o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

poniedziałek, 28 września 2009

OLD Q CLASS MUSIC

MUNGO JERRY 1971

"""""""""""""
STEVE WINWOOD ERIC CLAPTON


"""""""""""""
JEFF BECK GROUP

******************
AND THIS : http://www.youtube.com/watch?v=zuTiTfbfy7Q

F.BAJON. z twórczosci reżysera z Polski


""""""""""""""""""""""""""""""""""

TITANIC TUSQLING. SHOW TRWA









""""""""""""""""""""""""""
( ) Z Polski wracam jednak zmeczony, gdyz widac golym okiem, ze perspektywy sa coraz gorsze. Polska przestaje produkowac cokolwiek sensownego, a produkcja technologicznie rozwinieta do produkcji lopat do sniegu tez nam sie juz konczy. Stocznie, ktore sa kawalkiem duzego przemyslu zamyka sie bez zadnej analizy wplywu tego jakie to bedzie mialo konsekwencje i bez odpowiedzi na pytanie: co dalej?
To wlasnie fantastycznie okresla dzisiejsza Polske. Brak pomyslow na jutro (absolutnie dzialanie z premedytacja), wielkie lgarstwa na temat naszego postepu cywilizacyjnego (uwazam, ze cofamy sie czego dowodem jest to, ze sprowadzamy wszystko do jakiegos tam „oplaca sie” majacego na mysli tylko i wylacznie PIENIADZE – az mi sie slabo robi jak slysze tych wszystkich domoroslych ekonomistóww). Stalismy sie rynkiem zbytu np dla Niemiec (kupilem kilka produktow ostatnio, wszystkie z Niemiec: herbatka dla dzieci, magnez z witamina B6, bezpieczniki topikowe, bandaze i kompresy). Produkty absolutnie podstawowe i bardzo latwe do produkcji. Ale my juz sami nie potrafimy ich produkowac. Itd itd. Mozna tak wymieniac i wymieniac. Nie ma jednak cudow, jak ktos niszczy swoj wlasny przemysl to musi potem placic za jego brak.
Widac to wszystko golym okiem. A drugim okiem widac, jak ludzie jednak zadowoleni. Jak uwazaja, ze zycie teraz coraz lepsze. Ze przyszlo im zyc w dobrych czasach, ze sobie quada kupia a ich sila nabywcza rosnie. A moze i rosnie, a razem z nia rosnie dlug. Wiec moze jednak nie rosnie? A zamiast stoczniowcow, co to budowali cos na eksport mamy juz tylko akwizytorow OFE (100 000), ktorych tez ktos musi przeciez wykarmic. A co oni produkuja takiego, zeby Niemcom zaplacic za te herbatki dla dzieci, czy tez Chinczykom za ich pluszowe misie? Oj przepraszam, ja wiem, oni podatki placa. Cale szczescie. Kraj uratowany. Dobrze tez, ze mamy troche urzednikow i nauczycieli. Oni tez placa podatki. Bedzie dobrze. Podatnicy to obiecuja.
I to mnie wlasnie tak zmeczylo.
Ta wlasnie wizja. I te rozmowy o tej wlasnie wizji.
komentarze (6)

niedziela, 27 września 2009

Germany Heute Abend

CO CI PRZYPOMINA WIDOK ZNAJOMY TEN. TW STOKROTKA / EDELWEISS
"""""""""""""""""""""'
Niemcy w niedzielę wybierają Bundestag,
a w Polsce niemal cisza.


Republika Federalna Niemiec to nasz największy partner handlowowy, siła polityczna i rola Niemiec w Unii Europejskiej jest niepodważalna. Za naszą zachodnią granicą w niedzielę wybory, a u nas o nich niezwykle cicho.

Było trochę hałasu przy okazji deklaracji niemieckich chadeków, później wspomniano o wyborach przy okazji gróźb terrorystów.

Jednak całościowo zainteresowanie wyborami w Niemczech prawie żadne. Wystarczy wspomnieć zainteresowanie wyborami we Francji w 2007 roku, czy też wyborami w Stanach Zjednoczonych. Trudno porównywać wybory w Rosji, choć i przy tej okazji zainteresowanie było większe.
Nikt nie zadaje publicznie pytań o politykę zagraniczną Niemiec po wyborach. Choć już to zaobserwowaliśmy w analizach po wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Nikt nie pytał jak będzie wyglądał Parlament Europejski pod przewodnictwem Martina Schulza z SPD? Od wyborów europejskich słyszymy ciągle o wygranej europejskiej partii ludowej – ale stery władzy w połowie kadencji obejmie przecież socjaldemokracja europejska, a jak pokazuje dotychczasowa działalność SPD właśnie w parlamencie europejskich - to będzie realna zmiana.

Czy Niemcy będą nadal budowali rurociąg, udajemy że nic się nie dzieje. A może te wybory nikogo nie obchodzą? I niczego nie wnoszą, bo...mamy KRYZYS…

W Niemczech nastąpił wzrost bezrobocia wskutek kryzysu – ale polityka wielkiej koalicji CDU/CSU – SPD rządzącej przez ostatnie 4 lata jest przez większość społeczeństwa niemieckiego popierana. Kryzys jest, a jakby go nie było (doniesienia o jego śmierci mogą okazać się jednak mocno przedwczesne).

Może działa „efekt” kryzysu lat 30, o którym każdy europejczyk uczył się na lekcjach historii i do którego rok temu porównywano obecny kryzys. To do tej wyniesionej z książek wiedzy porównujemy obecny kryzys - nie ulega wątpliwości, że w porównaniu do tego z lat 30 XX wieku ten obecny wypada bardzo blado.

Może właśnie dlatego alternatywne rozwiązania Die Linke, FDP, Zielonych zanotowały „tylko” niewielki wzrost, a SPD której notowania spadły marzy o utrzymaniu się w wielkiej koalicji z CDU/CSU. Tak przynajmniej pokazują ostatnie sondaże.

Kryzys przebiega zupełnie inaczej, a zachodnie społeczeństwa miały z czego „chudnąć”, choć tak naprawdę zadłużenie publiczne przekracza wszelkie wyobrażenia. Kryzys rozwija się zatem znakomicie, ale to wykracza poza 4 letnie kadencje rządów…

Co do przekazu na temat kryzysu to w tym zakresie panuje zgoda elit politycznych zarówno za oceanem jak i w Europie.

Nie mówić głośno o zadłużeniu, po prostu należy się dalej zadłużać. Można mówić o dziurach budżetowych. Nie wolno natomiast o zadłużeniu.

Należy mówić o podatkach, a to o podniesieniu, a to o obniżeniu. Nie o długiej perspektywie wzrostu zadłużenia publicznego. Ważny jest budżet, góra z perspektywą na ...najbliższy rok.

Politycy ewentualnie podniosą podatki żeby…wolniej się zadłużać, ale jeżeli podniosą to absolutnie nie wprost – nikt nie chce przegrać następnych wyborów. Od czego są wszak parapodatki, tutaj legislatorzy mają wielkie pole do popisu.

Czy to oznacza, że wszystko jest "w porządku" i starzejąca się Europa nadal będzie żyła na kredyt – który przyjdzie nam spłacać – młodym obywatelom państw „zjednoczonej” Europy. A Stany Zjednoczone jako Imperium globalne też są już po za swoim szczytem dominacji nad światem ?

Czy takie wybory jak w Niemczech - w których według polityków nie chodzi niemal o nic to nowa definicja wyborów w Europie ?
Mam nadzieję, że pan Leszek Miller coś napisze, a może pan prof. Zdzisław Krasnodębski. Bo jak oni nie napiszą to kto ?. No pewnie pan Janusz Palikot

aleksander z. zioło, w drodze do Gdańska

P.S. Gdyby kierować się najnowszymi tryndami w walce o cytowalność to powinienem zatytułować: 27 września – imieniny Adolfa - Niemcy wybierają parlament
komentarze (5)
""""""""""""""""""""""""""""""
http://warsztaty.org.salon24.pl/127236,niemcy-w-niedziele-wybieraja-bundestag-a-w-polsce-niemal-cisza

+++++++++++ PS. ++++++++++++
Polacy mogą światu zaproponować
głównie własne mięśnie



Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem (uniwersytet w Bremie, UKSW) rozmawia Joanna Berendt
Nie ma pan zbyt dobrego zdania o Polakach emigrantach. Czy naprawdę nie mamy światu do zaproponowania nic poza siłą swoich mięśni?

– Niektórzy pewnie mają. Ale nie po to dany kraj wpuszcza na swój rynek pracy imigrantów, aby konkurowali z miejscowymi w prestiżowych zawodach. W polskim przypadku najczęściej mamy do czynienia z typową emigracją zarobkową. BBC zresztą nakręciło reportaż o polskich pokojówkach czy budowlańcach. I nie ma w tym nic dziwnego. Oczywiście są też osoby,

którym udaje się zagranicą przebić i pracować w swoim zawodzie. Tyle że to znikomy procent. Głównie niestety pracujemy za granicą, żeby zarobić, wykonując najbardziej poślednie prace. I ta emigracja to nie jest bynajmniej sukces Polski. Pokazuje, że ciągle jesteśmy krajem rozwijającym się, peryferyjnym.



Polacy wyjeżdżają jednak na Zachód także po to, aby się kształcić. I jest ich coraz więcej.

– Oczywiście. Polacy korzystają z edukacyjnych programów europejskich, czy stypendiów w USA. Pod tym względem sytuacja wygląda nieporównywalnie lepiej niż pod koniec komunizmu. Ale, jak wspominałem, to wciąż są wyjątki.



A nie nowa tendencja?

– Owszem, to nowe zjawisko, że młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę studiować. Ale nie wiadomo, co będą robić, jak ukończą studia – zostaną, by tam robić karierę w nauce albo biznesie, czy wrócą do Polski? To trzeba odróżnić. Ponadto Polacy za granicą zawsze będą nieco gorsi językowo, choć mogą pewnie nadrabiać talentem. Nadal uważam, że tych, którzy

robią tam tzw. karierę, jest bardzo mały procent. Choć oczywiście może mnie pani spróbować przekonać.



No to proszę: W Londynie funkcjonuje już kilka stowarzyszeń skupiających m.in. polskich bankierów czy maklerów, najsłynniejszy z nich to Polish Professionals' Club. Studiując w Londynie, chodziłam na zajęcia do dwóch polskich wykładowców, a 20 proc. studentów z

mojego kierunku stanowili Polacy.

– Pytanie, na jakich stanowiskach pracują członkowie wspomnianych stowarzyszeń? Dyrektorskich czy szeregowych urzędniczych? I jak wielką grupę stanowią razem ze studentami czy wykładowcami w porównaniu z resztą emigrantów z Polski? Nie wykluczam też, że Wielka Brytania jest dla nas lepszym miejscem niż Niemcy. Według badań przeprowadzonych przez niemiecki Instytut Spraw Publicznych wizerunek Polaków w tym kraju

w ostatnich latach znacząco się pogorszył. Przy tym rynek pracy w Niemczech, podobnie jak i w Austrii, jest dla Polaków ciągle zamknięty. Wyjątki się oczywiście zdarzają – w Niemczech są koła polskich naukowców, słyszymy też o naszych rodakach, którzy odnieśli sukces w USA. To jednak nie zmienia obrazu całości. To ci Brytyjczycy czy Irlandczycy wystawiają nam cenzury, a nie my im. Z drugiej strony, nie chciałbym negować pani opinii,

bo wciąż brakuje badań nad nową emigracją. Poza tym rzeczywiście poczyniliśmy ogromny postęp w ciągu kilku ostatnich lat.



Z czego zatem wynikają porażki Polaków za granicą? Z antypolonizmu jako ideologii, o którym pan pisał, czy raczej z naszych kompleksów, braku pewności siebie i tego, że nie mierzymy wysoko?

– Na pewno po części to nasza wina. Z Polską w ostatnich latach jest jak z Niemcami po wojnie – musimy przejść fazę „najadania się”. Polacy wyszli z biedy i teraz konsumują – to pomaga im w kryzysie, ale nie do końca wiedzą, jak to robić. Robią to więc bez stylu, ostentacyjnie. Tak samo jak polscy politycy, o których głośno nawet za granicą. Ktoś pobije żonę na Florydzie, szamocze się ze stewardesą, cofa na autostradzie... Poza tym

jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów w UE. Ciągle jesteśmy państwem na dorobku, a na dorobkiewiczów patrzy się z góry. Nawet jeżeli pracuje się na stanowisku menedżerskim w City, ale pochodzi się z kraju, który nie produkuje nic budzącego podziw, który nie jest znany z wynalazków, który w ciągu ostatnich 20 lat nie błyszczał wielkimi osiągnięciami w

kulturze, nauce lub technice. Prestiż kraju pomaga w rozwoju karier indywidualnych.



Ale istnieje oprócz tego antypolonizm jako ideologia?

– Tak, istnieje także ideologiczna antypatia do Polski. Ostatnio było ją widać w kampanii przeciw europosłowi Michałowi Kamińskiemu. Te tendencje bardzo narosły w latach 2005–2007, za czasów rządów PiS. Nie dziwię się więc Polakom, którzy spotkali się z przejawami dyskryminacji za granicą, że w ostatnich wyborach tak zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko poprzedniemu rządowi. Był to zrozumiały odruch konformizmu.

Stosunek do Polski świetnie ilustruje opinia moich znajomych, Niemców, którzy jakiś czas temu wytykali Polakom, że powinni się wstydzić Leppera jako wicepremiera. Nie przyszło im do głowy, że sami powinni się wstydzić za np. Schrodera na garnuszku u Putina. Mamy do czynienia z naciskiem – także kulturowym, historycznym – na Polskę. Nie istnieje oczywiście wielki spisek przeciwko naszemu krajowi, ale antypolonizm jako ideologia –

owszem.Z tym też wiąże się inny problem: jak w związku z tym Polacy podchodzą do swojej tożsamości narodowej. Często są to skrajne postawy: albo się jej wstydzą i od niej dystansują, albo ostentacyjnie się z nią obnoszą, pomagając sobie wrzaskiem i wyzwiskami

– to taki patriotyzm kibica.



Tak jak przy okazji wyboru Jerzego Buzka na stanowisko szefa europarlamentu?

– Tak, to jest doskonały przykład na to, jak nie potrafimy zdobyć się na realistyczną ocenę. W tych wybuchach euforii widoczna była chęć identyfikacji z kimś, kto odniósł sukces, ale bardzo infantylna. Nie wiemy jeszcze, co Buzek zrobi, jakie są jego możliwości. Ważne jest, że odnieśliśmy sukces. I wszystko jedno, czy to jest Buzek, Małysz, Kubica czy Jan Paweł II. To świadczy o wielkim braku pewności siebie i nieznajomości hierarchii zdarzeń i funkcji. Niemcy nie przywiązywali wielkiej wagi do

tego, że Hans-Gert Poettering został przewodniczącym europarlamentu. Większość nawet nie zna jego nazwiska. Nasz brak realizmu przejawia się w nadmiernej wadze przywiązywanej do sukcesów, jakie odnoszą inni Polacy. To wyraz głębokich kompleksów, choć wyraża się w tym naturalna potrzeba symboli i osób, wokół których możemy się jednoczyć. Niestety, trudno

nie zauważyć, że z drugiej strony pełno jest zjawisk świadczących o braku poczucia własnej godności. A ludzie, którzy nie mają szacunku do siebie, nie mają go też do innych, zwłaszcza tych „gorszych”. Usiłują się przypodobać silnym, gardzą słabszymi.



Jakie są tego konsekwencje dla imigrantów?

– Imigranci odnoszący sukcesy za granicą często czują potrzebę dystansowania się w stosunku do Polski. Zmieniają nazwiska, bo polskie trudno się wymawia. Gorliwe starają się spełnić oczekiwania swoich gospodarzy. Sam byłem świadkiem przy okazji międzynarodowych konferencji, w czasie których Polacy przełykali wypowiedzi, które

wymagały ostrej reakcji. Niektórzy chcą się wręcz wypisać z polskiej wspólnoty. Indywidualny sukces osiągany jest przez zanegowanie przynależności do wspólnoty narodowej. Taka postawa, nawet jeżeli jest doraźnie nagradzana, nie spotyka się z prawdziwym szacunkiem tych, którym chcemy się podlizać.



Czyli jak ktoś odnosi sukces za granicą, to już nie jako Polak?

– Ludzie pracujący np. w londyńskim City czy środowisku naukowym należą do enklawy międzynarodowej, w której tożsamość narodowa nie odgrywa wielkiej roli. Stąd tych ludzi nie do końca identyfikuje się jako Polaków, raczej jako pochodzących z Polski specjalistów. Inaczej wygląda sytuacja tych, którzy żyją poza takim zglobalizowanym, transnarodowymi enklawami, którzy pracują w zawodach bardziej lokalnych. Ci z trudem się asymilują, tworzą własne etniczne enklawy. Wtedy naturalną koleją rzeczy jest to, że narastają problemy na tle narodowościowym. Tak jak w przypadku polskiej dzielnicy w

Londynie, Hammersmith. W środowisku ludzi przebywających w takiej masie, wyrwanych ze znajomego, rodzimego kontekstu, pojawiają się też patologie.



Ale przecież w dużej mierze to młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę.

– To prawda, to bardzo świeża i młoda emigracja, ciągle pełna entuzjazmu. Myślę, że ona jest jeszcze większym dowodem na porażkę Polski. Dlaczego nasz kraj nie pozwala na spożytkowanie tego entuzjazmu na miejscu? Dlaczego tak ciężko im robić w Polsce coś, co świata nie zamyka, lecz otwiera i daje poczucie sensowności? Dlaczego ludzie, którzy mają ogromny potencjał, muszą wyjeżdżać za granicę, zamiast pracować na sukces narodowy Polski? Z prac dyplomowych moich studentów i ich relacji wynika, że nawet, gdy dobrze wykształceni emigranci zdecydują się wracać do kraju, nic dobrego tam ich nie czeka. Niezależnie od tego, gdzie się kształcili, jak cenne mają doświadczenie zawodowe, nie mogą znaleźć pracy. Okazuje się też, że wszystkie programy zachęcające do powrotu to czysta mrzonka i służą jedynie temu, by utrzymać zastępy urzędników.



Nie ma sensu wyjeżdżać?

– Nie jestem przeciwnikiem wyjazdów czy osiedlenia się na stałe w innych krajach. Wręcz przeciwnie. Widzę po swoich studentach, że doświadczenie życia, pracy i uczenia się za granicą jest niesamowicie cenne. Problemem dopiero jest sposób, w jaki ludzie je spożytkują. Zwłaszcza młode osoby dążą do sukcesu indywidualnego, a jak mówiłem poprzednio, w przypadku Polski – sukces indywidualny jest zazwyczaj oddzielony od zbiorowego.



Ale przecież powracający emigranci, nie mogąc znaleźć zatrudnienia u kogoś, zatrudniają się sami. Wracają z całym kapitałem – z oszczędnościami, pewnością siebie, przedsiębiorczością oraz ogromną wiedzą – i otwierają własne firmy. Czy nie dokładają się w ten sposób do budowania sukcesu narodowego?

– Jeżeli okaże się, że to zjawisko na większą skalę, to będzie niewątpliwie bardzo pozytywne. To byłby dobry sposób na spożytkowanie potencjału ludzi, którzy są wykształceni, pełni zapału, znają języki, a których w Polsce nie chce się zatrudniać. Osoby, które wracają do kraju i otwierają własne firmy, mogą albo zasiać ferment, albo wzbogacić życie publiczne tymi wartościami, które nabyły za granicą – i oczywiście nie mówię tylko o finansach, ale i obyczajach, które mogłyby stać się bardzo ważnym czynnikiem modernizacyjnym.



To w czym jest problem?

– Zapał tych ludzi może się rozbić o panujące w naszym kraju marazm i nepotyzm. Zresztą to bardzo świeże zjawisko i nie wiemy, czy zapał zaraz się nie ulotni. Ludzie mogą przez 2–3 lata szamotać się, a potem znowu wyjechać za granicę, bo tu nic nie wskórali. I cykl się zamyka.



Skąd to się bierze, że młodzi ludzie muszą wyjeżdżać za granicę, aby móc robić coś, co daje im satysfakcję?

– Dlatego, że mimo wszystkich przemian ciągle liczą się dojścia i powiązania, a możliwość awansu społecznego przez pracę i talent są bardzo ograniczone. Szczególnie ci najlepsi mają małe szanse samorealizacji – w Polsce nie ma odpowiednika City czy Wall Street, nie

ma elitarnych uniwersytetów, nie ma polskich firm high-tech i laboratoriów na światowym poziomie. Jesteśmy krajem produkującym klamki do mercedesów, a nie mercedesy. I wielkim zadaniem na kolejne 20 lat byłoby to, żeby zmienić ten stan rzeczy. Zadaniem dla tych właśnie młodych ludzi – i dla tych, którzy Polską rządzą lub będą rządzić. Wtedy naprawdę moglibyśmy z dobrze uzasadnionym poczuciem własnej wartości jeździć po świecie i na luzie cieszyć się Polską i polskością.

komentarze (69)
"""""""""""""""""""""""""""""""""
http://fakt-opinie.salon24.pl/119221,polacy-moga-swiatu-zaproponowac-glownie-wlasne-miesnie

sobota, 26 września 2009

prl RPrl płatne. Lista


MOTTO.
" ( ) Demokracja to rządy świadomych obywateli w interesie świadomych obywateli. Demokracja to niskie podatki jeśli wyborcy chcą niskich podatków, demokracja to surowe prawo jeśli obywatele chcą surowego prawa, demokracja to dekomunizacja jeśli wyborcy nie chcą komunizmu, a nie rządy na odwrót, albo w oderwaniu od woli ludzi. Woli ludzi, która w Polsce przechodzi przez tak zręcznie skonstruowane mechanizmy, że staje się swoją odwrotnością. Żeby dowiedzieć się kto i jak rządzi w Polsce, trzeba przestać patrzeć na etykietę, minąć fasadę i zajrzeć do cuchnącego środka. "
republikan http://imperium-marionetek.blog.onet.pl/Zapach-polskiej-demokracji,2,ID250547472,n

"""""""""""""""""""""""""




++++++++++++
Ułaskawienia - interes na topie? Mamy ułaskawionego Sikorę, starania o ułaskawienie Sobotki, aferalne ułaskawienie Petera Vogla - bandytę podejrzewanego o pranie pieniędzy Marka Dochnala - co dalej?

Bez wątpienia spektakularną sprawą jest niejasne okoliczności kontrowersyjnego ułaskawienia Petera Vogla, nazywanego "kasjerem lewicy". Prokuratura warszawska wszczęła dochodzenie i już sprawdza szwajcarskie konta polityków zaangażowanych w sprawę Marka Dochnala - zapowiedział prokurator krajowy Janusz Kaczmarek.
Postępowanie ma wykazać, czy w trakcie procedury mogło dojść do przyjęcia korzyści.
Według premiera Kazimierza Marcinkiewicza to ułaskawienie jest kolejnym przykładem "psucia państwa". "To jest właśnie kolesiostwo. Ni mniej, ni więcej, ale ludzie z otoczenia prezydenta Kwaśniewskiego, ludzie z otoczenia SLD korzystają na odchodnym pana prezydenta z jego łaski" - oświadczył Premier.

Wyjaśnienia w sprawie:
Vogel pracując w szwajcarskim banku Coutts odpowiadał za klientów z Europy Wschodniej, także z Polski. Byli wśród nich politycy i biznesmeni, m.in. lobbysta Marek D. Okazało się, że w 1971 roku Vogel, który miał wówczas 17 lat i posługiwał się się jeszcze nazwiskiem Filipowski, brutalnie zamordował 75-letnią kobietę. Został ujęty i skazany na 25 lat więzienia. Uniknął kary śmierci tylko dlatego, że był nieletni. Po odsiedzeniu ośmiu lat więzienia Vogel w 1979 roku uzyskał przerwę w odbywaniu kary i nie wrócił już do więzienia. W 1983 roku w niewyjaśnionych okolicznościach dostał paszport, wyjechał do Niemiec, potem do Szwajcarii i przyjął panieńskie nazwisko matki. Zrobił błyskawiczną karierę w sektorze bankowości. W 1998 roku polski wymiar sprawiedliwości uruchomił procedurę ekstradycyjną. Vogel został zatrzymany w Szwajcarii i przekazany naszym służbom. Trafił do aresztu i niemal natychmiast jego prawnicy wnieśli o ułaskawienie. Procedurę podejmuje prokurator generalna
Hanna Suchocka i nagle sprawa staje się coraz bardziej dziwna. Prokurator Jolanta Rucinska z Ministerstwa Sprawiedliwości najpierw sporządza negatywną opinie, a za chwile ją zmienia. W aktach sprawy jest jednak jej notatka, gdzie wyjaśnia, że zmiany kazał jej wprowadzić zastępca prokuratora generalnego
Włodzimierz Wolny. Następnie opinia została podpisana przez drugiego zastępcę prokuratora generalnego Stefana Śnieżkę i w lipcu 1999 roku Vogel został ułaskawiony i wraca do Szwajcarii.
Nazwisko Vogla pojawia się kolejno w aferze Orlenu i w śledztwach dotyczących prania brudnych pieniędzy mafii, także paliwowej, oraz znanych polityków lewicy. Funkcjonariusze ABW ustalili, że Vogel utrzymywał zażyle kontakty z Ałganowem, a także z Andrzejem Kuna i Aleksandrem Żaglem - czyli bohaterami afery Orlenu. Vogel współuczestniczył w organizowaniu wiedeńskiego spotkania Kulczyka z Ałganowem. Spotkanie, które odbyło się w Wiedniu w 2004 roku, miało dotyczyć prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Władimir Ałganow, rosyjski szpieg, miał na nim powiedzieć, że za obietnicę „załatwienia” sprawy, czyli sprzedaży rafinerii Rosjanom, ówczesny minister skarbu Wiesław Kaczmarek i szef Nafty Polskiej Maciej Gierej wzięli po pięć mln dolarów łapówki. Według ABW, te pieniądze mogły zostać ulokowane w szwajcarskim banku Coutss, w którym pracował Peter Vogel. Przypuszczalnie swoje konta ma tam też i Kwaśniewski, oraz wyżsi politycy SLD.
Z materiałów zebranych przez prokuraturę i ABW wynika też, że Vogle utrzymywał też bliskie kontakty z Markiem Dochnalem, aresztowanym m.in. za pranie brudnych pieniędzy - czyli koło się zamyka.
Według Kaczmarka jedną z niewyjaśnionych kwestii w sprawie Vogla jest natychmiastowy tryb zwolnienia go z aresztu ekstradycyjnego. "Takie natychmiastowe zwolnienie to sytuacja wyjątkowa. Jeżeli na to nałoży się informacje dziennikarzy o naciskach na zastępcę prokuratora generalnego, które miały miejsce w tym samym czasie, to musimy sprawdzić, czy nie doszło do przekroczenia uprawnień urzędującego wówczas prokuratora i innych osób zaangażowanych w natychmiastowe zwolnienie Vogla" - powiedział Kaczmarek.
Wątpliwości budzi fakt, że Vogel jeszcze przed ukończeniem procedury ułaskawieniowej, decyzją ówczesnego zastępcy prokuratora generalnego Stefana Śnieżki, wyszedł na wolność.

Sprawa ułaskawienia Yogla wyszła na jaw przy okazji próby ułaskawienia
Sobotki przez Kwaśniewskiego.
W sprawie ułaskawienia Zbigniewa Sobotki szef rządu pytany, czy namawiałby ministra sprawiedliwości do opóźnienia procedury, czy do przekazania akt prezydentowi, powiedział:
"Na pewno trzeba działać tu absolutnie zgodnie z prawem i minister sprawiedliwości jak mało kto inny powinien to robić". Jednocześnie premier podkreślił, że należy wykorzystać "wszelkie możliwe procedury, by nie dopuścić do wykonania tego aktu łaski, bo to jest absolutne psucie państwa". "Mało jaka rzecz psuje tak państwo jak tego typu decyzja" - powiedział Marcinkiewicz.

Co wiemy:
Zbigniew Sobotka wstąpił do PZPR pod koniec lat 70. Jego prawdziwa kariera zaczęła się jednak dopiero u schyłku PRL. Jako przedstawiciel aktywu robotniczego z Huty Warszawa trafił wówczas do Biura Politycznego PZPR, gdzie zyskał opinię przedstawiciela frakcji twardogłowych. Świadczą o tym choćby meldunki wschodnioniemieckiej Stasi. Sobotka dzielił się swoimi informacjami i spostrzeżeniami z oficerami tajnych służb NRD. Gdy Sobotka znalazł się we władzach PZPR, stał się też sąsiadem Kwaśniewskiego i Józefa Oleksego na osiedlu w warszawskim Wilanowie.
Na początku III RP Sobotka przeszedł metamorfozę: z walcownika w hucie stał się ekspertem w sprawach bezpieczeństwa i tajnych służb. Wiosną 1994 r. trafił do MSW, kierowanego wtedy przez Andrzeja Milczanowskiego, bliskiego współpracownika Lecha Wałęsy. Za kandydaturą Sobotki miał stać właśnie Kwaśniewski, ówczesny lider SLD. - Sobotka nie był pierwszym kandydatem, jakiego działacze sojuszu przedstawili ministrowi, był też zdecydowanie najsłabszy z nich - wspomina gen. Henryk Jasik, zastępca Milczanowskiego.
Początkowo Sobotka nie miał zbyt wiele do powiedzenia: nadzorował straż pożarną i przetargi w ministerstwie. Jego pozycja wzrosła na początku 1996 roku, kiedy z resortu po ujawnieniu sprawy Olina musiała odejść ekipa Milczanowskiego. Sobotka przejął władzę w resorcie. Do MSWiA trafił ponownie w 2001 r. po zwycięstwie SLD. Choć formalnie szefem resortu był Krzysztof Janik to Sobotka był faktycznym zarządcą resortu nadzorującym policję.
Czy chodzi tu o związki wpływowych polityków polskiej lewicy z KGB i Stasi?
Okoliczności, w jakich poznawali oni pułkownika KGB Władimira Ałganowa, kulisy przejęcia majątku PZPR - we wszystkie zaangazowany był Zbigniew Sobotka - wiceminister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera, który od lat uchodził za szarą eminencję lewicy. czy jego wiedza o przekrętach polityków będzie jego polisą bezpieczeństwa?
Czy dlatego Aleksander Kwaśniewski zdecydował się na wszczęcie procedury ułaskawieniowej wobec Sobotki, skazanego za ujawnienie planów operacji policji?
Ciekawe, co skłoniło Kwaśniewskiego dla zaryzykowania swej reputacji i resztki społecznego zaufania?
Po ujawnieniu afery starachowickiej doszło do ostrego konfliktu na linii Grzegorz Kurczuk (minister sprawiedliwości) - Krzysztof Janik. Kurczuk opowiedział się za odebraniem Sobotce immunitetu. Janik był przeciwnego zdania. Co więcej, przed zakończeniem postępowania w tej sprawie ogłosił zakończenie banicji urlopowanego Sobotki. Odczytano to jako nacisk na prokuraturę, by nie stawiała zarzutów wiceministrowi.
Czy Krzysztofem Janikiem kierowała tylko sympatia do swojego zastępcy? Spekulowano wtedy, że być może za przeciekiem starachowickim stał nie Zbigniew Sobotka, lecz Krzysztof Janik mający świetne kontakty z lokalnymi politykami SLD. Janik temu zaprzeczył, a Sobotka tradycyjnie milczał.

Za to przy okazji "afer ułaskawieniowych" skorzystał bez wątpliwości Stanisław Sikora - skazany na 25 lat za podwójne zabójstwo gangsterów. Stał się pierwowzorem i bohaterem filmu „Dług”.
Dwukrotnie wnosił o ułaskawienie i w końcu prezydent Aleksander Kwaśniewski, (aby wyjść z honorem?), podpisał już dokumenty ułaskawienia w jego sprawie.
Bez wątpienia decyzji o ułaskawieniu Sikory można łączyć z głośną aferą łaski dla Zbigniewa Sobotki.
Zresztą, wcześniej rzecznik PiS Adam Bielan zapowiedział, że jeżeli Aleksander Kwaśniewski nie ułaskawi Sikory, zrobi to Lech Kaczyński.

Dla przypomnienia:
Młodzi biznesmeni: Sławomir Sikora, Artur Bryliński i Tomasz K. na początku lat 90. wplątali się w niejasne układy z Grzegorzem G., który zajmował się m.in. handlem kradzionym towarem i wymuszaniem zwrotu fikcyjnych długów. Pewnego dnia gangster zażądał od nich zwrotu nieistniejącej pożyczki. Szantażował ich i zmuszał do popełniania przestępstw.
W marcu 1994 r. w lesie pod Maciejowicami (woj. mazowieckie) Grzegorz G. i jego „ochroniarz” zostali zabici nożem i tasakiem. Ciosy zadawał Bryliński, on też odciął głowy ofiar; Sikora zaś przytrzymywał ofiary. Warszawski sąd wojewódzki w listopadzie 1997 r. skazał biznesmenów na kary po 25 lat więzienia. Trzeciego mężczyznę sąd uwolnił od zarzutu morderstwa "ochroniarza" Grzegorza G. i skazał na 12 lat więzienia. Na podstawie tej historii Krzysztof Krauze nakręcił film „Dług” – jeden z najważniejszych polskich filmów lat 90.

Interwencje redakcji.

Zawiadomienie o przestępstwie
W dniu 1 grudnia 2005 w programie TVP ( Prosto w oczy), była współpracownik Prezydenta RP Aleksandra Kwasniewskiego Jolanta Szymanek-Deresz ujawniła, ze Prezydent Kwaśniewski ma poważne ( niejawne ) powody, które uzasadniają podjecie procedury ułaskawienia skazanego Zbigniewa Sobotki.

Charakter wystąpienia Jolanty Szymanek-Deresz rzuca uzasadnione podejrzenie, ze podjecie procedury ułaskawienia Zbigniewa Sobotki może mieć lub ma charakter przestępczy.

Wypowiedz Jolanta Szymanek-Deresz wyraźnie wskazuje, ze Aleksander Kwaśniewski
może być poddany groźbom, ze strony Zbigniewa Sobotki - lub innych - celem wymuszenia ułaskawienia.
##########

Powody ujawnienia tych informacji ze strony Jolanta Szymanek-Deresz nie są znane ale są też nieistotne.
Jolanta Szymanek-Deresz jest jedna z najlepiej poinformowanych osób w Polsce w zakresie spraw zakulisowych Urzędu Prezydenta.
Powstała sytuacja uzasadnia wszczęcie dostępowania wyjaśniającego w trybie nagłym.
Wyklucza to także możliwość przesłaniu A. Kwaśniewskiemu dokumentów sądowych w sprawie Sobotki przed wyjaśnieniem okoliczności sugerowanych przez Jolanta Szymanek-Deresz.

Podobne tematy znajdziesz w dziale: ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia
http://www.aferyprawa.com/index2.php?dzial=polityka&id=852&p=teksty/show
++++++++++++++
++++++
PS.

Co by było, gdyby nie było?
Okrągły Stół, czerwiec 1989, wybory do Sejmu Kontraktowego, zagłada Listy Krajowej ...
Czy na pewno upadł wtedy w Polsce socjalizm?

Powstanie antykomunistyczne, nawet zwycięskie, miałoby swoją cenę krwi, na którą Polski już nie stać było. Dobrze się stało, że z socjalizmu realnego wyszliśmy pokojowo, ale nie znaczy, że nie zapłaciliśmy za to też dużo, ale w inny sposób.

Dla rozrywki - trochę historii alternatywnej:
PRL alternative ending - część 1, 2, 3 i 4.
++++++++++
http://www.rtc.pl/~ff/

piątek, 25 września 2009

Here is Germany


******************
******THIS IS RUSSIA PICTURE


*****************
**************
PS. +++ ILUMINACI W SZKOLE.

Polskie pola Września




+++++++++++++++++++
++++++++++

***************************
+++++++++++++++++++++++++++
Bitwa pod Szackiem
agresja ZSRR na Polskę 1939
Data 28 - 29 września 1939
Miejsce: Szack, II Rzeczpospolita
Przyczyna: agresja ZSRR
Wynik: taktyczne zwycięstwo Polaków
Strony konfliktu
Polska ZSRR
Dowódcy:
gen. Wilhelm Orlik-Rückemann płk. Iwan Russijanow
Siły
-4 000 żołnierzy KOP z 16 działami
-13 000 żołnierzy, 9 czołgów, 15 dział
Straty:
ok. 500 zabitych, rannych i zaginionych, kilka ciężarówek, kilka działek
81-82 zabitych, 184-185 rannych, 9 czołgów T-26[1], 5 ciągników artyleryjskich T-20

Kampania wrześniowa (1 IX - 6 X) 1939
Westerplatte (1-7 IX) • Gdańsk • Wybrzeże i Bałtyk • granica państwa • Żory • Chojnice • Grudziądz • Lasy Królewskie • Mokra • Wyry • Pszczyna (1-2 IX) • Mława (1-3 IX) • Bory Tucholskie (1-5 IX) • Węgierska Górka (2-3 IX) • Krojanty • Jordanów (2 IX) • Borowa Góra • Bukowiec (3 IX) • Rajsko • Piotrków (5-6 IX) • Różan (4-6 IX) • Tomaszów Mazowiecki (6 IX) • Pułtusk • Łódź • Wizna (7-10 IX) • Iłża (8-9 IX) • Nowogród (8-10 IX) • Łomża (7–10 IX) • Wola Cyrusowa • Warszawa • Gdynia • Hel • Bzura (9-22 IX) • Kępa Oksywska • Jarosław (10-11 IX) • Przemyśl (11-14 IX) • Kałuszyn (11/12 IX) • Brwinów • Lwów (12-22 IX) • Mińsk Mazowiecki (13 IX) • Modlin (14-29 IX) • Sochaczew (13-16 IX) • Kobryń • Brześć (14-17 IX) • Węgrów • Tomaszów Lubelski (17-20 IX i 22-27 IX) • Wilno (18-19 IX) • Wólka Węglowa • Palmiry (21 IX) • Grodno (20-22 IX) • Łomianki (22 IX) • Janów, Wereszyca i Hołosko • Krasnystaw • Krasnobród (23 IX) • Husynne (24 IX) • Szack (29-30 IX) • Cześniki • Władypol • Wytyczno (1 X) • Parczew • Kock (2-6 X)

Bitwa pod Szackiem - starcie podczas agresji ZSRR na Polskę,
stoczone w dniach 28 - 30 września 1939
między 52 Dywizją Strzelecką RKKA, a liczącą w tym czasie około 4000 żołnierzy grupą KOP generała Wilhelma Orlika-Rückemanna.
**********
Szacka broniły dwie sowieckie kompanie z 112 Pułku Strzeleckiego wsparte plutonem CKM. 54 Dywizjon Przeciwpancerny prawdopodobnie wycofał się uprzednio z Szacka i zajął pozycję w połowie drogi z Szacka do miasta Mielniki. W walkach wziął udział również 411 batalion pancerny kapitana Nieseniuka który został całkowicie rozbity.

Walki o miejscowość rozpoczęli Sowieci 28 września, uprzedzając polski atak. Kilka czołgów 411 batalionu pancernego i samochody z piechotą ruszyły groblą koło jeziora Lucemierz na pozycje polskie, które znajdowały się na wschód i południowy wschód od wsi. Teren był bardzo grząski. Oddziały KOP podpuściły wroga blisko i otworzyły ogień z działek ppanc. i karabinów maszynowych. W czasie tej walki zniszczono 8 czołgów T-26, które zablokowały wąską groble[1]. Z 411 batalionu pancernego uratowało się trzech rannych czołgistów. Na wieść o rozbiciu 411 batalionu pancernego płk. Russijanow długo nie przysyłał posiłków oddziałom walczącym w rejonie Szacka.
Następnie rozpoczął się polski atak na Szack. Wojska polskie poprowadził ppłk Nikodem Sulik. Wieś została ostrzelana przez artylerię, a następnie doszło do szturmu i krwawej walki na bagnety. W południe została zdobyta. Znalezione tu zaopatrzenie poprawiło sytuację wyczerpanych fizycznie i psychicznie polskich żołnierzy. Sowieci przeprowadzili kontratak, ale został on odparty ogniem broni maszynowej i artylerii. Natomiast polska próba oskrzydlenia wojsk sowieckich nie udała się. 29 września oddziały polskie wycofały się w kierunku przeprawy przez Bug w Grabowie. Niestety samochody ciężarowe i kilka dział trzeba było zostawić.
W walkach z bolszewikami zginęło lub zostało rannych 500 polskich żołnierzy. KOP stracił też sporo amunicji, zwłaszcza artyleryjskiej i kilka ciężarówek. Straty nieprzyjaciela były większe. Zginęło 81-82 żołnierzy, a 184-185 zostało rannych[potrzebne źródło]. Stracono 8-9 czołgów T-26 i 5 ciągników artyleryjskich T-20 Komsomolec[1]. Siemion Timoszenko przyznał się do straty 7 czołgów i kilku samochodów pancernych[potrzebne źródło]. Dowódca radzieckiej dywizji, pułkownik Iwan Russijanow został ciężko ranny w rękę odłamkiem pocisku artyleryjskiego {prawdopodobnie 75 mm}[2].

Spis treści . 1 Zbrodnia w Mielnikach
1.1 Przypisy
1.2 Zobacz też
1.3 Literatura

Zbrodnia w Mielnikach [edytuj]
W Mielnikach Sowieci zabili 18 oficerów [1].

I Ty możesz (tak) myśleć

25 września 2009
Dlaczego nie mam w dupie małych miasteczek

Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:
50 powiatów z ponad 20-procentowym bezrobociem
"Rzeczpospolita": W prawie co piątym powiecie bezrobocie w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosło przynajmniej o 3 pkt proc.
Zobacz wypowiedzi innych ludzi »

W małych miastach z reguły dużym pracodawcą jest jedna firma. Jeżeli padnie to następuje ekonomiczne tąpnięcie w całej okolicy. Takich przypadków jest niestety coraz więcej. W wyniku kryzysu mieszkańcy małych miejscowości znaleźli się w pułapce. Gdy tracą pracę nie stać ich na przeniesienie się do dużego miasta, maja tez problemy z ewentualnym dojazdem ze względu na likwidację lokalnych linii kolejowych.

Dalsze pogłębianie się takiej sytuacji może prowadzić do opłakanych skutków. Zbiedniałe miasta powiatowe przestaną pełnić role lokalnych ośrodków. Kto tylko będzie mógł ucieknie stamtąd. Polska zacznie przypominać kraje trzeciego świata w których większość ludności zamieszkuje stolicę i dwa lub trzy duże ośrodki miejskie.

Ludzie w małych miejscowość nie wierzą w idiotyczną propagandę sukcesu uprawianą przez rząd i przychylne mu media. Dla kogoś kto właśnie stracił prace i nie ma szans na jej znalezienie gadanina rządowych propagandystów o braku kryzysu w Polsce to ponury żart. Kiedyś Andrzej Bursa napisał, że ma w dupie małe miasteczka. Teraz stało się to dewizą niekompetentnego rządu.
**********
adamkuz 1 komentarz

24 września 2009
Polskie kościoły pełne są dyskryminowanych kobiet
Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:
Sonda: Kościół dyskryminuje kobiety w Polsce
Zobacz wypowiedzi innych ludzi »

W tej sprawie Alicji Tysiąc absurd goni absurd. Najpierw mieliśmy kobietę, która miała pretensje, że nie pozwolono jej zabić nienarodzonego dziecka. Aborcja miała pomóc troskliwej matce na wzrok. Ten dziwny punkt widzenia podzielił sąd w Strassburgu przyznając pani Tysiąc odszkodowanie.

Potem był pozew przeciwko Gościowi Niedzielnemu, który ośmielił się zwrócić uwagę na niewłaściwość podobnego postępowania. Kuriozalny wyrok niezawisłego sądu w Katowicach przejdzie do annałów polskiego sądownictwa mającego na koncie różne wpadki takie jak sprawa artystki Nieznalskiej.

Według sędziny można nazywać aborcję zabójstwem ale nie w odniesieniu do konkretnych osób. Teraz powinniśmy czekać na orzeczenie w myśl którego bezprawny zabór mienia można nazywać kradzieżą ale nie w odniesieniu do konkretnych osób. Przyjęcie takiego punktu widzenia niezwykle ułatwiłoby pracę polskiego wymiaru sprawiedliwości zawalonego tego typu sprawami.

Katowicki sąd w mądrości swojej zwrócił także uwagę na bezprawne porównanie zwolenników aborcji do hitlerowskich zbrodniarzy odpowiedzialnych za zagładę Żydów w obozie Oświęcim-Brzezinka. Porównanie to jest istotnie krzywdzące ale dla zbrodniarzy z SS, którzy zamordowali około 6 milionów ludzi podczas gdy aborcjoniści co najmniej 10 razy tyle.

Z uzasadnienia wyroku możemy się także dowiedzieć o mowie nienawiści. To robiące ostatnio zawrotna karierę sformułowanie oznacza po prostu cenzurę zakazującą używania określeń sprzecznych z lewacką poprawnością polityczną. Jak ktoś powie o zabijaniu nienarodzonych dzieci zamiast użyć eufemizmu przerywanie ciąży powinien podobnie jak Gość Niedzielny liczyć się z sankcjami. Dlatego też proponuję przeprowadzenie eksperymentu, nie stosujmy się do wskazań politycznej poprawności tak jak ja to robię na swoim blogu i niech nas pozywają, jeżeli tak postąpi tylko parę osób to przegramy ale jeśli tak publicznie wypowie się pareset lub parę tysięcy to ciekawe co nam zrobią? Nałożą kary na cały tłum?

Dyskusja w mediach w prawie Alicji Tysiąc została podsumowana przez sondę w której padło pytanie czy Kościół dyskryminuje kobiety. Okazało się, że tak jest według 67 procent internautów, tylko 26 procent jest zdania przeciwnego. To bardzo ciekawy wynik wziąwszy pod uwagę, że osoby systematycznie uczęszczające na mszę to w większości kobiety. W przeciwieństwie od nich mężczyźni zwłaszcza w wieku 15-35 lat szerokim łukiem omijają kościoły wychodząc z mylnego założenia, że nigdy nie zachorują, nie umrą i prawdopodobnie będą żyli wiecznie. Wychodzi na to, że polskie świątynie pełne są dyskryminowanych kobiet a brak w nich preferowanych mężczyzn.
**********
adamkuz 62 komentarzy

23 września 2009
Nie wolno obrażać ludobójców
Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:
Wyrok ws. A. Tysiąc budzi emocje - "eksmisja z macicy czy jak?"

Bulwersujący - tak Jarosław Gowin (PO) i Bolesław Piecha (PiS) określają wyrok nakazujący "Gościowi Niedzielnemu" przeproszenie Alicji Tysiąc. Szef klubu PSL Stanisław Żelichowski uważa, że sprawa nie ma wymiaru politycznego, lecz "czysto ludzki". Zdaniem przewodniczącego SLD Grzegorza Napieralskiego, sprawiedliwości stało się zadość.
Zobacz wypowiedzi innych ludzi »

Według niezawisłego sądu Archidiecezja katowicka jako wydawca i Marek Gancarczyk jako redaktor naczelny tygodnika Gość Niedzielny powinni przeprosić panią Alicję Tysiąc za bezprawne porównanie do hitlerowskich zbrodniarzy odpowiedzialnych za zagładę Żydów w obozie Oświęcim-Brzezinka.

Teraz pewnie żyjący jeszcze członkowie załogi niemieckiego obozu zagłady pozwą do sądu Gościa Niedzielnego za porównywanie ich do aborcjonistów. W końcu zbrodniarze z SS zamordowali około 6 milionów ludzi a aborcjoniści mają na koncie co najmniej 10 razy tyle istnień ludzkich.
************
adamkuz 8 komentarzy

22 września 2009
Jak uniknąć aresztowania (krótki kurs)
Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:
Blida nie popełniła samobójstwa? Komisja sprawdza ważny ślad
"Gazeta Wyborcza": Wcale nie jest pewne, że Barbara Blida popełniła samobójstwo. Jej broń mogła wypalić podczas szamotaniny z agentką ABW. Sejmowa komisja śledcza zastanawia się, że może właśnie dlatego ktoś starł z rewolweru odciski palców.
Zobacz wypowiedzi innych ludzi »

Jeżeli o czwartej nad ranem zadzwoni do ciebie ktoś z ze znajomych i powie ci, że masz być aresztowany to możesz zrobić trzy rzeczy:
Po prostu zwiać. Jak to śpiewano kiedyś w kabarecie - mam chusteczkę, mam jedwabną co ma cztery rogi jak mi tylko coś nie wyjdzie spieprzę do Nairobi. Na świecie wiele jest miejsc przyjemniejszych niż cela więzienna. Jak jeszcze masz kierowcę chociaż minimalnie do siebie podobnego to możesz długo wodzić organa ścigania za nos. Minął długie miesiące zanim się zorientują, że to nie ciebie śledzą. Ty w tym czasie możesz spokojnie rozmawiać z prasą i domagać się listu żelaznego za rzekome rewelacje na temat przewał w sferach rządowych. Takie rozwiązanie ma niestety pewien minus - mogą położyć łapę na twoich nieruchomościach, których wartość jest zaledwie ułamkiem sum, które przewaliłeś. A jak wiadomo nawet niewielka strata ciężko zarobionego majątku boli.

Drugie wyjście jest najbardziej sensowne i dlatego najczęściej stosowane. Po otrzymaniu wiadomości czas do aresztowania możesz wykorzystać na zniszczenie dowodów, rozmowę z adwokatem i przygotowanie sobie szczoteczki do zębów oraz ciepłych gaci. Kiedy już cię zwiną to nic nie pamiętasz i w ogóle niewiele mówisz. Będziesz mieć wtedy pewność, że w celi nie wydarzy ci się żaden wypadek. Wiadomo - nieszczęścia chodzą po ludziach, a już szczególnie po tych, co za dużo mówią. Jeżeli pójdziesz w zaparte to nic ci nie zrobią, najwyżej potrzymają trochę w areszcie. Potem ewentualnie dadzą ci coś w zawieszeniu - rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata.

Trzecie wyjście jest bardzo efektowne chociaż ryzykowne, dlatego też stosuje się najrzadziej. Spokojnie czekasz aż wejdą do domu. Idziesz wtedy do łazienki i strzelasz do siebie z uprzednio przygotowanej broni nabojem sygnałowym. Jest wtedy dużo huku i krwi, ale zamiast wyprowadzić cię w kajdankach wynoszą cię na noszach jako ofiarę systemu. Nie przejmuj się, że ktoś ci w tym przeszkodzi. Funkcjonariusze, którzy po ciebie przyjadą są tak głupi, że aż dziw bierze jak w ogóle trafili pod twój adres. Oczywiście mają oni swoje procedury, takie jak: założenie kajdanek osobie aresztowanej i dokładne sprawdzenie pomieszczeń, ale kto się tym przejmuje. Musisz tylko uważać, żeby nie strzelać do siebie z przyłożenia, bo wtedy możesz się zabić.

adamkuz 3 komentarze
************************ http://adamkuz.blog.onet.pl/

+++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++
*** PS.
15 września 2009
Bardzo groźna książka
Chodzi mi o książkę Pawła Zyzaka pod tytułem: "Lech Wałęsa Idea i Historia".
Nie wiem czy taka była intencja autora, ale ja tak między innymi odebrałem przeczytane dotychczas 300 stro (czyli około połowy tego dzieła). Poza ewidentnym folklorem, czyli wygłupami młodzieńczymi przyszłego Noblisty ta pozycja zawiera jeden niezwykle ważny element.
Tym elementem są dosyć dobrze opisane metody operacyjne, psychologiczne, socjotechniczne i inne mające na celu destrukcję środowisk opozycyjnych (głównie WZZ-ów) przed sierpniem 1980 roku.
Nie należy się w związku z tym dziwić, że pewne środowiska w naszym kraju odsądziły Pawła Zyzaka od czci i wiary, podważając przy okazji kompetencje Jego promotorów.
Dlaczego tak się działo, przecież to oczywiste.
Również obecnie podobne działania o charakterze destrukcyjnym są podejmowane wobec środowisk kontestujących istniejącą rzeczywistość.
To się dzieje tu i teraz.
Na portalach internetowych, skupiających prawicowców, jak królik z kapelusza pojawiają się różni cwaniaczkowie, którzy posiedli w dosyć dobrym stopniu sztukę erystyki jak również nie stronią od sofizmatów.
W realu podobne działania odbywają się również. Przecież totalny atak medialny na PiS jako jedynego liczącego się obecnie wyraziciela Racji Stanu Narodu Polskiego jest właśnie takim działaniem.

Pragnę podkreślić raz jeszcze, nie wiem czy Paweł Zyzak taki efekt pragnął osiągnąć, ale w moim odczuciu coś takiego właśnie mu wyszło. Dopuszczam, że był to efekt uboczny pisania o Lechu Wałęsie. Tym bardziej należałoby sobie życzyćaby w przyszłości Paweł Zyzak napisał książkę właśnie na temat metod i sposobów destrukcji stosowanych przez SB i cały aparat PRL-u.

Co do głównego tematu książki czyli osoby L.Wałęsy, to nie przeczytałem do tej pory w tej książce niczego czego bym się nie spodziewał, ale może zmienię zdanie gdy doczytam do końca.

Umyślnie napisałem ten post w tej chwili, czyli w połowie czytania książki, ponieważ na niektórych portalach (niepoprawni.pl) pewne działania destruktywne właśnie uległy nasileniu.
Autor: Andrzej.A o 9/15/2009 07:00:00 PM 3 komentarze
Etykiety: Bolek, destukcja opozycji, książka o Wałęsie, SB, Wałęsa, Zyzak
__________________

środa, 23 września 2009

milczenie owiec

BRUXELLES, ADOLFHITLERPLATZ


+++++++++++++++++++
George Orwell ostrzega przed totalitaryzmem Tuska i Hall
http://www.youtube.com/watch?v=6se2a5L-N7Q&feature=fvw


Umieszczanie filmu na stronach zostało wyłączone na żądanie

+++++++++++++++++++++

*****************
PS. B
2009-09-06

1 IX 2009 - BIAŁA FLAGA

AUF DANZIGER WESTERPLATTE


Na ostatnie ataki informacyjne Rosji Sowieckiej należy spojrzeć w perspektywie szerszej niżli tylko „sprawy polskiej”, choć ta jest bardzo ważna. W tym kontekście, przy mojej ogólnej zgodzie z diagnozą Panów: Józefa Darskiego i Free Your Mind’a, należy powiedzieć, iż Polska jest nie tyle „zwasalizowana”, a – parafrazując Józefa Mackiewicza – okupowana przez struktury komunistyczne od roku 1944. Po 1989 roku również. Różnica polega na umiejscowieniu tychże struktur w tym, co po politologicznemu nazywa się systemem politycznym. Przed 1989 mieliśmy oficjalne struktury komunistyczne (kompartia, bezpieki), natomiast po – struktury ukryte (pojęcie to wprowadza w swojej publicystyce Jeffrey Richard Nyquist – amerykański antykomunista i były oficer DEA). I to one rozdają znaczone karty oraz wyznaczają reguły gry. Istnieje też coś, co Darski (przy innej okazji) nazwał bezpiecznikami systemu , a Panowie z Wydawnictwa Podziemnego grubą czerwoną krechą. Przebieg i „wysokość” tejże był inny w czasie rządów Mazowieckiego, inny w czasie rządów Olszewskiego, inny za Oleksego, Buzka, Millera, czy wreszcie Jarosława Kaczyńskiego. Olszewski i Kaczyńscy „najechali” na dolną granicę tejże linii. Podnieśli rękę na władzę ludową, która pierwszego udupiła i skazała de facto na niebyt polityczny, a brata drugiego zostawia, by się wykrwawił w walce. Teraz po prostu ta krecha staje się grubsza. Są wręcz podstawy by sądzić, iż układa się w okrąg (pozostaje mieć nadzieję, że niepełny…) !

Przyjrzyjmy się uważnie temu, kto na Westerplatte przemawiał i jakie tezy zostały wyartykułowane.

Putin – czekista, sowieciarz, premier czegoś, co w istocie jest Związkiem Sowieckim, jedynie nieco przeorganizowanym i „odchudzonym” terytorialnie (na jak długo ?!) w stosunku do stanu sprzed roku 1991. Merkel to niby prawicowa, a w istocie postpolityczna kanclerz, wywodząca się z CDU – opozycji koncesjonowanej przez komunistyczne władze NRD. Jerzy Buzek – członek biurokracji Unii Europejskiej, która od dawna jest tworem neokomunistycznym. Tusk – lider obecnej Partii Zewnętrznej; słup umożliwiający sprawowanie władzy w II PRL przez ukryte struktury komunistyczne. Jako człowiek nierozgarnięty i nie będący (mimo magisterium z historii) tytanem inteligencji, na stanowisku jakimkolwiek jest bardzo plastycznym materiałem do manipulacji. Nie tylko zresztą przez spin-doctorów i ludzi w rodzaju Mistewicza.

To, co mówili, równie dobrze możnaby było wymienić jednym ciągiem, bo na pierwszy rzut oka niewielkie wydają się różnice pomiędzy merytoryczną zawartością przemówień. Ale tylko na pierwszy rzut oka, gdyż słuchaliśmy przemówień przywódcy świadomego swoich strategicznych celów i dążącego konsekwentnie do ich realizacji - oraz tych, którzy bardziej lub mniej świadomie i w mniejszym lub większym stopniu podporządkowują się oficerowi prowadzącemu. Ujednolicenie, które mogę zastosować się bez większego niebezpieczeństwa narażenia się na poważniejszy błąd rzeczowy jest następujące: przemówienie Putina i przemówienia „reszty”.

Putin przemawiał tak, jak przystało na wywodzącego się z siłówki przywódcę Rosji Sowieckiej. Wg niego ZSRS pokonał wraży faszyzm, wyzwolił uciśnione przezeń narody i był współtwórcą New World Order po jego pokonaniu. Pakt Stalin-Hitler (czy Ribbentrop-Mołotow; jak zwał, tak zwał) to coś, za co jego wielicziestwo litościwie przeprosi Polaczków. Czyn naganny moralnie, wszelako będący koniecznością polityczną . Swoją drogą, skąd my to znamy ? To samo przecież zwykła mawiać pewna rodzima kanalia ! Istnienie ZSRS było więc interesem całego świata, którego wrogiem był i rzekomo nadal jest jakiś bliżej nieokreślony, a wiecznie żywy faszyzm. Podobnie ma się sprawa ze współczesną, neosowiecką Rosją. Konieczność geopolityczna, konieczność dziejowa… Komunizm w pigułce. Nadludzie z kompartii, RKKA, aparatu bezpieczeństwa, a teraz ze struktur ukrytych chcący po prostu władzy i kontroli. Jak najszerszej terytorialnie, obejmującej jak najwięcej aspektów życia zarówno narodów jak i jednostek. Jako instrumentem posługujący się wojną informacyjną, w tym dialektyką, którą po ludzku określił George Orwell jako dwójmyślenie; mówienie rzeczy wewnętrznie sprzecznych. W celu realizacji swoich interesów politycznych. Tu – dalszego otumanienia i tak już do szczętu otumanionych: Polski i Zachodu.

Prawda jest względna. Każdy – w tym wypadku przywódca państwa, narodu – ma swoją prawdę. Ma ją ppłk KGB Władimir Putin, ma ją Angela Merkel, Donald Tusk, a litościwie można pozwolić prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu na wyartykułowanie swojej prawdy. Miał ją też zapewne Józef Stalin. Tylko ciekawe dlaczego np. Angela nie dała prawa do posiadania swojej prawdy innym wybitnym socjalistom/komunistom jak: Adolf Hitler czy Albert Forster, odpowiadający bezpośrednio za kaszubski Katyń, czyli wymordowanie (wg różnych szacunków) od 12 do 15 tys. elit i zupełnie niewinnych ludzi w lasach niedaleko Piaśnicy ?

Można – w rezolucjach różnych organów skonwergowanej, Zjednoczonej Europy – potępić stalinizm. Ale nie można potępić komunizmu ! Samo pomyślenie o tym jest zbrodnią – cytując „klasyka”. To byłby dopiero faszyzm !


Kończąc, nawiążę do jednego z ostatnich wpisów Marka D. Wojna ? Tak ! To czynność naturalna dla ludzkości. Nigdy więcej wojny to jeden z najbardziej topornych wytrychów propagandowych komunistów, na które od wielu lat nabierają się niewolone przezeń społeczeństwa, jak i zdegenerowany Zachód. Oczekiwania czyjekolwiek tego, że Putin przeprosi za: Pakt Stalin-Hitler/17 IX/Katyń, świadczą po prostu o braku zrozumienia Sowietów (bo tym w istocie jest Rosja – truizm) i wręcz dziecięcej naiwności ludzi umierającej Cywilizacji Zachodniej, w tym Polaków. Tak samo jest w przypadku tekstów typu: co prawda Putin nie przeprosił za Katyń, ale jednak przeprosił za Pakt Ribbentrop-Mołotow. Ach, jakie ludzkie panisko z tego Putina ! Zapewne dużo do powiedzenia mieliby tu ś.p. Vladimir Volkoff czy Jurij Bezmienow, piszący i opowiadający o inicjatywnej roli agentur wpływu.

Jak rzekł Otto von Bismarck: Nie jest winą wilka, że lubi owce. Nie jest winą szerszenia, że ma żądło i go używa. Ale jeśli nas użądli, albo choć zagraża tym, można go depnąć, „pacnąć” (na przykład butem) czy choćby przepędzić. Mała dygresja: czy możemy – przynajmniej w odniesieniu do szeroko pojętych elit – użyć określenia Polak” ? Czy nie bardziej adekwatnym byłoby „peerelaczek”? Tu w reprezentacji składającej się głównie z prezentek/ów telewizyjnych, odpowiednio: sprawiających wrażenie zmanierowanych i egzaltowanych nasto- czy dwudziestoparolatek i facecików, którzy swoim afektowanym głosikiem i aparycją przypominają… na przykład Kena albo członka (z) jakiegoś boysband’u.

Europa bez granic, której częścią jest Sowiecka Rosja ? A kiedy Świat bez granic ? Może poza liniami delimitującymi strefy wpływów: Rosji Sowieckiej, Chin komunistycznych, Socjalistycznej Rzeszy Niemieckiej na każdym z kontynentów .

C. d. n.

http://wykluczeni.salon24.pl/123238,darski-wasalizacja-polski-jest-juz-faktem
http://niepoprawni.pl/blog/74/bufor-jest-ok
http://niepoprawni.pl/blog/54/walczymy-jesli-ktos-zagraza-naszej-wolnosci


***
http://www.youtube.com/view_play_list?p=9E5D4D58220C39FF&search_query=Defilada+zwyci%C4%99zc%C3%B3w

http://jaszczur09.salon24.pl/


+++++++++++++++++++
**** PS 2. ********
POD ZIEMIĄ

wtorek, 22 września 2009

O Kryzysie


++++++++++++++++++++

++++++++++++++++++

************
ROK 2006.

***

Kaj my to som. Hunwejbinu POPSLDUP

2009-06-19
Wojna dwóch Róż.


Co zrobić, żeby w końcu rodacy nauczyli się matematyki chociażby na poziomie szkoły podstawowej.
Co zrobić, żeby zaglądali do słowników języka polskiego.

W pierwszym przypadku nauczyliby się obliczać procenty, w drugim dowiedzieliby się – kto to jest wyborca.

Otóż wyborca to „osoba uprawniona do głosowania, mająca prawo oddać swój głos w wyborach”. (Słownik nowoczesnego języka polskiego wyd. Readers Digest 2001r.)
Znaczy to, że to nie tylko człowiek, który znalazł się w lokalu wyborczym, ale każdy kto ma uprawnienia do głosowania.

Tę wiedzę należałoby uzupełnić liczbami.

Otóż w dn 7 czerwca 2009 roku wyborców mieliśmy 30.565.272.

W poważnych opracowaniach można znaleźć, że trochę powyżej 7,5 miliona poszło do lokali wyborczych i wzięło karty. I tu niespodzianka. Głosów ważnych było 7.364.763.

I tak – opierając się na znalezionym w Internecie źródle wyliczyłem, że około 3.000 ludzi wzięło karty, ale ich nie wrzuciło do urny, a powyżej 140.000 w jakiś sposób popsuło swoje głosy.

W efekcie zgodnie z procedurami głosowało jedynie 24,095% wyborców.

W tym świetle na PO głosowało 10,7% wyborców, na PiS 6,6% wyborców, na SLD 2,8% wyborców. Dalej nie liczyłem. Każdy może to zrobić sam.

Trudno ponadto powiedzieć, że to PO jako partia otrzymała taką miażdżącą przewagę nad rywalami.

Tak się złożyło, że około 950.000 głosów otrzymali ludzie startujący z list PO nie będący członkami tej partii. Mnie się to nawet podoba, że partia – nie dysponując odpowiednimi nazwiskami sięga po autorytety, ale to nie przekłada się w sposób prosty na poparcie dla tej partii. Po prostu nie wiadomo kto tu kogo ciągnął do góry.

Ale to akurat dla mnie nie jest najważniejsze.

Te 24,1% głosów ważnych to jest klęska dla wszystkich a przede wszystkim dla „klasy” politycznej.

Niektórzy moi znajomi twierdzą, że te 76% wyborców, którzy nie skorzystali ze swojego prawa wyborczego – to są ludzie, którzy nie myślą. Jest gorzej. Oni myślą - tylko my nie wiemy co. Oni myślą, tylko trzeba nie lada socjologa, żeby znalazł jakieś rzetelne wspólne cechy tego myślenia.
Ja potrafię znaleźć tylko jeden wspólny mianownik. Ten milczący elektorat naszą „klasę” polityczną ma za hetkę-pentelkę.
Może znalazłbym jeszcze jeden, ale boję się powiedzieć.

Przypomnę w II Rzeczypospolitej w 1919 roku – kiedy Polska jeszcze nie miała granic – do wyborów poszło 70-90%; w 1922 roku już liczono skrupulatnie – 68%; w 1928 roku 78,3%; w 1930 roku – 75%; w 1935 roku – 46%; w 1938 roku – 68%.

Przypomnijmy. Polska wtedy była wielonarodowa, z ogromnym odsetkiem analfabetów i podobno niedemokratyczna.
Na Boga! Gdzie my żyjemy.

Ten milczący elektorat, który nikogo nie popiera przypomina jako żywo znaną z historii Anglii wojnę dwóch róż. Toczyła się ona między rodami Yorków i Lancasterów w drugiej połowie XV w. i trwała lat trzydzieści. Walczono o władzę. Bitwy były krwawe, zbijano się z wdziękiem. Nie wszystkie bitwy się jednak odbywały. Bywało, że już dowódcy sprawili swoje szyki do boju, kiedy ukazywały się gromady chłopów i widłami cepami i innymi narzędziami rolniczymi przepędzały rycerzy ze swoich pól.
Rycerze obrażeni odchodzili na inne pola, gdzie sytuacja się powtarzała. Ale nie zawsze chłopstwo pojawiało się w porę. Często zresztą termin bitwy wypadał po żniwach i wtedy warto było się pogapić, a czasem zyskać trochę metalu.

To pozwoliło Ryszardowi III złożyć najdramatyczniejszą bodaj w historii ofertę handlową - królestwo za konia! Oferta nie została przyjęta.

Nas dzisiaj nie stać na postawę gapiów. Nas nie stać na oczekiwanie na dramatyczne oferty klasy rządzącej. Czyżby moi rodzice a wasi dziadkowie i pradziadkowie byli od was mądrzejsi? Też się kłócili, ale jak było trzeba oddawali ojczyźnie ostatni grosz, wytaczali ostatnią kroplę krwi. A przede wszystkim potrafili pracować dla dobra wspólnego.

Ja mogę wam pisać o ówczesnych politykach, przywódcach, inżynierach, naukowcach, lekarzach, żołnierzach.

Ale po co będę pisał, kiedy tego niemal nikt nie czyta. Część przywdziała zbroje Yorków i Lancasterów i wali mieczami w tarcze z czerwoną lub białą różą, a większość społeczeństwa się gapi…

Żurnaliści dwoją się i troją. Organizują takie misterne igrzyska, żeby było się na co pogapić, dobierają grupy zagończyków według kryterium decybeli bo często z wrzawy bitewnej na ekranie nie dochodzi ani jedno dokończone zdanie.

Do czego dążymy dziś w tym kraju nad Wisłą, co chcemy – jako Polacy – zrobić z tym swoim strzępkiem czasu, który nam Pan ofiarował i rzekł – to będzie twoje życie!
Jakie są nasze priorytety? Kasa, seks i żarcie?

Obawiam się, że już niedługo ukaże się tajemnicza ręka, która zacznie pisać: mane… tekel…

PS.
++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++
T A K B Y Ł O
( wspomnienie żołnierza zebrane i opracowane przez syna Ryszarda)

Wraz z rodziną prowadziłem gospodarstwo rolne w Karsznicach Dużych koło Łowicza. W marcu 1939 r. zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Służbę odbywałem w jednostce wojskowej w Łowiczu, w X Pułku Piechoty 9 kompanii 3 batalionu.
Dowódcą Kompanii był por. Domański, dowódcą Batalionu był mjr. Roszkowski, a dowódcą Pułku płk. Krudowski.
Zakwaterowali nas w koszarach naprzeciw szpitala Rzeplickiego. Warunki były ciężkie, ponieważ po ogłoszeniu pierwszej mobilizacji z koszar wyszło regularne wojsko i zabrali wszystko z koszar. Bo zanim przewieziono ich nad granicę nocowali po wsiach w stodołach. W koszarach pozostał duży nieład, wszystko było porozrzucane trzeba było montować łóżka ustawiać szafy. Było chłodno a nie było opału.
W tym miejscu byliśmy do czerwca, ćwiczyliśmy musztrę i strzelanie. Byłem bardzo dobrym strzelcem, otrzymałem nawet odznakę za dobre strzelanie. Było to wynikiem mojego członkostwa w Kole Młodzieży Wiejskiej „Wici”, gdzie te rzeczy ćwiczyliśmy. Za tę odznakę otrzymałem nawet przepustkę do domu, do którego miałem zaledwie12 km. Gdy tylko nadarzała się sposobność wychodziłem przez dziurę w płocie i szedł do domu, aby pomóc w gospodarstwie np. wyrzucić obornik z obory.
Pewnego dnia, gdy wracałem wieczorem do koszar dziurę w płocie zastałem zabitą sztachetami, schowałem się w pobliskie krzaki i myślałem, co tu zrobić, naraz patrzę a tu idzie oficer i kieruje się do tej dziury, popatrzył na sztachety, kopnął nogą dwa razy w nie i wszedł do jednostki. Niewiele myśląc odczekałem chwilę i wszedłem za nim.
W mojej drużynie było dwóch Żydów i dwóch Ukraińców. Gdy mówiłem, że chętnie urwałbym się do domu, aby wywieść obornik na pole, to Ukraińcy się dziwili, po co obornik na pole. U nich obornik się suszy i pali się nim w piecach, gdyby wywozili obornik pod zboża to te by wyległy. Nie rozumieli, że tu ziemie nie były tak dobre jak te na Ukrainie. Zawsze zazdrościłem im, że mają tak urodzajną ziemię.
Żydzi natomiast chyba przewidywali, co ich może spotkać. Nieraz mówili, że jeżeli będzie wojna i Niemcy ją wygrają to z nami koniec.
Od czerwca chodziliśmy na poligon w Dzierzgowie, ćwiczyliśmy strzelanie, szczególnie z nowych karabinów. „ Mówią, że to karabiny z Francji”, naboje do nich były inne, trochę grubsze i dłuższe chyba przeciw pancerne, mogły przebić dosyć grubą blachę.
Jednego razu dotarliśmy na poligon w Dzierzgowie około jedenastej a po ćwiczeniach wróciliśmy po ósmej wieczorem, szybko zjedliśmy kolacje, bo wyznaczyli nas na nocną wartę pod magazyny MOP.
Magazyny MOP były w byłym klasztorze Dominikanów przy ulicy Podrzecznej. Gdy tam poszliśmy, zastaliśmy duży ruch. Magazyny otwarte a z piętra po deskach spuszczają karabiny maszynowe, skrzynie z amunicją i mundury. Nas od razu umundurowali w te nowe mundury.
Jednego dnia rano zaprowadzili nas do Dzierzgowa na poligon. Ledwo wypiliśmy kawę a już każą nam się zbierać i maszerować na łąki dzierzgowskie.
Gdy tam dotarliśmy, patrzymy, a na łące stoi cały 10 Pułk z Łowicza. W oddali widać ustawiony ołtarz polowy i mówią, że będzie msza, a patrząc na oficerów, ich poważne miny wiedzieliśmy, że będzie się działo coś ważnego.
Pułkownik przed mszą wygłosił mowę, mówił, że jedziemy na granicę, a tam albo będzie wojna albo spokój. Ukraińcy, którzy byli w naszym plutonie płakali, a taki Kuś, który tam był powiedział, że on mógł być w Ameryce, że mógł wyjechać, ale nie wyjechał - a potem zginął.
Po przemówieniu była msza, po której pobraliśmy cały ekwipunek oraz racje żywnościowe. Zapakowali nas do pociągu i pojechaliśmy w kierunku Bydgoszczy. Niektórzy płakali, inni pisali listy, a mnie było wszystko jedno tu i tak nie było mi dobrze siedzieć, bo jakoś za blisko domu.
Rozlokowano nas w Smogólcu nad rzeczką Kcynianką, nasz pluton zajął pozycje w pobliżu mostu. Przed nami była rzeka a za nami jakieś dwieście metrów wieś Smogólec. Za rzeką w odległości około czterech do pięciu kilometrów była wieś Lipa a do granicy niemieckiej było około czternaście kilometrów.
Pułki ze Skierniewic, Łowicza i Kutna były włączone do Armii „Pomorze” i rozlokowane od Kcynii do rzeki Noteci. W Kcyni był ulokowany pułk artylerii ze Skierniewic było tam całkiem dużo tej artylerii.
Cały czas kopaliśmy okopy, rowy strzeleckie i umacnialiśmy drutami i zasiekami. Traktowaliśmy to, jako ćwiczenia, bo tak naprawdę to nie wierzyliśmy, że wojna wybuchnie. W wolnych chwilach chodziliśmy do wsi. Ze zdziwieniem patrzyłem na organizacje wsi. Chleb był rozwożony wozem po wsi i nikt nie wypiekał we własnym zakresie. Po raz pierwszy zobaczyłem weki, w których były przechowywane pasztety i mięso. W zagrodach widziałem maszyny, które w okolicach Łowicza oglądałem tylko w majątku Boskich w Czerniewie. Podziwiałem porządek, ład i czystość na podwórkach.
Wieś była zamieszkana głównie przez ludność niemiecką. Do stacjonujących żołnierzy Polacy odnosili się dobrze a Niemcy wrogo. Gdy wychodziliśmy na patrol, za most do Lipy, widzieliśmy jak młode niemczaki zbierają się w grupy i o czymś żywo rozmawiają, gdy przechodziliśmy obok nich, odwracali się do nas tyłem. Wieczorami musieliśmy się mocno ubezpieczać.
Raz polscy chłopcy powiedzieli nam, że w jednym domu będzie „muzyka” i prosili żebyśmy przyszli. Wieczorem uzyskaliśmy zgodę na wyjście w grupie około 10 osób. Potańczyliśmy, ale tylko z dziewczynami polskimi. Jeden z kolegów próbował prosić niemiecką dziewczynę do tańca, ale ta bez słowa odwróciła się do niego tyłem. Po ubiorze można było poznać, która dziewczyna jest Polką a która Niemką. Koledze z drużyny wpadła w „oko” polska dziewczyna z wzajemnością. Tańczyli ze sobą cały czas. Następnego dnia przed wieczorem kolega poprosił nas abyśmy poszli z nim na spotkanie z tą dziewczyną do jej domu. Dziewczyna była bardzo uradowana, że przyszliśmy, bo u niej w domu siedział niemiecki chłopak, z towarzystwa którego, nie była zadowolona. Ponieważ odwracał się do nas tyłem poprosiliśmy go, aby wyszedł. Odpowiedział nam bardzo niegrzecznie ciągle stojąc do nas tyłem, kolega nie myśląc dłużej pomógł mu wyjść za próg. Gdy wracaliśmy obok stawu, który był obrośnięty krzakami, z tyłu ktoś strzelił do niego z dubeltówki śrutem w tyłek. Ogłoszono alarm w okopach, sprawcy nie znaleźli a kolegę odwieźli do szpitala. Nam zabroniono wychodzić z okopów.
Wtedy jeszcze nie do końca rozumieliśmy znaczenie słowa „ROZKAZ”.
Pewnego dnia do okopów przyszedł Polski chłop ze Smogólca i mówi porucznikowi, że jego sąsiad Niemiec na strychu ma karabin maszynowy. Porucznik poszedł wraz z patrolem, przeszukali wskazane gospodarstwo, ale karabinu nie znaleźli.
Na dwa dni przed wojną ponownie przyszedł ten Polak i mówi do porucznika: „Panie, tam na strychu jest drugi strych z podwójną ścianą, jak mu nie zabierzecie tego karabinu to on was wybije”.
Do wsi poszedł duży patrol z oficerem, weszliśmy na podwórze wskazanego gospodarstwa. Było to duże gospodarstwo urządzone z niemiecką dokładnością oddalone od tyłów naszych okopów o ok.200 metrów. Porucznik pyta Niemca ”masz karabin” a on, że nie ma. Chłopaki rozeszli się po gospodarstwie a kilku poszło na wskazany strych, naraz jeden krzyczy, że tu jest karabin maszynowy. Niemiec rzucił się do ucieczki, wpadł do chlewni, my za nim, on dopadł do snopka zboża a za snopkiem był karabin, chwycił ten karabin, ale w tej samej chwili porucznik strzelił mu w głowę z pistoletu. Weszliśmy na strych, karabin maszynowy był wycelowany dokładnie w nasze okopy. Strach pomyśleć, co by było, bo amunicji przy karabinie było całkiem dużo.
Ponieważ w gospodarstwie nie było innych ludzi, dwie świnie i dwie jałówki pognaliśmy do kuchni do okopów, bo racje żywnościowe mieliśmy głodowe.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy w okopach wesoło gwarząc i opowiadając różne historyjki patrzymy a od sztabu idzie a właściwie biegnie oficer, wszedł do okopu i mówi „Ribentrop i Mołotow podpisali pakt o nie agresji – chłopcy dla nas to znaczy WOJNA”.
Następnego dnia wydano nam pełen zapas amunicji, nie wolno nam było oddalać się od okopów, mieliśmy zakaz chodzenia do wsi. Po zmroku obserwowaliśmy jak saperzy minują most, spojrzeliśmy po sobie i wtedy coś do nas dotarło.
Do rana nikt z nikim nie zmienił słowa. Na porannym apelu panowała cisza a potem nikt nie robił zbędnych rzecz, podczas czyszczenia broni każdy robił to wyjątkowo dokładnie. Niektórzy pisali listy do rodziny. Wieczorem wydano mam żelazne racje żywnościowe sprawdzili czy wszyscy mają „nieśmiertelniki”.
Do okopów przyszedł dowódca kompanii mjr.Król. Powiedział, że wojna rozpocznie się lada chwila, po drugiej stronie Niemcy przygotowali duże siły, nie mamy odwrotu tu nasz grób nasza mogiła, kto się cofnie bez rozkazu dostanie kule w łeb. Tej nocy nie wolno nam było się rozbierać przykryliśmy się płaszczami i próbowaliśmy zasnąć.
O godzinie drugiej w nocy obudził nas straszny harmider, jęki ludzkie oraz pojedyncze strzały we wsi za rzeką, widać było łuny pożarów, paliło się kilka gospodarstw, byliśmy pewni, że palą się polskie gospodarstwa.
Ogłoszono alarm w okopach, była lekka mgła i nie widzieliśmy, co dzieje się we wsi, naraz na moście widzimy wozy i ludzi, którzy uciekają w wielkim popłochu, większość z nich jest poraniona i zbroczona krwią, na niektórych wozach siedzą zakonnice i księża.
Przez most uciekali Polacy.
Były to porachunki sąsiedzkie na tle narodowościowym. Przepuściliśmy ich i nie mogliśmy im pomóc, nie było rozkazu. Kapral powiedział to niechybny znak, że nadchodzą Niemcy, kazał skoczyć po kawę, bo nie wiadomo, co może być.
Patrzymy, a dowódca naszego plutonu, Kocar, pędzi od strony dowództwa batalionu od Majora i krzyczy: ” Chłopcy, wojna „! „ Niemcy ruszyli na granicę są pod Kcynią zaraz będą tutaj”.
Po ucieczce grupy ludzi przez most i słowach dowódcy, nastała taka cisza, że nikt nie śmiał się poruszyć. Gdy rozwidniło się na dobre usłyszeliśmy warkot motoru. Do okopów przyszedł pułkownik Cyklingowski i mówi: „Chłopcy, chłopcy, nie wychylać się, bo mogą kogoś zabić”.
Od wsi w kierunku mostu jechał niemiecki czołg. Dojechał do mostu wysiadło, z niego dwóch żołnierzy w mundurach wojskowych w hełmach na głowie, te hełmy były jakieś inne, byliśmy pewni, że to Niemcy. Popatrzyli na most, pochodzili po nim potupali nogami, wsiedli z powrotem i ruszyli w naszą stronę.
Przed mostem była polanka z małym laskiem i kilkoma dużymi drzewami oraz krzakami. Te drzewa i krzaki bardzo ładnie nas zasłaniały, ziemia wokoło była torfowa z dosyć dużymi dołami. Każdy z nas czeka, kiedy go sprzątną. „Za co nie strzelają”, wszyscy się pytają. Spokojny głos odpowiedział: ”Nie było rozkazu”.
W momencie jak czołg dojechał do połowy mostu, most i czołg wyleciał w powietrze.
Od stron Lipy nadjeżdżały samochody wojskowe, z których wyskakiwali żołnierze i rozkładali karabiny maszynowe, mieli ich bardzo dużo. Jak zaczęli ciąć z tych karabinów to z tego lasku, co był przed nami to tylko wióry się sypały. Gdy podeszli bliżej dostaliśmy rozkaz i zaczęliśmy strzelać.
Niemcy kryli się za samochodami i posuwali się do przodu, gdy podeszli bliżej, coraz częściej któryś spadał z samochodu albo zastawał za samochodem. Gdy podchodzili coraz bliżej, coraz więcej ich zostawało za samochodami, gdy doszli do jakiegoś rowu samochody się zatrzymały, a żołnierze pochowali się w rowie i dopiero wtedy zaczęli zasypywać nas ogniem z karabinów maszynowych.
Taka strzelanina trwała kilka godzin.
W tym czasie Niemcy podciągnęli artylerię, albo jakieś ciężkie granatniki. Jak zaczęli prać to
za wsią jak gdyby piekło się otworzyło, zobaczyliśmy ogień i usłyszeliśmy huki a za nami ziemia się podnosiła od wybuchów pocisków. Nasze okopy były przesypywane ziemią, kapral powiedział, „ ale się cholery dobrze wstrzelali”.
Po długim ostrzale artyleryjskim Niemcy poszli do ataku. Wtedy nasza artyleria zaczęła strzelać do atakujących, gdy podchodzili blisko rzeki my dostaliśmy rozkaz do strzelania.
Po pewnym czasie rzucili granaty dymne, „chyba będą się wycofywać”, ktoś krzyknął. Pierwszy atak został odparty.
Po godzinie, artyleria znowu zaczęła prać i Niemcy poderwali się do ataku. Nasza artyleria też mocno waliła a my celowaliśmy już bardzo spokojnie. Gdy znowu rzucili granaty dymne wiedzieliśmy, że się wycofują. Chyba zobaczyli, że nie przejdą – pewno obliczyli straty i gdzieś się wycofali. Ostrzeliwała nas tylko artyleria, ale rzadko.
W nocy przyszedł oficer i powiedział, że nasza kompania została wyznaczona do osłony wycofujących się wojsk.
Niemcy przerwali front i aby uniknąć okrążenia musimy się wycofać.
Pułk odskakuje w nocy i cały dzień się wycofuje, my musimy go osłaniać do wieczora, wieczorem wycofujemy się i przez noc musimy dołączyć do pułku.
Nasza kompania rozsunęła się wzdłuż całych okopów. Niemcy zaatakowali tylko raz, ale słabo i udało nam się ich powstrzymać. Pewnie myśleli, że się nie wycofaliśmy.
W dzień po wycofaniu się większości naszych wojsk, wysłali nas na patrol nad rzekę. Ze mną był żyd z innej drużyny. Idziemy pochyleni cały czas się rozglądaliśmy, w ręku ściskałem RKM. Naraz żyd krzyczy: „ Witkowski patrz – tam Niemcy idą”, i w nogi. Ja patrzę w tym kierunku, oczy wytrzeszczam, nie widzę nic. Myślę sobie: Jak zobaczę Niemców, to będę strzelał, to nie popuszczę! Będzie, co ma być, mam w ręku RKM”. Rozglądam się, nikogo nie ma, żydka też. UCIEKŁ.
A przecież nie wolno z posterunku uciec. Przecież to jest wojna. Bez rozkazu nic nie można zrobić, a za to, co on zrobił to powinna być kula w łeb. Wróciłem do okopów sam. Powiedziałem porucznikowi, co się stało a On tylko pokiwał głową i nic nie odpowiedział.
O godzinie dziesiątej wieczorem przyjeżdża do okopów Wujec i mówi: ”Szybko się wycofujemy”.
MY SIĘ WYCOFUJEMY.
. Wyznaczono nam ilość amunicji i broni, jaką każdy ma zabrać ze sobą. Dowódcy powiedzieli, że mamy dwie doby opóźnienia, a musimy dołączyć do pułku, mogą nas bombardować.
Mój Boże bombardować przez dwa dni.
Rozpoczął się morderczy bieg z pełnym uzbrojeniem. Największy problem mieli ci, który pociły się nogi lub mieli źle okręcone onuce w butach. Widziałem łzy w oczach kolegów, którzy mieli ten problem, bo nie było czasu, aby się zatrzymać, aby poprawić onuce. Gdy nad ranem na chwile zatrzymaliśmy się zdjąłem pas, zobaczyłem, że pod pasem miałem pianę.
Przez całą noc przelecieliśmy ponad pięćdziesiąt kilometrów. Inni to i karabiny popuszczali – ja tam karabinu nie puściłem, myślę sobie, „co upuszczę, to upuszczę, ale karabinu to nie, jeszcze dam radę”. Po bardzo krótkim postoju biegliśmy dalej.
Prowadził nas porucznik Król.
Wychodziliśmy z jakiegoś lasku a przed nami taka elegancka łączka, może ze dwa hektary pięknej łąki, z jednej strony tej łączki były drzewa, które ładnie nas zasłaniały.
W pewnej chwili dostaliśmy komendę „rozproszyć się i padnij”. Usłyszeliśmy warkot samolotu, to był niemiecki samolot, poczym zobaczyliśmy na niebie dwie czasze spadochronu.
Gdy spadochrony zbliżały się do ziemi, dostaliśmy rozkaz okrążyć je. Po wylądowaniu zobaczyliśmy dwie młode dziewczyny ubrane tak jak nasze dziewczyny, które wyszły na pole na głowach miały zapaski.
Zaprowadziliśmy je do oficera, który zaczął je wypytywać, co tu robią, okazało się, że nie umieją ani słowa po polsku. Oficer zaczął je pytać po niemiecku, nie odpowiedziały żadnym słowem.
Wtedy wydał rozkaz „rozstrzelać”.
Spojrzał po nas, ale wszyscy spuściliśmy wzrok. Jak wspomniałem w naszym plutonie było kilku Żydów i dwóch od razu zgłosiło się na ochotnika.
Po chwili biegliśmy dalej.
W naszym plutonie był Niemiec Szwajder. Mieliśmy przeskoczyć przez wysoki płot i przeprawić się przez rzekę, bo był zerwany most. Cały czas byliśmy bombardowani i ostrzeliwani. Gdy staliśmy przy tym płocie, Szwajder mówi do mnie: ”Witkowski, daj RKM”.
Myślę sobie: „ Mój RKM numer dwieście jeden - Niemcowi”.
Do dziś pamiętam jego numer, niosłem GO cały czas.
Położyłem rękę na spuście, odbezpieczyłem i wycelowałem w Niemca. Tak pewnie się poczułem.
W tej chwili padła komenda: „ Rzędem się ustawić i skok”. Odwróciłem się w kierunku majora i chciałem dołączyć do kolegów.
Zanim zrobiłem krok coś usłyszałem, odwróciłem się a Niemiec już był za płotem. Major widział to i woła, Szwajder, kula mu w łeb, ale po nim już śladu nie było.
Przed wieczorem dołączyliśmy do pułku.
Gdy rano wychodziliśmy z lasu nadleciały samoloty. Wróciliśmy do lasu z powrotem i ukryliśmy się w gałęziach a mimo wszystko byliśmy bardzo celnie ostrzeliwani przez samoloty. Oficerowie wyszli na brzeg lasu i obserwowali przedpole przez lornetki. Zwrócili uwagę, że na wzgórzu stał pastuch, który machał kijem w tych kierunkach gdzie było ukryte nasze wojsko.
Jeden z oficerów powiedział „zdjąć tego pastucha”. Strzelcy wyborowi załatwili sprawę. Samoloty bez ostrzału zrobiły dwa kółka i odleciały.
My bez przeszkód szliśmy dalej.
Tu musze powiedzieć jedną rzecz, którą uświadomiliśmy sobie dopiero w kilka dni po odwrocie.
Zaczęliśmy cenić naszych dowódców i oficerów. Wiedzieliśmy, że tylko w nich jest nasza nadzieja, wpatrywaliśmy się w Nich jak w obrazek, podziwialiśmy ich spokój i jak gdyby pewność siebie. Gdy padał rozkaz natychmiast podrywaliśmy się, aby go wykonać, głęboko przeświadczeni, że tylko to może nas ocalić. Gdy wychodzili, aby obserwować pole, patrzyliśmy na Nich jak w razie, czego Ich osłonić, chociaż nie rozmawialiśmy z kolegami w oczach wszyscy mieliśmy jedną straszną myśl, co my zrobimy jak ICH zabraknie.
W takich chwilach człowiek nie myśleli o śmierci o domu o rodzinie, właściwie nie myśli o niczym.
Wychodziliśmy z lasu, zaczynała się wieś, dalej widać było kościół. Z lasu wychodziły dwie drogi, które łączyły się za kościołem. Wieś była zapchana wojskiem. Przeszliśmy obok kościoła i idziemy obok krzyża. Patrzymy, jakiś człowiek w naszym płaszczu stoi na drodze, ale boso. Ktoś ty - spytali na przedzie, a ten chodu do kościoła. A zaraz Major krzyczy: „strzelać”. No to my puściliśmy serię i dostał.
W tym momencie z wierzy kościoła zaczęły grać karabiny maszynowe. Wszyscy padliśmy na ziemię wczołgaliśmy się w rowy i zaczęliśmy strzelać w kierunku wierzy kościelnej.
To byli dywersanci, 5 kolumna, Niemcy.
Z lasu wychodził nasz kolejny oddział i nie widział, co się stało i zaczął do nas strzelać.
Jak się Major zorientował, o co chodzi, zaczął krzyczeć: „ przerwać ogień”. W tym czasie nasi już załatwili tych na wieży. Miał takiego eleganckiego konika – karego. Podjechał nim pod las i wyjaśnił sprawę. Zaczęliśmy dalej się wycofywać. Podjechał do nas Major na koniu i mówi: „ Jedna drużyna do uśmierzenia cywilów”. A taki Żydek Babka, który był z Łodzi powiedział: „ Niech czwarta drużyna idzie”. Pomyślałem: „ Niech cię diabli wezmą, wpadłem i ja”.
Porucznik tylko powiedział, żeby uważać, bo oni wszyscy są uzbrojeni
Jak się wycofywaliśmy to każdy zbierał pociski po drodze, żeby było, czym się bronić, a ten Babka zbierał kosztowności. Raz jak my się z Niemcami ostrzeliwaliśmy i zginął oficer, to Babka przyczołgał się do niego i zegarek mu z ręki ściągnął. Mówił, że już mu się nie przyda. A miał już przy sobie, złoty nóż, łyżki złote i inne kosztowności, bo jak byliśmy jeszcze w okopach, to zabierał, rabował. Patrzyłem na niego i myślałem sobie, po co mu to wszystko. Potem zginął podczas jakiegoś nalotu.
Biegliśmy rozproszeni przez płoty od gospodarstwa do gospodarstwa, większość była otwarta a w nich przerażeni ludzie, w jednym, z którego jak ktoś twierdził padły strzały, drzwi zamknięto i słychać było trzask zasuwy.
Na nawoływania i walenia kolbami karabinów w drzwi nikt nie reagował. Padł rozkaz „ granaty do środka” i pobiegliśmy dalej. Po chwili dom stanął w ogniu.
W jednym gospodarstwie zauważyliśmy uchylone drzwi do stodoły.
Padł rozkaz „przeszukać stodołę”. W środku znaleźliśmy spadochroniarza, który przechodził przez dyszel od wozu.
Gdyby schował się pod wiązkę słomy nikt by go nie zauważył, przeszukiwaliśmy bardzo pobieżnie, spieszyliśmy się.
Przyszedł Porucznik i próbował z nim rozmawiać po polsku i niemiecku, nie powiedział ani słowa. Pytał, jakiego jest wyznania, on nic tylko idzie w kierunku Porucznika, gdy zrobił szybki ruch w kierunku kieszeni, Żyd mu rąbnął z karabinu, a Porucznik poprawił z pistoletu i wylatujemy na podwórze. Na podwórzu było jeszcze trzech. Padł rozkaz „rozstrzelać”. Żydzi załatwili sprawę. Wróciliśmy pod kościół.
Tam, jeszcze dwunastu stało pod płotem i zaraz ich rąbnęli.
Szliśmy dalej. Przechodziliśmy koło jednostki wojskowej w lesie, minęliśmy ją i poszliśmy dalej. Tam utworzyła się taka obrona narodowa, jak teraz obrona cywilna.
Im bardziej się cofaliśmy w kierunku Warszawy, ludność była już polska, dawali nam jedzenie, niektórzy płakali.
Dowódcy mówili, że możemy trochę zwolnić tempo, bo Niemcy parli na Częstochowę więcej niż tutaj, bo bali się, że nasz Generał Bortnowski może tu zorganizować opór.
Minęliśmy już, Strzelno, Radziejów i bokiem mijaliśmy Włocławek. Mówili, że idziemy na Konin i Kutno. Szliśmy polnymi drogami. Nie wiedzieliśmy, ile dni idziemy, ani jaki jest dzień.
Gdy doszliśmy do jakiejś miejscowości, chyba Zakrzewy, załadowali nas na samochody i wieźli przez Lwówek, Pacynę, Sanniki i podwieźli nas pod Sochaczew Znałem te strony, bo do domu było już bardzo blisko.
Ale nigdy nie pomyślałem, żeby zostawić to wszystko i iść do domu. Nie było ROZKAZU.
Gdy podjeżdżaliśmy pod Sochaczew zaczęli nas bombardować. To tak nas tłukli, że prawie byliśmy roztrzaskani, jak nie przez bomby to drzewa, które na nas się waliły.
Kto zginął to zginął, a wieczorem zebrali całą kompanie z tych, co zostali i mówią, że będziemy atakować na Sochaczew.
Cały Sochaczew w ogniu. Karabiny maszynowe grają ze wszystkich stron, bardzo nas ostrzeliwują, szczególnie z ciężkich moździerzy.
Niemcy bardzo mocno bronią miasta.
Świtem padła komenda: „ Na bagnety!, Hurra!.” Niemców odrzuciliśmy, ale mocno nas zdziesiątkowali. Przyszedł rozkaz do odwrotu.
O czym wtedy myślałem, nie pamiętam, chyba o niczym, tylko o tym, że jak padała komenda: „Do odwrotu”, to cofając się patrzyłem na zabitych kolegów i który miał ładownicę zapiętą, to pochylałem się i wyjmowałem mu kulki, żeby było, czym się bronić, bo z amunicją było krucho.
Kolejny rozkaz to: „ Zorganizować się i idziemy na Kompinę, pod Bzurę”.
Maszerowaliśmy przez, Rybno, Kocierzew, Gągolin, Sromów. W Sromowie była ustawiona nasza artyleria. Jak tam doszliśmy, to nasi tak tłukli, że trudno było przejść.
Niemcy, też tłukli, że ziemia w wokoło podnosiła się do góry. Za Kocierzewem, bliżej Gągolina, to tak nas bombardowali, że gdyby nie to, że było dużo niewypałów, to nikt by nie został. Drogą jechała kuchnia, w cztery konie, a na koźle siedziało dwóch kucharzy, jak rąbnął pocisk, to kucharzy, konie i kuchnię rozniosło na strzępy.
Ja szedłem środkiem drogi, bo myślę sobie: „ Wiadomo, jak będzie?”.
Po lewej stronie od nas, na kościele Niemcy mieli obserwacje i wiedzieli o każdym naszym ruchu.
Dopiero rano, jak nasza artyleria ze Skierniewic namierzyła ten kościół, to tak wycelowali, że wieża zwaliła się na dół.
Niemcy byli już w Łowiczu. Pod wieczór podeszliśmy pod Łowicz.
Ustawili nas i komenda, jak pod Sochaczewem, do ataku, odrzuciliśmy ich jakieś cztery kilometry, za Bzurę.
Ale artyleria niemiecka i ciężkie karabiny maszynowe tak tłukły, że jak byłem pod takim drzewem, to liście i gałęzie leciały mi na głowę.
Musieliśmy się wycofywać. Widzieliśmy na drodze jak w kierunku Warszawy ciągną Niemcy, na motocyklach, na samochodach, ciągnęli działa.
Jak nasi podciągnęli siły, to znowu ruszyliśmy w kierunku Bzury, najcięższe walki toczyły się w miejscu gdzie Rawka wpada do Bzury. Usłyszeliśmy rozkaz: „Do ataku’, poderwaliśmy się i szliśmy przez pole, przeskakiwaliśmy przez leżących kolegów, niektórzy wołali sanitariusza, niektórzy się modlili. Niemcy się wycofywali, strzelaliśmy się klękając na jedno kolano. Przed taką kładka prawie ich dopadliśmy. Widziałem jak starsi żołnierze kłuli ich bagnetami, my mieliśmy przechodzić to szkolenie później, robili to bardzo fachowo. Niemcy odwracali się w ostatnim momencie i patrzyli na bagnety, ale nikt nie prosił o litość, bo nikt by jej nikomu nie dał.
Przez Bzurę to nasza kompania nie przeszła, ale kutnowski oddział przeszedł przez Bzurę cztery kilometry. Nawet działa tam ze sobą pobrali. Ale nie trwało to długo, musieli się wycofać.
My też się wycofaliśmy, pod Gągolin.
Był z nami taki żołnierz z Łodzi, tam miał swoją fabrykę, jak powiedzieli, że idziemy na Gągolin zasadzić się na Niemca, bo przerwali linię, to tak się cały trząsł z nerwów, że nie mógł się opanować. Wszyscy byliśmy nerwowo wyczerpani, ale nikt nie myślał o tym, co będzie dalej.
Nawet o jedzeniu człowiek nie myślał, chociaż nic w ustach nie miałem od kilku dni.
Jak podeszliśmy pod Gągolin, to tam okopaliśmy się.
Na drugi dzień o godzinie czwartej, przyszedł Porucznik Król i mówi: „ Na zwiad drużyna”.
Poszedł cały nasz pluton już bardzo mocno uszczuplony, pod Bzurę. Mówią, że mamy zbadać i oszacować, czy cała nasza kompania może nacierać.
No i my poszliśmy, prowadził nas porucznik Król, który płaszcz zarzucił na siebie, i powiedział: „Chłopcy idziemy”.
Za Nim doszliśmy do asfaltowej drogi Łowicz – Warszawa, wtedy otworzył się na nas ogień z granatników.
Na poboczu drogi był poukładany „szaber w metry” ( tłuczeń do naprawy drogi).
Blisko mnie był sierżant, jak granat trafił w ten szaber, mnie tylko ziemią przysypało, on dostał w głowę i od razu został.
Porucznik Król widząc, co się dzieje, podał po linii rozkaz: „Wycofać się”, a Kocar dowódca plutonu, który był na drugim skrzydle nie słyszał, i mówi, że jak dostał rozkaz, to trup po trupie, a się nie wycofamy. Nie dało rady go przekonać, chociaż wszyscy krzyczeliśmy: „Król dał rozkaz się wycofać”, i my wszyscy do tyłu. Wskoczyliśmy do rowu i tym rowem czołgając się wycofywaliśmy się, nie zwracając uwagi na Kocara. Na drogę, z której wycofaliśmy się wjechali Niemcy na motorach, na których mieli ustawione karabiny maszynowe. Gdybyśmy się nie wycofali to wybiliby nas wszystkich do nogi.
Na wieczór wysłano mnie po kolacje do Gągolina. Na końcu wsi była kuchnia, a wszyscy głodni byliśmy, bo trzy dni, jak nie mieliśmy nic w ustach. Wziąłem menażki od trzech chłopaków oraz swoją i poszedłem. Przy kuchni spotkałem naszego sierżanta Pawlaka.
Wziąłem jedzenie do menażek, a tu jak nie zaczną grać karabiny maszynowe to ja z tymi menażkami upadłem pod kuchnie od chleba. Niemcy podciągnęli karabiny maszynowe pod nasze okopy, bo znali nasze ruchy, poprzez wywiad ciągle nas obserwowali. Tak siekli z tych karabinów, że z tego pieca to tylko papa fruwała. Strzelała jedna i druga strona. Nie mogłem się ruszyć, bo w koło fruwała papa, drzazgi i gruz. Ja pod tym piecem leżałem, a, że głodny byłem to żem jadł. Bo myślę sobie, jak się kule sypią a nie trafi żadna, to trzeba jeść.
W końcu Niemcy się wycofali.
My też się wycofaliśmy. Major jeszcze do nas przyszedł i mówi: Chłopcy do okopów, bylebyśmy tak do rana dotrwali”. Majora nie powinno być z nami w okopach, ale wiedział, że to już chyba koniec.
Rano przychodzi rozkaz: ”Witkowski, Pietrzak i Karpiński na patrol!”. Mieliśmy zbadać teren, gdzie ustawione są karabiny maszynowe i dołączyć do kompanii. Pewna śmierć.
No to my poszliśmy, był ROZKAZ. Szliśmy rozsunięci po pięć kroków. Ja mówię siebie: „Nie ma nadziei -bo jak się tam pójdzie to już i naszych nie będzie widać”. Uszliśmy jakieś czterysta metrów od okopów i widzimy, że jest rów o jakieś trzydzieści – czterdzieści metrów. Za rowem jakieś czterdzieści metrów są snopki owsa i kupki łętów z kartofli.
Pod tymi łętami i snopkami, są ustawione karabiny maszynowe, a żołnierze mają na hełmach łęty i owies.
Jak to zobaczyliśmy, to każdy zdrętwiał, a nogi się usztywniły. Idziemy dalej na sztywnych nogach, Karpiński wykręcił się do mnie i chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Ja tylko na niego spojrzałem i wzrokiem mu mówię,: „Nie mów nic, nie rób nic, – bo jak tylko ruszysz karabinem to od razu wszyscy leżymy”. Poszliśmy dalej tym rowem, rozglądając się na prawo i lewo. Nogi jak z waty, ale chodzą. Uszliśmy jakieś trzysta, może czterysta metrów tym rowem, patrzymy, a tam w oddali, na horyzoncie porozstawiani są Niemcy. Ale cóż, jak się idzie na śmierć, to nie ma wyboru. Cały czas czekaliśmy, kiedy padnie seria z karabinu maszynowego.
Doszliśmy jakoś do naszych okopów i ledwo weszliśmy w okopy, a Karpiński mówi: „Ty widziałeś, Witkowski to?” – „Widziałem, a ty?” – I ja widziałem”, Ha, ha, ha…Zaczęliśmy się śmiać takim śmiechem jakbyśmy usłyszeli coś bardzo wesołego. Chcieliśmy dowódcy zdać raport, ale tylko machnął ręką, przez lornetkę widział to samo, co my z bliska.
Przychodzi rozkaz: „Przygotować się do ataku”. Nasz pluton zostaje w odwodzie, a pierwszy pluton idzie przed okopy, do ataku.
Ale gdzież tam, jak się poderwał pluton to karabiny maszynowe tak zaczęły ciąć, że prawie wszyscy padli, jednemu głowę urwało, a to rękę urwało, jęk i krzyk, ale mowy nie było, żeby zostać – nasz sierżant zaczął krzyczeć:, „Kto w okopach kula w łeb!”. Niemcy mieli nastawione karabiny maszynowe równo na nasze okopy.
Nasz pluton też musiał wyjść. Jak doszliśmy do połowy większość naszych leżała trupem.
Niemcom albo zaczęło brakować amunicji, albo nasi ich wybili. Karabin maszynowy, który widzieliśmy strzelał jeszcze. W naszym plutonie był Bogucki z Mastek, jak się przymierzył do tego karabinu maszynowego, to każdemu Niemcowi wsadził kilka kul. Gdyby nie On to dużo naszych by wybili. (Po wojnie pojechaliśmy na rowerach zobaczyć to miejsce, pozostały tam jeszcze przestrzelone niemieckie hełmy.) Okopy były na Gogolinie, w stronę Kozłowa Szlacheckiego.
Jak doszliśmy do Kozłowa Szlacheckiego to już nie pamiętam? Widziałem tylko jak Niemcy dokończyli całą pierwszą linię. Podeszliśmy do mieszkania w lesie, chyba była to leśniczówka, było to mieszkanie murowane. Do tej leśniczówki doleciał porucznik Domański i Kocar, oraz resztę wojska. Porucznik Domański mówi: Chłopcy, do tyłu, bo już nie ma sensu do przodu”.
My zaraz ruszyliśmy do tyłu, ale w tym momencie, jak zaczęli siec z karabinów maszynowych, to wycieli wszystkich z lewej strony, tak, że nie można było podejść pod stajnię. Widzieliśmy jak podchodzą do nas za wszystkich stron.
Weszliśmy do mieszkania, kto był ranny został na zewnątrz, nie było możliwości ich zabrać.
W mieszkaniu byli sami ranni, około sześćdziesiąt osób, cała podłoga była zalana krwią. Przy oknie były zasłonki, a w skrzyni trochę bielizny, to wszyscy ranni owijali sobie rany, a to rękę a to głowę, wszyscy byliśmy pokaleczeni. Sierżanta wciągnęliśmy do leśniczówki i dwóch Poruczników, jeden z artylerii, drugi chyba z kawalerii. Ale wyglądali jak trupy, nic się nie odzywali. A my ich pytamy, co robić, czy się poddać, czy czekać jak nas zbombardują. A oni nic, nie kontaktują. Szef trochę odzyskał przytomność, miał przestrzelony brzuch i wypływały mu wnętrzności, podtrzymywał je ręką i mówi tak: „ Chłopcy, dajcie mi pistolet, to się zastrzelę, a jak nie, to mnie dobijcie, a sami się poddajcie, bo wojnę my już przegraliśmy, nie ma innego wyjścia”. Jak to powiedział to stracił przytomność.
My między sobą mówimy:, „Co robić, robić wypad”. Bo poddać się, to nie wiadomo, czy się poddamy, jakoś nikt nie myślał o poddaniu się. Gdy tak między sobą rozmawialiśmy, jeden z oficerów doszedł do siebie i mówi: „Musimy się poddać”. Zerwaliśmy firankę z okna przywiązaliśmy do jakiegoś kijka i podaliśmy naszemu oficerowi. Ledwo wyszedł za próg, to go postrzelili.
W pobliżu słyszeliśmy huk rozrywających się bomb i warkot samolotów, bombardowali naszych w lasku, cały budynek aż się trząsł.
Z nami był taki polak niemieckiego pochodzenia z Łodzi, i on mówi: „Chłopcy, musimy się poddać, jak nie wrócę za 15 minut, albo usłyszycie karabiny maszynowe, to znaczy, że mnie zabili i róbcie wypad”. Dobry był to chłopak, wszyscy go bardzo lubiliśmy. I wyszedł z kawałkiem firanki w ręku, bo nie mieliśmy, do czego jej przyczepić.
My siedzimy, RKM-y mieliśmy naszykowane, trochę amunicji, niektórzy granaty w ręku, ale nie wyciągnęli zawleczek. Mieliśmy jeszcze kilka granatów zaczepnych i ostrych. Mówimy między sobą: ”Jak ruszą z karabinami maszynowymi i go zabiją, to robimy wypad, granaty zaczepne wyrzucimy i zadymimy, i jak się da to się wycofamy”.
Czekamy pięć minut – cichutko, zrobiła się taka cisza, że słychać było tylko charczenie konających i cichutkie jęki rannych, dziesięć minut, może krócej może dłużej, czas płynął wtedy chyba inaczej, samolotów i bomb też nie było słychać.
Był z nami plutonowy Przeźniewski, i mówi: „Chłopcy, ja to na swoją odpowiedzialność biorę, robimy wypad”.
I otworzyliśmy powoli drzwi, patrzymy, a tu, za jednym rogiem stodoły karabin maszynowy, za drugim rogiem drugi, a pod ścianą stoją Niemcy z bronią.
Podchodzi do nas Polak z Łodzi i mówi: ”Chłopcy, poddaliśmy się, wycofać się”.
Cofnęliśmy się do domu i słyszymy, abyśmy zostawili całe uzbrojenie i wychodzili.
Patrzymy a za każdym oknem stoi Niemiec z karabinem.
I zrzucaliśmy z siebie cały ekwipunek: karabiny, granaty, i amunicje, jeżeli ktoś jeszcze miał. Granaty mieliśmy odbezpieczone, (szykowaliśmy się do wypadu), i to wszystko zrzuciliśmy na podłogę, i po tym wychodziliśmy. Że nic nie wybuchło, to chyba cud, chyba nas Pan Bóg strzegł.
Wychodziliśmy wyczerpani i zrezygnowani, wyglądaliśmy jak śmierć, bo trzy dni nic nie jedliśmy, a nie spaliśmy chyba ze dwa tygodnie. Z całej naszej kompanii zostało nas tylko około dwudziestu.
Z każdej strony drzwi stali Niemcy z karabinami, przykładali nam lufy do głowy i krzyczeli: „ Drei, drej, drej – po trzech, powiedział ktoś z tyłu i prowadzili nas na podwórze.
Później wyprowadzili nas za stodołę na takie małe wzgórze i ustawili trójkami.
Tam przyjechał chyba generał niemiecki na koniu i po polsku do nas mówi:, „ Który batalion jesteście? (Nikt z nas się nie odzywał.). To wy wczoraj chcieliście nam przerwać linie na Bzurze?”.
Podjechał do pierwszego żołnierza w szeregu, (ja stałem w pierwszym szeregu, bo byłem wysoki, ale pośrodku trójki) złapał go za guzik, i mówi: „ Mieliście nie oddać nawet guzika od munduru, a oddaliście wszystko”.
Nikt się nie odzywał, wszyscy mieliśmy głowy spuszczone, chyba ze zmęczenia.
I poszliśmy do niewoli.
Jak mieliśmy jakiś rany, to sanitariusze niemieccy nas opatrywali, byli to sanitariusze frontowi, podchodzili i opatrywali bez nienawiści. Jak im mówiliśmy, że tam w mieszkaniu są jeszcze inni ranni, to oni nam mówili, że się tym zajmą, że to już nie nasza sprawa.
Zorganizowali nas w kolumnę i prowadzili do Nieborowa.
Jak przechodziliśmy obok wzgórza, które ostatnio atakowaliśmy, to widzieliśmy całe pole usłane Niemcami, ci, co leżeli blisko drogi to wyglądali na takich tłustych, wypasionych. Najwięcej to ich leżało obok kładki, przy rzece, przez którą my przeszliśmy. W niektórych miejscach to leżał trup na trupie, w tych miejscach, gdzie szliśmy na bagnety i strzelaliśmy z kolana.
Niektóre ciała leżały już od wczoraj, bo nie było czasu ich posprzątać. I naszych też leżało bardzo dużo.
Gdy przechodziliśmy obok miejsca gdzie leżeli sami Niemcy, kazano nam głowy pospuszczać i patrzeć na buty. Jak się któryś odwrócił, dostawał kolbą w głowę.
Wieczorem doszliśmy do Nieborowa, był wrzesień, ale który dzień nikt nie miał pojęcia. Na drogę wychodzili mieszkańcy, ich pytaliśmy, jaki jest dziś dzień, mówili, że niedziela.
Zaprowadzili nas przed pałac w Nieborowie, ustawili, przyszedł generał i też po polsku mówił: „ A to wyście nam chcieli przerwać linię?”. Z nami był major Król, nikt się nie odzywał, każdy był zrezygnowany.
Weszliśmy do stajni, były konie i źrebaki, było trochę słomy, było ciepło. To jak popadaliśmy na tą słomę, to wydawało nam się, że w jakimś hotelu jesteśmy. Zanim usnąłem słychać było tylko chrapanie, leżeliśmy jeden na drugim, chyba trzymały nas tylko nerwy. Spaliśmy do rana.
Rano przyszli Niemcy, mieli jakieś inne mundury niż ci na linii, krzyczeli, popychali nas kolbami, ustawili nas pod ścianą i mówią po polsku, żeby wyrzucić wszystko z kieszeni, oraz wszystko, co mamy, bo jeżeli znajdą coś u kogoś to go rozstrzelają. Krzyczeli, bili kolbami, popychali nas. Ustawili w trójki i maszerowaliśmy w kierunku Skierniewic. Nic nie dostaliśmy do jedzenia.
Prowadzili nas polną drogą, a wszyscy byliśmy tak wyczerpani, że nie mogliśmy prawie iść. Chyba była nas cała kompania. Prowadzili nas jak niewolników. Obok kolumny przejeżdżał tylko samochód z oficerami niemieckimi. Co chwilę ktoś padał, to koledzy, którzy mieli jeszcze siłę podtrzymywali go. Niemcy jak widzieli, że już dalej nie możemy iść, kazali się zatrzymać, i dali nam jeść. W samochodzie mieli pięć bochenków chleba, to po maleńkim kawałeczku każdemu przypadł, zjedliśmy go zbierając z ręki każdy okruszek. Pomiędzy odpoczynkami przechodziliśmy około dwóch kilometrów.
Dopiero jak doszliśmy do jakiejś wioski, to ludzie nam podawali: mleko, ser i chleb.
Ale jak ludzie szli do nas z mlekiem to Niemcy je wylewali, żeby z żołądkami nie było problemów. Jak ludzie szli z tym chlebem, to jeden z naszych, mówili, że ma fabrykę w Łodzi, wyjął pięćset złotych (było to bardzo dużo pieniędzy, bo morga ziemi kosztowała 1200 zł) i chciał kupić od Niemca, bochenek chleba dla siebie. Niemiec odebrał mu pieniądze, uderzył go kolbą w głowę i popchnął do szeregu. Szkopy, jakie były takie były, ale nie były przekupne. Chleb od ludzi zebrali, i dali abyśmy podzielili między siebie.
Doszliśmy do Skierniewic, miasto było bombardowane, wszędzie gruzy i szło, niektóre domy popalone. Nas zaprowadzili do koszar 18 Pułku. Koszary były zbombardowane, wszystko było porozrywane, pogniecione, część budynków była spalona, wielki bałagan panował wokoło.
Nas zamknęli w areszcie pułkowym, maleńkie pomieszczenie, maleńkie okno, upchnęli całą kompanie. Chyba chcieli nas podusić w tym areszcie. Nie było możliwości nawet ukucnąć, opieraliśmy się jeden o drugiego. Tak dotrwaliśmy do rana.
Rano przychodzą Niemcy, jeden otworzył drzwi i cofnął się, taki smród do zaleciał. Kazali nam wychodzić, wychodziliśmy zataczając się, przytrzymując ściany. Wielu nie wytrzymało nocy, kazali ciała ułożyć pod ścianą.
Kazali nam sprzątać teren koszar, wyzbierać każde szkiełko. W tych koszarach zostaliśmy kilka dni. Przyjechał Czerwony Krzyż, mieli ze sobą kuchnie polowe. Dostaliśmy wreszcie jakieś jedzenie. Parę dni żyliśmy jak ludzie.
Ale Warszawa broniła się, i coraz więcej jeńców przybywało, wojsko chyba masowo się poddawało. Jedzenie w kuchni się skończyło, Czerwony Krzyż gdzieś odjechał, zaczął się znowu głód.
Wypędzili nas z tych koszar na taką łąkę, tam była strzelnica. Wokół strzelnicy kazali nam kopać głęboki rów, przywieźli drągi sosnowe i musieliśmy je wkopać wokoło. Na tych drągach poprzybijali drut kolczasty, i podłączyli pod prąd. Z boku zbudowali wieżyczki, na których ustawili karabiny maszynowe. Z jednego boku strzelnicy był wykopany rów, do którego można było tylko podchodzić, aby się załatwić.
Wszystkich wpędzili do tej strzelnicy, a że wojska ciągle przybywało, to było tak napchane, że staliśmy jeden przy drugim. Nie można było się położyć, wszyscy drżeli z zimna, bo noce były chłodne i przymrozki były z rana. Jedzenia nie dostaliśmy już kilka dni.
Niektórzy nie wytrzymywali i podchodzili pod druty, aby jakoś się wydostać, słychać było tylko, karabin maszynowy, i człowiek zostawał w rowie.
W śród żołnierzy, których upychali do nas byli również z mobilizacji, którzy byli już starsi, a i inni byli już skrajnie wyczerpani, to, co rano, pod druty przynosiliśmy ponad dwudziestu nieżywych. Było strasznie.
Mówili, że Warszawa jeszcze się broni, dlatego szkopy są takie nerwowe. A tu ciągle dopychają wojska, nawet cywilów, chyba z Warszawy. Wpędzają ich jak bydło strzelając pod nogi.
Wszyscy zaczęli się buntować, krzyczeć, a właściwie wrzeszczeć, i posuwaliśmy się pod druty. Niebo się zachmurzyło, i szykowało się na deszcz, a już był październik. Nasz pułkownik wszedł na wieżyczkę, i przez megafon krzyczał, żeby się uspokoić, bo Niemcy zaczną do nas strzelać. My krzyczeliśmy niech nam dadzą jeść, bo jesteśmy wojsko i jeńcy.
Puścili nam nad głowami serię z karabinu maszynowego, wszyscy umilkli, i tak przestaliśmy do rana. Rano wyciągaliśmy nieżywych, pozwalali grzebać ich w rowie, ilu ich było nie pamiętam, ale dużo.
Nic nie jedliśmy cztery dni. Piątego dnia przywieźli cztery kuchnie polowe, oraz cztery martwe konie, i zaczęli gotować. Przywieźli trochę chleba, i gotowali kawę. Chleb był bardzo smaczny.
Ja wziąłem do ust tą koninę, nieosolone, nieprzyzwyczajony, urosło mi w ustach, nie przełknąłem. Na drugi dzień, po kromce chleba dostaliśmy, takie ździebko. I przywieźli soli. A że byliśmy wszyscy byliśmy bardzo głodni, to już jedliśmy te konie, były trochę posolone. Potem jak były nawet niedogotowane to też jedliśmy.
Zaczęli wywozić do Niemiec, codziennie był transport, osobno cywili, osobno wojsko, do pociągu ładowali chyba po tysiąc ludzi.
Któregoś dnia podchodzi do mnie kolega Kajak, on był z innego plutonu, i mówi tak: „Wiesz, co, Stasiek, jedni biorą do roboty do Skierniewic”. Jak inni to usłyszeli, zaczęli się wycofywać do tyłu, myśleli, że potem załadują ich do wagonu i do Niemiec. Ale podchodzi polski kapitan i mówi: „Chłopcy z okolic Skierniewic, jak chcą iść do roboty to mogą się zgłosić’. Porozmawialiśmy z kolegą zgłosiliśmy się. A Niemiec, który przyszedł po ludzi odliczył do dziesięciu, powiedział, że już wystarczy, i poszliśmy.
I tym sposobem wyszliśmy poza druty, dostaliśmy się do roboty.
Zaprowadzili nas za Skierniewice do Złotej, do folwarku. Było nam tam dobrze, robota nie była za ciężka, jedzenie dali, a na noc prowadzali do obozu. Od ludzi dostawaliśmy często bochenek chleba, zabieraliśmy go do obozu, żeby podzielić się z kolegami. Raz niosąc pod mundurem bochenek, przechodziliśmy koło innego obozu, za drutami zobaczyłem kolegę z mojej wsi, Janka Gromka, który stał przy drutach bardzo wynędzniały, nie zastanawiając się ani chwili, rzuciłem mu ten bochenek. Do końca życia był mi za to bardzo wdzięczny, po wojnie zostałem ojcem chrzestnym jednego z jego synów.
Później wzięli nas do Nieborowa, warunki pracy były ciężkie, zakwaterowali nas w stajni, przy koniach i źrebakach, nie chodziliśmy już do obozu. Pracowaliśmy przy zbiorze ziemniaków i buraków, oraz w stajni. Przynajmniej było, co zjeść.
Gdy robota w polu się skończyła, odesłano nas do Skierniewic, do obozu. Ale obóz już był zlikwidowany, wszystkich wywieźli do Niemiec. My mówimy, że my jesteśmy tutejsi, możemy iść do domu. Jakiś oficer gdzieś dzwonił, powiedział, że już nie będzie transportu do Niemiec, to może nas puścić do domu.
Dostaliśmy jakiś papier na drogę, i ruszyliśmy do domu.
Idąc drogą do domu, myślałem, jak tu żyć po tym wszystkim, co przeżyłem.
Ale nikt, nawet z najbliższej rodziny nie wyciągnął wniosków, z tego, co przyniosła ze sobą wojna, i nikt nie próbował nawet mnie zrozumieć, czy nawet mi współczuć.