o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

piątek, 28 grudnia 2012

Fajerwerk głupoty * w tle - ś m i e r ć Patrioty


Modlitwa Różańcowa w intencji śp. Księdza Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka
w dniach 29, 30 i 31 grudnia o godz. 16.00
w domu przedpogrzebowym przy ul. Słowackiego 104 w Przemyślu.

Eksporta z Domu Biskupiego w Przemyślu odbędzie się
we wtorek, 1 stycznia 2013 roku, o godz. 15.00.
O godz. 15.30 w Archikatedrze Przemyskiej zostanie odprawiona Msza Święta.



Abp Józef Michalik, Metropolita Przemyski
Bp Adam Szal, Biskup Pomocniczy
Wieczne odpoczywanie racz Mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Mu świeci.

Dr Krystyn Bernatowicz, działacz narodowy, pomysłodawca pomnika Narodowych Sił Zbrojnych w Warszawie nie żyje. Pomimo śladów pobicia policja i prokuratura wykluczyły udział osób trzecich.
ZAMIAST WSTĘPU.
   

Fajerwerki - bomba chemiczna - rozrywka lemingów
 Po 1989 r. dotarło do Polski wiele głupich i szkodliwych obyczajów z tzw. zachodniego świata. Jednym z nich są fajerwerki na nowy rok. Oprócz wielu oczywistych zagrożeń dla osób odpalających fajerwerki i tych, którzy przebywają w najbliższym otoczeniu, stwarzają duże zagrożenie dla środowiska i osób postronnych przez wiele następnych lat. Badania naukowe potwierdziły, że w czasie wybuchów fajerwerków wydzielają się substancje chemiczne, które stanowią śmiertelne zagrożenie dla całego środowiska naturalnego. Rozsądni i uczciwi ludzie muszą zatrzymać to szaleństwo. Czas zacząć edukować lemingi.
Feuerwerkskörper kaufen im Feuerwerk Shop, Onlineshop für Silvester und das ganze Jahr über Feuerwerk bestellen zu günstigen Preisen mit VersandSilvester Feuerwerkskörper aus dem Feuerwerk Shop online kaufen und Großfeuerwerk zu Silvester vom PyrotechnikerOriginelles Feuerwerk zur Hochzeit, hier gibt es mehr Infos zum Thema HochzeitsfeuerwerkEin Feuerwerk zum Geburtstag selber zünden, oder vom Feuerwerker. Geburtstagsfeuerwerk auch im OnlineshopFeuerwerk zum Firmenfest und Mitarbeiterfest selbst zünden oder vom Pyrotechniker. Hier gibts die passenden Feuerwerkskörper im Shop dazu.Großfeuerwerk und Höhenfeuerwerk für Volksfest und Kirchweih aber auch Hochfeuerwerk zur Hochzeit
Nowy Rok jak zwykle powitają fajerwerkami, a szpitale jak zwykle będą ratować ofiary nieumiejętnego obchodzenia się z nimi. Jak co roku dowiemy się o urwanych palcach, rękach, nogach, uszkodzonych twarzach. Jednak to nie jedyne niebezpieczeństwo związane z używaniem sztucznych ogni. Jakie nieznane szerzej zagrożenia czają się w fajerwerkach?

Sztuczne ognie wynaleziono w Chinach jeszcze przed narodzeniem Chrystusa, a jeszcze do niedawna wystrzeliwane były za pomocą prochu. Obecnie w użyciu są środki bardziej zaawansowane technologicznie, ale zasada ich działania jest właściwie wciąż ta sama.

Środki pirotechniczne dostarczają niezwykłych doznań wizualnych, ale przy tym są też wielką bombą chemiczną, której zawartość po wystrzeleniu zawsze opada na ziemię. Pojedynczy fajerwerk może i zawiera niewielkie ilości szkodliwych związków chemicznych, ale tę ilość trzeba przełożyć na tony sztucznych ogni trafiających do atmosfery każdego roku.

Jak wielka to jest ilość, łatwo sobie wyobrazić oglądając chociażby relacje z imprez sylwestrowych odbywających się w większych miastach Polski. Fajerwerki wystrzeliwują wszędzie ? w wielkich miastach i na wsi, na profesjonalnych pokazach i amatorsko na prywatnych imprezach.

Bomba chemiczna

Co znajduje się w środku sztucznych ogni? Przede wszystkim utleniacze i substancje palne, czyli przykładowo chlorany i azotany baru, potasu, strontu, wapnia i amonu jako utleniacze, oraz aluminium, fosfor, siarka, węglowodory i węglowodany jako substancja palna. Na tym jednak nie koniec wyliczanki. Aby uzyskać określone efekty barwne, stosowane są często sole metalu, np. baru (zielony), strontu (czerwony) i antymonu (biały). Do tego dochodzą jeszcze substancje oświetleniowe oraz detonacyjne.

W wyniku spalania tych wszystkich substancji tworzą się związki, które często bywają szkodliwe, chociażby wysoce toksyczne związki baru. Badania na temat zawartości baru w środkach pirotechnicznych przeprowadzili między innymi naukowcy z Uniwersytetu Technologii w Wiedniu. Przedmiotem ich analiz był śnieg znajdujący się w miejscu pokazów sztucznych ogni. Stężenie baru w śniegu pobranego po pokazie było nawet 500 razy większe niż przed. Wyniki badań pokazują, jak wielkie ilości trujących substancji muszą wdychać uczestnicy takich imprez. Tymczasem bar i jego związki wpływa negatywnie na drogi oddechowe oraz może potęgować objawy astmy. Szkodliwe działanie nie ogranicza się jednak do ludzi ? wszystkie te trujące substancje wnikają do wód oraz gleby i tam już pozostają na lata.


Badania na temat szkodliwości fajerwerków przeprowadzali także polscy naukowcy z Politechniki Śląskiej. Zwracają oni uwagę na to, że niebezpieczne substancje odkładają się w organizmie i w następstwie wywołują choroby kości, wątroby, nerek. Postulują też, aby zamiast szkodliwego baru i strontu używać berylu, magnezu i wapnia, które nie mają właściwości toksycznych.

Inne zagrożenia

Jeszcze inne badania dotyczące szkodliwości fajerwerków przeprowadzili naukowcy z University of Leeds, którzy badali stopień zapylenia powietrza podczas pokazów. Najpierw określili stopień normalnego zapylenia dla badanej okolicy. Porównanie poziomów zapylenia przed i po pokazie wykazało, że koncentracja cząstek w atmosferze potrafi wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie. Wdychane przez człowieka mogą wywołać choroby układu oddechowego i układu krążenia.

Pokazom sztucznych ogni zawsze towarzyszy huk przypominający istną kanonadę. Z pewnością więc przebywanie zbyt blisko może skończyć się uszkodzeniem słuchu. O ile jednak profesjonalne środki pirotechniczne z zasady wybuchają w powietrzu, o tyle popularne petardy z racji wybuchania na ziemi stanowią zagrożenie. Najczęściej używają ich ludzie młodzi, którzy nie tylko nie zachowują podstawowych zasad bezpieczeństwa, ale wręcz sami stwarzają sytuacje niebezpieczne. Potrafią rzucić petardę pod nogi, na ubranie ? nigdy nie wiadomo gdzie wybuchnie i czy nie spowoduje nieodwracalnych uszkodzeń nie tylko słuchu, ale i całego ciała.

Sylwestrowy horror

Fajerwerki są piękne i spektakularne, ale potrafią wyrządzić przy tym wiele szkód zarówno ludziom, jak i środowisku. Wystarczy choćby wspomnieć koszmar, jaki przeżywają zwierzęta przerażone wybuchami. Na razie jednak nic nie zapowiada, aby popularność sztucznych ogni zmalała, a nawet jest wręcz przeciwnie. Jak co roku kolejne kraje i miasta będą się ścigać, kto urządził piękniejszy pokaz i kto wydał na to więcej pieniędzy. Aby więc powitać Nowy Rok bez żadnych szkód dla zdrowia, najlepiej spędzić sylwestra z dala od fajerwerków.

APPENDIX I.

Bajzel

10 Styczeń 2012
    Zagadkowo giną wyżsi urzędnicy, politycy, naukowcy, szyfranci, duchowni, policjanci… I nikogo, poza niewielką garstką, to nie obchodzi. Bajzel. Znalezienie, szczególnie w miastach, kilometra nie zasranego, prostego i równego chodnika graniczy z cudem. Bajzel. Wystarczy, że trochę popada (deszcz lub śnieg) i od razu klęska żywiołowa, powodzie i podtopy. Bajzel. Bandy szoferaków parkują po swojemu, byleby jak najbardziej utrudnić przejście pieszym. Bajzel. Nic się tu nie opłaca. Siać, hodować, wytwarzać, produkować. Bajzel. A nie…, pomyłka. Kraść, malwersować, sprzeniewierzać, malwersować, defraudować - to jest zawsze opłacalne. Bajzel. Służba zdrowia corocznie toczy wojnę z pacjentem, w … imię jego dobra. Bajzel. Dzieci i młodzież, wskutek permanentnej reformy w oświacie i wychowaniu, głupieją/chamieją na potęgę. Bajzel. Przydrożne rowy, lasy, zagajniki, parkingi są mega kosmicznie zaśmiecone i zasrane. Bajzel. Obwodnice, autostrady i drogi ekspresowe, to opowiadanie klechd, bajek i baśni. Bajzel. Punktualność i czystość na kolei. No, no… Tak, tak. Śmiech na sali. Świeże powietrze i czystość w środkach komunikacji miejskiej… Bajzel, co się zowie. Kolejki na poczcie, w bankach, urzędach…. Katastrofa. I na nic nie ma już dwudziesty rok z rzędu kapuchy. Na szkoły, szpitale, przedszkola, żłobki, przychodnie, zbiorniki retencyjne, tamy i stopnie wodne, lotniska i porty rzeczne oraz morskie, na kulturę i sztukę, wojsko, policję, sądownictwo, sprawną administrację, oczyszczalnie ścieków i kanalizacje, wysypiska śmieci i punkty utylizacyjne… na wszystko - poza tym na co jest „po uważaniu”. Czyli dla swojej kamaryli, kumotrów i koleżków. Bajzel. Że o Stadionie Wady Narodowej i sfuszerowanych orlikach to już nie wspomnę. Bajzel…, bym zapomniał.

To tak z grubsza obraz kraju i – jak celnie kiedyś się wyraziła jedna z posłanek – przypadkowego społeczeństwa, które raczej egzystuje niż żyje. I teraz pojawia się pytanie o to, czy to się wszystko zmieni. Moim zdaniem nie ma na to co liczyć. Owo społeczeństwo, ów naród i owi obywatele (sic!) są tak do cna zblatowani, apatyczni i zmęczeni tym wszystkim, że wszechogarniające znieczulica i zidiocenie są nieomal namacalne. Liczy się co najwyżej dojutrkowość, byleby mieć co do gara wrzucić, wlać do baku samochodu (jeśli się go ma), zapić i zakąsić, co na tyłek założyć i gdzie się zabawić. Bo…. Bo pogoń za tym bardziej by mieć, niż być. O tak, bo jakiejś dziuni z telewizora waginę przemeblowali lub jakiemuś narcyzowi-celebrycie penisa zmniejszyli/zwiększyli* to jest sprawa ważka społecznie i to się gra na okrągło. Co zresztą jest też i prawda, bo trafia to na popyt ze strony armii imbecylów, dla których cały świat to jedno wielkie jebanko. Przepraszam, że tak bezpośrednio i otwarcie. Jebanko? Gdzie tam, to tylko taka radosna „mała stabilizacja”. Grillowanko, ciepła woda w kranie, byleby się czymś tam znieczulić, poplątać i pobujać w rytm jakiegoś zakłócacza fal mózgowych. No, a jak nasi przegłosują, że Tatry leżą na północy zaś Bałtyk na południu, to każdy twierdzący inaczej będzie pisowskim oszołomem. Ot zwyczajnie. „Bo idzie młodość, młodość, młodość….” Bajzel. Ale zaraz zaraz. Justysia znowu przerobiła Matti na cacy! Tośmy pochlipali przed telewyzoramy. Oooo… właśnie, to jest kolejny ważki problem społeczny. No, ach jak ten Adam śmiga po tych piaskach pustyni, nawet Hołek wymiata. A jeszcze Magda słusznie opierdoliła gdzieś jakichś garkotłuków. Bęc wuja w czoło i będzie wesoło (copyright podobno Ziemkiewicz). Tańce na lodzie, tańce na rurze, tańce-jebańce. A co? I jak oni fałszują? Nie, nie, nie wybory, tylko przy mikrofonie. Bajzel.
Albo taki ważki problem społeczny, że córcia Bardzo Ważnego Polityka została złapana na tym, że chwaliła się tym, że jest dziwką. Rozumiecie, obywatele i obywatelki? Dziwką. I już mamy kryzys gabinetowy lub parlamentarny. Albo też, że synalek innego WA-ŻNIA-KA ze świecznika przykozaczył na motorze. Aż go później pułkownik musiał pchać na wózku. Tośmy se znowu pochlipali przed telewyzoramy. Bo taki był cały serialowy. Zaprawdę powiadam wam, seryjne zdebilenie serialowe. Masowa, na akord, produkcja tandety myślowej, surogatów rozumu, piątej klepki. I albo strzelanka i mordobicie albo ckliwe, przelukrowane aż do wyrzygania historyjki jak z opery mydlanej. Bajzel. Bajzel w telewizorni, bajzel w radioli, bajzel w gazetach, bajzel na ulicy…. Wszechogarniający bajzel, zaduch i zatęchłe powietrze. Co tam? Ważne, że jest co do gara wrzucić i co mieć na wypitkę. Kurde, w mordę, tylko że nawet Czysta nie kopie jak dawniej, bo ktoś i tutaj coś z procentami miesza. Tak, że i tu bajzel. Lecz co tam. W zamian za to mamy grające fontanny i po „europejsku”. Aaa i dostęp do publicznej informacji zakneblowanej. Ot taki chichot z Mysiej, by żyło się lepiej. Bajzel. A w telewizorach – legiony picusiów-gogusiów, jakby świeżo po lobotomii. Bajzel. Jakaś lub jakiś artycha robi obscenę, eksponuje kicz, grafomaństwo lub tandetę, ale za to nacmokać się nad ideą to obowiązkowo trzeba aż do wyrzygania i dać mu wagony czasu antenowego. Ot bajzelna sztuka i tfurczość (korekta nie poprawiać). I jeszcze jakiś niegolony szarpidrut ogłosi oświadczenie polityczne, jakby to miało w ogóle być interesujące. Ważne, że można było utonąć w kredytach i pożyczkach i cieszyć się nimi, jak autochtoni, którzy opylili Holendrom wyspę Manhattan za paciorki warte dwadzieścia kilka dolców. Kabaret i operetka. Aha, ludzie zapierdzielamy, bo rzucili nowe tablety, smatfony czy inne gadżety. Brać, bo taniej już nie będzie! Bajzel.
A gdzie tam, że chorzy na raka nie mają lekarstw? Że dzieci często nie mają drugich śniadań? Że masy samotnych matek nie stać na wiele rzeczy? Że panować zaczyna dziedziczne bezrobocie? Że młodzi spieprzają, gdzie się tylko da? Że kraj się wyludnia? Że każdy nas robi w wała? Że…, że tych „że” to można by jeszcze wymieniać i wymieniać. Co najwyżej to ta znana redaktorka od interwencji się tym zajmie. Tylko właściwie za nią, to te problemy powinno rozwiązywać państwo. 
Bajzel…. 
* niepotrzebne skreślić.

APPENDIX II.
FAJERWERK PODŁOŚCI.

Barbarii i Europy oblicza pamięci- Helena Jędrzejewska

Dodano: 2012-12-27 19:51:20
Późnym listopadowym wieczorem na opustoszałym Krakowskim Przedmieściu w Warszawie stałam się świadkiem przykrego wydarzenia. Służby oczyszczania miasta pospiesznie usuwały znicze i kwiaty sprzed Pałacu Prezydenckiego.



Pamięć do śmieciarki
Zdałam sobie sprawę z tego, że właśnie mija kolejna miesięcznica Tragedii Smoleńskiej. Sądząc po ilości świeżych wiązanek i ciągle płonących świeczek – hołd ofiarom katastrofy oddawać musiało grono bardzo liczne.
Lecz jeszcze tego samego dnia piękne bukiety, przepasane wstęgami wieńce, płonące lampki były zbierane łopatami przez pracowników MPO i lądowały w śmieciarce. Szybko i sprawnie – wszak ten rytuał powtarza się co miesiąc od ponad dwóch już lat. Teren „akcji” zabezpieczali liczni funkcjonariusze straży miejskiej.

Pamięć do archiwum
Wydarzenie to przypomniało mi jesień 1997 roku. Mieszkałam wówczas w Londynie. W kwiatach tonęły wtedy okolice pałacu Buckingham. Od śmierci księżnej Diany, niebędącej ulubienicą dużej części mieszkańców pałacu, minęły miesiące. Nikt jednak nie odważył się tknąć bardzo już nieświeżych wiązanek. W mediach trwała debata – co z nimi zrobić?
W końcu zapadła decyzja: wszystkie nieświeże wiązanki (a były ich dosłownie tony) zostaną rozpakowane – celofan i papier trafią do recyklingu. Postanowiono, że do specjalnego archiwum trafią jednak wszystkie wstążeczki, na których było cokolwiek napisane. Podobnie z wszystkimi listami, rysunkami czy małymi transparentami, które od śmierci Diany ludzie znosili pod Buckingham. Tak jak od 10 kwietnia 2010 pod nasz Pałac Prezydencki. Tyle że u nas te znaki szacunku, hołdu, pamięci – lądowały w śmietniku…

Zabawki dla dzieci
Brytyjczycy postanowili też, że każdy z pluszowych misiów i innych zabawek przynoszonych jako wyraz hołdu dla zmarłej – zostanie zdezynfekowany i przeznaczony dla domów dziecka.
Władze Londynu w 1997 wydały nawet komunikat, że służby miejskie usuwać będą wyłącznie kwiaty zupełnie już zwiędłe. Wyraźnie też poinformowały, że wszystkie resztki z kwiatów trafią na kompost, przeznaczony do nawożenia ogrodów królewskich…

Jak w stanie wojennym
Widok świeżych kwiatów i płonących zniczy zbieranych łopatami i wrzucanych do kubłów na śmieci pod uzbrojoną eskortą przypomniał mi obrazy ze stanu wojennego, kiedy zomowcy rozkopywali krzyże ułożone z kwiatów i świeczek, a wiązanki składane pod obstawionymi przez ZOMO pomnikami ofiar komunizmu – błyskawicznie znikały.
Czy aż tak znikczemniał nasz naród, skoro wybrał rządzących o tak żadnej wrażliwości i tak niskich moralnych standardach? Wydaje się, że historia zatoczyła koło i znów dalej jesteśmy od Europy, a bliżej – mongolskiego stepu…

APPENDIX III

Krzysztof Pabisiak ze stowarzyszenia "Życie po przeszczepie" dziwi się naiwności ludzi.
- Liczą na zarobek. A tak naprawdę na takich transakcjach zarabiają pośrednicy - mówi Pabisiak. - Podziemie musi być bardzo zaawansowane technologicznie, bo do przeszczepienia nerki potrzebne są warunki bloku operacyjnego. Nie da się tego zrobić w warunkach garażowych. A skoro w publicznym zakładzie opieki medycznej w Polsce nie jest możliwa nielegalna transplantacja, to najbliżej robi się to w Czechach lub na Ukrainie.

Czarna przerywana linia
Czy do ukraińskiej kliniki miała trafić 20-letnia łódzka studentka? Nigdy się tego nie dowiemy. Ona sama wie tylko tyle, że ponad dwa lata temu została w centrum Łodzi porwana przez gang ukraiński. Kilka dni temu zdecydowała się nam o tym opowiedzieć.

To był piątek. Łódź. Koniec listopada, krótkie dni. Anka wracała ze szkoły do domu. Tą samą drogą co zwykle, o tej samej porze. To było około godz. 19. Może parę minut po 19.

- Było bardzo ciemno. Przechodziłam wąską uliczką, słabo oświetloną. Obok mnie jechał jakiś samochód, w którym - jak zauważyłam - siedziało trzech mężczyzn. Jeden z nich wysiadł i zapytał mnie o godzinę. Spojrzałam na zegarek. W tym samym momencie dostałam czymś twardym w tył głowy. Wtedy straciłam przytomność... - opowiada Anka.

1 2 3 4 5 »

środa, 26 grudnia 2012

POpolsza. Mapa wydatków

http://www.mapawydatkow.pl/

STAN po ZAPAŚCI

POGRZEB PAŃSTWA WSTĘP -

CREDO * TRUTH OF WORLD TODAY

https://vimeo.com/48230360

*

Raport o stanie Rzeczypospolitej 

Spis treści
http://www.pis.org.pl/download.php?g=mmedia&f=raport_o_stanie_rzeczypospolitej_1.pdf
System Tuska. Dlaczego III Rzeczpospolita wymaga wielkiej naprawy . . . . . . . . 5
Koncepcja PiS: suwerenny Naród, bezpieczna rodzina
i cywilizacyjne minimum dla jednostki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6
Deprowincjonalizacja Polski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9
Moralna szara strefa III Rzeczypospolitej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10
Patologia państwowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12
Polityka transakcyjna. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14
Centralny ośrodek dyspozycji politycznej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15

IV Rzeczpospolita, czyli wielka naprawa .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16

Społeczno-narodowa gospodarka rynkowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18
Program powszechnego bogacenia się . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 22
Silna Polska w silnej Europie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24
Polska w jądrze Unii Europejskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26

Restauracja pod patronatem Platformy Obywatelskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . 28

W sieci tajnych służb i wielkiego biznesu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30
Komu służą rządy PO? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32
Wstydliwy Naród Polski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 34
Polak skorygowany . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 36
Jest dobrze, bo dobrze jest . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 38
Zdradzony projekt IV RP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40
Deklaracja niesuwerenności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 42
Segregacja edukacyjna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45
Uniwersytet z ograniczoną odpowiedzialnością . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 48
Kłopotliwy Instytut Pamięci Narodowej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 50
Ubezwłasnowolnione media publiczne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 50
Filozofia nienawistnej miłości . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 51
Cool kontra obciach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 54
Depisyzacja polityki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 56
Realna konstytucja III RP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 58
Demontaż CBA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 59

Agencja (nie)Bezpieczeństwa Wewnętrznego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61

Urząd ds. Propagandy „Antykorupcyjnej” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 63
Złamana zasada kohabitacji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 64
Antyprezydenckie bezprawie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 65
Obniżone standardy, nieprzygotowana wizyta, tchórzliwa reakcja . . . . . . . . . 67
Rządowa zasada nieodpowiedzialności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 69

Deprywacja potrzeb praworządności i sprawiedliwości . . . . . . . . . . . . . . . . . 71

Zasada permanentnego kłamstwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 73
Odwrócenie porządku prawnego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 75
Strefa chroniona i zasada nieusuwalności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 77
Aferzyści z ograniczoną odpowiedzialnością . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 79
Odstraszanie od walki z przestępczością . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81
Rządowa polityka zaniechań i zaniedbań . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 83

Drogie tanie państwo . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 85

Negatywny program rządzenia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 86
Ministerstwo arogancji finansowej Jacka Rostowskiego . . . . . . . . . . . . . . . . 88
Polityka ukrywania deficytu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 90
Strategia nadciągającej katastrofy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 92
Dobroczyńcy z Platformy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 94
Chaos komunikacyjny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 96
Gospodarka, czyli strategia likwidacji i upartyjnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 98
Rabunkowa polityka społeczna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 100
Zaorywanie wsi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103
Bezrozumna polityka zagraniczna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 106
Klientyzm i samodegradacja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 110
Pogoń za stanowiskami . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 112
Polityka antyzasad i antywartości . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 114

APPENDIX.

(  )  Polska już tonie w długach, które nie topnieją a rosną. Warto z zainteresowaniem przyjrzeć się koncepcji wyjścia z „niemoralnego długu” jaką zastosował Ekwador.
12 grudnia 2008 roku Rafael Correa ogłosił, iż unieważnia wszystkie narodowe długi, gdyż zostały one zaciągnięte przez poprzednie rządy w drodze korupcji, ze złamaniem konstytucji. Przeforsował poprawkę o tym, iż „legitymowane przez prawo jest to, co służy społeczeństwu.” Międzynarodowy Fundusz Walutowy, któremu Ekwador był winien 11 mld euro oświadczył, iż „ten kraj jest [przez nas] izolowany”. Naturalnie Ekwador szybko został za to zrugany m.in. przez prezydenta George’a Busha, według którego podjęto „decyzję kryminalną” i wezwał do wykluczenia z ONZ. Prócz tego USA były gotowe do „opcji militarnej, aby zabezpieczyć amerykańskie interesy”. Czyli tak jak wszystkie inne wojny i konflikty zbrojne wywołane przez Stany Zjednoczone, za fasadą eksportu demokracji, chodziło o własne interesy. Dobrze jest to usłyszeć wprost.
Prócz wypowiedzenia spłaty długów międzynarodowym finansistom, Ekwador znacjonalizował działające u siebie korporacje The United Fruit Company i Del Monte & Associates za „niewolnictwo i zbrodnie przeciwko ludności”. W wyniku tego, cały przemysł bananowy, którego Ekwador jest największym eksporterem, znalazł się w rękach państwa. Dowiedziono, iż The United Fruit Company od wielu lat korumpowało polityków i nakazano zapłacić 6 mld $ tytułem odszkodowania. Prawnicy Ekwadoru w Nowym Jorku zaproponowali USA układ: albo Stany zaakceptują roszczenia rządu Ekwadoru wobec The United Fruit Company, albo zakwestionują żądania Ekwadoru, lecz tym samym zdelegalizują swoją własną politykę co do Iraku. A to wiązałoby się odszkodowaniom szacowanym na 250 mld euro plus odsetki za cztery lata. Prezydent elekt Barack Obama przekonał George’a Bush’a aby nie zaogniał sytuacji. To było zwycięstwo Ekwadoru.
Przed sąd trafiła cała klasa polityczna poprzedniego rządu. Dla większości zapadły wyroki więzienia. Średnio 10 lat. Majątki skonfiskowano i znacjonalizowano, przekazując np. ziemię spółdzielniom rolnym. W liście do Benedykta XVI, prezydent Rafael Correa, przedstawił się jako „zawsze skromny sługa Waszej Oświeconej Świątobliwości”. Prosił o „duchownych obdarzonych darem głębokiej duchowości i gotowych służyć potrzebującym”.
Izolacja wyzwolonego Ekwadoru była odczuwalna, ale solidarność sąsiadów okazała się wzorowa. Wenezuela oświadczyła, że będzie zaopatrywać Ekwador w ropę i gaz za darmo przez 10 lat. Brazylia przekaże 100 ton dziennie pszenicy, ryżu, soi oraz owoców. Argentyna dołączyła do wsparcia oddając 3% swej produkcji wołowiny. Boliwia udzieliła nieoprocentowanej pożyczki w wysokości 5 mld $ płatną w ciągu 10 lat, w 120 ratach.
Swoistej rewolucji dokonał Rafael Correa. Absolwent Harvarda na kierunku ekonomii i planowania ekonomicznego, sam siebie określa „chrześcijańskim socjalistą”.
Ekwador jak i cała Ameryka Południowa przeciwstawiła się kolonializmowi, niewolnictwu i wyzyskowi ze strony USA i Europy, które tuczyły się kosztem Latynosów.
Polska niestety nie może liczyć na wsparcie kogokolwiek, gdyby postanowiła nagle zrzucić kajdany. Może natomiast po części brać przykład z Ekwadoru. Choćby oczyszczając własne podwórko z panującej klasy politycznej, której dziełem są m.in. sprywatyzowane całe gałęzie gospodarki znacznie poniżej swej wartości, wzrost bezrobocia i rozwarstwienie społeczne.
Jest też inny przykład, znacznie bliższy.
Jesienią 2008 roku załamał się sektor bankowy Islandii. W praktyce oznaczało to bankructwo. Trzy duże banki islandzkie oferowały lokaty z wysokim oprocentowaniem. Dalszy scenariusz był podobny do znanego nam, wprowadzonego przez Marcina P. Banki nie były w stanie wypłacić należności swym klientom, gdy ci szturmem chcieli je odzyskać. Plan naprawczy rządu obejmował znacjonalizowanie tych banków i negocjowanie spłaty wierzytelności obywatelom Wielkiej Brytanii i Holandii, którzy w Islandii inwestowali. Islandczycy, którzy nie akceptowali takich zamierzeń, na tyle skutecznie potrafili wyrazić swój sprzeciw, że w rezultacie cały rząd upadł. W referendum (gdyż Islandia, w przeciwieństwie do polskich rządów, pyta swych obywateli w sprawach wysokiej wagi) 93% obywateli opowiedziało się przeciwko spłacaniu zagranicznych pożyczek zaciągniętych przez prywatne banki islandzkie, które doprowadziły do ekonomicznej katastrofy państwa. Nowy gabinet zagwarantował zwrot zobowiązań banków jedynie wobec obywateli Islandii i rodzimych firm. Najbardziej godnym podziwu, z polskiego punktu widzenia, jest pociągnięcie do odpowiedzialności osób, które odpowiadały za taki stan rzeczy. Były premier został oskarżony o rażące zaniedbanie obowiązków i nie wprowadzenie działań naprawczych w sektorze bankowym. Sekretarz ministra finansów, za wykorzystywanie poufnych informacji służbowych do osiągania prywatnych korzyści finansowych, został skazany na dwa lata pozbawienia wolności. Dwaj prezesi banków otrzymali karę czterech i pół roku pozbawienia wolności.
Takie działania szybko przyniosły odpowiednie efekty. Pod koniec 2010 roku zahamowano wzrost bezrobocia oraz spadek PKB. Obecnie bezrobocie jest jednym z najniższych w Europie, na poziomie 5%. Prognozy wskazują na utrzymanie 3% wzrostu PKB. Warto dodać, iż średnia w euro-landzie to 0,3%. Międzynarodowe instytucje finansowe podniosły ratingi Islandii. W strefie euro takie indywidualne działania naprawcze nie byłyby możliwe. Polityka monetarna jest jedna i wspólna dla wszystkich, toteż brak możliwości takiego nią kierowania, aby służyła państwu. Stąd różnica między Grecją a Islandią. Gdy ta pierwsza pogrąża się coraz bardziej, Islandia równie poważny krach ma już za sobą.
Rząd Islandii sam zaleca wprowadzenie ich modelu naprawczego w państwach Europy. Tyle że Islandia jest poza Unia, więc jest suwerenna. My taki komfort zaprzepaściliśmy. Nawet postawienie do odpowiedzialności ludzi odpowiedzialnych za finansowe matactwa jest u nas zwykle nierealne.
Dwa wyżej opisane przykłady obrazują różną drogę wyjścia z kryzysu. Najpierw ukaranie winnych. W efekcie – odbudowa gospodarki. W Polsce możemy czekać całe lata na wyroki sądowe ws. Amber Gold i osób z tym procederem powiązanych. W międzyczasie doczekamy u nas kolejnych Mistrzostw Europy, a może nawet Świata. Paraliż wymiaru sprawiedliwości, stare, lecz wciąż silne układy, skutecznie blokują postęp. Chyba że mamy na sumieniu kradzież pietruszki z warzywniaka.
Maciej Wydrych


Źródło artykułu: Stop Syjonizmowi

wtorek, 25 grudnia 2012

"D. .a", a Niedobitki Prawdy

..
http://rapidshare.com/files/132128718/The_Polish_Ambulance_Murders.part4.rar
http://rapidshare.com/files/132381822/The_Polish_Ambulance_Murders.part3.rar
http://rapidshare.com/files/132408594/The_Polish_Ambulance_Murders.part2.rar
http://rapidshare.com/files/132540242/The_Polish_Ambulance_Murders.part1.rar
 

Landsbergis: W sprawie 10/04 daliście się sponiewierać i wyszydzić. Wystawiliście prezydenta, kiedy rozdzielono wizyty i poleciał sam do Smoleńska
Zdjęcie W najnowszym tygodniku "Plus Minus" odnotowujemy bardzo ciekawą rozmowę z Vytautasem Landsbergisem, pierwszym przywódcą niepodległej Litwy. Landsbergis bardzo krytycznie odniósł się do tego, w jaki sposób w Europie pamięta się dziś o ofiarach komunizmu:... 

"szkoda, że ci po drugiej stronie żelaznej kurtyny nie doświadczyli tego, co my, choćby na krótko. Nie byliśmy mściwi - nie życzyliśmy im, by żyli w systemie komunistycznym tak jak my, przez dziesięciolecia. Tylko przez kilka lat, aż by im rozum wrócił"


Smutna opowieść o polskiej szkole, halloween i umieraniu Polski


W miniony wtorek miałem tę nieprzyjemność, że musiałem odwiedzić szkołę gimnazjalną. Tak się składało, że szkoła nosiła imię Jana Pawła II. Wchodzę do budynku, idę w kierunku sekretariatu i mijam sale lekcyjne, których drzwi mają halloweenową dekorację. Docieram do miejsca, gdzie po jednej stronie znajduje się gablota poświęcona Janowi Pawłowi II, a na drzwiach naprzeciwko eksponowane są symbole satanistyczne. Powiem szczerze, ścięło mnie z nóg. Jak można dopuścić do czegoś takiego? Pomijam, że to jest przykład niewyobrażalnej wprost schizofrenii.
Jeżeli pozwala się na taką głupotę w szkołach, to ciężko z optymizmem patrzeć w przyszłość. Mam wrażenie, że nieunikniona jest zagłada mojego świata, wszystko z roku na rok staje się inne, nieludzkie, chore, odarte z polskości. Wczoraj wieczorem musiałem sprzed drzwi przegnać gówniarzy, poprzebieranych za potwory. Wyganiając ich powiedziałem „Tu jest Polska, tu nie będzie takich zabaw”. Wieczorem w łóżku długo zastanawiałem się nad moimi słowami i nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że moje słowa były pobożnym życzeniem, nie mającym wiele wspólnego z rzeczywistością.
Dziś na cmentarzu, wsłuchując się w słowa księdza, nie potrafiłem przestać myśleć o tym całym ogromie zła, jaki w ostatnich latach dotknął moją ojczyznę, o tej pogardzie dla zmarłych, o sprofanowaniu zwłok Anny Walentynowicz i o braku jakiejkolwiek reakcji na to wszystko nie tylko społeczeństwa, ale również Kościoła. W momentach najtrudniejszych dla naszej ojczyzny mieliśmy zawsze oparcie w duchownych, zawsze pojawiał się wybitny pasterz, który przeprowadzał nas przez najczarniejszy czas. Dziś nie ma nikogo. Polska, jej tradycja, kultura, historia umiera na moich oczach, a ja jestem bezradny, nie mogę nic na to poradzić.
W tym miejscu wrócę jeszcze do tej nieszczęsnej szkoły, którą odwiedziłem. Czy tam nie ma księdza, katechety albo siostry zakonnej? Ależ oczywiście, że są, więc jak mogli pozwolić na to, żeby w publicznej szkole eksponowane były symbole bestii -
?

"Doda: Straciłam dziewictwo z koleżanką!

24.12.2012, 13:41
aFp
Doda w wannie

Doda znowu szokuje. Tym razem artystka opowiedziała o swoim" 


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wigilia Boża Polaków

 

 Ta krótka opowieść wigilijna opisuje przeżycia mego przyjaciela Zbigniewa Szczepańskiego, którego – wraz z rodzicami i siostrą – wywieziono w 1940 roku na Syberię. Wigilia  wśród tajgi odbiegała od stereotypu, utrwalonego przez znane dzieło Jacka Malczewskiego z Krakowskiego Muzeum Narodowego „wigilia zesłańców”. Ale w obu przypadkach można się dopatrzyć polskiego przywiązania do tradycji i akcentowania więzów rodzinnych.
Na straży przy ziarnie
   Po zwolnieniu z gułagu z końcem 1941 roku rodzina Szczepańskich osiedliła się – jako już grupa wolnych bieżeńców – w małej osadzie syberyjskiej Teguldet nad Czułymem, prawym dopływem Obu. Osiedle otaczała tajga, porozdzielana – nieprzebytymi bagnami i nieprzeliczoną chmarą Komarów.
   Ze względu na nędzę i brak żywności pan Feliks Szczepański zatrudnił się w 1943 r. jako stróż magazynu zbożowego w kulstanie (zagospodarowane rolniczo tzw. Gary, czyli wypalone w tajdze polany).  Ten o którym mowa, należał do kołchozu „Krasnaja Zaria” ze Starego  Abkaszowa i LESPRAMTOR-gu. Pracę tą dzielił z 14-letnim Zbyszkiem. Zmieniali się co miesiąc. Jako mieszkanie wykorzystywali małą chatkę z bierwion na skraju polany – przy   wielkich bagnach.

Bagna w rejonie Tuguldetu, fot. PANORAMIO
Praca była prosta – należało doglądać ziarna, szuflować je co pewien czas, a także odławiać szczury i mszy, pchające się do pomieszczeń  wszystkimi dziurami. Szczury wyrastały na schwał – jak koty. Ogromnym plusem pracy w kulstanie okazała się możliwość wyżywienia na miejscu i pozostawienia swych głodowych przydziałów chleba rodzinie w Teguldecie.
Nici z polowania
   Stróżowanie w grudniu 1943  roku przypadło na Zbyszka, ale ponieważ zbliżały się Święta, ojciec obiecał przyjechać do niego w Wigilię. Chłopiec z niecierpliwością i utęsknieniem wyczekiwał taty – nie było żadnego kalendarza, więc liczył upływające dni po nacięciach, wykonywanych nożem na belce. Za towarzysza niedoli miał małego rudawego kundelka, który razem z nim tkwił na pustkowiu.
   Akurat tuż przed Bożym Narodzeniem spadły wielkie śniegi, połączone z zawiejami: drogi leśne i ścieżki myśliwski stały się trudne do przebycia. Zbyszka wyposażono w jednostrzałowy prymitywny karabin tzw. „berdankę” i trochę amunicji. Chłopak bobrował więc po tajdze za jarząbkami (zwanymi tu „riabczykami”) i cietrzewiami. Jarząbki – były to piękne nieduże ptaki, pstro ubarwione, podobne z wyglądu i wielkości do kuropatw. Koguty cietrzewi z brunatno-czarnym ubarwieniem, ogonem  w kształcie liry i czerwoną brwią stawały się najwspanialszym, ale nie najczęstszym trofeum Zbyszka.

Jarząbek przypomina kuropatwę, Fot. PANORAMIO
                                      

Tajga w zimowej szacie , Fot. PANORAMIO
Wielkie opady śniegu tuż przed   świętami i uniemożliwiły polowania – zawiodła więc nadzieja na zdobycie pożywienia. Wieczorami Zbyszek szlifował rosyjski, czytając znaleziony na miejscu strzęp książki – resztki sprawozdania Konferencji Partyjnej Resortu Rolnictwa ZSSR z roku 1936.
   Na miejscu nie było ani kropli nafty i czytanie odbywało się przy łuczywie.  Zapałek również brakowało – ogień rozniecał Zbyszek krzesiwem. Jeszcze po z górą 60 latach zachował on umiejętność błyskawicznego posługiwania się tym archaicznym narzędziem. Potrzebny jest tylko do tego nieco nadwęglony knot bawełniany, kawałek zaostrzonego krzemienia i specjalnie uformowany kawałek  stali.

Tajga nad brzegiem Czułymu, fot. PANORAMIO

 Krzesiwo i łuczywo
   Nacięcia na belce wskazywały,  że jest już 24 grudnia i że należy oczekiwać przybycia ojca. W okresie zimowym dzień szybko mijał, jako  słońce wschodziło pomiędzy 10 a 11, a zachodziło  około godziny 4 po południu. Wyłaniało się ono z wierzchołków wyższych drzew i po przemierzeniu niskiego łuku, kryło się za następnymi. Zrobiło się ciemno, gwiazdy pojawiły się na niebie, a  ojciec nie przyjeżdżał.
     Zbyszek zapalił łuczywo i umieścił je w pobliżu okna – tak by światło  wskazywało drogę do chaty. Stała ona bowiem na końcu przestrzeni otwartych pól, widocznych z drogi wiodącej z Teguldetu. Godziny mijały jedna po drugiej, aż Zbyszek usłyszał ciężkie skrzypienie kroków na  zamrożonym śniegu. Doświadczenie starych Sybiraków doradzało w takim wypadku ostrożność, gdyż zdarzały się wypadki, że nagle przebudzony niedźwiedź opuszczał gawrę i – w poszukiwaniu pożywienia – nawiedzał osiedla ludzkie.

Brunatny niedźwiedź syberyjski zakradający się do osady ludzkiej, fot. Track Back URL.blox.pl
 Zbyszek porwał ze ściany fuzję, drżącymi rękami wprowadził nabój do zamka i zawołał: „Kto idzie”. Pod czupryną latały niespokojne myśli: „Jeżeli nikt nie odpowie – to niedźwiedź – wtedy wypalę przez okno!”. Ale na szczęście usłyszał wołanie ojca: „Otwieraj, otwieraj, to ja”. Tato z trudem wgramolił się do izby. Był półżywy, ośnieżony i oblodzony do pasa. Okazało się, że sanie z koniem utknęły w zaspach parę kilometrów przed Kulstanem i pan Szczepański mozolnie brnął przez śniegi i zaspy. Dopiero następnego dnia doprowadzili konia. Pozostawiając go w nocy w tajdze pan Szczepański okrył go jedliną i sianem, dlatego przetrwał szczęśliwie mroźną noc syberyjską.

Kolacja pod gwiazdą
   Gdy ojciec nieco „odtajał” i przyszedł do siebie, zabrano się do przyrządzania skromnej wieczerzy. Szczepański-senior przytaskał nieco placków, upieczonych na blasze  przez żonę  z dodatkiem „koricy”, czyli przyprawy cynamonowej, którą można było kupić w sklepach (po co komu cynamon, gdy nie ma mąki?). Przywiózł też nieco przydziałowego chleba.

Czułyma w rejonie Tuguldetu, fot. PANORAMIO
 Zbyszek miał przygotowaną bańkę ugotowanej pszenicy siewnej, która posłużyła do przyrządzenia tradycyjnej kutii. Cukru naturalnie nie było, ale danie to udało się posolić, gdyż ojciec miał ze sobą szczyptę – bezcennej na Syberii – soli.
   W chatce było ciepło i przyjemnie . W piecu buzował ogień z dużych polan. Pies kręcił się z przejęciem pod nogami. Obaj panowie przełamali się razowcem i zasiedli do skromnego stołu wigilijnego. Myślami byli z rodziną pozostawioną w Teguldecie, a marzeniami – w odległej i jakby nierealnej Polsce.

Rzeka Czułyma z lotu ptaka, Fot. Ciril Victor, PANORAMIO

Bohdan Nielubowicz
Tematy artykułu:, ,
APPENDIX.
PAMIĘCI  dr. JÓZEFA SZANIAWSKIEGO
Obecnie więzienie w Barczewie
Miałem już za sobą bicie i psychiczne tortury przesłuchania, 10-letni wyrok, odsiadkę w jednej celi z mordercami, kryminalistami, a nawet ludobójcą hitlerowskim, zbrodniarzem Erichem Kochem. Teraz byłem zupełnie sam. Nazywane "polskim Alcatraz", otoczone z trzech stron jeziorem, a z czwartej fosą strasznego krzyżackiego zamku, Barczewo było najcięższym więzieniem PRL. Był mroźny grudzień 1986 roku, siedziałem w zupełnej izolacji, sam w podziemnym karcerze Barczewa. Pomalowane olejną farbą grube mury celi pokryte były rano szronem. Przez trzy zimowe miesiące nie miałem możliwości nawet odezwać się do kogokolwiek. Aby otrzymać więzienny posiłek, należało uklęknąć przed specjalnie skonstruowaną kratą w drzwiach (tzw. tygrysówka dla szczególnie niebezpiecznych więźniów). Na kilka dni przed świętami przyjechała z Warszawy moja Halina na tzw. widzenie, żeby chociaż przez kilka minut spojrzeć na mnie swymi zielonymi oczami nadziei, ale nawet jej nie wpuścili do środka. Stała biedna pod żelazną bramą więzienia na mrozie prawie pół dnia, zanim oprawcy łaskawie zgodzili się przyjąć od niej paczkę świąteczną dla mnie - z jedzeniem, opłatkiem i jemiołą. Dowiedziałem się o tym dopiero na wiosnę, kiedy wypuścili mnie z karceru i musiałem pokwitować odbiór paczki, a właściwie tego, co z niej pozostało.
W Wigilię, jak codziennie o siedemnastej, klawisz przyniósł kolację. Musiałem uklęknąć przed kratą w drzwiach i dostałem pełną miskę barszczu, zamiast zwyczajnej zupy mlecznej. Pół bochenka pokrojonego chleba odebrałem już rano. Dostałem jeszcze kubek kawy zbożowej, i to była moja wigilijna wieczerza, którą ustawiłem na taborecie, a sam usiadłem na metalowej pryczy. Myśl o tym, że gdzieś zupełnie daleko za tymi więziennymi murami, w cieple rodzinnego domu, na wigilijnym stole jest jedno puste nakrycie przeznaczone dla mnie, nie była dla mnie pocieszeniem, tylko bólem i dojmującą goryczą. Sam ze sobą dzieliłem się ułożoną na aluminiowym talerzu kromką więziennego chleba, zamiast opłatkiem, sam sobie składałem życzenia z myślami i marzeniami o moich najbliższych, o Halinie z małym Filipem i o Polsce w sowieckiej i komunistycznej niewoli.
To była moja najbardziej samotna, najsmutniejsza w życiu Wigilia. W tej okropnej scenerii Barczewa nie miałem oczywiście nawet zegarka i kiedy w środku nocy usłyszałem dalekie, przytłumione bicie dzwonów, to wiedziałem, że to już północ i że normalni, wolni ludzie udają się do kościoła na Pasterkę. W karcerze nie było krat, bo i okna nawet nie było, a grube mury dawnego krzyżackiego zamku Wartenburg, zamienionego przez Niemców na więzienie, w przedziwny sposób wyciszały dźwięki dzwonów, tak że były one subtelne, miękkie, odległe, niemal jakieś bajkowe. Ze ściśniętym sercem, z uchem przy zimnym murze, klęczałem na betonowej podłodze i modliłem się do Boga tak bardzo i tak długo, aż z tą modlitwą usnąłem chyba już nad samym ranem w Boże Narodzenie.
Od tamtej pory minęła epoka, a właściwie kilka epok! Żyjemy w zupełnie innych czasach pod względem politycznym, ekonomicznym, społecznym, a wreszcie cywilizacyjnym. Skończył się tragiczny wiek XX, jesteśmy na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia, w naszym kalendarzu jest już druga dekada XXI wieku! To nie kalendarz, ale czas biegnie nieubłaganie i stawia nas wobec nowych wyzwań i wydarzeń. Nasz kalendarz, którym codziennie posługują się miliardy ludzi, jest zarazem najbardziej globalnym, uniwersalnym i rozpowszechnionym symbolem narodzin w Ziemi Świętej, w Betlejem - Jezusa Chrystusa. To wtedy zaczęła się nowa era, to od tej daty wszystko liczymy - dni, miesiące, lata, dekady, wieki, tysiąclecia, całe epoki. Wszystko zaczęło się od Bożego Narodzenia 2010 lat temu. To nie tylko nasza religia, to jest nasza cywilizacja! Jej powszechny i globalny uniwersalizm widoczny jest szczególnie w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku. To m.in. właśnie dlatego jesteśmy obecnie świadkami kolejnego w ciągu dwóch tysięcy lat zmasowanego ataku na chrześcijaństwo, na chrześcijan, na symbol krzyża świętego, na Kościół, na wszystko to, co nazywamy naszą cywilizacją. W tym globalnym ataku na nas biorą udział nie tylko fanatycy i terroryści islamscy, ale również rzekomi liberałowie z rzekomą pseudoideologią tolerancji. Widocznym dowodem ich bezsilnej wściekłości jest gwiazda betlejemska świecąca na wierzchołkach milionów choinek na całym świecie właśnie w Boże Narodzenie.

Prawda Ludzi Chrystusowych


...jesli bym o Nich zapomniał * Ty Boże na niebie zapomnij o mnie


Wigilia - Rozwadowski
Nikt mnie nie pilnuje, sam podążam drogą, a po obu jej stronach: tajga, wzgórza, kamienie i znów tajga. Tajga skuwa mnie bezlitośniej niż kajdany. Tajga, to również gwałt, przemoc i potęga. Tyle, że nie dźwięczy w moich uszach, nie ciąży na poranionych przegubach rąk.  Ale – żelazo jest symbolem przemocy, tajga zaś nie. Przeto nie jestem czysty w swoim sumieniu, które ode mnie żąda wolności dla mnie. (…)
Niedaleko Kadak-Czanu, na czwartym kilometrze, znajduje się stary bunkier. Tutaj przed dwoma laty kopano gruz ze zbocza gór i rozwożono na drogę. Stąd usypano kilka kilometrów drogi… Dawny „bunkier” nie ma teraz już górnej podłogi, ani urządzeń do zsypywania ziemi. Stoją nagie drągi, spięte jeszcze poprzeczkami. Drzewo jest czarne i oślizgłe. Bunkier wygląda, jak dwie razem połączone szubienice. Kilka dni temu znalazłem kawał sznura. Schowałem go pod kamieniem. Albowiem tam, pod bunkrem miałem chwilę słabości: co tu gadać – upadłem na duchu! Resztką przytomności umysłu odłożyłem jednak decyzję na później ? dość będzie czasu, gdy będę wracał. Obecnie, w drodze powrotnej, wyzbyłem się uczucia słabości, już nie upadam na duchu. Wydobywam sznur z ukrycia. Opuszczam się po stromym zboczu, dochodzę do rzeki i wrzucam go w nurt… Nurt płynie bystro, sznur oddala się szybko, zwijając się i rozwijając, jak wąż. Pochylam się, czerpię wodę w dłonie i piję. Wspaniała, krystaliczna, orzeźwiająca woda.
(…) W rok później, w tym samym miejscu, w pewien słoneczny piękny dzień, wypluję na dłoń cztery zęby. Awitaminoza. Cynga, czyli szkorbut. Za rok jednak bunkier nie będzie wywierał na mnie wrażenia połączonych szubienic. Straci swą siłę fatalną. (…)
(Modry – red.) posiada kociołek, przerobiony z jakiejś puszki, machorkę i jodoform (władywostocki prezent Turkieltauba).
Determinacja jego jest sprecyzowana:
Jeśli spotkam jednego strażnika, to nie on będzie polował na mnie, ale ja na niego. A kiedy go upoluję, poszukam dwóch strażników. Modry był zawodowym przestępcą, kryminalistą, kasiarzem. Miał bezmiar pogardy dla tego, co widział w sowieckich więzieniach i tego, co przeżył w śledztwach – oraz dla kilofa, który mu wetknięto w ręce, dla łopaty, dla tajgi. Trzeba przyznać, że zachowuje się z najwyższą lojalnością i solidarnością. Ten sam rodzaj pogardy, co dla urządzeń sowieckich, posiada on także dla przedstawicieli tutejszego świata przestępczego. To dziwne towarzystwo zwąchuje się natychmiast i to bez względu na narodowość. Modry staje się „znakomitością łagru” – w ciągu kilku godzin. Przychodzą Rosjanie, Ukraińcy, Ormianie, Kazachy, meldują mu się i zaczynają szepty. Traktuje ich jak plugastwo, oni to znoszą potulnie. Modry wychodzi z namiotu, a rzeczy swe pozostawia na wierzchu. Nikt nie ośmieli się ich tknąć, podczas gdy my wszyscy jesteśmy już okradzeni, i to po kilka razy. Co prawda nie zaniedbuje ostrożności. Nie rozstawia rzeczy, ale te najbardziej wartościowe, te istotne potrzebne, ma zawsze przy sobie. Oto wyjmuje jakieś zawiniątko, z niego papierosa i podaje mi. Oczom nie wierzę: polski „Sport” na kole podbiegunowym – w okolicach, gdzie mówi się o Alasce, jako o czymś, co leży konkretnie tuż za miedzą, tuż za groblą.
-  Niech pan mnie posłucha – poucza mnie – a wyjdzie to panu na dobre. Niech pan nie stara się pracować, bo pan nie da rady. To nie dla nas. Niech pan nie zwraca uwagi na to, co pan jeszcze posiada, bo to nie ważne. A przede wszystkim niech się pan nie najada, nie obżera. Choćby jedzenia było w bród ? jeść tylko do trzech czwartych!
To brzmi jak rozkaz.
-  Bo jeśli pan raz rozepcha sobie żołądek, rozpoczną się pańskie cierpienia. Nawet tutaj, w tym przeklętym kraju może się zdarzyć, że w ciągu jakiegoś szczęśliwego tygodnia, będzie się pan mógł napychać bez miary. Niech pan nigdy tego nie robi! (…)
Potem czekał na mnie wstrząs!
Henryk Sierosławski rzekł mi krótko:
-  Modry, Izydor Winiak i Józef Piotrowski uciekli pozawczoraj, 14 czerwca. A nas pakują na noc do izolatora. Żądają ażebyśmy powiedzieli, w którą stronę uciekli.
I dalsze szczegóły:
-  Modry cały czas sypiał w namiocie. Zaraz po twoim odejściu Piotrowski i Winiak przenieśli się do niego. Zwiali zdaje się zaraz po zejściu z pracy. W namiocie myślano, że oni śpią w baraku,
I w baraku myślano, że w namiocie. Tyle że Winiak przyniósł mi swój kolejarski kożuch i podał mi mówiąc, że go nam pożycza, aby nam lepiej było spać. Wczoraj rano nie stanęli do pracy, wobec czego podniesiono alarm i gwałt. Mnie i Żelechowskiego zamknęli do izolatora, zdjęli z nas kurtki, kazali zdjąć spodnie i w samej bieliźnie tam wpędzili. Tam jest potwornie-zimno. Po kilku godzinach zabrali nas stamtąd, kazali się ubrać i wypędzili na robotę. Pracowaliśmy wczoraj do wieczora, potem dostaliśmy 200 gramów chleba i na całą noc znowu do kandieja. Ciągle się pytają, dokąd oni uciekli.
Na tę rozmowę nadchodzi strażnik:
-  Co to, zmawiacie się znowu, żeby uciec?
-  Nikt się nie zmawia i nikt nie ma zamiaru uciekać.
-  Uciekajcie, ja nie jestem tu po to, aby was pilnować. Was pilnuje tajga. Jeśli uciekniecie, to zginiecie z głodu. Ja tu jestem, aby was naganiać do pracy!
Potem udając, że mnie nagle spostrzegł:
-  O ten stary Polak jeszcze nie zdechł? I poszedł sobie. (…)
Po miesiącu, idąc w etap, zabraliśmy kożuch z sobą. Kiedy znów po miesiącu rozdzielono nas, podzieliliśmy kożuch na dwie części. Rozcięliśmy go na połowę. Zamierzaliśmy zrobić z futra rękawiczki i czapki na zimę. Pewnego wieczora w szwach części, która mnie przypadła w udziale zauważyłem coś twardego. Rozprułem: znajdował się tam zaszyty zręcznie brązowy krzyż zasługi. Przewiózł go Izydor Winiak przez wszystkie rewizje, uchronił w ciągu kilkudziesięciu rewizji i zostawił nam. Henrykowi, na jego komandirowce ukradziono połowę futra. Mnie drugą połowę ukradziono także. Natomiast brązowy krzyż zasługi jest zakopany na siódmym prorabstwie 20 km od Kadak-Czanu. Pieczołowicie i troskliwie owinąłem go w lniany ręcznik z pieczątką „Więzienie Łukiszki” (przewieziony ze Stanisławowa) i podsunąłem pod wielki kamień. Nigdy nie mieliśmy o nim usłyszeć, zamknęła się nad nim tajga, jak grób. Na zawsze opuścił Izydor Winiak swoje żeremie, które budował pracowiciej niż bóbr. Domu swego nie mógł przecież zabrać ze sobą, jak zabrał krzyż zasługi. Et nihil humani…
Po śmierci Henryka mała grupka tak zwanych dochodiagów szła wśród mrozu, który rozszalał się na dobre. Dochodiaga, bardzo piękne miejscowe wyrażenie, określa człowieka, który „dochodzi” do kresu sił i gaśnie nie na skutek jakiejś zdecydowanej, złośliwej choroby, ale z braku witamin, z głodu, nędzy i wyczerpania.
Szliśmy półżywi obok kopalni złota, a popędzał nas strażnik, który całymi latami był dobrze odżywiony i całymi latami nic nie robił, któremu zaś śpieszyło się, bo marzł w swoim kożuchu…
Minęliśmy osadę Frołcz i przechodzili obok najstraszniejszych ze strasznych obozów pracy, mianowicie obok kopalń złota.
Oparte o drogę olbrzymie zbiorowiska baraków, otoczonych drutami kolczastymi. Charakterystyczne wyżki, to jest wzniesione na kilkumetrowej wysokości słupach budki strażnicze. Dziesiątki bram zaczerwienionych od setek haseł i sloganów, które niewolników zachęcić mają do pracy.
(  )
APPENDIX.

Kołyma – Kościół na końcu świata
Ks. Rafał Brzuchański
Po 10 latach służby na Ukrainie w archidiecezji lwowskiej, Pan dał mi łaskę zmierzenia się z Rosją. Tak trochę z doskoku. I tylko na 3 miesiące. Zrodziła się potrzeba zastępstwa kapłana w parafii na Kołymie. Konkretnie w Magadanie
Trzynastego sierpnia minionego roku w Częstochowie zawierzyłem Niepokalanej całe to przedsięwzięcie. Spakowałem plecak, zabrałem tzw. podręczny bagaż i 17 sierpnia 2010 r. wsiadłem w Warszawie do samolotu lecącego do Moskwy. Rosja walczyła z pożarami. Nad lotniskiem Szeremietiewa unosiła się letnia sierpniowa mgiełka. Bardzo ciepło. W poczekalniach klimatyzacja pracuje bez zarzutu. W terminalu przewijają się ludzie o różnych twarzach. Oblicza o rysach gruzińskich, ormiańskich, azjatyckich, mongolskich i oczywiście europejskich. Przemknęło nawet kilku murzynów. Słychać różne języki, choć dominuje rosyjski, który jest oficjalnym na terenie całej Federacji. Czekanie uczy pokory. Zwłaszcza ośmiogodzinne. Ludzie drzemali, pili wodę mineralną, czytali gazety i książki oraz „gmerali” w laptopach. W końcu doczekałem odprawy na kurs Moskwa – Magadan. Po 8 godzinach lotu Boeing dotknął kołami płyty lotniska.
Aniołowie święci, oby tak zawsze, dziękuję wam. Z nieukrywaną ulgą zszedłem po trapie i dotknąłem nogami kołymskiej ziemi. Na lotnisku czekał na mnie ks. proboszcz Michael, Amerykanin z Alaski i s. Małgorzata, Polka, siostra miłosierdzia, zwana popularnie szarytką. O tej godzinie jeszcze nie wiedziałem, że Pan realnie pokaże mi rzeczy o których czytałem w Ewangelii – „kto ma, temu będzie dodane”, i ten fragment o otrzymaniu stokroć więcej, kiedy się z czegoś rezygnuje. Ale to potem. Pan stopniowo i spokojnie odkrywa swoje tajemnice.
Kołyma
Nazwa pochodzi od rzeki o tej samej nazwie. Słowo, które u starszego pokolenia, znającego historię wywołuje niepokój i niedobre skojarzenia. Młodsze pokolenie zapewne nie do końca zdaje sobie sprawę z niszczycielskiej przestrzeni, które objawia ta nazwa. To obszar na którym władza radziecka na czele ze Stalinem stworzyła swoisty archipelag obozów pracy przymusowej, nazwany przez Sołżenicyna „archipelagiem gułag”. Początek stanowi rok 1929. Wtedy zaczęto budować zaplecze logistyczne i administracyjne Kołymy, które nazwano Magadan. Do tego czasu teren ten był bezludny i niezagospodarowany. Nie było elektryczności, dróg, jakichkolwiek oznak cywilizacji. Tylko tajga i góry zwane tutaj sopkami oraz rdzenni mieszkańcy Czukcze, którzy polując i łowiąc ryby budowali w pobliżu swoje jurty.
Dlaczego w tej części świata, bezludnej, o surowym klimacie, gdzie zima zaczyna się z początkiem października, a kończy z końcem maja, zaczęto budować miasto Magadan? Otóż w latach 20. ubiegłego wieku odkryto na Kołymie złoża surowców mineralnych, w tym złota, węgla, rożnego rodzaju rud oraz uranu. Towarzysze radzieccy na czele ze Stalinem postanowili w specyficzny sposób wykorzystać ludzi zamieszkujących teren Związku Sowieckiego do eksploatacji kołymskich skarbów. Należało stworzyć w tym celu odpowiednie prawo, więc napisano paragraf „58”, na podstawie którego ogłaszano wyroki – 5, 10, 15 i więcej lat pracy przymusowej na Kołymie. Za co? Za noszenie medalika, za udział w nabożeństwach w cerkwi i kościele. Za przynależność do organizacji patriotycznych, za nielegalne zebrania, za kontestowanie nowej władzy ludowej, za rzekomą „zdradę ojczyzny”. Warłam Szarłamow, który spędził w łagrach 18 lat, w swoich „Opowiadaniach kołymskich” przywołuje przypadek mężczyzny z Rosji zesłanego do łagrów tylko dlatego, że nielegalnie dokonał uboju swojego ostatniego barana. Do największej eksterminacji i zesłań dochodzi w latach 40. XX wieku, zwłaszcza po zakończeniu II wojny światowej, gdy Związek Sowiecki poszerzył swoje granice. Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Łotysze, Polacy i oczywiście sami Rosjanie. Praktycznie cała środkowa i wschodnia Europa. Transportem więźniów zajmowało się NKWD oraz przedsiębiorstwo „Dalstroj”. W celu przewiezienia z Europy skazanych, wykorzystywano kolej, a w końcowej fazie statki, które z Władywostoku przez Morze Ochockie przewoziły więźniów do portu w Magadanie. To nie była wycieczka. Wielu skazanych, jak mówią żyjący świadkowie, zmarło w czasie podróży.
Moja kołymska trasa
Odebrałem plecak. Wraz z proboszczem i siostrą jedziemy z lotniska do parafii. To tylko 40 km. „Droga po której jedziemy to najdłuższy grobowiec na świecie” – powiedziała s. Małgorzata. Co to znaczy? „To znaczy, że pod powierzchnią drogi układano ciała zmarłych przy budowie tej trasy” – dopowiedział Michael. Z Magadanu do Jakucka jest ponad 2 tys. km. Aby móc transportować kołymskie złoża, należało najpierw wybudować drogi, których w tej części świata jeszcze nie było. W latach 30., przez 5 lat zbudowano ponad 700 km kołymskiej trasy. Śmiertelność wśród pracujących wynosiła w tym czasie ok. 80%. Miejsce pochówku długie na 2 tys. km.
Za oknami busa piękna pogoda. Świeci słońce, które wraz z zieloną listwienicą (modrzewiem) i błękitnym niebem daje odczucie niesamowitej przejrzystości i czystości. Wystające ponad zieleń sopki (góry) dodają powagi i surowości. Tak więc przebywając w Magadanie, przez pewien czas dane mi będzie jeździć po najdłuższym grobowcu na świecie. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Miasto
Jedynym miastem na obszarze wielkością podobnym do Francji jest Magadan. Zamieszkane przez ok. 100 tys. mieszkańców. Pozostali mieszkają w tzw. pasiołkach, czyli osiedlach przypominających duże wioski. Miasto zbudowane między dwoma zatokami. Jedna z nich nosi nazwę Zatoka Nagajewa, nazywana tutaj „wrota Kołymy” z uwagi na port, do którego przypływają statki dostarczające towary dla miasta i województwa. W latach funkcjonowania łagrów przez „wrota” wpływały statki z więźniami. Do dziś zachowały się dwa stare pomosty.
Ponieważ, jak mówią harcerze, dobrze jest zrobić rozpoznanie terenu, zacząłem od spaceru po najbliższej dzielnicy. Nic specjalnego. Blokowisko, skrzyżowania i brak wyraźnej starej części miasta. Nie ma rynku i typowych kamieniczek. Najstarsze murowane budynki pamiętają Stalina. W porcie i przy zatoce stoją drewniane domki. Prawdopodobnie z lat 30. i 40. Niektóre z nich zamieszkałe, większość opuszczonych. Całość sprawia wrażenie delikatnego nieporządku. W nowej części Magadanu natknąłem się na pomnik Lenina. Dość okazały, z włosami „ufarbowanymi” przez ptaki. Przeniesiony z miejsca, gdzie obecnie trwa budowa cerkwi prawosławnej. Lenin stoi na skwerze wyłożonym kostką. Wokoło ławeczki. Dwoje dzieci bawi się ze stadkiem gołębi. Na ławkach kilku emerytów toczy rozmowy o życiu, a młode mamy z wózeczkami chodzą tu na spacery, zapewne dlatego, że skwer jest w miarę równy.
Pijąc herbatę z parafianami pomagającymi w duszpasterstwie zagadnąłem o pomnik Lenina. Oznajmiłem, że u nas w Polsce już nie stoją pomniki wodza, a w Magadanie jeszcze tak. Dlaczego tu stoi? „Ponieważ był mądrym człowiekiem, filozofem, a w czasie jego rządów w Rosji przeprowadzono elektryfikację” – usłyszałem odpowiedź. No cóż, brakło mi argumentów do dalszej dyskusji. „Poza tym, partia komunistyczna nie pozwala na usunięcie pomnika. Mówią, że teraz jest demokracja i każdy ma prawo do swoich przekonań” – dopowiedział Wołodia. A Stalin? „Stalin nie był dobry, mordował ludzi, Rosjan także” – stwierdziła Tamara.
Przez Kołymę w latach od 1930 do 1956 przewinęło się ponad 20 mln więźniów. Podobno od 4 do 6 mln nigdy nie odzyskało wolności. Ofiar praktycznie nie można dokładnie policzyć. Ich doczesne szczątki pozostaną tam do dnia przyjścia Pana. Obozy zaczęto zamykać po śmierci Stalina. Ostatni przestał pracować w 1957 r.
Współczesny Magadan żyje swoim rytmem wyznaczanym przez przyrodę i ludzi. Wielu znajduje tu zatrudnienie w górnictwie, przetwórstwie, rybołówstwie i w budżetówce. Najbliższym większym miastem do którego można dotrzeć drogą lądową jest Jakuck – ponad 2 tys. km. Innym jest Pietropawłowsk na Kamczatce – 2, 5 godz. lotu (An-24, raz w tygodniu).
Parafia Narodzenia Pańskiego
Jest koniec sierpnia. W jedynej rzymskokatolickiej parafii znajdującej się na obszarze wielkością przypominającym dwie Polski trwa właśnie kurs „alfa”. Na „alfie” słuchacz dowiaduje się o życiu Chrystusa, o Jego misji i Jego ciągłej obecności. Inicjatorem tych spotkań jest proboszcz, ks. Michael. Kursy takie odbywają się prawie co roku. Wspólnota katolicka w Magadanie obchodzi w bieżącym roku jubileusz 20-lecia. Bo trzeba zaznaczyć, że w tej części świata oficjalnie można głosić Chrystusa dopiero od 20 lat (w Polsce od 966 r.). Wcześniej docierali tu kapłani i wierni, ale ich przepowiadanie ograniczone było drutem kolczastym okalającym strefy cierpienia i morderczej pracy. Oni stali się „niemym ziarnem” rzuconym w ziemię. Oby z tej ofiary wyrosło dobro. Jednym z wielu dowodów działania Pana w Magadanie jest zbudowana 7 lat temu niewielka świątynia pw. Narodzenia Pańskiego. Stanowi wotum wdzięczności Bogu za dar wolności. To także miejsce modlitwy za ofiary i oprawców. Wokół świątyni znajduje się zaplecze duszpasterskie. Do kościoła przylega skromna kaplica – Męczenników Kołymskich. We wnętrzu kaplicy dwie charakterystyczne ikony przedstawiające świętych katolickich i prawosławnych, świadków Chrystusa. Wszyscy razem cierpieli za wiarę i sprawiedliwość w czasie represji. Pod krzyżem wyrzeźbionym przez Czukczę, pani Bronia złożyła swój dar – różaniec ugnieciony z chleba w czasie pobytu w obozie. Pani Bronia, Litwinka i katoliczka, aby zrobić ten różaniec, który stał się dla niej ostoją człowieczeństwa i wiary, nie jadła chleba przez 3 dni. Pod różańcem złożyła swoją obozową chustę z numerem. Gdy tylko pogoda i stan zdrowia pozwala, pani Bronia przychodzi na Msze św. i cały czas dziękuje Bogu. Za każdy dzień życia. Jej koleżanka, Olga z Ukrainy, która kilka lat przepracowała w obozach, twierdzi, że tylko dzięki modlitwie przetrwali trudny czas łagrów.
Wierni parafii Narodzenia Pańskiego pochodzą z wielu zakątków świata. Są wśród nich Rosjanie, Ukraińcy, Łotysze, Białorusini, Litwini, Koreańczycy, Buriaci, Kazachowie i Czukcze. Jest również Japonka. Babcia Jana, która pracowała w kopalni uranu, pochodzi z Białorusi, ale modlić się umie tylko po polsku. Wymierającą powoli społeczność stanowią byli więźniowie łagrów przywiązani do katolicyzmu (również grekokatolicy). Do kościoła zaglądają obecnie ich potomkowie lub ci, którzy w latach istnienia Związku Radzieckiego przyjechali tu do pracy. Władza radziecka dawała w tym czasie większe wypłaty niż w centralnej Rosji. Zachęcano w ten sposób ludność do osiedlania się na Dalekim Wschodzie. Bywa, że po kursach i rekolekcjach przychodzą protestanci i pytają o możliwość przejścia na katolicyzm. Społeczeństwo Dalekiego Wschodu jest otwarte na duchowość, jednak większość stanowią obojętni religijnie (najczęściej tylko ochrzczeni), wśród nich wyznawcy prawosławia oraz różnych sekt. Zdarzają się również przypadki obnoszenia się z ateizmem, wynikającym z miłości do poprzedniego systemu. Istnieje też nieokreślona grupa nieochrzczonych. Daleki Wschód Rosji dla człowieka z Polski jawi się jako pewnego rodzaju pustynia. To swoista próżnia wynikła z zawirowań historii oraz ścierania się dobra i zła, łaski i grzechu. Czy człowiek współcześnie żyjący w obszarze nazywanym „końcem świata”, a przez innych „początkiem” jest w stanie wypełnić tę próżnię Bogiem i człowieczeństwem? W każdym razie walka o człowieka i o miejsce Boga w jego życiu trwa nadal.
W każdą niedzielę po południu kapłan uprawia tzw. chrześcijaństwo katakumbowe lub blokowe, ponieważ jeździ z posługą sakramentalną do dwóch parafii filialnych, gdzie Msze św. odbywają się w mieszkaniach zaadaptowanych do potrzeb liturgii, w blokach mieszkalnych.
Oprócz tego, we wspólnocie pracują i modlą się 3 siostry szarytki. Dwie z Polski, jedna z Ameryki. Mieszkają w bloku na 4 piętrze, bez windy, 300 m od kościoła. Odwiedzają starszych, chorych i samotnych w mieście. Pamiętają również o prawosławnych. Swoją obecnością budują wspólnotę wiernych i dają świadectwo o Bogu, który jest Miłością.
Wspólnota katolicka w Magadanie jest niewielka. „Nie bój się mała trzódko”, powiedział kiedyś Pan. Statystyki i wykresy nie budują Kościoła. Buduje go łaska Boża i konkretni ludzie, którzy odpowiadając Bogu zaufali Mu i pokochali Go. Fundament założony przez męczenników Kołymy jest mocny. Żadne siły go nie przemogą. Należy mieć nadzieję, że Niepokalane Serce Maryi zwycięży na Dalekim Wschodzie. Obecnie największym skarbem Kołymy są ludzie i to oni są drogą Kościoła, którą pragnie kroczyć Zbawiciel.
Z końcem sierpnia ks. Michael wyjechał. Przygotowania do jubileuszu oraz sprawy dekanalne wymagały jego obecności poza parafią. Pan dał mi przebywać na pustyni przez ponad dwa miesiące. Pustynia odziera ze złudzeń i stawia człowieka w prawdzie. W prawdzie o Nim, o sobie i o drugim człowieku.
Jeśli ktoś pragnie materialnie wesprzeć pracę kapłanów krzewiących wiarę na Kamczatce, można to uczynić wpłacając ofiary na konto: Kuria Biskupia Koszalińsko-Kołobrzeska, ul. Kard. St. Wyszyńskiego 25, 75-062 Koszalin, PeKaO S.A. I/o Koszalin, ul. Jana z Kolna 11, 38-1240-1428-1111-0010-2151-8356, z dopiskiem „KAMCZATKA”.
* * *
Ks. Rafał Brzuchański – kapłan diecezji bielsko-żywieckiej. Od 2000 r. pracował na Ukrainie w archidiecezji lwowskiej. Przez trzy miesiące ubiegłego roku pełnił posługę duszpasterską na Kołymie i Kamczatce. Po krótkim pobycie w Polsce powrócił do parafii Narodzenia Pańskiego w Magadanie