zaniepokojenia.

Od kiedy to bowiem międzynarodowe koncerny przykładają wagę i wykładają środki w sprawach rangi narodowej, ważnych dla wewnętrznej polityki Irlandii? Czy staliśmy się europejskim Hondurasem? Osiągnęliśmy punkt w europejskiej demokracji, w którym szefowie mogą mówić pracownikom jak mają głosować?
...
Ryanair i Intel przeznaczyły 700 tyś. Euro na kampanie poparcia Traktatu Lizbońskiego, a olbrzymi wkład finansowy leje się także z Europy. Według gazety Times w Londynie, jeden z lobbystów, Eamonn Bates, wysłał pocztą elektroniczną do swoich lobbystycznych firm w całej Europie, informacje, że zbiera datki wysokości do 30 tyś Euro, by wspomóc kampanie pro-Lizbońską.

Inna organizacja, założona przez Irlandczyków zatrudnionych w Brukseli, którzy chcieli by Irlandia powiedziała Tak dla Traktatu, planowała wydać 500 tyś Euro na reklamę.

W sumie, byłoby możliwe dokładne obliczenie kosztów potrzebnych do obalenia niepodległości jak wyrażono to w ostatnim referendum.

W tych dniach odeszliśmy od europeizacji w kierunku jakiejś formy euro-kolonializmu, w którym ci, którzy przeciwstawiają się planom euro-federalizacji, przykrywani są obszerną i kosztowną kampanią, której celem jest wystraszenie i podkopanie elektoratu.

Powinniśmy rozmawiać o tym czym jest Traktat Lizboński II. Teraz już wiemy, że jest kluczem do wyzwolenia europejskiego projektu, który za mniej niż jedno pokolenie raz jeszcze zrobi z nas kraj mały i bez znaczenia. Ot, kolejny dodatek do obszernego globalnego przedsiębiorstwa. Jego ambicje nie są mniej imperialne, niż ambicje poprzedniej europejskiej generacji i mimo iż język, którym się posługują, mógł się zmienić, ich polityczne cele pozostały niezmienne.

Ostatecznie chodzi o wyłonienie się Zjednoczonych Stanów Europy, koniec końców, w przyszłości jako światowej potęgi, obok Chin i Indii. Główną bronią będzie zjednoczona siła okiełznanego rynku, sprzymierzona z wielokulturowością, by zapewnić rynek taniej siły roboczej, a wszystko to w nastroju sekularyzacji i neoliberalizmu.

Przede wszystkim widać dziś, że chodzi o rezygnację z demokracji - lokalnej lub narodowej - w próbie powołania do życia "euro-pantokracji" w której nie tak znowu inaczej niż w dawnym sowieckim systemie, nie ogranicza się wyborów, a jedynie opcje, na które można głosować. Nim miną jedno lub dwa pokolenia, Europa Renesansu i cały jej geniusz, który tak dogłębnie ukształtował naszą europejską cywilizację, może zostać zmieciony.

Wszystko co jest do tego wymagane to, by irlandzki robol zapomniał instynktów, że polityka to sprawa lokalna i w piątek ruszył w kierunku komisji wyborczej, z ceną za własną duszę (może znowu będziemy to nazywać królewską łapówką) we własnym ręku. Oczywiście nie byłby to pierwszy raz w naszej historii, kiedy kupiono by nas tak łatwo. Ale przynajmniej byłby to już ostatni raz, kiedy jeszcze zachodziłaby taka potrzeba.


Powyższy, cytowany artykuł wyraża wiele myśli, których nie udałoby się nam lepiej wyrazić.
No cóż, szkoda nam Irlandii. Autor pisząc te słowa 27 września nie wiedział jeszcze jaki będzie wynik referendum. My już wiemy.

W ogóle, teksty które dziś cytujemy wskazują na jeden ważny element o którym pisaliśmy wcześniej, poruszając temat demokracji i wyborów w naszym kraju.
Chodzi o manipulację.
O tym, czym jest manipulacja, jak działa i czy była stosowana w czasie wyborów w Polsce, pisaliśmy już wcześniej.
Teraz dodamy jedynie, że na dzień dzisiejszy wydaje się, iż jedynym sposobem dokonania zmiany w otaczającym nas systemie politycznym, jest dosłowne odłączenie ludzi od sycącej ich propagandowej pożywki. Mamy na myśli odłączenie ludzi od zatruwających ich umysły mediów, bo to one pozwalają w ciągu 16 miesięcy dokonać skrajnych zmian w przekonaniu kontrolowanych mas.

Jeśli udałoby się takiego odłączenia dokonać, świat stałby się zapewne normalniejszym miejscem. Teatr natomiast, na scenie którego występują politycy i osoby z towarzystwa, sterowane sznurkami oligarchicznych grup, niezależnie od wydanych na manipulacje pieniędzy, przestałby mieć jakiekolwiek znaczenie dla nieobecnego na widowni widza. Osobistości i autorytety ważne dziś dla milionów telewidzów, bez pomocy świecących hipnotycznie ekranów, stałyby się nikim ważnym, nikim, kto zasługiwałby na posłuch, nikim, kto miałby prawo mówić co należy myśleć.

Ocknięcie się z transu nie jest niemożliwe: 3, 2, 1...
pstryk!
++++++++++++++++++++ 2009-10-o4

Żródła informacji (w języku angielskim):
Irlandzki Times na temat świetowania głosowania na Tak.
Irlandzki Times - referendum w Irlandii jak wybory w Zimbabwe.
The Sunday Business Post - o kampanii przed referendum.
http://orwell.blog.pl/

środa, 14 października 2009

silva rerum



++++++++++++++++++
W blaskach zachodu
A. Achmatowa



W blaskach zachodu pożółkł świat,
Czule kwietniowy chłód się skrada.
Spóźniłeś się o tyle lat,
A jednak jestem tobie rada.

Siądź bliżej, usiądź przy mnie tuż
I uśmiechając się oczami,
Na ten niebieski zeszyt spójrz -
Dziecinny zeszyt mój z wierszami.


Przebacz, że tonąc w smutku złym
Cieszyć się słońcem nie umiałam.
Przebacz i to, że w życiu mym
Innych za ciebie często brałam.

poniedziałek, 12 października 2009

mane tekel fares

Wojciech Błasiak:
Sieć polskiej oligarchii finansowo-politycznej

Ponad 18 lat temu, w dniu 18 lipca 1991 roku zmarł na zawał serca odkrywca mechanizmu działania afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego starszy inspektor NIK Michał Tadeusz Falzmann. Zmarł w wieku 38 lat, w pełni formy fizycznej, a zawału serca dostał w dzień po telefonie do swego przyjaciela, iż w archiwach Narodowego Banku Polskiego odnalazł ważne materiały dotyczące FOZZ. Jego rodzina i przyjaciele byli i są przekonani, iż został zamordowany w typowy dla komunistycznych służb specjalnych sposób. W trakcie kontroli FOZZ jako inspektor NIK był obiektem nieustannych pogróżek, nacisków i szantaży aż po anonimowe groźby śmierci. Jeszcze w kwietniu 1991 roku w jego dzienniku pod datą 21 kwietnia znalazł się zapis: „Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych.”

W niecałe trzy miesiące później 7 października 1991 roku na trasie szybkiego ruchu Warszawa-Katowice w tragicznym wypadku samochodowym zginął urzędujący prezes NIK prof. Walerian Pańko. Według oficjalnej wersji wypadek był winą kierowcy, oficera Biura Ochrony Rządu, którego samochód miał zaczepić tylnym kołem o krawężnik. Tymczasem w blisko rok po tragicznym wypadku ukazał się wywiad w jednym z tygodników z jedynym świadkiem, który przeżył wypadek, żoną prezesa NIK Urszulą Pańko. „Nie jechaliśmy z oszałamiającą prędkością – mówi w nim U. Pańko – ponieważ kierowca zamierzał dopiero co wyprzedzić ciężarówkę. W tym momencie zarzuciło nasz samochód, z jednoczesnym nieprawdopodobnym hukiem.” Dodajmy, iż śmierć prezesa NIK nastąpiła na dwa dni przed planowanym wygłoszeniem przez niego w Sejmie RP wystąpienia na temat kontroli FOZZ przeprowadzonej przez nieżyjącego od trzech miesięcy M. T. Falzmanna.

M. T. Falzmann odkrył gigantyczną, systematyczną i zorganizowaną grabież finansów kraju dzięki operacjom na polskich długach sięgającą czasów PRL-u, a kontynuowaną w sposób wzmożony po 1989 roku, głownie w oparciu o to co prof. Jerzy Przystawa nazwał „złamaniem parytetu stóp procentowych”, a co ja nazywam
„oscylatorem Balcerowicza”. Ów „oscylator Balcerowicza” polegał na wykorzystaniu różnicy pomiędzy bardzo wysokim oprocentowaniem kont złotówkowych w warunkach inflacji sięgającym w 1990 roku 260 procent i polityki aprecjacji złotówki, a relatywnie bardzo niskim bo kilkuprocentowym oprocentowaniem kont walut obcych.
Umożliwiało to, zwłaszcza z początkiem lat 90. w sytuacji wprowadzenia w ramach tzw. „planu Balcerowicza” sztywnego kursu dolara w stosunku do złotówki,
olbrzymią spekulację. Polegała ona na zamianie walut obcych na złotówki i lokowaniu ich na bardzo wysoko oprocentowanych kontach złotówkowych, a następnie na zamianie na waluty obce z olbrzymim zyskiem.
M. Falzmann nazwał to „rabunkiem finansów państwa”, który szacował na co najmniej kilkanaście miliardów dolarów. Na podstawie zgromadzonych przez niego informacji i materiałów powstała jedyna na ten temat w Polsce książka Jerzego Przystawy i Mirosława Dakowskiego „Via Bank i FOZZ” wydana w 1992 roku.

Sama zaś działalność Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, który miał służyć ukrytemu wykupywaniu długów polskiego państwa, była tylko fragmentem szerszej całości operacji spekulacyjnych z użyciem polskiego zadłużenia zagranicznego. Sednem zaś samej afery FOZZ było nigdy nie ujawnione przed szeroką opinią publiczną jej „drugie dno” w postaci wykorzystywania blisko 2 mld dolarów FOZZ do walutowych operacji spekulacyjnych umożliwiających wyprowadzanie głównie poprzez system bankowy pieniędzy i drenowanie gospodarki kraju.. W ten sam zresztą sposób nigdy nie ujawniony przed opinią publiczną p. Bagsik z p. Gąsiorowskim wyprowadzili w ramach tzw. „afery Art.- B” w ciągu zaledwie roku z polskiego systemu bankowego 480 mln dolarów. Samą zaś opinie publiczną wprowadzano w błąd, iż chodziło o wielokrotne oprocentowanie oscylacyjne tych samych wkładów w różnych polskich bankach.

To jak wyglądał polski system finansowy okresu końca PRL-u i początków transformacji, potwierdzał też kolejny raport NIK z 1992 roku dla ówczesnego ministra finansów Jerzego Osiatyńskiego (HZ-41002-1/92):

„Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła w okresie od lutego do czerwca br. kontrolę realizacji ustawowych zadań Ministra Finansów w latach 1989-1991 w zakresie: zobowiązań i należności zagranicznych Skarbu Państwa, bilansu płatniczego państwa, zobowiązań krajowych Skarbu Państwa, nadzoru i kontroli Ministra Finansów oraz działalnością FOZZ oraz polityki kursu złotego. (..)

1.1.(…) W 1990 r. zagraniczny dług państwowy wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 7.854 mln USD. (…) Na koniec 1990 r. zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 48.475 mln USD (…)

1.2. (…) Księga zadłużenia zagranicznego założona dopiero 20 maja 1991 r. (a przed tą datą zarówno Ministerstwo Finansów jak i FOZZ nie prowadziły takiej księgi), nie spełnia roli ewidencji długu państwowego, gdyż dane z niej zawarte są zbyt ogólnikowe. Zapisy dokonane w tej księdze nie mają bezpośredniego odniesienia do dokumentów źródłowych pozwalających ustalić poszczególnych kredytodawców, dat i kwot zaciągniętych kredytów oraz ich rzeczywistego przeznaczenia. Nie wskazuje się też finalnego kredytobiorcy.
Z zapisów księgi nie można ustalić opóźnień w spłacie rat kapitałowych i odsetek. Preliminarze płatności zadłużenia zagranicznego sporządza jedynie Bank Handlowy. Zmusza to Ministerstwo Finansów do czerpania informacji tylko z Banku Handlowego przy obsłudze bilansu płatniczego państwa i sporządzania różnych analiz.

1.3. Umowy dwustronne Polski z państwami Klubu Paryskiego nie podpisywał Rząd RP lub z jego upoważnienia Minister Finansów lub inny członek Rządu, a różni nieupoważnieni urzędnicy Ministerstwa Finansów, a także inne osoby spoza Ministerstwa. Sprawa podpisywania umów międzypaństwowych ze skutkiem dla budżetu państwa zastrzeżona jest konstytucyjnie dla generalnych kompetencji Rządu RP, a fakt podpisania ich przez nieupoważnione do tego osoby powoduje z mocy prawa ich nieważność. (…)

1.4. Z uwagi na brak dokumentów źródłowych Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) nie sporządziło – na żądanie kontroli NIK zestawienia obejmującego pozycje składające się na zadłużenie zagraniczne państwa oraz przebieg realizacji spłat kapitału i odsetek wobec poszczególnych wierzycieli.

Ministerstwo nie posiadało także zestawienia przebiegu obsługi zadłużenia zagranicznego w latach 1989-1991 w układzie bardziej ogólnym, tj. wg poszczególnych grup wierzycieli oraz nie podano kontrolującemu przyczyn niepełnej obsługi zadłużenia zagranicznego państwa w ostatnich latach i wynikających z tego ujemnych skutków (wzrostu zadłużenia) dla budżetu państwa w przyszłości. (…)

6.2. Ustawą z 15 lutego 1989 r. o FOZZ zlikwidowany został fundusz celowy o tej samej nazwie, działający na podstawie ustawy z 1985 r. o FOZZ. (…) Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) w toku kontroli NIK nie było w stanie określić wysokości salda tzw. „starego FOZZ” przejętego przez tzw. „nowy FOZZ”.

6.3. Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego nie prowadził księgi zobowiązań i należności Państwa z tyt. Zagranicznych kredytów i gwarancji państwowych – mimo że na mocy art. 12 ustawy o FOZZ był do tego zobowiązany. (…)

6.4. (…) do tej pory nie została rozszyfrowana kwota 1 624,3 mld zł dot. operacji własnych FOZZ ujęta w zestawieniu Pt. „Rozdysponowanie dotacji budżetowej w 1990 r. dla FOZZ.”
(…)

6.5. Ministerstwo Finansów (a także FOZZ) nie prowadziło ewidencji efektów wykupu przez FOZZ polskich długów. (…)

7.2. Ministerstwo Finansów nie sporządzało ani nie uczestniczyło w opracowywaniu rachunków symulacyjnych skutków zmiany kursu złotego do koszyka walut, jak również nie egzekwowało takich analiz z NBP. Z przeglądu materiałów dotyczących zmiany kursu złotego do koszyka walut w latach 1989-1991 wynika, że udział Ministra Finansów ograniczał się do podpisywania decyzji o zmianie kursu złotego zaproponowanych przez Prezesa NBP. Minister Finansów nie występował też z inicjatywa zmiany kursu ani nie wyrażał swego stanowiska przed podpisaniem ww. decyzji.”

Przez 18 lat istnienia „demokratycznego państwa prawa” i 18 lat istnienia „wolnych mediów” na czele z „Gazetą Wyborczą”, Polacy o FOZZ dowiedzieli się tylko, że gdzieś się zapodziało około 100 mln dolarów, których z owych 2 mld nie oddano do FOZZ z powrotem. O „oscylatorze Balcerowicza” i gigantycznych stratach z tego tytułu do dziś nic się nie prześliźnie w polskich mass-mediach (wyjątkiem są media redemptorysty ks. Tadeusza Rydzyka, gdzie kilkakrotnie na ten temat ukazywały się rzetelne informacje). A o ujawnieniu okoliczności śmierci M. T. Falzmanna i W. Pańki wskazujących na fachowe morderstwa, pewnie nikt nawet nie śmie pomyśleć.

Powstaje więc pytanie o to jak można kontrolować wszystkie władze niepodległego państwa, od ustawodawczej, przez wykonawczą, sądownicza, aż po medialną i to przez blisko 18 lat!
Innymi słowy nawiązując do mojego poprzedniego opisu i analizy funkcjonowania polskiego systemu medialnego, jest to pytanie: kto jest ośrodkiem prowadzącym dla medialnej agentury wpływu i medialnych „pudeł rezonansowych” tworzących rdzeń polskiego systemu medialnego i zapewniających pełne panowanie informacyjne ?

Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, iż FOZZ-em i bezpośrednio i pośrednio kierowały wojskowe służby specjalne PRL, a dyrektorem FOZZ był wysoki oficer tychże służb. O tym, kto i gdzie przechwycił miliardy dolarów dzięki nielegalnym operacjom na polskim zadłużeniu zagranicznym i „pożyczek” na spekulacyjne cele z FOZZ, decydowali ludzie PRL-owskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, a więc ludzie „człowieka honoru” wg A. Michnika, czyli gen. Czesława Kiszczaka. Ślady udziału tego środowiska w operacjach finansowych, w tym prywatyzacyjnych okresu transformacji pojawiają się aż po dziś dzień.

Dodajmy przy okazji, że ostentacyjna bezkarność Cz. Kiszczaka, który już nawet nie usprawiedliwia swoich nieobecności w sądzie na procesach o stan wojenny, a sąd nie śmie kiwnąć palcem, jest dużo mówiąca. Kolejną poszlaką wskazującą na kluczowość tego środowiska w mechanizmach panowania jest to, że Platforma Obywatelska odbierając w tym roku przywileje emerytalne funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa PRL-u, nie ośmieliła się ruszyć służb wojskowych, a po dojściu do władzy natychmiast zaczęła dyskredytować likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych. Oczywiście przy okazji wszelakich afer w okresie transformacji pojawiają się bardzo częste ślady znaczącej roli politycznej i gospodarczej również byłych służb cywilnych PRL-u. Ale wyraźnie to środowisko jest na drugim miejscu co do roli i znaczenia w zakulisowym życiu III RP i przebiegu samej transformacji ustrojowej.

Rąbka tajemnicy przed szeroką opinią publiczną uchyliły też w tej sprawie prace przynajmniej dwóch specjalnych sejmowych komisji śledczych.
W 2003 roku w trakcie prac sejmowej komisji nadzwyczajnej w sprawie tzw. afery Rywina wyszło na jaw, że faktyczne decyzje polityczne dotyczące treści ustaw są elementem nieformalnych uzgodnień i korupcyjnych przetargów. Afera ta polegała na tym, że w lipcu 2002 roku związany ze środowiskiem rządzącego wówczas postkomunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej znany producent filmowy Lew Rywin złożył propozycję korupcyjną szefom koncernu medialnego Agora, jej prezesowi Wandzie Rapaczyńskiej i redaktorowi „Gazety Wyborczej” Adamowi Michnikowi.

Była to oferta złożona w odpowiedzi na przekazane przez W. Rapaczyński nieoficjalne „oczekiwania” koncernu Agora wobec rządu Leszka Millera co do zapisu treści nowej ustawy medialnej. Propozycja Rywina sprowadzała się do oferty łapówki w wysokości 17,5 mln dolarów od Agory dla „grupy trzymającej władzę”, w zamian za zapis ustawy umożliwiającej koncernowi zakup stacji telewizyjnej „Polsat”.
Prace zaś komisji sejmowej do spraw tzw. afery Orlenu z 2004 roku ujawniły kulisy kluczowych decyzji prywatyzacyjnych podejmowanych przez nielegalne i nieformalne ośrodki władzy.

Sama afera dotyczyła okoliczności zatrzymania w 2002 roku przez polskie służby specjalne szefa największego polskiego koncernu paliwowego „Orlenu” za czasów rządów SLD, co miało zablokować podpisanie przez niego kontraktu na dostawy ropy naftowej wartości 14 mld dolarów. Chodziło prawdopodobnie o przejęcie „prowizji” z tego tytułu. W trakcie prac wyszło na jaw, że polski oligarcha finansowy Jan Kulczyk, powołując się na polskiego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, miał negocjować w Wiedniu w 2003 roku z rosyjskim oficerem wywiadu Władimirem Ałganowem ustalenie korzystnych dla Rosji warunków prywatyzacji kluczowej polskiej rafinerii ropy – Rafinerii Gdańskiej. Związany zaś z środowiskiem prezydenta A. Kwaśniewskiego lobbysta xx negocjował z SLD-owskim ministrem skarbu korzystne warunki sprzedaży do Rosji polskich firm energetycznych.

Kolejną wskazówką jest okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, która to partia głosem swego lidera Jarosława Kaczyńskiego zadeklarowała „walkę z układem”. Ten „układ” określony został jako „czworokąt składający się z części służb specjalnych, części środowisk przestępczych, części polityków i części środowisk biznesowych”. Jest to ważne określenie, gdyż tylko liderzy polityczni w Polsce tak naprawdę orientują się w rzeczywistym układzie i składzie sił panujących. Tyle, że reszta z nich milczy i udaje, że nic takiego nie istnieje.

Jeśli więc po dwóch latach rządu PiS-u mającego walczyć z oligarchicznym „układem”, nagle okazało się we wrześniu 2007 roku, i to dzięki wyjątkowemu zbiegowi przypadkowych okoliczności, że ich minister spraw wewnętrznych, ich komendant główny policji państwowej, ich szef Centralnego Biura Śledczego i prezes największej państwowej instytucji finansowej, są ludźmi bezpośrednio podporządkowanymi oligarsze finansowemu Ryszardowi Krauze, to powstaje pytanie co się dzieje na szczeblu dyrektorów departamentów ministerstw, urzędów skarbowych, sądów, mediów, itp.

Prace samych komisji sejmowych ujawniły, że za fasadą demokracji ukrywała się (i jak jestem przekonany nadal ukrywa się) faktyczna władza o panującym charakterze oligarchicznej sieci – polskiej oligarchii finansowo-politycznej. Ta sieć panowania o nieformalnym charakterze sprawowana jest za pośrednictwem podporządkowanych elit politycznych, administracyjnych, menadżerskich i sądowniczych w samym państwie, a także poszczególnych jego segmentów, jak choćby służby specjalne. Jest to wyraźnie struktura sieciowa, a więc nie posiadająca hierarchii, choć jej węzły z pewnością mają różną wagę finansową i polityczną.

Prawdopodobnie znacząca część węzłów pochodzi ze środowiska byłych służb specjalnych PRL, szczególnie wojskowych, co z pewnością ułatwiło sieciowanie. Być może,
w stosunku do tej części sieci prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu wyrwało się gdzieś rok temu zdanie o istnieniu w Polsce swoistego „alternatywnego antypaństwa”, czego już nigdy nie powtórzył, nie mówiąc o rozwinięciu, zaś znacząco skundlone polskie środowisko dziennikarskie nie odważyło się drążyć tego tematu.
Z innymi węzłami sieci typu koncern Agora, Z. Solorz, J. Kulczyk czy R. Krauze, łączy je przynajmniej chęć utrzymania ustrojowego status quo i zabezpieczenia swych pozycji współpanowania. A z zasady oligarchiczności wynika niemożność podejmowania walki konkurencyjnej i próby zdominowania innych węzłów, bo inne węzły mają porównywalna siłę, więc grozi to samounicestwieniem siebie lub całych fragmentów sieci.

Węzły tej oligarchicznej sieci polityczno-finansowej są nieco analogiczne do kosmicznych „czarnych dziur”, gdyż są bezpośrednio i w sposób przez nie zamierzony, a przy tym profesjonalnie zrealizowany, dzięki znaczącemu udziałowi środowiska byłych służb specjalnych, nieidentyfikowalne. Są nieidentyfikowalne dzięki „wciąganiu” z olbrzymią siłą i szybkością wszelkich informacji (i ludzi) umożliwiających jej rozpoznanie. Są realizacją
chińskiej zasady zacytowanej przez byłego oficera radzieckiego wywiadu Władimira Wołkowa w omawianej już przeze mnie jego książce „Montaż” – „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształtu, który mógłby zostać precyzyjnie opisany. Jeśli się to wam powiedzie, uodpornicie się na spojrzenia najprzeróżniejszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygotować zwróconych przeciwko wam planów” .

Wyjątkami w nieidentyfikowalności społecznej są poszczególne osoby i instytucje o trudnych do ustalenia pozycjach w sieci i zmienne ośrodki koncentracji węzłów sieci, typu ośrodek towarzyski poprzedniego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego czy pojedyncze działania oligarchów finansowych i politycznych oraz instytucji typu koncern Agora. Ale choć „czarne węzły” oligarchicznej sieci są zasadniczo niewidzialne i choć bywają tylko fragmentarycznie na krótko odsłaniane, to sposób funkcjonowania i ruchy podporządkowanego czy tylko zależnego otoczenia, od parlamentu i klubów parlamentarnych, przez poszczególne segmenty aparatu państwa, mass-mediów oraz wymiaru sprawiedliwości, potwierdza precyzyjnie nie tylko jego istnienie, ale i chwilowe punkty położenia.

Sądzę, że sieć oligarchiczna aktualnie rozpoczęła testowanie alternatywnych wobec PO i SLD rozwiązań partyjnych na przyszłe wybory, a nade wszystko alternatywnego wobec Donalda Tuska kandydata na prezydenta, w postaci reaktywacji Stronnictwa Demokratycznego i reaktywacji „swojego” polityka Andrzeja Olechowskiego. Robić to będzie oczywiście za pomocą medialnej agentury wpływu i jego „pudeł rezonansowych”.

Ta funkcjonująca poza wszelką kontrolą publiczną i wiedzą szerokiej opinii publicznej, poza wszelką odpowiedzialnością oligarchiczna sieć o charakterze klasy społecznej, zawłaszczyła w sposób istotny w procesie transformacji polskie państwo i stale na nowo je zawłaszcza. Ta sieć oligarchicznej władzy, wokół której krążyły i w dużym stopniu nadal krążą polskie elity polityczne, jest autorem i reproduktorem cech i charakteru państwa III RP.

dr Wojciech Blasiak
Małopolska Wyższa Szkoła Zawodowa, Kraków
Dąbrowa Górnicza 22.07.2009 r.
Tekst dla: „Nowy Kurier. Polish-Canadian Independent Courier”.
+++++++++++++++++++++++++++
PS. Mówi gen. Roman POLKO.

Aktualizacja 2009-08-22 08:34:59

Mierny, bierny, ale wierny - taka jest, zdaniem generała Romana Polki modelowa droga zrobienia kariery w polskiej armii. Generał Skrzypczak, który mówi, co myśli, i tak długo się w niej uchował.
Mierny, bierny, ale wierny - taka jest, zdaniem generała Romana Polki modelowa droga zrobienia kariery w polskiej armii. Generał Skrzypczak, który mówi, co myśli, i tak długo się w niej uchował. W armii robi się karierę poprzez podlizywanie się aktualnym szefom.


Na generała Skrzypczaka, który skrytykował swych pryncypałów w MON, poleciały gromy: że złamał świętą zasadę milczenia, sprzeniewierzył się apolityczności armii. Krytyka jest grzechem?

Nie, dyscyplina wojskowa nie polega na stukaniu obcasami, nie jest kneblem, który zakłada się żołnierzom. Bo jeśli się ich knebluje, to mamy sytuację, jak teraz: że nagle, w świetnie funkcjonującym wojsku - tak do tej pory meldowano - wybucha bomba, podczas gdy wszystkie te kwestie można było już dawno wyjaśniać w ramach zwykłej dyskusji. Ona jest w standardach zachodnich armii czymś normalnym. Sam się spotykałem z takim nastawieniem w Polsce, nawet w takim wydawałoby się wolnym miejscu jak salon24.pl, kiedy już jako generał rezerwy pisałem krytyczne komentarze na temat armii. Wykształceni ludzie z oburzeniem pytali, jak, jako żołnierz, mogę krytykować nawet nie byłych przełożonych, a po prostu system.


Pytali, czy planuje pan pucz?

Tak samo jestem przekonany, że błędem byłoby oskarżanie generała Skrzypczaka o to, że planuje pucz czy że wchodzi w politykę. Choć są tacy, którzy by go chętnie tam wepchnęli. Łatwo człowieka, który nie jest obyty na tych salonach, wmanipulować w trudną sytuację. To jest żołnierz z pola walki, który przeżywa wszystkie nieszczęścia, jakie spotykają jego ludzi.


Tu widać, że między generałem Skrzypczakiem a ministrem Klichem zabrakło komunikacji. Minister mówi, że generał nie mówił mu o żadnych problemach. Generał odpowiada, że nie został wysłuchany. Któryś kłamie?

Niekoniecznie. Zdarza się, że dwór ministra za bardzo otacza szefa, nie dopuszczając do nie-go ludzi czy informacji. Przed misją w Kosowie - to było dziesięć lat temu, ale nie sądzę, by wiele się zmieniło - wystosowałem jako dowódca 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego meldunek, który miał dotrzeć do Sztabu Generalnego. Na temat wyposażenia i wyszkolenia żołnierzy. I tak się złożyło, że ja ten meldunek zobaczyłem w połowie drogi do Sztabu, w Krakowie. Tam już nie było nawet jednego mojego słowa. Wszystkie krytyczne uwagi zostały wycięte. Kiedy zaprotestowałem, usłyszałem: jakoś tam przetrwasz. Uderzyłem pięścią w stół: nie chcę przetrwać, a wykonywać zadania. Ale i tak pojechałem do Kosowa niedoposażony.


To jest nasza pokomunistyczna skaza, że żołnierz mający własne zdanie jest wrogiem.

Mentalność epoki Układu Warszawskiego nadal pokutuje. Tamta dyscyplina nie znosiła swobody wypowiedzi - ruki pa szwam i mołczat. Ale już marszałek Józef Piłsudski zauważył, że nie stać nas na poważną dyskusję o problemach wojska, bo nie nauczyliśmy się nawet o nich myśleć. Druga rzecz, która źle przysłużyła się wojsku to stan wojenny. I tęsknota za utraconą szansą hunty wojskowej gen. Wileckiego, który dopuścił się rzeczy niedopuszczalnej: w świecie demokratycznym, gdzie podstawą jest cywilna kontrola nad armią, on chciał zagarnąć kawał z tortu władzy i stał się jednym z głównych kucharzy obiadu drawskiego. I teraz w awanturze z gen. Skrzypczakiem jego postać i tamta sytuacja jest często przywoływana, choć moim zdaniem obie sytuacje kompletnie się różnią.


Niby nie ma się czego bać, ale doszliśmy do takiej paranoi, że wojskowym mówić zakazano, nawet jeśli mają o czym. Czasem tylko młodzi żołnierze, którzy nie mają wiele do stracenia, pozwola sobie na kilka słów prawdy.

Politycy nie lubią dyskutować merytorycznie na niewygodne dla nich tematy i szarże o tym wiedzą. Dlatego milczą. To głos młodych, niedoświadczonych żołnierzy słyszy się częściej, choć też gadają głupoty. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem autocenzury. Tak jak w Rosji, gdzie dziennikarze nie piszą krytycznie o Putinie, nie tylko dlatego, że się boją, ale uważają, że nie wypada. Tak samo w polskim wojsku.


Ludzie się boją o kariery. Ale są sytuacje, kiedy milczenie jest zbrodnią.

W pomieszczeniu, gdzie była nagrywana słynna rozmowa ministra Sikorskiego z prezydentem na temat tarczy antyrakietowej, została wcześniej nagrana moja z dowódcami wojsk wyjeżdżających do Afganistanu. Wtedy nawet nie planowano wysłania do Afganistanu śmigłowców. Ostro pytałem, czy czołgi są w górzystym kraju bardziej przydatne, bo to ich zakupy wtedy planowano. Ta, i inne tego typu dyskusje, odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Ale nawet w ścisłym gronie wojskowi nie potrafili uczciwie rozmawiać na tak ważne tematy, wolą rozwiązywać je za pomocą mediów.


Wszystko zależy od szefa - czy chce rozmawiać, czy woli potakiwaczy i wazeliniarzy.

Kiedy nie ma wymiany informacji góra-dół nic się nie da załatwić. A to nie jest tak, że ktoś jest tylko dobry, a ktoś zły. Że w ministerstwie siedzi sam beton, który tylko chce przeszkadzać, albo że to gen. Skrzyp-czak jest niesubordynowany i nie da się z nim pracować. Jest wiele problemów, które trzeba wspólnie rozwiązywać. Dwa lata temu napisałem taki artykuł "Armia bez zdrowego rozsądku", w którym pisałem, że dowódcy rodzajów wojsk po-winni razem ustalać plany, potrzeby, następnie przedstawiać je ministrowi, który jako siła polityczna mówi tak albo nie. A nie wyniszczająco rywalizować ze sobą. Wtedy ministrem był Aleksander Szczygło, który lubi, jak mu się mówi prawdę, prosto z mostu. Wielu generałów tego nie rozumiało, dopatrywało się spisku. To przekraczało ich doświadczenie, bo w wojsku najlepszą drogą kariery jest bierny, mierny, ale wierny.


Generał Skrzypczak karierę ma już za sobą?

Mam nadzieję, że po tej burzy, nastąpi spokój i oczyści się powietrze. A ludzie, którzy przykleili się teraz do Skrzyp-czaka i szepczą mu w ucho: idź w ogień, bo tam ciepło jest, spal się do reszty, odpadną. I generał będzie mógł robić swoją robotę.


Ktoś manipuluje generałem?

Jednego dnia czytam rozmowę z taką osobą, która mówi: mamy wojnę, popierajmy ministra. A kolejnego dnia, że minister to się samym wojskowym betonem otacza i do niczego się nie nadaje.


To słowa gen. Petelickiego.

Jeśli głównym ekspertem od spraw wojskowości jest ktoś, kto jest długo poza armią, kto nawet nie z wojska, a z MSWiA odszedł dziesięć lat temu, to jest nieporozumienie. Wolałbym posłuchać innych generałów, choćby Stachowiaka, Skrzypczaka, szefa Sztabu Geralnego - co mają na temat np. obecności naszego wojska w Afganistanie do powiedzenia. Podatnik płaci podatki, ma prawo wiedzieć, więc dlaczego nie ma ich w telewizji?


Polska to nie Wielka Brytania, gdzie szef sztabu gen. Richard Dannett powiedział, co myśli o rządzie Browna i usłyszał "ma pan, generale, rację".

Ja sam dwa razy podawałem się do dymisji. Pierwszy raz w styczniu 2003 roku. Napisałem do ministra wniosek z prośbą o zwolnienie ze służby i go uzasadniłem: że nie mogę dowodzić w sytuacji, kiedy neguje się moje metody szkoleniowe, kiedy chce się rozwiązać morską jednostkę GROM-u i takie tam. Ale wtedy była misja w Iraku i ona była najważniejsza, zdecydowałem się zostać. Po powrocie okazało się, że ja swoje zadanie wykonałem, a przeszkody zostały. Wtedy podałem się do dymisji po raz drugi i została ona przyjęta. O tym, co mi się nie podoba, powiedziałem dopiero na konferencji prasowej, zorganizowanej przez ministra. I spotkałem się z miażdżącą krytyką wojskowych. Sami nie mieli odwagi powiedzieć, co w wojsku jest źle, a na mnie na-padli, by podlizać się szefom.


Wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale nikt nie mówi. Kiedy wdowa po poległym majorze Ambroziewiczu powiedziała naszej gazecie o tym, jak to jej mąż sam musiał sobie kupować magazynki czy gogle, podniósł się krzyk, że to skandal.

Powiem coś, co nie będzie popularne. Każdy żołnierz przed wyjazdem dostaje pieniądze, by mógł sobie tego sprzętu według indywidualnych potrzeb dokupić. Kiedy byłem na kursie Ranger w USA, dostałem buty, z sześć mundurów, wszystko, co potrzeba, a i tak poszedłem do sklepu i kupiłem sobie inne, które mi bardziej odpowiadały. I to nie jest problem. Problemem jest broń, pistolety vist i amunicja produkcji polskiej. Są gorszej jakości niż zagraniczne, a w dodatku droższe. Produkujemy buble, których nasi żołnierze nie chcą mieć. Ale już mówienie, że ktoś nie dojada na misji, jest śmieszne.

I to, co mi się najbardziej rzuca w oczy w dzisiejszym wojsku, to brak wojskowej dyscypliny. Walczy się o tego szeregowego zawodowego i karze wyrokiem panią komandor, za to, że żołnierzowi, który ją obrażał, kazała robić pompki. To w armiach zachodnich nie do po-myślenia. We włoskiej jednostce spadochronowej Folgore, jeśli żołnierzowi spadł beret, to go podnosił zębami robiąc przy tym pompki. Na kursie Ranger robiliśmy nożyce krzycząc "jesteśmy psie ryje", a sierżant chodził nam po brzuchach. Żołnierzy specjalnie wprowadza się w stan stresu, aby ci, którzy nie wytrzymują, mogli odejść, nim znajdą się na polu bitwy. Combat stress, napady paniki, mogą spowodować, że nie tylko oni zginą, ale mogą spowodować śmierć niewinnych ludzi czy kolegów.


Wszystko przez uzawodowienie armii?

Pochopne, nieprzygotowane wprowadzenie zawodowstwa spowodowało rozluźnienie dyscypliny. Oczywiście, można jednym rozkazem zmienić armię poborową w zawodową i z wszystkimi podpisać kontrakty. Ale to nie załatwi sprawy. Sami wojskowi powinni się wziąć za etos tej służby, bo na razie panuje kolosalny bałagan. Szeregowy zawodowy oblicza sobie 40-godzinny dzień pracy i nie ma zamiaru siedzieć po godzinach. Więc już go nie interesuje, że ten Rosomak, którym jeździ, wymaga jeszcze np. pracy przy jego konserwacji. Albo wyjazdy na misje wojskowe - wielu żołnierzy nie ma na nie ochoty i załatwiają sobie zwolnienia lekarskie. Więc tym, którzy się zdecydują, już za samą chęć niemal przypina się medale. A po skończonej misji, kiedy człowiek przyjeżdża do kraju, dostaje urlop. Tymczasem powinien zostać wysłany na obóz doszkalający i dostać w kość, żeby przywrócić go do wojskowej roboty. Bo on się czuje bohaterem, nie ma ochoty czołgać się z innymi. Tak się robi w normalnych armiach. To w naturalny sposób przywraca dyscyplinę. W ogóle uważam, że w naszym wojsku żołnierze mają za dużo urlopów.


Urlopu nigdy dość.

Sam go miałem za dużo. Normalnie żołnierz ma 26 dni urlopu. Jak przekroczy pewien staż, dostaje dodatkowe 10 dni. Jeżeli skacze na spadochronie albo nurkuje - kolejne 15 dni. A jak pojedzie na misję to jeszcze miesiąc. W pewnym okresie także soboty i niedziele odbierano jako wolne za misje. Żołnierz jak po misji pójdzie na urlop i wróci po trzech miesiącach, to jest półcywilem, którego trzeba by przepuścić przez unitarkę.


Dalej nie wiem, jest pan za czy przeciw armii zawodowej.

Za. Ale budowanie armii zawodowej kosztuje, i to najwięcej na początku. A jest kryzys, więc uzawodowienie odbywa się w najgorszym z możliwych momentów. Już przed kryzysem było za mało pieniędzy, a potem w ramach oszczędności, jeszcze obcięto nakłady na wojsko. A trzeba np. zbudować porządne bazy szkoleniowe. Mamy mnóstwo garnizonów, najwięcej chyba na świecie w przeliczeniu na ilość żołnierzy. W niektórych po paru wojaków, o których walczą wójt i poseł, bo uświetniają imprezy patriotyczne i zapewniają pracę dla miejscowych.


Na razie mamy problem z wyposażeniem naszych wojsk w Afganistanie.

Słyszy się, że na wyposażenie na misjach pieniędzy nie braknie, za to będziemy oszczędzali w kraju. Zasadniczy błąd w ro-zumowaniu. To jakby założyć, że informatyka wykształcimy na Atari, a potem go poślemy na zawody komputerowe, gdzie będzie porządny sprzęt. Tak samo ze śmigłowcami: dziś w kraju praktycznie ich nie mamy, bo większość poleciała do Afganistanu i nie ma na czym szkolić żołnierzy. Ale warto zwrócić uwagę, że prócz sprzętu ważne są też procedury i dowodzenie. W Kosowie, Iraku często się zdarzało, że gdy moi przełożeni stawiali mi zadania wykraczające poza moje możliwości, żądałem od nich wsparcia. Mówiłem: potrzebuję pluton saperów, śmigłowców czy samolotów bezpilotowych. I zazwyczaj dostawałem. A jeśli nie, nie realizowałem misji. I nigdy z tego powodu nie spotkały mnie złe słowa, przeciwnie, zostałem odznaczony przez Amerykanów medalem Military Merit za świetne współdziałanie. Polska to nie Stany, ale też nie jest jedynym krajem, który ma kłopoty ze sprzętem. Mają go Holendrzy, mają Niemcy. Niedawno czytałem wypowiedź, że jak tego sprzętu więcej nie będzie, to my nigdy tej wojny nie wygramy. Pewnie, że nie. My jesteśmy tylko kroplą w morzu. W tym biznesie, jakim jest NATO, 51 procent udziałów mają Amerykanie i jest rzeczą naturalną, że do nich powinniśmy się zwracać o wsparcie.


Wzięliśmy do samodzielnego rządzenia całą prowincję i głupio prosić o pomoc.

Prowincja to jest duże wyzwanie, nie tylko pod względem militarnym, ale także politycznym i gospodarczym. Ta misja to nie tylko odpowiedzialność szefa MON, ale całego rządu.


Hasło misja stabilizacyjna jest dziś puste.

Po obaleniu reżimu talibów, sympatia do wojsk sojuszniczych była duża i można było tam zrobić wiele rzeczy. Dziś mamy do czynienia z niespełnionymi nadziejami i generowaniem nowych przeciwników. Każdy błąd, np. gdy zamiast uderzać w terrorystów uderzamy w niewinnych ludzi, nam ich przysparza. W dodatku część naszych sojuszników ma różne ograniczenia i np. nie wychodzi w ogóle w nocy na patrole. Więc zamiast nich przychodzą terroryści i ludność miejscowa musi z nimi współpracować. Mówi się, że może nasz pluton, w którym był kapitan Ambroziewicz, wpadł w zasadzkę, bo tamtejsze wojsko i policja są w zmowie z terrorystami. Oczywiście, że są. Zachodnie wojska nie są w stanie ich obronić, kiedy przychodzą do nich terroryści i mówią: albo będziesz z nami, albo wybijemy ci rodzinę.
"""""""""""""""""""""""""""""""""""
http://opole.naszemiasto.pl/wydarzenia/7025,rozmowa-z-generalem-romanem-polko,id,t.html