o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

środa, 31 sierpnia 2011

w o j n a

Armia baranów, której przewodzi lew, jest silniejsza od armii lwów prowadzonej przez barana.
Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych.
 
Człowiek nie ma przyjaciół. Przyjaciół ma tylko powodzenie.
 
Wojna jest lepsza niż nietrwały pokój.


Rada dla PiS i Jarosława Kaczyńskiego na wybory

Ż o ł n i e r z e!


Cała gadanina o tym, że Ameryka nie chce dalej uczestniczyć w tej wojnie i walczyć, to kupa pieprzonych bzdur. Cała nasza tradycja pokazuje, iż zawsze jesteśmy gotowi do walki. Wszyscy prawdziwi Amerykanie uwielbiają tę szprycę emocji i starcie z wrogiem. Jesteście tu dziś z trzech powodów. Dlatego, że chcecie bronić swoich domów i swoich bliskich. Dlatego z szacunku dla siebie, że nie chcielibyście być gdzie indziej. A w końcu dlatego, że jesteście prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwi mężczyźni zaś lubią walczyć. Jako dzieciaki wszyscy podziwialiście mistrza w grze w kulki, najszybszego biegacza, najtwardszego boksera, najlepszych baseballistów i piłkarzy. Amerykanie kochają zwycięzców, nie znoszą przegranych. Gardzą tchórzami. Zawsze gramy o zwycięstwo. Mam gdzieś los faceta, który przegrał i jeszcze się śmiał. Oto dlaczego Amerykanie nigdy nie przegrali i nie przegrają wojny. Nie cierpimy samej myśli o klęsce.
Nie wszyscy zginiecie. W dużej bitwie polegnie może tylko dwa procent z dziś tu obecnych. Nie bójcie się śmierci. W swoim czasie przyjdzie ona po każdego człowieka. Prawda, że każdy ma stracha przed pierwszą walką. Ten kto zaprzecza, to kłamca. Niektórzy ludzie jednak nawet z duszą na ramieniu mogą walczyć tak, jak ci najodważniejsi. I do diabła, potrafią wykrzesać z siebie wszystko, gdy widzą, z jakim sercem walczą inni, równie przestraszeni. Prawdziwy bohater to ten, który walczy nawet wtedy, gdy czuje strach. Niektórzy pokonują go już w pierwszej minucie walki. Jednym potrzeba godziny. Drugim – całych dni. Ale prawdziwy mężczyzna nigdy nie pozwoli na to, by strach wziął górę nad jego poczuciem honoru, obowiązku wobec kraju i wewnętrznej, męskiej siły. Walka to najwspanialszy rodzaj rywalizacji, w jakiej może wziąć udział człowiek. Wydobywa z nas to, co najlepsze, a uwalnia od tego co niskie i nikczemne. Amerykanie czują dumę z tego, że są męscy. I mówię wam – są naprawdę waleczni. Pamiętajcie, że wróg czuje strach tak samo, jak wy, a być może bardziej. To nie są nadludzie.
Przez cała swoją służbę wojskową psioczycie na to, co nazywacie „upierdliwym drylem”. Jak wszystko inne w wojsku ma on określony cel. Chodzi o czujność. Każdy musi ją mieć w sobie. Gówno wart jest facet, który nie potrafi być stale czujny i uważny. Jesteście weteranami, inaczej nie bylibyście tutaj. Jesteście gotowi na to, co nadejdzie. Jeśli chcecie przeżyć, musicie cały czas zachowywać czujność. Jeśli jej zabraknie, w końcu jakiś niemiecki skurwysyn zajdzie was od tyłu i zabije byle czym!
W pewnym miejscu na Sycylii, znajduje się czterysta starannie oznaczonych grobów. Są tam dlatego, że jeden z leżących w nich żołnierzy poszedł sobie spać na służbie. Ale to groby Niemców, ponieważ to my zaskoczyliśmy skurwiela w czasie snu, zanim oni sami go przyłapali. Armia to jedna drużyna. Mieszka, śpi, je i walczy razem. Gadanie o jednostkowym bohaterstwie to kupa bredni. Te żałosne kutasy, które smażą artykuły na ten temat w „Saturday Evening Post” nie wiedzą więcej o prawdziwej walce na linii ognia niż o pieprzeniu się!
Mamy najlepszy sprzęt i najlepszą żywność. Najwspanialszego ducha walki i najlepszych żołnierzy na świecie. Mój Boże, żal mi nawet tych biednych skurwysynów, którzy zmierzą się z nami. Na litość boską, naprawdę żal mi tych drani. Mężczyźni nie poddają się. Nie chcę słyszeć, że jakiś żołnierz walczący pod moim dowództwem został wzięty do niewoli, chyba że został postrzelony w walce. Ale nawet jeśli was postrzelą, zawsze możecie jeszcze odpowiedzieć ogniem. I nie gadam tu głupot. Pod swoim dowództwem chcę mieć właśnie takich ludzi, jak ów porucznik, którego spotkałem podczas walk w Libii. W momencie, gdy szkop przyłożył mu do piersi Lugera zerwał hełm, odtrącił rękę z pistoletem i przywalił szwabowi hełmem tak mocno, że ten padł jak długi. Wtedy nasz porucznik podskoczył, wyrwał mu tę broń i zabił innego Niemca, zanim ci pojęli, co u diabła się dzieje. A przez cały ten czas miał kulę w płucu. Oto prawdziwy mężczyzna!
Prawdziwi bohaterowie to nie legendarne postacie z bajeczek dla grzecznych dzieci. Każdy w tej armii ma do odegrania kluczową rolę. Nigdy nie ustawajcie w wysiłku, nie osłabiajcie woli. Niech nikt nie myśli, że jego robota jest nieważna. Każdy ma do wykonania swoją robotę. I musi ją wykonać. Wszyscy jesteście ogniwami wielkiego łańcucha. Co by było, gdyby nagle każdy kierowca ciężarówki uznał, iż ma dość kul świstających nad głową, zżółkł z przerażenia i zjechał wprost do rowu. Taki tchórzliwy sukinsyn mógłby wtedy powiedzieć: „Do diabła z tym wszystkim, i tak nie będą mnie żałować, jestem tylko jednym z wielu tysięcy”. Ale gdyby każdy myślał w ten sposób, to gdzie u licha byśmy byli dziś? Jak wyglądałby nasz kraj, nasi najbliżsi, nasze domy, a nawet cały świat? Nie, do cholery. Amerykanie nie myślą w ten sposób. Każdy ma swoją robotę. Każdy służy wszystkim i większej całości. Każdy oddział i każda jednostka ma swoje miejsce w wielkim schemacie tej wojny. Ludzie od logistyki są potrzebni, by dostarczać nam broni. Dzięki nim możemy walczyć. Kwatermistrz jest ważny, bo dostarcza żywność i umundurowanie. Wszyscy pracujący przy kuchniach polowych mają do wykonania swoją robotę. Nawet ci, którzy tylko gotują wodę, abyśmy nie dostali sraczki.
Niech nikt nie myśli tylko o sobie. Niech zważa na walczącego obok kumpla. W tej armii nie chcemy żałosnych tchórzy. Powinno się ich wytępić, jak szczury. Bo jeśli nie, to po wojnie wrócą do domu i spłodzą jeszcze więcej podobnych ludzi. Odważni mężczyźni spłodzą więcej odważnych mężczyzn. Wybijmy cholernych tchórzy, a będziemy mieli naród ludzi odważnych. Dam przykład jednego z najodważniejszych żołnierzy jakich kiedykolwiek spotkałem. Było to podczas walk w Tunezji. Podczas zaciekłej wymiany ognia, gdy kule świstały nad głową, wojak ten siedział na słupie telegraficznym. Pytam go co u diabła tam robi w takiej chwili. „Naprawiam druty telegraficzne, generale” – krzyczy. „Czy to rozsądnie akurat teraz?”. Ten odpowiada: „Ma pan racje generale, ale te cholerne druty trzeba naprawić”. „Czy nie przeszkadzają ci samoloty ostrzeliwujące drogę?”. „Do diabła nie, generale, robotę trzeba wykonać”. Oto prawdziwy mężczyzna. Prawdziwy żołnierz. Ten człowiek zrobił wszystko, aby wypełnić swoje zadanie, mimo ogromnego prawdopodobieństwa, że zginie.
Szkoda, że nie widzieliście tych ciężarówek na drogach w Tunezji. Nasi wspaniali kierowcy dzień i noc turlali się po tych sakramenckich drogach. Bez żadnej przerwy, nie zbaczając z kursu, a przez cały czas nad głowami latały kule, wybuchały bomby. Cel osiągnęliśmy dzięki odwadze, z której od wieków słyną Amerykanie. Niektórzy z tych kierowców prowadzili bez przerwy ponad czterdzieści godzin. To nie byli ludzie bezpośrednio zaangażowani w walkę z oddziałów liniowych, lecz zwykli żołnierze wykonujący swoją robotę. I jak ją wykonali! Do diabła, wspaniale! Stanowili część jednej drużyny. Bez ich wysiłku, bez nich, przegralibyśmy bitwę. Gdy wszystkie ogniwa łańcucha trzymają się mocno, nikt i nic go nie rozerwie.
Pamiętajcie, nie wiecie, że tu jestem. Żadnych wzmianek o mnie w listach. Świat ma nie wiedzieć, co do cholery zdarzyło się ze mną. Nie dowodzę tą armią. Nie jestem nawet w Anglii. Niech pierwszymi skurwielami, którzy się o tym dowiedzą, będą cholerni ci Niemcy. Chcę zobaczyć, jak podrywają się na równe nogi, sikają ze strachu i skowyczą: „Jezu Chryste! To znowu ta cholerna 3. Armia i ten skurwysyn Patton” .
Rozpętamy tu piekło. Im szybciej uporamy się z tym kurewskim bajzlem, tym szybciej uda nam się także dokonać małego wypadu na Japońców i rozprawić się z tymi zasrańcami w ich jaskini. Zanim cała zasługa przypadnie w udziale chłopcom z piechoty morskiej.
Oczywiście, chcemy wrócić do domu. Pragniemy końca tej wojny. Najszybszym na to sposobem jest dorwanie tych drani, którzy ją rozpoczęli. Im szybciej im dokopiemy, tym szybciej wrócimy do kraju. Najprostsza doń droga wiedzie przez Berlin i Tokio. A gdy tylko zajmiemy Berlin, osobiście zastrzelę tego skurwysyna, tapeciarza, Hitlera. Tak jak zabija się żmiję.
Gdy człowiek cały dzień leży w okopie strzeleckim, to Niemcy w końcu go tam dopadną. Do diabła z tym. Moi ludzie nie będą kopać żadnych rowów czy dołów. Nie chcę, by się tym zajmowali. To tylko spowalnia tempo ofensywy. Bądźcie stale w natarciu. Nie ustawajcie. Nie dawajcie wrogowi czasu na sypanie szańców obronnych. Wygramy tę wojnę, ale tylko walcząc i pokazując Niemcom, że mamy więcej odwagi niż mają – lub kiedykolwiek będą mieli – oni sami. Nie tylko wystrzelamy tych sukinsynów co do jednego, lecz także wyprujemy z nich flaki, których użyjemy do smarowania gąsienic naszych czołgów. Wykończymy tych chujów i Hunów. Wszystkich. Wojna to kurewsko krwawy, morderczy biznes. Musimy zdążyć przelać ich krew, zanim oni przeleją naszą. Rozpruwajcie im brzuchy. Strzelajcie im w bebechy. Gdy kule będą świstać wszędzie dokoła, a ty ścierając z twarzy kurz nagle uświadomisz sobie, że to nie brud, lecz krew i wnętrzności człowieka, który kiedyś był twoim najlepszym przyjacielem, sam będziesz dobrze wiedział co zrobić.
Nie chcę żadnych meldunków w rodzaju: „Utrzymujemy nasze pozycje”. My niczego – do cholery – nie utrzymujemy. Niech robią to Niemcy. Cały czas walmy do przodu. Tylko ciągła pogoń za wrogiem. Chwyćmy go za jaja. Ściśnijmy mu je tak, że srać będzie z bólu. Nasz podstawowy plan operacyjny to przeć naprzód i naprzód. Cały czas, bez przerwy. Przejdziemy przez szkopów gładko, jak gówno przez gęś.
Od czasu do czasu pojawią się narzekania, ze za bardzo przykręcamy śruby naszym ludziom. Ale ja – do cholery – nie dbam o to. Wierzę w starą zdrową zasadę: odrobina potu pozwoli ocalić galon krwi. Im mocniej będziemy NACISKALI, tym więcej Niemców zabijemy. Im więcej ich zabijemy, tym mniej zginie naszych. Tak więc przykręcanie śruby oznacza mniej niepotrzebnych ofiar. Chcę byście wszyscy o tym pamiętali.
Po powrocie do domu z tej wojny będziecie mogli powiedzieć jedną wielką rzecz. Za dwadzieścia lat usiądziecie przy kominku z wnuczkiem na kolanach. A gdy zapyta: „Co robiłeś podczas wielkiej II wojny światowej?”, nie BĘDZIESZ musiał jąkać się w odpowiedzi i dukać coś w rodzaju: „No cóż, przerzucałem szuflą łajno w Luizjanie”. Nie, panowie, będziecie mogli spojrzeć mu prosto w oczy i powiedzieć: „Posłuchaj synku, twój dziadek służył we wspaniałej 3. Armii pod dowództwem tego cholernego skurwiela Georgie Pattona” .
gen. George Patton, przemówienie do żołnierzy 3. armii amerykańskiej, 5 czerwca 1944
A oto nasi przeciwnicy:
embedded by Embedded Video

niedziela, 28 sierpnia 2011

P O t o p * bank i kryzys



(  )    po dwóch miesiącach nieobecności w Polsce mam wrażenie, że wróciłem do zupełnie innego kraju. Ten zestaw powyżej to przecież są zdarzenia z ostatnich tygodni- i jak najbardziej nie wyczerpują całości. Sam widziałem jeszcze kilka objawów tego samego- czyli szybko postępującej faszyzacji kraju. Rośnie, i to szybko, dyspozycyjność prokuratorów i sędziów. Z moich rozmów z funkcjonariuszami Policji (choć to akurat nie wśród znajomych, a przy przypadkowych kontaktach- jak wypisywanie mandatów) wynika, że jest wzmacniana dyscyplina i dyspozycyjność wśród funkcjonariuszy- a jednocześnie, oprócz bezpośrednio dochodowych dla budżetu rzeczy- czyli właśnie mandatów, generalnie drobne naruszenia prawa się ignoruje.
To są normalnie oczywiste objawy rozkładającego się państwa, ale szybkość tych wydarzeń jest mocno niepokojąca. Coś się dzieje- przyznam, że brak mi pełnego obrazu sytuacji i nie mam pojęcia co. Rząd dość ewidentnie stara się eskalować wymyślony przez siebie konflikt z kibicami, zaostrza kurs wobec opozycji i umacnia wpływy w „niezależnych” strukturach wymiaru sprawiedliwości. Media masowe grzecznie współpracują lub giną.
To wszystko są rzeczy, których oczywiście należało się spodziewać, ale szybkość wydarzeń mnie też zaskakuje.
Więc tym razem- proszę czytelników o pomoc- czy widzieliście inne mniej znane przypadki bezpośredniej kontroli rządowej nad wymiarem sprawiedliwości lub, co może być mniej oczywiste, przygotowań do jakiejś większej akcji- czegoś o charakterze mobilizowania sił policyjnych czy nawet wojskowych?
Nie wiem- więc się tym razem tylko pytam.
61 komentarze



W 1989 roku, określona grupa osób zdecydowała o wyprzedaży polskiego majątku na rzecz obcego kapitału. W składzie tej grupy możemy umieścić takie nazwiska jak - Witold Trzeciakowski, Jacek Merkel, Jan Krzysztof Bielecki, Andrzej Milczanowski, Zdzisław Najder, Jerzy Thieme, Jeffrey Sachs i Jacek Rostowski - uczestnicy konferencji w brukselskim Biurze "Solidarności".

Po powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, ministrem finansów i wicepremierem, został dr Leszek Balcerowicz. Z punktu widzenia realizacji planu waszyngtońskiego konsensusu, postać wręcz idealna.

http://www.polonica.net/Balcerowicz.htm

Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej, ulubieniec prezesa W S Sulimirskiego, bywalec rautów organizowanych pod hasłem “Professor Leszek Balcerowicz, the architect of Poland ’s economic reform after the fall of Communism and the man hailed as “rebuilding Poland in five days.” The lecture was organized and hosted by Consul General Krzysztof W. Kasprzyk, The Republic of Poland“.

Na raut zaproszono doborowe towarzystwo, dosłowny cytat - “The audience was filled with American businessmen and women from AIG, UBS, Goldman Sachs, Moody’s and more. Among those participating in the lively and informative Q & A session that followed were Asaf Buchner (UBS), Ashwini Gupta (American Express), Helmut Kratky(UniCredit), Karren Morris (AIG), Jonathan Schiffer (Moody’s), William Timothy Love (Omnicom Group, Inc.), Barbara Katz (CUNY), Hugo Kaufman (CUNY). They were all literally hanging on every word from the financial guru.”

http://74.125.77.132/search?q=cache:ZgaDHguAr90J:www.newyorksocialdiary.com/node/139177+Bank+of+New+York+W+Sulimirski&cd=7&hl=pl&ct=clnk&gl=pl

Kolejnym krokiem na drodze wyprzedaży, było powołanie na przewodniczącego Rady Ekonomicznej przy Prezesie Rady Ministrów, pana Witolda Trzeciakowskiego oraz umieszczenie w jej składzie…….gubernatora Banku Centralnego Izraela Michaela Bruna.
Mając takie podstawy, wystarczyło jeszcze rozprowadzić po Radach Nadzorczych SSP, “swoich” urzędników MF (patrz “Ku pamięci“).
Ten krok trochę skomplikował sytuację ponieważ jak mawiał minister Karol Ludkowski - "to stado rozszalałych bawołów, a za każdym z nich stoi jakiś układ", jednak po małych perturbacjach (BŚ, BG, PBK, BPH itd.) wyprzedaż w określonych kierunkach, szła pełną parą.

Kierunki, ogólnie rzecz ujmując, są dwa.
1. Grupa kapitału amerykańskiego (nadzorcy - Balcerowicz, Sulimirski, Wancer)
2. Grupa kapitału niemieckiego (nadzorcy - Kulczyk, Janiszewski, Kalicki)
MancoCapac
1 komentarz

29 kwietnia 2009

Rok 1994 (może ktoś jeszcze pamięta)

Obsada - Banki i instytucje finansowe

(na ogół stanowiące własność Skarbu Państwa - całkowitą lub blisko 100 proc. )
Rada Banku PKO SA
działa w następującym składzie:
Prezes Rady Banku -- Krzysztof Kalicki
Sekretarz rady -- Elżbieta Piechocka
oraz członkowie:
Ewa Bieniasz,
Piotr Dziewulski,
Zdzisław Fedak,
Zbigniew Radwański,
Witold Sulimirski,
Platon Wysoczański

Link do tekstu, w którym znajdziemy pełną obsadę Rad Nadzorczych, znaczących SSP (spółki skarbu państwa). W większości są obsadzone urzędnikami MF (o których min Karol Lutkowski mawiał - "to stado rozszalałych bawołów, a za każdym z nich stoi jakiś układ"), NBP oraz urzędnikami i doradcami innych ministerstw. Ten stan jest zasługą kolejnych  ministrów, takich jak - Leszek Balcerowicz, Karol Lutkowski, Andrzej Olechowski, Jerzy Osiatyński
(Osiatynski Jerzy Epaminondas) - założyciel spółki CIL (FOZZ Bis)

ur. 02.11.1941 r., Zarejestrowany pod numerem 74164, jako kandydat na TW przez Wydz. II Dep. II MSW - pseudonim "Osiatynski". Po wyrazeniu zgody na wspolprace, zmieniono kategorie na TW. Materialy zlozono do archiwum dnia 10 lutego 1983 roku pod numerem 16923/I, mikrofilm nr F-15100/1. Akta zniszczono w pazdzierniku 1985 r., mikrofilm zniszczono w grudniu 1989 roku - protokol nr 112, 113.,)

http://new-arch.rp.pl/artykul/26400_Informacje.html
MancoCapac
skomentuj

27 kwietnia 2009


Info z prasy polonijnej

"Założona w 1926 roku Fundacja Kościuszkowska prowadzi zakrojoną na szeroką skalę działalność charytatywną na rzecz promowania polskiej kultury, studentów i naukowców. Prezes Witold Sulimirski urodził się we Lwowie. Ukończył studia na uniwersytecie Cambridge. Studiował także na francuskim uniwersytecie w Strasburgu i niemieckiej uczelni w Monachium. Przez wiele lat był związany z największymi amerykańskimi bankami. W 1989 roku został wiceprezesem Bank of New York. Reprezentował interesy amerykańskich instytucji finansowych, będąc członkiem zarządu Banku Pekao SA i Banku Gdańskiego. Od 1992 do 1994 roku był dyrektorem wykonawczym American Investment Initiative in Poland. Obok działalności zawodowej pan Sulimirski bardzo czynnie włączył się w działalność charytatywną. Między innymi dzięki jego zaangażowaniu Zakon Maltański stworzył w Krakowie Centrum Pomocy dla Dzieci, które jest największą tego rodzaju placówką pomocową w Polsce i Europie Środkowej."

Po tym krótkim wprowadzeniu, link do tabelki ukazującej głównych graczy, na rynku kwitów (globalnych)

http://ceo.cxo.pl/artykuly/55537/Prestiz.z.zagranicy.html

oraz link do strony, która sporo mówi o pracy p Sulimirskiego, jako doradcy

http://209.85.229.132/search?q=cache:4i98XUfI2Q0J:www.nowodworski.org/about/a1-1.htm+Advisors+Jolanta+Olechowska+Witold+Sulimirski&cd=1&hl=pl&ct=clnk&gl=pl

http://209.85.229.132/search?q=cache:CDG8mp3joWYJ:www.irb.pl/%3Fm%3Donas%26sec%3Donas%26cat%3Dzespol+Witold+Sulimirski&cd=33&hl=pl&ct=clnk&gl=pl


 
MancoCapac
skomentuj

Ostatnie opadłe liście

sobota, 27 sierpnia 2011

R y c e r s t w o w Pustelni Grzechynia

 

W Grzechynii bez zmian

Posted by Dzieckonmp w dniu 27/07/2011
   Był wczesny ranek, kiedy po Grzechyni rozeszła się wieść o suspensie księdza Piotra Natanka.
 O decyzji Metropolity Krakowskiego gospodarz tego miejsca dowiedział się telefonicznie, od zaprzyjaźnionego księdza, który z kolei przeczytał informację zamieszczoną w Internecie.

 Zawiniła gorliwość gospodarza Grzechyni – nie złe uczynki. Tak przynajmniej twierdzą księża – przyjaciele księdza Piotra Natanka i inne osoby przebywające w Grzechyni. Kiedy zapytasz ich o zdanie na temat ostatnich wydarzeń, jedni powiedzą, że „księdza Piotra niszczy się za to, że jest autentyczny w tym co robi i w sposób bezkompromisowy mówi prawdę”. – „Zadecydowała postawa Metropolity, który podlegał licznym naciskom, by coś zrobić z niepokornym kapłanem” – zripostują inni. Jedni i drudzy już zgodnie dodadzą, że tak naprawdę decyzja księdza Piotra Natanka o wypowiedzeniu posłuszeństwa swojemu biskupowi ma swoje określenie w psychologii: altruistyczna, to znaczy dla dobra innych.

 Musicie od siebie wymagać

 Grzechynia – mała miejscowość nieopodal Makowa Podhalańskiego. Kręte, górskie dróżki prowadzą do pustelni „Niepokalanów”. O tym, że jest to miejsce poświęcone Bogu i umiłowaniu polskości świadczą widoczne z daleka znaki – liczne kapliczki, pomniki, ikony z tajemnicami różańcowymi, oraz olbrzymia biało-czerwona flaga zawieszona na drewnianej baszcie.
 Sama pustelnia, to miejsce niezwykłe. Najpierw jest brama. Potem trawiasty dziedziniec z miejscem na grill, boisko do siatkówki i znów brama. Dalej liczne dwupiętrowe drewniane budynki uwieńczone basztami, opatrzone czerwonymi napisami na białym tle, odwołującymi się ku historii Polski, wartościom patriotycznym i umiłowaniu Boga. Widać, że tu kocha się i Boga i Ojczyznę. Ludzie, których tu przyjeżdżają też są niezwykli, bo – normalni. Przyjeżdżają z Polski i całego świata, bogaci i biedni, prości oraz intelektualiści, mieszkający na wsiach i w wielkich metropoliach. Wystarczy kilka godzin, by spotkać profesora jednego z uniwersytetów, bardzo znanego dziennikarza, grupę osób z Francji i z Austrii, pielgrzymkę z Kanady. I tak jest niemal każdego dnia.

Przyjeżdżają z Włoch, Stanów Zjednoczonych.

Myliłby się więc ten, kto by zaklasyfikował działalność księdza Piotra Natanka, twórcę owej pustelni, jedynie do wąskiego grona „moherowych babć”, czy rolników. Przybywających tutaj i wspierających księdza nie da się zamknąć w jakimkolwiek getcie. Kapłani z różnych stron świata, rodziny z maluchami, mnóstwo dzieci. Do tego liczne grupy młodzieży. Te ostatnie mogą zaskakiwać, bo po tak nagłośnionych w Internecie wypowiedziach (sprowadzonych jedynie do tekstów o paznokciach i żelu na włosach) mogłoby się wydawać, że młodzi ludzie winni omijać Grzechynię szerokim łukiem. A nie omijają … (jeszcze jeden argument dla tzw. nowoczesnych socjologów i pedagogów którym wydaje się, że młodzież jest szczęśliwa, jeśli może zakolczykować się od stóp do głów, wytatuować oraz ubrać, jak tylko jej to przyjdzie do głowy).
 - Stawiając mocne wymagania młodym, na przekór modom i poprawnościom, ksiądz Piotr jest wiernym uczniem tego, który wzywał na Westerplatte w 1987 roku: „musicie od siebie wymagać, nawet jeżeli inni od was nie wymagają” – mówi krótko opiekun jednej z grup. Mała kaplica (pozwolenie na tabernakulum dał swego czasu sam Kardynał Stanisław Dziwisz, który był w Grzechyni i gorąco chwalił duszpasterskie zaangażowanie gospodarza) pęka w szwach. Przed wejściem plakat z wizerunkiem Jezusa, przedstawiający dwie grupy ludzi: modlących się w strojach bardziej pasujących do plaży niż do świątyni oraz ubranych w strój świąteczny. Plakat opatrzony jest napisem: „Przyjacielu, czyż nie zasługuję na szacunek?” Mieszkańcy, dzieci, młodzież i liczni goście z całego świata znają odpowiedź na to pytanie. Wszyscy, wszystko jedno starsi panowie czy młodzi chłopcy, odmawiając tradycyjne modlitwy (w oczekiwaniu na Mszę Świętą) ubrani są w eleganckie spodnie, takież koszule (przeważnie białe), obowiązkowe krawaty. Podobnie kobiety – żadnych spodni, wyłącznie suknie i długie spódnice. Po tak powszechnym widoku t – shirtów w świątyniach to musi wywierać wrażenie. Wrażenie wywiera także sama Msza. Nie trwa krótko, jak w zwyczajnych parafiach, przeciwnie – trzy, a nawet cztery godziny. Kazanie jest wielowątkowe, z dygresjami, cytatami. Części stałe liturgii przeplatane są specjalnym komentarzem, dłuższą chwilą adoracji, pieśnią. Na koniec Mszy długa procesja. O dziwo – nikt jednak nie wzdycha, nie marudzi, że długo. Słuchają. Śpiewają. Modlą się.

Natankowe rycerstwo Chrystusa

Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Czemu nie zostaną w swoich świątyniach? Czego nie daje im Kościół tam, gdzie żyją, że coś każe im gnać do tej podhalańskiej wioski? Czym przyciąga kapłan, tak wyszydzony przez media, atakowany przez duchownych i obłożony karami kościelnymi przez długoletniego sekretarza polskiego papieża? Licznie przybywający tu duchowni prawie bez wyjątku nie chcą się wypowiadać, co w obliczu decyzji Arcybiskupa Stanisława Dziwisza wydaje się zrozumiałe. („ Proszę pana, czy to coś zmieni? Czy odwróci od księdza Piotra suspensę ?”) „Prawie”, bo na wypowiedź daje się namówić jeden z księży. Prosi o anonimowość.
- Co można powiedzieć o wspaniałym człowieku i księdzu, który właśnie wypowiedział posłuszeństwo swojemu przełożonemu? Że był świetnym kapłanem, że wszystko, co czynił, czynił dla Boga, Ojczyzny i innych ludzi nie myśląc o sobie ale zgrzeszył, bo nie potrafił sobie poradzić z niesprawiedliwością i zakłamaniem? Ludzie nie powinni księdza Piotra ostro osądzać, bo to dobry człowiek i kapłan, którego jedyną winą była gorliwość – tłumaczy. – Dziś brakuje ludzi, którzy jak ksiądz Piotr, wierząc w prawdę, mają odwagę ją mówić i nią żyć. Wielu katolików poszukując swej tożsamości powraca do tradycji – łacińskiej mszy, kultu świętych, sakramentaliów. Wielu (także – o dziwo – młodych) odmawia litanie, nosi różaniec, modli się nowennami, czy koronkami. Wielu szuka przewodników duchowych, którzy umieją jasno rozgraniczyć dobro i zło zaplątane w dzisiejszym świecie. Wielu czeka, aby ktoś pokazał im jak mają się zaangażować w obronie najważniejszych dla nich wartości. Skądś przecież bierze się te kilka tysięcy osób tworzących Natankowe Rycerstwo Chrystusa Króla, których charakterystycznym emblematem są czerwone płaszcze z orłem i twarzą Jezusa! Nie ma już chyba uroczystości, na której by ich nie było – nawet na pogrzebie abpa Życińskiego nie zabrakło przedstawicieli Rycerstwa. To nie są fanatycy, czy szaleńcy – to ludzie, którzy zapragnęli radykalnie i na serio dać siebie w walce, poprzez modlitwę i świadectwo. Skądś biorą się ci, którzy obiecują, że będą do Komunii św. przystępować wyłącznie na kolanach, jak ich przodkowie. Czynią to, aby dać innym katolikom czytelny sygnał – tu jest świętość, którą mam prawo uczcić. Skądś przyjeżdżają te dzieci, które rodzice w zaufaniu powierzają księdzu Natankowi na czas turnusów wakacyjnych. Czemu nie otrzymują wsparcia od swych pasterzy? Owszem, można odnieść wrażenie, że ksiądz Natanek świadomie i niejako na zimno przesadził z wieloma swoimi tezami, i do przesady wyakcentował pewne znaki czy gesty. Jak z polskich kościołów coraz bardziej znika poczucie sacrum, tak jego połowa kaplica jest obwieszona obrazami świętych. Jak powszechnie na Zachodzie przyjmuje się komunię do ręki, tak u niego trzeba iść metr na kolanach, aby przystąpić do tego sakramentu. Jak powszechnie księża odprawiają Mszę „sprawnie”, czyli byle szybciej, tak on poniżej półtorej godziny nie zejdzie w dzień powszedni. Jak duchowni niemalże wstydzą się pokropień wodą święconą, czy używania kadzidła, tak u niego stoją baniaki z egzorcyzmowaną wodą, solą i oliwą. Że wygląda to momentami przaśnie i śmiesznie? A nie żałośniej wygląda katolicki ksiądz, który twierdzi, że nie będzie używał wody święconej, bo ktoś z pokropionych się obrazi? Natankowa przesada jest odpowiedzią na wkradający się do Kościoła i serca współczesnego człowieka olbrzymi brak czytelności i klarowności. Na powszechne, katolickie, odcięcie się od własnych korzeni, czemu próbuje przeciwdziałać obecny papież. Na zachowania tych duszpasterzy, którym łatwiej znaleźć wspólny język z wyznawcami odłamów chrześcijaństwa, czy nawet innych religii, aniżeli z braćmi należącymi do tego samego Kościoła. Na słowa hierarchów, którzy kompletnie zatracili tak charakterystyczną dla wielkich polskiego Kościoła umiejętność czytania w duszach ludzkich. Ludowa pobożność, którą wspiera ks. Natanek, była przecież naszą siłą, tak umiejętnie wykorzystaną przez Prymasa Tysiąclecia i Papieża Polaka. Dziś się z niej kpi i odkłada do lamusa historii. A przecież to nie tylko sztandary, feretrony i obrazy – to potężna moc zdolna poruszyć ludzkie serca ku zmianom! W sobie i dookoła siebie. Ksiądz Piotr Natanek wypowiedział posłuszeństwo swemu ordynariuszowi. Trudno powiedzieć, że jest to najbardziej roztropne wyjście z tej sytuacji. Ale trudno także powiedzieć, że roztropnie postąpił Kardynał Dziwisz (za którego ksiądz Natanek obiecał modlitwę i post), tak naprawdę nie podając przyczyn swej suwerennej decyzji. Papier jest cierpliwy i wszystko zniesie, a oskarżenie o szerzenie nauki wypaczającej przesłanie Kościoła może oznaczać wszystko. Jeśli nie będzie więcej świeckich, kapłanów, biskupów traktujących serio swoją wiarę i nie obawiających się wyznawać ją publicznie, w zgodzie z tradycją Kościoła i Narodu oraz dążących za wszelką cenę do prawdy – będzie więcej suspens, dekretów, nieposłuszeństw i rozdarć. I nie chodzi tu o straszenie kogokolwiek, lecz logiczną konsekwencję. Brak dóbr jakie potrzebują dusze ludzkie jest wystarczającym powodem. A przecież dobro dusz jest najważniejszym prawem Kościoła.
 Na pytanie, czy o księdzu Natanku trzeba mówić wyłącznie w czasie przeszłym? – ksiądz zastanawia się tylko przez chwilę. – Z pewnością nie – odpowiada krótko.

Co widzą hierarchowie?

 Długie lata ks. Piotr Natanek był głównie historykiem. Doktorat i habilitację zrobił na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Szlify naukowe zdobywał pod kierunkiem słynnego polskiego historyka ks. prof. Jerzego Myszora. Nie dał się jednak zamknąć w haśle „ksiądz profesor”. Mimo wykładów na kilku uczelniach, zajęć z klerykami, prowadzenia seminarium naukowego znajdował czas na duszpasterstwo. Grupy modlitewne, Oaza, letnie turnusy dla dzieci i młodzieży w Grzechyni, publikacje, liczne rekolekcje. Nawet nieprzychylni ks. Piotrowi mówią, że gorliwości nie można mu odmówić.
 Pierwszy moment, w którym ksiądz zaczął jeszcze radykalniej pojmować swoje powołanie wiązał się z wykładem monograficznym, jaki prowadził dla swoich studentów. Temat – Mowa Boga do Kościoła w XIX wieku. Mówił o wizjach św. Jana Bosko, o objawieniach św. Małgorzaty Alacoque, o Cudownym Medaliku. Zaczął także czytać pisma świątobliwych osób żyjących w czasach nam bliższych – Kundusi Siwiec, Zofii Nosko, Wandy Malczewskiej. Z grozą odkrywał jak wiele z zapowiadanych przez nie wydarzeń spełniło się w ciągu XX wieku. Pojawiały się pierwsze pytania. Wszystko nabrało tempa od współpracy z kościelną komisją przygotowująca proces beatyfikacyjny Rozalii Celakówny, krakowskiej służącej i pielęgniarki, współczesnej św. Siostrze Faustynie. Objawienia te są podstawą dla polskiego ruchu domagającego się uznania Chrystusa jako Króla Polski. Zapoznawszy się z pismami kandydatki na ołtarze, ksiądz Piotr zaczął głosić obecne w jej zapiskach treści, stając się jednym z filarów ruchu intronizacyjnego. Zobaczył, że Polska jest na krawędzi duchowej i moralnej, bo nie chce zgodzić się na prawa Chrystusa Króla. Że ta zgoda na działanie Boga, która miałaby przenikać życie społeczne i osobiste chrześcijańskiego skądinąd narodu nie jest nikomu na rękę – ani politykom, ani hierarchom, ani zwykłym wiernym, przygaszonym wszechobecnym konsumpcjonizmem i letniością swych duszpasterzy.
 Gdy w 2007 roku, ksiądz Natanek wygłosił rekolekcje na temat intronizacji do grupy polskich parlamentarzystów, kuria krakowska zareagowała natychmiast. Upomnieniem kanonicznym. Rzekomo za upolitycznienie objawień Celakówny. Ale przecież wiara musi prowadzić do świadectwa w przestrzeni publicznej, także politycznej. Ksiądz Natanek nie owija w bawełnę. Góralski temperament, charyzma i krytycyzm do post-nowoczesności, także tej kościelnej, sprawiają, że jego słowa (mimo przejęzyczeń, naleciałości gwary, szybkiego formułowania myśli, swoistych związków frazeologicznych) porażają autentyzmem. W sytuacji, w której ludzie Kościoła zrywają z tradycyjnym nauczaniem, a dawne formy katolickiej pobożności są obśmiewane nawet przez wysokich rangą duchownych (przypomina się pewien arcybiskup, który całkiem niedawno zastanawiał się publicznie, czemu młodzi ludzie chodzą na łacińskie Msze, skoro trwają dwa razy dłużej niż te posoborowe), grzechyńska kaplica staje się enklawą duchową i miejscem, w którym można usłyszeć parę słów mocnej prawdy. Owszem, często wydaje się, że ksiądz Natanek staje na granicy kiczu, dewocji, czy fideizmu. Niektórzy, za kurią krakowską, powiedzą że ową granicę dawno przekroczył. Ale czyż pewnych granic nie przekraczają tacy kapłani, jak bp Tadeusz Pieronek, czy dowcipkujący o pomniku Chrystusa Króla z prezydenckim doradcą (czy będę się smażył w piekle, bo nie mówię o tym na kolanach? To będzie nas dwóch, jakoś sobie poradzimy – uśmiech) w TVN 24 ksiądz Kazimierz Sowa? Czy granic nie przekracza O. Jacek Prusak, jezuita, gdy publicznie opowiada się za szkolną seks-edukacją, lub nazywa obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia „opętanymi”? Czy ktoś wyciąga z ich wypowiedzi wnioski o charakterze prawym?
- Tak, jak młodzież w głębi siebie, nie chcąc potakiwaczy i ulepszaczy życia, szuka ludzi, którzy chcą stawiać wymagania, tak polscy katolicy potrzebują kapłanów, którzy nie będą celebrytami, nie ulegną modom, nie odwrócą się od tradycji, nie wykpią ludowej pobożności i mają odwagę mówić prawdę nawet – a może przede wszystkim – wielkim tego świata. Ta potrzeba umysłów i serc ludzkich jest faktem. Czy widzą ja hierarchowie? – pyta retorycznie ksiądz Piotr Natanek.

Z Grzechynii – Wojciech Sumliński, ksiądz GJ


http://dzieckonmp.wordpress.com/category/ks-piotr-natanek-2/ 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Warp Story, March 2011


Donald Tusk - premier katastrofa dla Polski -

3 powodzie
Katastrofa smoleńska
Katastrofalne śledztwo smoleńskie (bez dowodów)
Katastrofalny wzrost zadłużenia finansów publicznych
Radykalny spadek kursu złotego
Podwyżki podatków i opłat
Drożyzna
Napomnienie ministra finansów przez UE by nie tworzył kreatywnej księgowości
Wzrost korupcji
Armia zawodowa z generałami bez żołnierzy
Fatalna umowa gazowa z Rosją
Zgoda na rurociąg północny
Zgoda na drogi pakiet klimatyczno-energetyczny
Niska pozycja w strukturach władzy UE
Minister SZ obmawiający własne państwo za granicą
Kiepskie wykorzystanie funduszy europejskich
Drogie i słabo wykonane inwestycje w infrastrukturę
Niemożność sporządenia rozkładu jazdy PKP
Wzrost inwigilacji obywateli przez państwo (Polacy najbardziej podsłuchiwanymi obywatelami UE)
Osłabienie wolności słowa
Powrót peerelowskich kadr z ich nawykami
Obniżenie punktacji w rankingu demokracji
Fatalnie przygotowana i żle przeprowadzona reforma szkół podstawowych (sześciolatki do szkół)
Rozbicie sprawnie działającego centrum antykryzysowego
Afera hazardowa
Afera stoczniowa
Afera marszałkowa
Afera wałbrzyska (skorumpowanie demokracji)
Kadencja rządu Donalda Tuska ma się ku końcowi, a jednak niewielu kwapi się do sprządzania jego bilansu. Może i słusznie, najbardziej kontrowersyjne decyzje rząd podejmuje wszak w środku wakacji, tak by niewielu zdawało sobie z nich sprawę.
donata25

Panie premierze, tu jest Polska. Piotr Kobalczyk

March 10, 2011 by admin
Filed under Felietony
Nowe Warpno. Ludzie wytrzymali to, że nie mają policji, apteki czy pekaesu. Ale gdy mieli im zamknąć pocztę, burmistrz napisał do Tuska. I placówkę obronił
Edward Bakalarz, rencista z Nowego Warpna: – Poczta państwowa to poczta państwowa. Jest szyld, jest zaufanie
autor: Dariusz Gorajski
źródło: Fotorzepa
W Nowym Warpnie Rzeczpospolita się kończy jak nożem uciął. Kostka brukowa głównej ulicy prowadzi prosto do wód Zalewu Szczecińskiego. A dalej są już Niemcy.
Ale najpierw mija się kościół. Przed nim na placyku maszt z biało-czerwoną flagą. Na końcu dom z tabliczką: “ul. Warszawska”.
Burmistrz Władysław Kiraga tłumaczy, że “Warszawska”, bo do Nowego Warpna zjechało po wojnie wielu warszawiaków, także powstańców. I że to ku pamięci, bo oni o stolicy wciąż pamiętali. – Tylko Warszawa jakby o nich zapomniała – Kiraga gorzko się uśmiecha. I pokazuje na flagę: – Sami z proboszczem ją osadziliśmy. Żeby było wiadomo, że tu jest Polska.
Poczta to nie tylko czerwone skrzynki
Flaga nabrała szczególnego znaczenia, gdy się okazało, że razem z placówką Poczty Polskiej miał zniknąć z miasteczka ostatni państwowy szyld. Na liście 5 tys. urzędów pocztowych do likwidacji w ramach restrukturyzacji firmy znalazło się także Nowe Warpno. Już w połowie lutego listonosz miał przestać dzwonić do drzwi, a budynek poczty (przed wojną działała tu poczta niemiecka) miał zostać zamknięty. I to z dnia na dzień.
Burmistrz nie ukrywa, że coś w nim wtedy pękło. – Pomyślałem sobie: kurczę, przecież poczta to nie tylko przelewy i czerwone skrzynki na listy. To także symbol naszej państwowej obecności. Polskiego trwania. W obronie Poczty Gdańskiej w 1939 r. ginęli ludzie, a ktoś zza biurka sobie tak szast-prast likwiduje!
Kiraga nagle przerywa z uśmiechem: – Wiem, często to słyszę: “Ty Władek, to zawsze uderzasz w wysokie tony”. Ale ja już tak mam. I przysiągłem sobie, że tej poczty nie odpuszczę.
Państwu nic się tu nie opłaca
Niespełna półtoratysięczne Nowe Warpno to najprawdziwsza rubież – najdalej wysunięte na północny zachód miasto Rzeczypospolitej. Do Szczecina jest prawie 60 km. 40 zaś do Polic – najbliższego ośrodka z pogotowiem, bankiem, apteką, pocztą i policją.
A w Nowym Warpnie, choć prawa miejskie ma od 1295 r., nie ma nawet bankomatu. Za to żyje tu wielu emerytów, którzy na poczcie opłacają rachunki, pobierają emerytury i renty.
Gdy na początku lutego wyszło, że zamykają pocztę, mieszkańcy uznali, że to ostatnia deska wbita w “wiochę, którą teraz stanie się ich miasto”.
– Ponoć chcą nam urządzić agencję w którymś ze sklepów. A kto będzie takiej agencji ufał? Po tych różnych aferach z agencjami? – dziwił się wtedy w rozmowie z “Rz” rencista Edward Bakalarz. – Kto jej powierzy pieniądze? A poczta państwowa to poczta państwowa. Jest szyld, jest zaufanie.
– To dla mnie nienormalne – wtórowała mu Halina Małkiewicz, nowowarpieńska sklepowa. – Ja jestem jeszcze młoda, to mogę podjechać do Polic, ale starsi? Albo matki, co mają 100 zł rodzinnego? Będą wydawać na podróż 30 zł, żeby przywieźć 70?
A burmistrz Kiraga tylko zaciskał szczęki i ironizował: – Powinienem chyba swojemu 90-letniemu ojcu powiedzieć, żeby sobie kupił laptopa i założył e-konto?
Kiragę aż skręca, jak o tym opowiada, także dlatego, że o wszystkim dowiedział się przypadkiem – przy kolędzie, od księdza, do którego informacja dotarła pocztą pantoflową. Burmistrz sam pojechał do Szczecina, żeby sprawdzić pogłoski. “Tak, likwidujemy” – usłyszał. I jeszcze to, że placówka w Warpnie się poczcie nie opłaca.
– Ręce mi opadły, bo u nas nic się państwu nie opłaca – opowiada. – Nieopłacalne były regularne połączenia Pekaesu – zlikwidowano je. Nieopłacalna była stacja paliw – nie ma stacji paliw. Nieopłacalna była przychodnia publiczna – z dnia na dzień zamknięto i przekształcono ją w niepubliczną. To jakieś szaleństwo. Przecież nie wszystko musi się opłacać. Wszyscy płacimy podatki i państwo ma wobec nas elementarne choćby obowiązki!
Bojkot wyborów?
Burmistrz mówi, że sprawa poczty to była kropla, która przelała czarę goryczy. – Mamy tu za sąsiadów Niemców, w Starym Warpnie (Altwarp – red.) – opowiada. – Tych Niemców, którzy ponoć przegrali wojnę. Ale im od 1945 r. światło jakoś nigdy nie zgasło. A nam gaśnie ciągle, odkąd pamiętam.
Bo mieszkańcy nowowarpianie wciąż żyją trochę jak koloniści. Z cywilizacją łączą ich pasma lasów i ponad 50 km starych linii energetycznych, które wciąż zrywają się pod ciężarem pękających konarów. – I jest tak, jak było za komuny, że prądu częściej u nas nie ma, niż jest – mówi burmistrz. Światła nie było np. przez całe święta Bożego Narodzenia i w sylwestra.
Każdy ma w domu agregat lub porządny akumulator. To nielegalne, ale od lat ludzie tu udają, że ich nie mają, a energetycy, że o tym nie wiedzą.
– Burmistrza mamy porządnego, dobrego gospodarza, ale co on może, jak władza ma nas w nosie? – nie patyczkuje się Edward Bakalarz. Podkreśla, że ludzie tu całkiem poważnie myśleli, jak by się podłączyć do elektrowni za Odrą. – Więc może od razu oddamy Niemcom ten kawałek ziemi i władza będzie miała święty spokój?
Ale Bakalarz nie docenił burmistrza. Kiraga sięgnął po urzędowy papier i skrobnął list do premiera RP Donalda Tuska. Nie owijał w bawełnę: “Znaczne oddalenie od większych aglomeracji miejskich, brak stałego połączenia komunikacyjnego powoduje samo w sobie znaczne utrudnienia, do których mieszkańcy przywykli – napisał Tuskowi. – Ale wszystko ma swoje granice – likwidacja urzędu pocztowego jest przekroczeniem granicy dbałości państwa o swoich obywateli”.
Potem jeszcze ostrzegł premiera, że nie ręczy za frekwencję wyborczą, mimo że dotąd mieszkańcy do urn chodzili chętnie. A jedno zdanie specjalnie wytłuścił, żeby premier nie przeoczył: “Pragnę przypomnieć. Granice państwa polskiego nie kończą się na rogatkach miasta Police”.
Temat podjęły media lokalne. Posypały się komentarze. Najcelniej uderzył internauta “Police” na forum “Głosu Szczecińskiego”, proponując “wyjście z sytuacji w trzech krokach: 1. Plebiscyt 2. Zamiast listu do premiera – list do pani kanclerz (Niemiec – Angeli Merkel – red.) 3. Wymiana placówki Poczty Polskiej na Deutsche Post”.
Ruszyła lawina krytyki ze strony opozycji, interpelację w sprawie nowowarpieńskiej poczty złożyła w Sejmie posłanka PO z Goleniowa Magdalena Kochan, a telefon ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka zagrzał się od interwencji.
A Niemcy patrzą z resentymentem
– Mamy powody, żeby mieć żal do państwa, że tak nas sobie odpuszcza – mówi burmistrz Kiraga. – Ale to dlatego, że robimy wiele, żeby Nowe Warpno rozwinąć. Żeby się dobrze ludziom żyło. I żeby nie było wstydu przed sąsiadami.
Niemcy, starzy nowowarpianie, przyjeżdżają tu co roku na Zielone Świątki, całymi rodzinami.
– Oni tu byli chrzczeni, bierzmowani, dobrze pamiętają nasze miasto z dzieciństwa – opowiada ks. Stanisław Drewicz, proboszcz tutejszej parafii. – I uważnie obserwują, co się u nas dzieje, nie ukrywając resentymentu. Chciałoby się, by patrzyli jeśli nie z zazdrością, to przynajmniej z szacunkiem. Oni wiedzą, że państwo powinno umacniać tożsamość narodową żyjącej na rubieży społeczności. A u nas często dzieje się odwrotnie.
Nowe Warpno to jedno z najmniejszych miast w Polsce, ale spora gmina. I ambitna. Burmistrz Kiraga zaczynał rządy od 4,5 mln zł w budżecie. Dziś ma 7,5 mln. I 150 mln wyrwanych Urzędowi Morskiemu w ramach odszkodowania za wieloletnie zaległości podatkowe względem gminy za użytkowanie dna zalewu. Kiraga je wyprocesował w sądzie, bo chce inwestować. W amfiteatr, w rewitalizację rynku, w remont zabytkowego ratusza (jedyna w Zachodniopomorskiem konstrukcja reglowa), w budowę mariny. Ma już nawet potencjalnych inwestorów.
– Ale się boją – martwi się Kiraga. – Bo ciągle ktoś nas po kawałku odcina od świata.
Księstwa nie będzie
Jeśli burmistrz Nowego Warpna kiedykolwiek żałował, że bez ceregieli przypomniał premierowi, iż Nowe Warpno to wciąż Polska, to dziś może odetchnąć. Osiągnął cel. Poczta w jego mieście zostaje.
Do urzędu gminy nieoczekiwanie wpłynęły uspokajające pisma z Kancelarii Premiera, centrali Poczty Polskiej i Ministerstwa Infrastruktury.
Władysław Kiraga nie ukrywa, że bardzo się z takiego obrotu sprawy cieszy. – No, proszę. A kiedyś, jak już byliśmy bardzo rozżaleni, kolega mi powiedział: “Władek, to może wybijmy własną monetę i ogłośmy niezależne księstwo nowowarpieńskie, skoro państwo nas nie chce” – śmieje się burmistrz. – Niewiele brakowało.
Rzeczpospolita

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

był * t r w a 23.VIII.1939





GERMAN-SOVIET TREATY OF NON-AGGRESSION

(Molotov-Ribbentrop Pact)
August 23, 1939


Press photograph, distributed by an American photo service agency. The censored, and carefully worded caption, dated May 3, 1945, provides the Soviet motives for the signing of the Molotov-Ribbentrop Pact by the Soviets. As if that 'justification' was not enough to satisfy the Soviet ally, the photograph was
NOT FOR USE IN THE WESTERN HEMISPHERE

GERMAN-SOVIET TREATY OF NON-AGGRESSION
(Molotov-Ribbentrop Pact)
August 23, 1939

РУССКИЙ --------- DEUTSCH
ENGLISH ---------- ESPAÑOL ---------- FRANÇAIS ---------- ITALIANO ---------- POLSKI

http://www.electronicmuseum.ca/Poland-WW2/nazi_soviet_friendship/nsf_G-S_T_1.html
http://3.bp.blogspot.com/-4z8DfkPBAjA/TlK2denR-LI/AAAAAAAADaE/RuTrNCtUUzM/s1600/POpolsza+_23VIII1939+-+Salon24+_+Niezale%25C5%25BCne+Forum+Publicyst%25C3%25B3w_791_107.jpg

DODATEK  NADZWYCZAJNY.

środa, 17 sierpnia 2011