o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

niedziela, 31 lipca 2011

gdzieś w Rzplitej, w lipcu 2011




http://lh4.ggpht.com/-_VT6OPUPye4/SyqmPNlm9lE/AAAAAAAAHgk/COuW_CU0J8o/Grzechynia.jpg
 

W Grzechyni  bez zmian

Dzieckonmp, 27/07/2011
Był wczesny ranek, kiedy po Grzechyni rozeszła się wieść o suspensie księdza Piotra Natanka. O decyzji Metropolity Krakowskiego gospodarz tego miejsca dowiedział się telefonicznie, od zaprzyjaźnionego księdza, który z kolei przeczytał informację zamieszczoną w Internecie.
Zawiniła gorliwość gospodarza Grzechyni - nie złe uczynki. Tak przynajmniej twierdzą księża - przyjaciele księdza Piotra Natanka i inne osoby przebywające w Grzechyni. Kiedy zapytasz ich o zdanie na temat ostatnich wydarzeń, jedni powiedzą, że "księdza Piotra niszczy się za to, że jest autentyczny w tym co robi i w sposób bezkompromisowy mówi prawdę". - "Zadecydowała postawa Metropolity, który podlegał licznym naciskom, by coś zrobić z niepokornym kapłanem" - zripostują inni. Jedni i drudzy już zgodnie dodadzą, że tak naprawdę decyzja księdza Piotra Natanka o wypowiedzeniu posłuszeństwa swojemu biskupowi ma swoje określenie w psychologii: altruistyczna, to znaczy dla dobra innych.
Musicie od siebie wymagać
Grzechynia - mała miejscowość nieopodal Makowa Podhalańskiego. Kręte, górskie dróżki prowadzą do pustelni "Niepokalanów". O tym, że jest to miejsce poświęcone Bogu i umiłowaniu polskości świadczą widoczne z daleka znaki - liczne kapliczki, pomniki, ikony z tajemnicami różańcowymi, oraz olbrzymia biało-czerwona flaga zawieszona na drewnianej baszcie.
Sama pustelnia, to miejsce niezwykłe. Najpierw jest brama. Potem trawiasty dziedziniec z miejscem na grill, boisko do siatkówki i znów brama. Dalej liczne dwupiętrowe drewniane budynki uwieńczone basztami, opatrzone czerwonymi napisami na białym tle, odwołującymi się ku historii Polski, wartościom patriotycznym i umiłowaniu Boga. Widać, że tu kocha się i Boga i Ojczyznę. Ludzie, których tu przyjeżdżają też są niezwykli, bo - normalni. Przyjeżdżają z Polski i całego świata, bogaci i biedni, prości oraz intelektualiści, mieszkający na wsiach i w wielkich metropoliach. Wystarczy kilka godzin, by spotkać profesora jednego z uniwersytetów, bardzo znanego dziennikarza, grupę osób z Francji i z Austrii, pielgrzymkę z Kanady. I tak jest niemal każdego dnia. Przyjeżdżają z Włoch, Stanów Zjednoczonych.
Myliłby się więc ten, kto by zaklasyfikował działalność księdza Piotra Natanka, twórcę owej pustelni, jedynie do wąskiego grona "moherowych babć", czy rolników. Przybywających tutaj i wspierających księdza nie da się zamknąć w jakimkolwiek getcie. Kapłani z różnych stron świata, rodziny z maluchami, mnóstwo dzieci. Do tego liczne grupy młodzieży. Te ostatnie mogą zaskakiwać, bo po tak nagłośnionych w Internecie wypowiedziach (sprowadzonych jedynie do tekstów o paznokciach i żelu na włosach) mogłoby się wydawać, że młodzi ludzie winni omijać Grzechynię szerokim łukiem. A nie omijają - (jeszcze jeden argument dla tzw. nowoczesnych socjologów i pedagogów którym wydaje się, że młodzież jest szczęśliwa, jeśli może zakolczykować się od stóp do głów, wytatuować oraz ubrać, jak tylko jej to przyjdzie do głowy).



- Stawiając mocne wymagania młodym, na przekór modom i poprawnościom, ksiądz Piotr jest wiernym uczniem tego, który wzywał na Westerplatte w 1987 roku: "musicie od siebie wymagać, nawet jeżeli inni od was nie wymagają" - mówi krótko opiekun jednej z grup. Mała kaplica (pozwolenie na tabernakulum dał swego czasu sam Kardynał Stanisław Dziwisz, który był w Grzechyni i gorąco chwalił duszpasterskie zaangażowanie gospodarza) pęka w szwach. Przed wejściem plakat z wizerunkiem Jezusa, przedstawiający dwie grupy ludzi: modlących się w strojach bardziej pasujących do plaży niż do świątyni oraz ubranych w strój świąteczny. Plakat opatrzony jest napisem: "Przyjacielu, czyż nie zasługuję na szacunek?" Mieszkańcy, dzieci, młodzież i liczni goście z całego świata znają odpowiedź na to pytanie. Wszyscy, wszystko jedno starsi panowie czy młodzi chłopcy, odmawiając tradycyjne modlitwy (w oczekiwaniu na Mszę Świętą) ubrani są w eleganckie spodnie, takież koszule (przeważnie białe), obowiązkowe krawaty. Podobnie kobiety - żadnych spodni, wyłącznie suknie i długie spódnice. Po tak powszechnym widoku t - shirtów w świątyniach to musi wywierać wrażenie. Wrażenie wywiera także sama Msza. Nie trwa krótko, jak w zwyczajnych parafiach, przeciwnie - trzy, a nawet cztery godziny. Kazanie jest wielowątkowe, z dygresjami, cytatami. Części stałe liturgii przeplatane są specjalnym komentarzem, dłuższą chwilą adoracji, pieśnią. Na koniec Mszy długa procesja. O dziwo - nikt jednak nie wzdycha, nie marudzi, że długo. Słuchają. Śpiewają. Modlą się.
Natankowe rycerstwo Chrystusa
Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Czemu nie zostaną w swoich świątyniach? Czego nie daje im Kościół tam, gdzie żyją, że coś każe im gnać do tej podhalańskiej wioski? Czym przyciąga kapłan, tak wyszydzony przez media, atakowany przez duchownych i obłożony karami kościelnymi przez długoletniego sekretarza polskiego papieża? Licznie przybywający tu duchowni prawie bez wyjątku nie chcą się wypowiadać, co w obliczu decyzji Arcybiskupa Stanisława Dziwisza wydaje się zrozumiałe. (" Proszę pana, czy to coś zmieni? Czy odwróci od księdza Piotra suspensę ?") "Prawie", bo na wypowiedź daje się namówić jeden z księży. Prosi o anonimowość.
- Co można powiedzieć o wspaniałym człowieku i księdzu, który właśnie wypowiedział posłuszeństwo swojemu przełożonemu? Że był świetnym kapłanem, że wszystko, co czynił, czynił dla Boga, Ojczyzny i innych ludzi nie myśląc o sobie ale zgrzeszył, bo nie potrafił sobie poradzić z niesprawiedliwością i zakłamaniem? Ludzie nie powinni księdza Piotra ostro osądzać, bo to dobry człowiek i kapłan, którego jedyną winą była gorliwość - tłumaczy. - Dziś brakuje ludzi, którzy jak ksiądz Piotr, wierząc w prawdę, mają odwagę ją mówić i nią żyć. Wielu katolików poszukując swej tożsamości powraca do tradycji - łacińskiej mszy, kultu świętych, sakramentaliów. Wielu (także - o dziwo - młodych) odmawia litanie, nosi różaniec, modli się nowennami, czy koronkami. Wielu szuka przewodników duchowych, którzy umieją jasno rozgraniczyć dobro i zło zaplątane w dzisiejszym świecie. Wielu czeka, aby ktoś pokazał im jak mają się zaangażować w obronie najważniejszych dla nich wartości. Skądś przecież bierze się te kilka tysięcy osób tworzących Natankowe Rycerstwo Chrystusa Króla, których charakterystycznym emblematem są czerwone płaszcze z orłem i twarzą Jezusa! Nie ma już chyba uroczystości, na której by ich nie było - nawet na pogrzebie abpa Życińskiego nie zabrakło przedstawicieli Rycerstwa. To nie są fanatycy, czy szaleńcy - to ludzie, którzy zapragnęli radykalnie i na serio dać siebie w walce, poprzez modlitwę i świadectwo. Skądś biorą się ci, którzy obiecują, że będą do Komunii św. przystępować wyłącznie na kolanach, jak ich przodkowie. Czynią to, aby dać innym katolikom czytelny sygnał - tu jest świętość, którą mam prawo uczcić. Skądś przyjeżdżają te dzieci, które rodzice w zaufaniu powierzają księdzu Natankowi na czas turnusów wakacyjnych. Czemu nie otrzymują wsparcia od swych pasterzy? Owszem, można odnieść wrażenie, że ksiądz Natanek świadomie i niejako na zimno przesadził z wieloma swoimi tezami, i do przesady wyakcentował pewne znaki czy gesty. Jak z polskich kościołów coraz bardziej znika poczucie sacrum, tak jego połowa kaplica jest obwieszona obrazami świętych. Jak powszechnie na Zachodzie przyjmuje się komunię do ręki, tak u niego trzeba iść metr na kolanach, aby przystąpić do tego sakramentu. Jak powszechnie księża odprawiają Mszę "sprawnie", czyli byle szybciej, tak on poniżej półtorej godziny nie zejdzie w dzień powszedni. Jak duchowni niemalże wstydzą się pokropień wodą święconą, czy używania kadzidła, tak u niego stoją baniaki z egzorcyzmowaną wodą, solą i oliwą. Że wygląda to momentami przaśnie i śmiesznie? A nie żałośniej wygląda katolicki ksiądz, który twierdzi, że nie będzie używał wody święconej, bo ktoś z pokropionych się obrazi? Natankowa przesada jest odpowiedzią na wkradający się do Kościoła i serca współczesnego człowieka olbrzymi brak czytelności i klarowności. Na powszechne, katolickie, odcięcie się od własnych korzeni, czemu próbuje przeciwdziałać obecny papież. Na zachowania tych duszpasterzy, którym łatwiej znaleźć wspólny język z wyznawcami odłamów chrześcijaństwa, czy nawet innych religii, aniżeli z braćmi należącymi do tego samego Kościoła. Na słowa hierarchów, którzy kompletnie zatracili tak charakterystyczną dla wielkich polskiego Kościoła umiejętność czytania w duszach ludzkich. Ludowa pobożność, którą wspiera ks. Natanek, była przecież naszą siłą, tak umiejętnie wykorzystaną przez Prymasa Tysiąclecia i Papieża Polaka. Dziś się z niej kpi i odkłada do lamusa historii. A przecież to nie tylko sztandary, feretrony i obrazy - to potężna moc zdolna poruszyć ludzkie serca ku zmianom! W sobie i dookoła siebie. Ksiądz Piotr Natanek wypowiedział posłuszeństwo swemu ordynariuszowi. Trudno powiedzieć, że jest to najbardziej roztropne wyjście z tej sytuacji. Ale trudno także powiedzieć, że roztropnie postąpił Kardynał Dziwisz (za którego ksiądz Natanek obiecał modlitwę i post), tak naprawdę nie podając przyczyn swej suwerennej decyzji. Papier jest cierpliwy i wszystko zniesie, a oskarżenie o szerzenie nauki wypaczającej przesłanie Kościoła może oznaczać wszystko. Jeśli nie będzie więcej świeckich, kapłanów, biskupów traktujących serio swoją wiarę i nie obawiających się wyznawać ją publicznie, w zgodzie z tradycją Kościoła i Narodu oraz dążących za wszelką cenę do prawdy - będzie więcej suspens, dekretów, nieposłuszeństw i rozdarć. I nie chodzi tu o straszenie kogokolwiek, lecz logiczną konsekwencję. Brak dóbr jakie potrzebują dusze ludzkie jest wystarczającym powodem. A przecież dobro dusz jest najważniejszym prawem Kościoła.
Na pytanie, czy o księdzu Natanku trzeba mówić wyłącznie w czasie przeszłym? - ksiądz zastanawia się tylko przez chwilę. - Z pewnością nie - odpowiada krótko.
Co widzą hierarchowie?
Długie lata ks. Piotr Natanek był głównie historykiem. Doktorat i habilitację zrobił na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Szlify naukowe zdobywał pod kierunkiem słynnego polskiego historyka ks. prof. Jerzego Myszora. Nie dał się jednak zamknąć w haśle "ksiądz profesor". Mimo wykładów na kilku uczelniach, zajęć z klerykami, prowadzenia seminarium naukowego znajdował czas na duszpasterstwo. Grupy modlitewne, Oaza, letnie turnusy dla dzieci i młodzieży w Grzechyni, publikacje, liczne rekolekcje. Nawet nieprzychylni ks. Piotrowi mówią, że gorliwości nie można mu odmówić.
Pierwszy moment, w którym ksiądz zaczął jeszcze radykalniej pojmować swoje powołanie wiązał się z wykładem monograficznym, jaki prowadził dla swoich studentów. Temat - Mowa Boga do Kościoła w XIX wieku. Mówił o wizjach św. Jana Bosko, o objawieniach św. Małgorzaty Alacoque, o Cudownym Medaliku. Zaczął także czytać pisma świątobliwych osób żyjących w czasach nam bliższych - Kundusi Siwiec, Zofii Nosko, Wandy Malczewskiej. Z grozą odkrywał jak wiele z zapowiadanych przez nie wydarzeń spełniło się w ciągu XX wieku. Pojawiały się pierwsze pytania. Wszystko nabrało tempa od współpracy z kościelną komisją przygotowująca proces beatyfikacyjny Rozalii Celakówny, krakowskiej służącej i pielęgniarki, współczesnej św. Siostrze Faustynie. Objawienia te są podstawą dla polskiego ruchu domagającego się uznania Chrystusa jako Króla Polski. Zapoznawszy się z pismami kandydatki na ołtarze, ksiądz Piotr zaczął głosić obecne w jej zapiskach treści, stając się jednym z filarów ruchu intronizacyjnego. Zobaczył, że Polska jest na krawędzi duchowej i moralnej, bo nie chce zgodzić się na prawa Chrystusa Króla. Że ta zgoda na działanie Boga, która miałaby przenikać życie społeczne i osobiste chrześcijańskiego skądinąd narodu nie jest nikomu na rękę - ani politykom, ani hierarchom, ani zwykłym wiernym, przygaszonym wszechobecnym konsumpcjonizmem i letniością swych duszpasterzy.
Gdy w 2007 roku, ksiądz Natanek wygłosił rekolekcje na temat intronizacji do grupy polskich parlamentarzystów, kuria krakowska zareagowała natychmiast. Upomnieniem kanonicznym. Rzekomo za upolitycznienie objawień Celakówny. Ale przecież wiara musi prowadzić do świadectwa w przestrzeni publicznej, także politycznej. Ksiądz Natanek nie owija w bawełnę. Góralski temperament, charyzma i krytycyzm do post-nowoczesności, także tej kościelnej, sprawiają, że jego słowa (mimo przejęzyczeń, naleciałości gwary, szybkiego formułowania myśli, swoistych związków frazeologicznych) porażają autentyzmem. W sytuacji, w której ludzie Kościoła zrywają z tradycyjnym nauczaniem, a dawne formy katolickiej pobożności są obśmiewane nawet przez wysokich rangą duchownych (przypomina się pewien arcybiskup, który całkiem niedawno zastanawiał się publicznie, czemu młodzi ludzie chodzą na łacińskie Msze, skoro trwają dwa razy dłużej niż te posoborowe), grzechyńska kaplica staje się enklawą duchową i miejscem, w którym można usłyszeć parę słów mocnej prawdy. Owszem, często wydaje się, że ksiądz Natanek staje na granicy kiczu, dewocji, czy fideizmu. Niektórzy, za kurią krakowską, powiedzą że ową granicę dawno przekroczył. Ale czyż pewnych granic nie przekraczają tacy kapłani, jak bp Tadeusz Pieronek, czy dowcipkujący o pomniku Chrystusa Króla z prezydenckim doradcą (czy będę się smażył w piekle, bo nie mówię o tym na kolanach? To będzie nas dwóch, jakoś sobie poradzimy - uśmiech) w TVN 24 ksiądz Kazimierz Sowa? Czy granic nie przekracza O. Jacek Prusak, jezuita, gdy publicznie opowiada się za szkolną seks-edukacją, lub nazywa obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia "opętanymi"? Czy ktoś wyciąga z ich wypowiedzi wnioski o charakterze prawym?
- Tak, jak młodzież w głębi siebie, nie chcąc potakiwaczy i ulepszaczy życia, szuka ludzi, którzy chcą stawiać wymagania, tak polscy katolicy potrzebują kapłanów, którzy nie będą celebrytami, nie ulegną modom, nie odwrócą się od tradycji, nie wykpią ludowej pobożności i mają odwagę mówić prawdę nawet - a może przede wszystkim - wielkim tego świata. Ta potrzeba umysłów i serc ludzkich jest faktem. Czy widzą ja hierarchowie? - pyta retorycznie ksiądz Piotr Natanek.

Z Grzechynii - Wojciech Sumliński, ksiądz GJ
źródło

APPENDIX.



http://www.skrzypczak.blog.interia.pl/?yearID=2011&monthID=6&dayID=0
13 czerwca 2011, 

Klęska polskiej armii 

Co oznacza słowo klęska dla wojskowego? To, czego żaden z nich nigdy by nie chciał doświadczyć. Wystarczy poczytać kilka książek z historii wojskowości.
Tymczasem klęska nie jest obca naszemu Ministerstwu Obrony Narodowej.
Co to jest profesjonalizacja? Zagadka. To, co mówi MON, różni się od tego, co mówi i myśli wojsko. Odpowiedzi monowskich tub to przejaw służalczości, pozbawionej merytoryki, tworzonej z pominięciem opinii wojska. Bo kto ją bada? Za PRL często badano nastroje w armii, teraz nie ma takiego zwyczaju, gdyż decydenci uwierzyli w swoją nieomylność. A to ślepa uliczka…
I całe szczęście (w nieszczęściu). Bo następcy, można mieć nadzieję, wymiotą to towarzystwo, pomni tej „profesjonalnej” klęski.
Nie wyliczam wszystkich przegranych bitew. To zostawiam historykom. Natomiast warto zauważyć, skąd bierze się rzesza „młodych emerytów wojskowych”. To popularne hasło przy knuciu w sprawie emerytur mundurowych.
Odpowiedz jest prosta. Z rzekomej profesjonalizacji. Z likwidacji wielu jednostek. Z ciągłej restrukturyzacji. Z ciągłego procesu obniżania etatów, z ciągłego poniewierania kadrą pomiędzy odległymi garnizonami. Z ciągłego braku stabilności. Z ciągłego braku poczucia bezpieczeństwa dla rodzin. Z ciągłego braku poczucia troski o żołnierza. Młodzi ludzie widzą, co robi się z kontraktowymi, więc stracili zaufanie do MON.
Ktoś nad tym panuje? Na pewno nie szef Departamentu Kadr MON. Zatem kto? Ma on na imię Chaos. Choć ów urodził się w Sztabie Generalnym WP już w 2001 roku. Dlaczego? Przecież tzw. ustawa pragmatyczna „uleczyła wszystkie bolączki” armii - w opinii SG WP. To wymaga odrębnego badania. Są autorzy (winni), znani z nazwiska. A co ciekawe, wtedy byli decydentami ci, którzy o profesjonalizacji wyrażali się jak najgorzej. Chociażby gen. Cz. P. - jej pierwszy wówczas wróg. Reszta, w tym i ja, milczeliśmy. Dotkliwa klęska...
Dla nas wojskowych, byłych też, ważna jest zdolność bojowa polskich jednostek. A ta, poprzez dokonania „profesjonalizacji”, rysuje się w jak najczarniejszych kolorach. Po prostu, WP nie ma takiej zdolności. Bo średnio wykształcony oficer lub podoficer wie, że działonowego czołgu PT-91 nie wyszkoli się w ramach NSR. A obsługę wozu dowodzenia? Na to trzeba co najmniej roku intensywnego szkolenia w wymaganych tzw. ogniem reżimach i szkoleniach w centrach. Kto o tym pamięta? Wiem kto. Ci, którzy przeżyli letnie i zimowe poligony. Nie za biurkiem, ale w polu. Jedząc posiłek z żołnierskiego kotła, z menażki, nie z porcelany.
Młodzi żołnierze odchodzą z armii, mimo że nie uzyskali praw emerytalnych. Bo armia ich zlekceważyła. Za sprawą wojskowych polityków stają się przeciwnikami wojska.
Armia, choć kochana przez naród, jest niszczona za sprawą polityków-pacyfistów, nienawidzących wszystkiego, co kojarzy się z mundurem. Czy to działanie zamierzone? Teraz wiem, że tak..
Gen. W. Skrzypczak

POpolsza, w lipcu 2010

"Chocholi taniec.

środa, 14 lipca 2010 9:25  http://bezogrodek.bloog.pl/id,6178870,title,Chocholi-taniec,index.html?ticaid=6cc21
Skocz do komentarzy
Bzowski zwołuje Kneset na 20 lipca godzina 14. 30 w Urzędzie Gminy.
Biedni posłańcy muszą się pocić nawet w wakacje. Spokój zaklóciła im konieczność
zaopiniowania uchwały Knesetu powiatowego dotycząca zmiany okręgow wyborczych .
Dotąd gminy Pcim, Lubień i Tokarnia stanowiły jeden okręg z 5- cioma mandatami,
teraz [ po zmianie] okręg stanowić mają tylko gminy Pcim i Tokarnia z 4 mandatami.
Przy okazji posłańcy podejmą parę innych uchwał wynikających z bieżącej pracy.
Zmiana okręgów spowoduje popsucie szyków ewentualnym kandydatom na posłańców
powiatowych zamierzających startować w jesiennych wyborach. Znów wybory i znów emocje.
Tym razem lokalne. I pomyśleć, że za rok wybory parlamentarne.
4 -ro mandatowy okręg Pcim- Tokarnia może być ciekawym doświadczeniem.
Lubień ma stanowić okręg z Wiśniową i Raciechowicami, też 4 mandaty.
 Expcimianin przeżył wybory i jubileusz małżeństwa świętuje. Tak trzeba.
Polityka[ czytaj sprawy publiczne] nie może nam przesłonić spraw prywatnych.
 I dobrze jak umiemy to pogodzić. Szczególnie wakacje , okres urlopowy powinny nastrajać prorodzinnie.
Ja też ze swoją Nelly odbyłem pielgrzymkę na Jasną Górę [ jeszcze przed wyborami ]
 i Bozia wysłuchał przynajmniej jednej z naszych intencji.
Teraz Nelly z trójką najmłodszych synów praży się na plażach Bałtyku, a ja zatrzymany
sprawami zawodowymi w domu, mam czas na bloga kuknąć i dobytku przypilnować.
Wczoraj podobnie, jak Ex 24- lecie ślubu ,"oblewałem" kolejnego magistra w rodzinie.
Syn Olgierd obronił pracę magisterską w AGH. Mimo propozycji pozostania na uczelni
wybrał dalsze studia w Paryżu. Od 1 września jako stypendysta rządu francuskiego
rozpocznie roczne studia z zakresu energii nuklearnej na Uniwersite Paris- Sud zgodnie
 z kierunkiem studiów i tematem pracy magisterskiej[ o reaktorach jądrowych ogólnie mówiąc].
Studia o tyle ciekawe, że w II semestrze będzie miał szereg praktyk, a francuska energetyka
 jądrowa stoi na wysokim poziomie. Teraz doskonali angielski, bo to w tym języku będą wykłady.
Wybaczcie nieskromność, ale skoro Ex o ślubie, to..
I niech to będzie zachętą dla młodych czytelników , a także radościa dla tych ,
 co przyczyniali się do naszej transformacji ustrojowej i mogą być zadowoleni z III RP. 
Skończmy z IV. Zresztą sam PREZES rzekomo z tego hasła zrezygnował.
A Ziobro wzorem mego syna winien uczyc się angielskiego i pracować w Brukseli dla Polski,
a nie wywoływac kolejnych burd, tym razem o krzyż. Kiedy ten chocholi taniec
 [ katastrofa smolenska , krzyż pod Pałacem, mistyka siana przez polityków PiS-u ,
 Radio Maryja, Solidarnych 2010, propisowskich publicystów etc.] się skończy. Wydaje się,
 że po przegranych przez PiS wyborach prezydenckich wybucha z nowym natężeniem
 [ wypowiedzi Brudzińskiego , list Ziobry, wywiady Kaczyńskiego].
Boże , kiedy Ci ludzie w drodze do władzy, przestaną grać na najniższych instynktach.
Kto przetnie ten chocholi taniec?. Jakżeś to jest paskudne ,nieuczciwe i szkodliwe dla Polski,
która ponoć miała być najważniejsza. Środek lata , a kolejna kampania trwa.
A katastrofę smoleńską trzeba wyjaśnić dokładnie ze szczegółami. Każdy polski obywatel ma prawo
 poznać prawdę, bo zginął tam m. in. polski PREZYDENT.
Mniej słońca życzę. Mniej nie znaczy wcale.
Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6178870,trackback

Komentarze do wpisu

Skocz do komentarzy
  • dodano: 21 lipca 2010 14:24
    Idź do Tereni ona Cie pocieszy.
    autor Leo
  • dodano: 16 lipca 2010 23:02
    No i robi się w gminie gorąco uffffff...oj robi. Marek poradź!
    autor daniel
  • dodano: 16 lipca 2010 9:09
    A mnie żona opuściła, co mam robić. Poradźcie!!!!!!!
    autor daniel
  • dodano: 16 lipca 2010 8:50
    Z miłości do żony Cimci Rimci Cim zrezygnował ze stanowiska sekretarza..i tak się zdarza, złośliwi mówią , że raczej z miłości do PiS-u, bo jako sekretarz nie mógł należeć, a teraz może...może z kandydowania do powiatu też zrezygnuje...Pajka się ucieszy. Koledzy rządzą , może przebierać....tylko w Leaderze mocno tkwi...a wygląd i postawa taka , jaką opisała Joanna od Aniołów..choć do 4o- stki jeszcze trochę.
    autor cynik
  • dodano: 15 lipca 2010 23:21
    To napisz swoje nazwisko !!!Pajacu.
    autor nowy
  • dodano: 15 lipca 2010 21:07
    Udzielę korpetycji - z reakcji jądrowych- dla znudzonych małżeństw .
    autor Społecznik
  • dodano: 15 lipca 2010 17:52
    mnie nikt nie chce co mam zrobić?Panie andrzeju poprosze o korepetycje
    autor mariola
  • dodano: 15 lipca 2010 16:52
    GRATULUJĘ SYNA, JEST SIĘ Z CZEGO CIESZYĆ.
    autor DORA
  • dodano: 15 lipca 2010 16:18
    KOLEJNY OPENNHEIMER.Była Hiroszima teroz bedzie Pcim
    autor EISTEIN
  • dodano: 15 lipca 2010 16:12
    jak wychowac-jak uczyc- jak zyc w zgodzie-i czy wolno klapsa dac.panie Andrzeju jak pan wychowal swoje dziadki,jaka metode Pan obral-czy rzeczywiscie przedstawia Pan ten sam obraz wychowania ktory jest w ustawie anty klapsowej.Pozdrowienia dla rodzinki
    autor Klaps
  • dodano: 15 lipca 2010 10:17
    Co mam zrobic...nie mam dzieci a chce miec -a zonę wiecznie boli głowa.Pomozcie
    autor Jan
  • dodano: 15 lipca 2010 10:12
    A propo wychowania-skoro padają tu prywtno-rodzinne wynaturzenia- to może i blog powinien zmienić swą formułę.Polityka w waszym wykonaniu-co jest oczywiście powszechne -jest nudna. A najgorsze jest to, gdy wszyscy mądralińscy przekrzykują się w swoich pseudo-politycznych racjach.Proponuję by pisać o swych problemach rodzinnych. Radzić sie- tak wielu tu zacnych komentatorów. Na tym poletku może więcej okażą rozumu i życiowego polotu.A zatem-Mam 32 lata. Zamężna od 10 lat. Mój mąż -z potęzną nadwagą- 40 -latek, miłościk piłki nożnej i piwa. W wolnych chwilach pracuje na utrzymanie rodziny. I co zauważyłam jeszcze- jest tak mądry jak Ci wszyscy, którzy uprawiją tu swą propagandę. Oczywiście najmądrzejszy gdy w oczy nie patrzy -Najmądrzejszy tylko przy mnie. A jak co do czego- to Gall Anonim......Jak mniemam wszyscy jesteście tak jak on więc i macie doświadczenia ze Swymi żonami-stąd moje pytanie- jak długo jeszcze wytrzymam?.Ps Pozazdrościc Syna
    autor Joanna od Aniołów
  • dodano: 15 lipca 2010 10:00
    A ja wczoraj pokłóciłem się z żoną.Jak to zwykle bywa o pierdołę.Awantura była straszna ale dzięki Bogu mój Syn rozładował napięcie mówiąc- mam poprawkę z matury-cicho-muszę się uczyć....Ach Panie Andrzeju jakże zazdroszcze Panu Olgierda!
    autor Ojciec
  • dodano: 15 lipca 2010 9:27
    ZIOBRO DO ROBOTY, CZEMU BABKI W ŁUPOLANDZIE TAKIEGO LESERA WYBRAŁY , DRUGI POSEŁ JABŁKO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Tym razem bezkonkurencyjnie wygrał europoseł PO Jacek Saryusz-Wolski, który dwa lata temu zajął drugie miejsce. Zdaniem jury jest uniwersalny - równie dobrze zajmuje się polityką zagraniczną, jak i energetyczną, oraz doświadczony - od ponad 40 lat zajmuje się Unią Europejską, najpierw naukowo, potem jako negocjator, wreszcie jako eurodeputowany. Nie mniej istotne są jego cechy charakteru - pisze "Rzeczpospolita". Nie wszyscy go lubią, ale wszyscy się z nim liczą. Na jego widok znany niemiecki polityk Elmar Brok mówi "der Polnisch tank". To wyraz najwyższego uznania w ustach doświadczonego eurodeputowanego. Drugie miejsce zajęła była komisarz unijna Danuta Hübner, która startowała z list PO. Trzeci jest Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie PiS. Zwycięzców trudno uznać za typowych działaczy partyjnych. To raczej specjaliści od polityki międzynarodowej, którzy zostali wystawieni w wyborach przez partie - czytamy w "Rzeczpospolitej". Na dalszych miejscach znaleźli się Sidonia Jędrzejewska (PO), Jan Olbrycht (PO) i Konrad Szymański (PiS). Osoby znane z polityki krajowej znajdują się na końcu zestawienia. Ostatnie miejsca zajęli Michał Kamiński i Adam Bielan z PiS, Sławomir Nitras z PO oraz Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański, Jacek Kurski (wszyscy PiS).
    autor oburzony
  • dodano: 14 lipca 2010 16:05
    Co może społeczeństwu zaproponować PIS po przegranych wyborach? NIC!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I dlatego szuka tematów ,które mogą podzielić nasze społeczeństwo bardziej bo jest jeszcze dobrze a ma być jak w Irlandii . Mamy zacząć skakać sobie do gardeł tylko po to aby przegrany Kłamczyński zbierał następnych fanatyków do walki z tymi ,którzy mają inne zdanie niż on i jego giermkowie. I tu jest w tym postępowaniu potwierdzenie tego co mówiło wiele osób ( ja też jestem tego zdania) ,że Kłamczyński na czas wyborów przybrał maskę barana ( bo to nie owieczka -nie ta płeć) i wielu mu uwierzyło . Teraz oprócz Wawelu chciałby zawładnąć Krakowskim Przedmieściem . Ciszej nad tą trumną apelował PIS przy dyskusji na temat miejsca pochówku Prezydenta a teraz sam rozpoczyna głupią wojnę. Kaczyński-Kłamca zaprzeczał ,że to on nie decydował o miejscu pochówku i znowu kłamstwo !!!!!!!!!!! A oto dowody - linki do stron Prezydenta RP: http://www.prezydent.pl/aktualnosci/katastrofa-samolotu/art,27,jacek-sasin-decyzja-o-miejscu-pochowku-nalezy-do-rodziny.html http://www.prezydent.pl/aktualnosci/katastrofa-samolotu/art,34,pogrzeb-pary-prezydenckiej.html I KOMU WIERZYĆ ? KŁAMCZYŃSKIEMU CZY KARD. DZIWISZOWI? Nie dajmy się zwariować. Czy w kraju nie może być trochę spokojniej? Czy zawsze ma trwać wojna polsko-polska? bo tak sobie ubzdurał największy przegrany tego kraju. Komu jest potrzebny Kaczyński? Nikomu. Poza mediami. Nikt nie potrzebuje przegranego faceta, który od wielu lat wykazuje nieudolność polityczną na poziomie równym bynajmniej nie talentom politycznym, nie inteligencji, nie wiedzy a zwyczajnej, prymitywnej, tępej agresji i awanturnictwa. Tylko dziennikarze potrzebują by „coś się działo”, potrzebują emocji, furii, spektaklów nienawiści, tryskającej z oczu wściekłości, słów zjadliwych a kłamliwych wywrzskiwanych lub cedzonych z mściwą satysfakcją. Potrzebują klauna, który rozrusza im publikę. Kaczyński doskonale się do takiej roli nadaje. Ze swoim nadęciem i zadęciem, komicznym poczuciem własnej wyjątkowości, której poza nim nikt nie zauważa, nawet jego najwierniejsi totumfaccy. Z tym prześmiesznym noszeniem samego siebie na rękach w przekonaniu, że niesie skarb największy.
    autor Mały_Polak "

sobota, 30 lipca 2011

Aktor Polski

Zmowa establishmentu



Tygodnik Solidarność, Nr 31 (1189) 29 lipca 2011
-  Aktorzy kreujący Konradów, Napoleonów, wielkich rewolucjonistów nagle stulają uszy po sobie i prywatnie nie są w stanie powiedzieć nic. Więc do kosza te ich wielkie role, przeżycia, skoro jako ludzie nie mają odwagi, by wystąpić w imię Polaków, którzy zginęli w Smoleńsku - z Mariuszem Bulskim, jednym z liderów Ruchu Solidarni 2010, rozmawia Krzysztof Świątek.
- Wystąpił Pan w filmie "Solidarni 2010". Jest Pan aktorem i natychmiast pojawiły się zarzuty, że to była rola za pieniądze. Jak było naprawdę- - Drugiego dnia po katastrofie podeszła do mnie Ewa Stankiewicz i zapytała, dlaczego przychodzę pod Pałac Prezydencki. Spontanicznie opowiedziałem jej o swoich przemyśleniach i odczuciach. Nigdy nie wziąłem żadnych pieniędzy, ale dziś prawie nikogo to nie interesuje. Nie jestem w stanie zdjąć tej gęby, którą mi przyklejono. To przykład, jak łatwo zniszczyć człowieka. Kiedyś biło się pałkami albo przychodziło do domu i mówiło: "Chcesz dalej studiować to podpisz te papiery". A teraz: "Chcesz dalej grać, zarabiać, masz kredyt we frankach to stul gębę i siedź cicho". Znamienne, że moja przyjaciółka Rosjanka, celebrytka ITI, w dzień po katastrofie zadzwoniła, mówiąc: "Mariusz, daj spokój, co będziesz siedział z tym oszołomstwem na Krakowskim Przedmieściu. Jak Stalin zmarł, to ludzie też płakali".
- Został Pan naznaczony.
- Przedstawiono mnie jako nieopierzonego aktorzynkę, który zaczepił się przypadkowo w serialach, a przy okazji "Solidarnych 2010" chciał się wypromować. Projekcja filmu była 26 kwietnia. Dzień później zadzwonił reporter "Dziennika - Gazety Prawnej" z zastrzeżonego numeru. Pierwsze pytanie: "Czy pan Mariusz Bulski?", drugie: "Czy wziął pan za występ pieniądze?". W tym momencie powiedziałem, że przerywam rozmowę. Nie chciałem rozmawiać z nieznanym człowiekiem dzwoniącym z zastrzeżonego numeru. Na mojej odmowie wysnuto całą opowieść medialną na temat występu za pieniądze. Na Krakowskim Przedmieściu nagrano wypowiedzi setek osób, 300 godzin materiału. Mnie zaatakowano po to, by zniszczyć wymowę całego filmu. Dwa dni po projekcji pojawiły się nieprawdziwe artykuły. Następnego dnia daliśmy sprostowanie, które zamieszczono gdzieś na blogu po tygodniu, nikt już tego nie zarejestrował. Najważniejsze było uruchomienie VIP-ów medialnych i nagonki. Tylko dlatego, że wiele osób odważyło się powiedzieć coś innego niż było w tzw. przekazie dnia: "Piloci zawinili".
- Jak przyjęto Pana udział w filmie Ewy Stankiewicz w środowisku aktorskim- - Jako aktor jestem totalnie rozczarowany postawą mojego środowiska. Oprócz mnie można na palcach policzyć artystów, którzy publicznie zabrali głos na temat 10 kwietnia. Jednemu z aktorów z pierwszej ligi teatralnej powiedziałem kiedyś: "Dziś jest 10., zapraszamy pod namiot ?Solidarnych?". Odpowiedział: "To kontrowersyjne, ja mam rodzinę, nie chcę się w takie rzeczy angażować".
- Czego może się obawiać- - Pewnie nie chce być dołączony do grona oszołomów, nie chce stracić ciepłej posadki w teatrze, dobrego wizerunku w kolorowych czasopismach i reklam za kilkaset tysięcy złotych, które są atrybutem gwiazd. Ja świadomie odchodzę z tego środowiska. Trochę z żalem, bo poświęciłem kilkanaście lat, żeby pracować w wymarzonym zawodzie. Ale gdy obserwuję hipokryzję, konformizm tych ludzi, zwyczajnie nie chcę do nich przynależeć. Nie trzeba być wyjątkowo lotnym człowiekiem, by zrozumieć, że po 10 kwietnia toczy się perfidna gra, że są dwie kompletnie rozmijające się interpretacje tego wydarzenia i jego konsekwencji.

- Odchodzi Pan dobrowolnie czy jest wypychany- - Jestem wypchnięty z przestrzeni publicznej pod namiot "Solidarnych". Przestrzeń oficjalna zarezerwowana jest na jedynie słuszną postawę rezerwy pod hasłem: nie wychylaj się za daleko, bo nigdy nie wiesz, co cię jutro spotka.
- Ale czy po filmie "Solidarni 2010" przestano do Pana dzwonić z propozycjami występów aktorskich- - Szlaban, przestałem istnieć w środowisku zawodowym. Jednego dnia przyszedł do mnie kolega aktor i opowiadał: "Wiesz Mariusz, słyszałem na planie rozmowę o tobie dwóch reżyserów". Zażartowałem: "I co, zagram coś w końcu?". A on skwitował: "Nie, długo nic nie zagrasz".
Kręciłem dokumenty i zaangażowałem się w projekt o powodzi w Wilkowie. To miała być godzinna opowieść: "Rok po powodzi". Jak zmienia się życie ludzi, którzy nagle stracili wszystko. Śpią po stodołach, bo jeszcze domów nie wyremontowali, a ubezpieczyciele straszą ich pozwami sądowymi, jeżeli będą się upominać o odszkodowania, bo przecież dostali już pieniądze od państwa. Chciałem pokazać, jak ci ludzie wracają do rzeczywistości. Złożyliśmy projekt do PISF-u i od razu został odrzucony. Miała to być historia w czterech odcinkach wstępnie zaakceptowana przez telewizję. Po zmianie warty w TVP w sierpniu zeszłego roku projekt wywalono do kosza. W dzień wyborów prezydenckich poszło 15 min pilotażu, ale od razu pojawiły się komentarze nadwornej drużyny komentatorów, że to PiS-owska propaganda. A ludzie po prostu opowiadali o swoim dramacie.
- To środowisko jest aż tak konformistyczne- - Sztuka jest nastawiona dziś na zysk. Stoją za tym cyniczni producenci, którzy pod hasłem "sztuka" zarabiają grube pieniądze. Zatrudniając dziś Bulskiego, musieliby się liczyć z tym, że projekt zostanie po drodze ucięty. Po co ryzykować już na starcie. Za tym stoi lęk homo sovieticusa, że lepiej się nie wychylać. To słynne ruskie: "ciszej idziesz, dalej zajdziesz". Stałem się obiektem drwin. Znam środowisko aktorskie. Ci ludzie nudzą się w przerwach, a mają potrzebę bycia w centrum uwagi. Ale żeby być w centrum, trzeba znaleźć newsa w stylu "wow!". Kogo jeszcze nie obgadywaliśmy- Bulski! Stałem się maskotką do rozbawienia towarzystwa przed wejściem na plan. Pełniąc dyżury na Krakowskim Przedmieściu, słyszę też, co mówi o mnie ulica: "A to jest ten nieudacznik od Pospieszalskiego". Bo z jednej strony część ludzi za to, co zrobiłem, mi dziękuje. Z drugiej strony są reakcje podyktowane przez mainstreamowe media: "To ten karierowicz". Te media nie podają, że sam robiłem dokumenty, uczestniczyłem w ciekawych projektach z pogranicza art-video, występowałem w filmach, które zdobywały nagrody na międzynarodowych festiwalach jak "Powtórzenie" Artura Żmijewskiego. Przedstawiono mnie jako aktora, który desperacko szuka możliwości zaistnienia i sprzeda się za każdą cenę.
- Prostuje Pan- - Robiłem to, ale musiałbym wkraczać w te rozmowy na Krakowskim Przedmieściu co pięć minut. A nie taki jest cel mojej obecności pod namiotem "Solidarnych".
- Główne stacje robią dziś zasłonę dymną- - Media mainstreamowe wyławiają jedno zdanie i wokół tego robią wielki dym, byle tylko odejść od tematów trudnych. Obserwowałem postawę mediów zaraz po 10 kwietnia, kiedy jak hieny żerowały na ludzkich emocjach. Pod pałacem były wszystkie telewizje świata, nawet rozmawiałem ze stacją chińską. Po trzech dniach obrazki ludzi płaczących, stawiających znicze, stojących w gigantycznych kolejkach opatrzyły się. Dziennikarze oklapli. I nagle news - czy godzien Wawelu! I widziałem, jak oni w popłochu pakowali sprzęt, bo jest news - jedziemy do Krakowa. Nagle na podestach dla kamer pod Pałacem Prezydenckim zrobiło się pusto. To obnażyło miałkość mediów. Niebezzasadnie ktoś zrugał Monikę Olejnik za hipokryzję.
- Mówił Pan, że winnym katastrofy okaże się generał Mgła.
- Co miesiąc dziesiątego podchodzą ludzie i mówią: "Pan wtedy wyrwał mi te słowa z serca, zastopował oficjalne kłamstwo". Także na manifestacji Solidarności usłyszałem: "Pan był naszymi ustami pod Pałacem Prezydenckim, zastopował propagandę michnikowszczyzny". Atmosfera na Krakowskim Przedmieściu była wtedy gęsta. Wszyscy zjednoczeni bólem, szokiem, wspólnymi emocjami. Kiedy w telewizji pokazano prezydenta Kaczyńskiego jako wspaniałego męża, ojca, dziadka, wtedy rozdzieliły się światy prawdy i fałszu. Dlatego mainstream poszedł szybko w torpedowanie "Solidarnych", Ewy Stankiewicz, Jana Pospieszalskiego, mnie. Potem pojawiło się "czy godzien Wawelu" i cała rozgrywka ze spotkaniem Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem i Adamem Bielanem. Zastanawiająca rola polityków, którzy potem trafili do PJN, a dziś stoją u wrót Platformy, bo ogarnął ich przedwyborczy lęk o krzesełka w sejmie.
- W filmie Ewy Stankiewicz mówi Pan, że nie rozumie tego, co się stało.
- Nadal nie rozumiem. Szczególnie postawy wielu Polaków, którzy snują się po Krakowskim Przedmieściu, uważają, że nic się nie stało, a pod naszym adresem rzucają wyzwiska: "Zoo, psychiatryk".
- Kogo boi się Donald Tusk- - Jeżeli premier został przez własną głupotę wmanewrowany w ten prawdopodobny zamach - bo aktualnie jest badana sytuacja, że na 15 metrach stanęły silniki i wysiadła cała elektronika - to boi się Polaków. Donald Tusk lubi grać w piłkę i chwali się, że gra w ataku. W tej sytuacji się zadryblował. Starał się dryblować między prezydentem Kaczyńskim a premierem Putinem. Zaimponowało mu to, że Rosja go zaakceptowała, poczuł się wspierany w grze przeciwko własnemu prezydentowi. Od wieków zresztą nasz wschodni sąsiad wspomaga bardziej spolegliwą stronę. Donald Tusk boi się nadchodzących wyborów i ceny politycznej, którą może zapłacić. Trzysta lat doświadczeń z Rosjanami i wiedza o KGB-owskich korzeniach członków rządu w Moskwie i pana Putina skłania mnie do przypuszczenia, że oni nigdy nie myślą dobrze o Polsce i Polakach.
- Zaangażował się Pan w Ruch Solidarni 2010, pełni Pan dyżury pod Pałacem Prezydenckim. Dlaczego- - Przeżyłem metamorfozę. Aktorstwo to wspaniała przygoda, ale mocno egoistyczna. Życie rolami, a nie swoim życiem. Znam sporo aktorów, którzy mają problemy z własną tożsamością, bo tyle różnych masek zakładają. Ludzie, którzy kreują Konradów, Napoleonów, wielkich rewolucjonistów, nagle stulają uszy po sobie i prywatnie nie są w stanie powiedzieć nic. Więc do kosza te ich wielkie role, przeżycia, skoro jako ludzie nie mają odwagi, by wystąpić w imię Polaków, którzy zginęli w Smoleńsku a nawet po śmierci są niszczeni. Gówno z taką sztuką, jeśli ta sztuka nie ma krztyny człowieczeństwa. Jeszcze w '81 roku aktorzy mieli jaja, bo stwierdzili po wprowadzeniu stanu wojennego - nie gramy. Uznali, że prawda jest wartością bezcenną i bezdyskusyjną. Kiedy po 10 kwietnia stanąłem pod pałacem, uznałem, że zabawa się skończyła. Trzeba wziąć odpowiedzialność za ten kraj. No bo kto- Ci, którzy poświęcili swoje życie dla tego kraju, polecieli tam i zginęli. Jeśli nie ja, nie pan, to kto- Stojąc długo pod pałacem, robiłem wewnętrzny rachunek sumienia i podejmowałem postanowienia, które rzutują na całe moje życie,  i świadomie ponoszę tego konsekwencje. Bo mogłem pójść w drugą stronę. I dostawać fajne role, zarabiać świetne pieniądze i kręcić się w tym koglu-moglu.
Stanąłem po drugiej stronie i nie żałuję.

źródło
***********************

APPENDIX.

 Napisałem parę godzin przed tym raportem, spodziewając się


rapaportu,  czyli ani raportu ani aportu, ale rapaportu. W rozmowie poprzedającej tę teatralną prezentację zaproponowałem proste kryterium wiarygodnosci tego przedstawienia.

Jeśli znajdzie się choć jeden fakt, który będzie zignorowany, lub nie będzie wyjaśniony, to wtedy ten rapaport, jako całość, przestanie być wiarygodny. Jeśli znajdzie się tam choć jedno kłamstwo, to cały rapaport będzie kłamstwem. Kropka.
Mam wrażenie, że w tym rapaporcie został zignorowany fakt wyłączenia wszelkich źródeł zasilania na kilkanaście sekund przed pierwszym kontaktem z ziemią. Nie czytałem raportu, może się mylę, ale nie jestem ciekaw jego treści.
Dlaczego?
Otóż we wnioskach zawartych w rapaporcie powtórzona jest teza zawarta w sprawozdaniu MAK, zawierająca stwierdzenie, że w chwili katastrofy, wszystkie urządzenia samolotu były sprawne. To jest nieprawda, ponieważ na kilkanaście sekund przed zderzeniem z ziemią nie działały pokładowe urządzenia elektryczne i elektroniczne tego samolotu.
Czym jest podawanie nieprawdy, w takim raporcie?
Jeśli ktoś jednak uważa, że obezwładnienie urządzeń elektrycznych i elektronicznych nie jest faktem, czort z nim.
Jest inna nieprawda w tym rapaporcie. Otóż raport zawiera tezę, że w samolocie nie nastąpił wybuch.
Na jakiej podstawie?
Otóż wiemy, że przeprowadzone były standardowe badania śladów wybuchu konwencjonalnych ładunków wybuchowych. Nie wybuchł tam, ani trotyl, ani piroksylina, ani też semtex. Wykluczono te wybuchy, które weryfikowano. Jednak te badania nie mówią nic, możliwości takich wybuchów, których nie badano.
Nie wykluczono więc możliwości wybuchu bomby paliwowo-powietrznej. Nie przeprowadzono takiego badania, pomimo głośnych i publicznie wypowiadanych podejrzeń. Co więcej, starannie ominięte zostały te procedury, które mogłyby prowadzić do jego potwierdzenia albo zaprzeczenia tej hipotezy. Więcej, dopuszczono do systematycznego niszczenia dowodów, które mogłyby posłużyć do weryfikacji tezy o wybuchu bomby termobarycznej.
W tym postępowaniu, unikanie zweryfikowania dowolnej hipotezy jest czymś więcej niż kłamstwo.
edycja komentarza: michael # sob., 30/07/2011 - 18:51.

RIBBENTROPA z MOLOTOVYM - zemsta zza grobu















APPENDIX.

PIJANY SĘDZIA - WNIOSKI

ZACHOWAJ ARTYKUŁ
Pijany sędzia kierował, przełożony siedział obok. Ten bulwersujacy przykład zawodowej solidarności "organów" może wskazywać na dużo głębsze korzenie zjawiska. Oto nasza diagnoza:
Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pułkownik Jerzy Poksiński, profesor Wojskowego Instytutu Historycznego, opublikował książkę o represjach wobec "podejrzanych politycznie" oficerów Ludowego Wojska Polskiego w czasach stalinowskich. Opisał metody, którymi Informacja Wojskowa zmuszała podejrzanych do potwierdzenia najbardziej absurdalnych oskarżeń wobec nich. Wymienił z imienia i nazwiska ludzi za to odpowiedzialnych. Kilku z nich odpowiedziało za swoje zbrodnie przed sądem Rzeczpospolitej Niepodległej, ale stało się to w sposób dość osobliwy. Jeden z byłych oficerów śledczych, major Mikołaj Kulik, pozwał pułkownika Poksińskiego do sądu. Domagał się wycofania z książki fragmentów naruszających jego dobra osobiste i odszkodowania od autora. Człowiek czerpiący wiedzę o świecie z telewizji i gazet to posunięcie mógł uznać za przejaw starczej demencji. Na co ten komunistyczny oprawca liczy? Przecież skończył się w Polsce komunizm, a władzę sprawują ludzie, którzy z nim walczyli... Dalsze wypadki dowiodły, że starszy pan dobrze wiedział, gdzie żyje. Sądzę też, że w jego poczynaniach można odkryć głęboki sens.

To prawda, że trochę się przeliczył. Żyli jeszcze ludzie, których przed laty przesłuchiwał i wielu z nich zgodziło się świadczyć na korzyść Poksińskiego. Nawet życzliwy Kulikowi nasz wymiar sprawiedliwości nie mógł ignorować zeznań przeciwko niemu złożonych na sali sądowej. Ośmieszyłby się zupełnie. Zwłaszcza, że sprawą interesowały się trochę środki masowego przekazu. Udało się jednak znaleźć rozwiązanie. Przez kilka lat toczyły się jednocześnie dwa procesy – przeciwko Poksińskiemu z powództwa Kulika i przeciwko Kulikowi za czyny opisane w książce Poksińskiego. W obu przypadkach było oczywiste, jakie powinny być sprawiedliwe wyroki, ale żaden nie zapadł. W roku 2000 zmarł Jerzy Poksiński i siłą rzeczy trzeba było umorzyć postępowanie przeciwko niemu. Mikołaj Kulik osiągnął chyba to, czego chciał. Już wcześniej działania stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa w Polsce opisywały jego ofiary – Piotr Woźniak, Władysław Jachniak, Stanisław Krupa... Takie relacje ukazywały się drukiem po Sierpniu 1980 roku i po transformacji i były wyniośle ignorowane. Poksiński był jednak oficerem Wojska Polskiego i można było oczekiwać od niego "solidarności", a za "zdradę" należało ukarać. Niech przynajmniej pochodzi sobie po sądach. Pewnie, że chciałoby się czegoś więcej...

Sam Kulik, choć znacznie starszy, zmarł później, w 2002 roku. Pozwoliło to umorzyć także jego sprawę. Do końca zachowywał się butnie. Zeznających przeciwko sobie lżył i nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że znów, choć tym razem tylko psychicznie, torturował ich. Jeszcze przed rozprawą musieli sobie przypomnieć wszystko, czego od niego doznali. Takie powroty do przeszłości, zwłaszcza w starszym wieku, nie są obojętne dla zdrowia. Musieli też przebyć nieraz daleką drogę, by stanąć twarzą w twarz ze swoim prześladowcą. Często dowiadywali się, że ze względu na stan zdrowia oskarżonego sąd odroczył rozprawę i muszą się stawić jeszcze raz. Jeśli sąd jest życzliwy oskarżonemu, z reguły w ten właśnie sposób zamęcza świadków oskarżenia. W tym wypadku takie postępowanie wydaje mi się szczególnie niegodziwe. Dano tym ludziom nadzieję, że sprawiedliwości stanie się zadość, a potem ja odebrano. Jest to tak zwana tortura nadziei. Powoduje ona wielkie cierpienie.

Dużo mówi się ostatnio o prawach, jakie ma ofiara przestępstwa. Jednak w tym procesie najwyraźniej sąd bardziej troszczył się o oskarżonych. Mikołaj Kulik umiał to wykorzystać. Rugał i pouczał sędziego. Kiedyś spróbował zdzielić laską dziennikarza. Miał taką emeryturę, że stać go było na płacenie grzywien. Nie bał się, bo nie miał powodu. Razem z nim sądzono jeszcze dwóch innych śledczych Informacji Wojskowej. W roku 2005 dostali wyroki w zawieszeniu, czyli żadne. Ta kategoria ludzi jest po prostu nie do ruszenia.

Stanisław Supruniuk jako szef UB w Nisku i w Krośnie wsławił się szczególnym okrucieństwem. Nazywano go "Pułkownik Śmierć". Między innymi wydał rozkaz zabicia żony dowódcy oddziału NSZ Franciszka Przysiężniaka – "Ojca Jana". Była w siódmym miesiącu ciąży. Podziemie dwukrotnie próbowało wykonać na nim wyrok i w końcu przeniesiono go na wybrzeże. Potem został dyplomatą. W roku 1999 prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W ten sposób ludzie, których aresztował, przesłuchiwał czy wysyłał na Syberię, dowiedzieli się, że żyje. Zaczęła się prawdziwa lawina doniesień o popełnieniu przestępstwa. Prezydent odebrał Supruniukowi Krzyż, a do śledzenia jego sprawy wyznaczył Ryszarda Kalisza. Procesy w Krośnie i Gdyni zaczęły się w roku 2001. W roku 2002 pułkownik Skarbimir Socha, jedna z ofiar Supruniuka, oskarżył państwo polskie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka o "ochranianie komunistycznych zbrodniarzy". Podejrzewam, że wyrok, o ile zapadnie, nie będzie satysfakcjonujący. Referendum akcesyjne wypadło przecież pozytywnie, Polską rządzi proeuropejski Donald Tusk, a bliskimi współpracownikami Supruniuka byli Józef i Ryszard Młynarscy – dziadek i ojciec Danuty Hübner.

W tej sprawie ciekawe jest jeszcze jedno. Ludzie świadczący przeciwko "Pułkownikowi Śmierci" obawiali się, że jego zbrodnie przedawnią się w roku 2009. Nie powinni. Obowiązuje przecież ustawa z 18 grudnia 1998 roku o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji do Spraw Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Według niej bieg terminu przedawnienia zbrodni rozpoczyna się 1 sierpnia 1990 roku. Od tej daty musi minąć 40 lat, by przedawniła się zbrodnia związana z zabójstwem, a dla każdej innej 30 lat. Być może ofiary Supruniuka zostały okłamywane. Znają tylko ogólne przepisy o przedawnieniu. O tym, że prawo polskie sprawę zbrodni komunistycznych traktuje w sposób specjalny, nie informowano ich. Z drugiej strony nie wiem, czy powołanie się na ustawę o IPN-ie zawsze skutkuje. Prokuratorzy oskarżający zabójców Grzegorza Przemyka powinni o niej wiedzieć i sędziowie też. Trudno nie uznać tego zabójstwa za zbrodnię komunistyczną, a sprawa została umorzona ze względu na przedawnienie.

W roku 2008 procesy przeciwko Supruniukowi jeszcze trwały. Nie wiem, czy trwają nadal. Tego, że jest on nie do ruszenia, jestem pewny.

Sprawę Kazimierza Graffa rozstrzygnięto całkiem niedawno, w roku 2007. Jej przebieg dowodzi, że sytuacja zbrodniarzy komunistycznych uległa dalszej poprawie. Media prawie jej nie zauważyły i fakt ten świadczy o tym, że naszą demokrację udało się już uregulować, a dziennikarze to zrozumieli. Poza tym mogli mieć jeszcze inne obawy. Pisząc o niej, trudno nie wspomnieć o roli prawników pochodzenia żydowskiego przy tworzeniu z Polski satelity Związku Sowieckiego. Prawda jest taka, że Żydami była znaczna część utrwalaczy władzy ludowej, zarówno "krajowców", jak i przysłanych ze Wschodu. Przypominając o tym fakcie, można zasłużyć na miano antysemity, a dla nowoczesnego człowieka chyba oskarżenie o kradzież jest mniejszą hańbą. Sam Graff położył dla sprawy komunizmu w Polsce znacznie większe zasługi niż Mikołaj Kulik i może nawet większe niż Supruniuk. Przed wojną ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Jako Żyd, musiał siedzieć w oddzielnej ławce. Dzięki władzy ludowej miał okazję odpłacić Polakom za wszystkie upokorzenia i wykorzystał ją. W wielu procesach oskarżał członków podziemia niepodległościowego. Najczęściej żądał dla nich kary śmierci, a sędziowie najczęściej te żądania spełniali. Miał obowiązek być na egzekucjach i czynił to z przyjemnością. Czasami sam wykonywał wyroki. 26 lutego 1946 w Sokołowie Podlaskim sądzono 15 członków AK. Skazano na śmierć 10 z nich. Graff żądał tej kary dla wszystkich. Obowiązujące wówczas prawo pozwalało wymierzyć ją za różne przestępstwa, na przykład za nielegalne posiadanie broni. Skazany miał prawo prosić o łaskę prezydenta Bieruta, ale Graff nie dał na to czasu. Nakazał wykonanie egzekucji już nazajutrz.

Sąd uznał, że oskarżenie to nie jest poparte dowodami, bo akta sprawy zostały zniszczone. W takich kłopotliwych sprawach akta i inne dowody niszczą się lub giną u nas dosyć często. Rozpatrywał inne. W grudniu 1947 roku został aresztowany członek Ruchu Oporu Armii Krajowej Stanisław Figurski. Funkcjonariusze UB torturowali go przez miesiąc, aż przyznał się do dokonywania napadów rabunkowych. Dopiero wtedy Graff wydał nakaz aresztowania.

Formalnie obowiązywała wtedy w Polsce konstytucja uchwalona w roku 1921. Stanowiła ona, że nikt nie może być zatrzymany przez organa ścigania dłużej niż przez 48 godzin. Później trzeba go wypuścić, chyba, że prokurator wyda nakaz aresztowania. Konstytucje u nas się zmieniają, ale zapis o 48 godzinach jest w każdej. Wprowadzono go, by utrudnić robienie tego, co UB zrobiło z Figurskim - zmuszania zatrzymanego do samooskarżenia. Obowiązkiem prokuratora jest nie tylko ściganie przestępców, lecz także pilnowanie praworządności. Graff powinien Figurskiego uwolnić. Jednak jego partyjnym zadaniem było wykazanie, że tylko złoczyńcy sprzeciwiają się władzy ludowej. Dlatego doprowadził do skazania go na śmierć i stracenia jako pospolitego bandyty.

Podobno żyjemy w demokratycznym państwie prawa, a jego fundamentem są prawne procedury. Ich łamanie jest niedopuszczalne i pod żadnym pozorem nie może ujść płazem. Akta sprawy Figurskiego zachowały się i dowody na złamanie procedury postępowania karnego przez Graffa były niezbite, a jednak okazał się nie do ruszenia...

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie nawet nie dopuścił do procesu. Nie dopatrzył się bowiem znamion czynu zabronionego. Sąd Najwyższy, do którego odwołali się śledczy IPN-u, ostatecznie zatwierdził tę decyzję.

Kiedy rozpatruje się w naszym kraju oskarżenia o zbrodnie komunistyczne, właściwie zawsze dochodzi do czegoś, co jest kpiną ze sprawiedliwości i przyzwoitości. Wyjaśnienie, z czego to wynika, nie wydaje się zbyt trudne.

W roku 1989 doszło u nas do czegoś, co nazwano upadkiem komunizmu. Czy to określenie trafne, to już inna sprawa. W każdym razie powstał problem, który demokratyczną opozycję jakby przerastał. Co zrobić z pozostawionym przez komunistów aparatem państwowym? Kwestia wymiaru sprawiedliwości była szczególnie ważna. Pojawił się pomysł przeprowadzenia weryfikacji sędziów i pozbawienia prawa wykonywania zawodu szczególnie dyspozycyjnych wobec władzy ludowej. Wywołał on ogromne oburzenie naszych autorytetów moralnych. Ludzie, którzy w negocjacjach przy Okrągłym Stole odnieśli dla nas historyczny sukces, zaczęli mówić, że byłby to zamach na niezawisłość sędziowską, a ta, podobnie jak niewzruszone procedury prawne, jest fundamentem demokracji, którą właśnie tworzą. Jeśli pod jakimkolwiek pozorem zacznie się usuwać z urzędu sędziów, to zamiast niej powstanie nowa tyrania. Nie można powiedzieć, żeby niedola sędziów zbytnio nas obeszła. Nie cieszą się oni w Polsce specjalnym poważaniem. Zagrożenie demokracji, której nie można ani zjeść, ani wypić, również nie spędzało nam snu z powiek. Jednak gdy subtelnie zasugerowano nam, że jeśli można będzie usunąć sędziów, którzy wysługiwali się komunistom, to nikt, kto był członkiem PZPR albo uczestniczył w pochodzie na 1 Maja nie będzie mógł być pewnym dnia ani godziny, wielu poczuło solidarność z nimi. Są ludzie, którzy wiedzą, jak trafić nam do przekonania. Tęga głowa wymyśliła ten argument. Sądzę, że dzięki niemu wypadki potoczyły się tak, jak powinny. Tak zwane oszołomy domagające się weryfikacji nie mogły odtąd liczyć na zbyt wiele głosów w wyborach. Sędziowie i prokuratorzy zwalczający jeszcze niedawno ekstremistów z Solidarności pozostali na urzędach za powszechna aprobatą.

Część z nas w swej głupocie wyobrażała sobie, że to chrześcijańskie przebaczenie. Prześladowani rezygnują z karania swoich prześladowców. Nie ma żadnych rozliczeń, tylko zgoda, zgoda, zgoda... Część ma tak wiele na sumieniu, niekoniecznie w związku z polityką, że odruchowo zawsze staje po stronie winnych. Jeszcze innych życie nauczyło, że u nas ci, których naprawdę należy ukarać, potrafią się obronić. Jedynie płotki trafiają za kratki. Nie umiem określić ilościowo udziału tych postaw w społeczeństwie. Prezydent Bronisław Komorowski zapewniał podczas obchodów rocznicy masakry w grudniu 1970, iż jest zawiedziony tym, że winnych nie udało się wykryć i ukarać. A przecież należy do tych, którzy zdecydowali, że wymiar sprawiedliwości pozostał enklawą PRL-u. Łatwo było przewidzieć, jakie będą konsekwencje.

Kiedy rozwiązywano Służbę Bezpieczeństwa i weryfikowano ludzi w niej służących, nikt właściwie przeciwko temu nie protestował. A czym wymiar sprawiedliwości w Polsce Ludowej różnił się od bezpieki? W tak zwanym obozie socjalistycznym potępiano pogląd, że największa szansa na sprawiedliwy wyrok istnieje wtedy, gdy sądy i prokuratura są zupełnie niezależne od organów ścigania i świata polityki.

W pierwszych latach swych rządów władza ludowa zniszczyła ogromną liczbę swoich przeciwników. Część tego dzieła wykonały formacje mundurowe, część służby tajne, a część wymiar sprawiedliwości. To wszystko były gałęzie jednolitego aparatu przemocy, którym kierowała Partia.

Byleby człowiek był – paragraf się znajdzie. Ta dewiza Andrieja Wyszyńskiego przyświecała też prokuratorom Polski Ludowej. My sędziowie nie od Boga – jak trzeba skazać, to skażemy. Tak mawiał jeden z orzekających w jej imieniu sędziów. Prawnicy, którzy myśleli inaczej, nie byli potrzebni. Po roku 1956 metody sprawowania władzy stały się łagodniejsze, ale ludzie, którzy służyli w czasach terroru, przecież pozostali. Dla władzy ludowej byli wręcz bezcenni. W latach 1968, 1970, 1976 i 1981 pokazali, że potrafią działać, jak za dawnych lat i można było z góry mieć pewność, że nie zawiodą. Po tym, co zrobili przed 1956 rokiem, inaczej postąpić nie mogli. Czas robił swoje. Przychodzili nowi sędziowie i prokuratorzy, ale to ci starzy ich wybierali i wychowywali. Przekazywali wzorce zachowań, do których z pewnością nie należała niezależność. Powstawały też osobiste powiązania. Solidarność środowiskowa istnieje w każdym kraju. W Polsce jest chyba szczególnie silna. Wszak słyniemy z solidarności. Lech Kaczyński próbował skłonić sędziów z Torunia, by sprawiedliwie osądzili swojego kolegę Wilkanowskiego. Nic nie wskórał. Sprawiedliwość nie jest u nas ślepa, gdy stroną w procesie jest pracownik wymiaru sprawiedliwości czy funkcjonariusz organów ścigania. Wielu ludzi, którzy mieli takie procesy, może o tym zaświadczyć. Próbowano nas przekonać, że wyroków sądowych się nie komentuje. Dlaczego? W innych krajach uważa się, że w pewnych sytuacjach jest to całkowicie uzasadnione.

Franciszek Rusek wstąpił do UB w roku 1945. Sędzią został w roku 1949. Na początku wystarczały do tego kursy. Studia skończył później. Potem pracował w aparacie partyjnym, ministerstwie sprawiedliwości, Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, Sądzie Najwyższym i Instytucie Badania Prawa Sądowego. W grudniu 1981 roku został Prokuratorem Generalnym. Czekała go ciężka praca, ale podołał. Po transformacji czuł się szykanowany. Wskutek służby w UB utracił prawo do przejścia w tak zwany stan spoczynku. Sędzia w stanie spoczynku nie orzeka, ale jego uposażenie jest wyższe niż emerytura. Skarga Franciszka Ruska została oddalona. Musiał odejść na emeryturę. Życzę takiej każdemu. Jego kariera pokazuje, że w PRL-u z organów bezpieczeństwa łatwo było przejść do administracji, polityki i nauki. Dodajmy do tego jeszcze środki masowego przekazu i kadrę kierowniczą przemysłu, a będziemy mieli przybliżony obraz wpływów tego środowiska, które spaja wspólna przeszłość. Ci ludzie byli mocno przekonani, że państwo polskie istnieje dla nich, a po roku 1989 ich następcy osiągnęli nawet więcej.

Zbrodniarze stalinowscy są bezpieczni. Winni masakry na Wybrzeżu i nieznani sprawcy z czasów stanu wojennego również. Także ci znani najczęściej chodzą z podniesioną głową. Nie tylko Jaruzelski i Kiszczak, ale nawet zabójcy Grzegorza Przemyka. To jest prawdziwa solidarność – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Majątków zabranych przez władze PRL-u z naruszeniem prawa z reguły nie zwrócono właścicielom, a w biznesie pełno swoich. Emerytowani prawnicy też mogą sobie dorobić. Zdarzyło się, że Instytut Pamięci Narodowej zatrudniał na umowę–zlecenie stalinowskiego prokuratora. Przyznać trzeba, że gdy okazał się współuczestnikiem zbrodni komunistycznej, zrezygnowano z jego usług. Ogólnie można stwierdzić, że prokuratorzy pracujący w IPN o zbrodnie komunistyczne oskarżają dość rzadko. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ich zwierzchnikiem nie jest Prezes IPN, lecz Prokurator Generalny. Może ma to znaczenie, może nie...

Coraz mniej jest ludzi, których obchodzi przeszłość, choć mają często do czynienia z sądami i zżymają się na ich pracę. Właściwie, czemu instytucje chroniące zbrodniarzy mają być sprawiedliwe akurat wobec nich?

Czy to się może zmienić? Do tej pory żaden rząd tego nie próbował. Także rząd Olszewskiego i rządy PiS-u. Pewien więzień obozów pracy szukał sprawiedliwości. Pisał do obydwu braci Kaczyńskich i nie dostał odpowiedzi. Dowiedział się, że jego list do premiera Jarosława Kaczyńskiego trafił do Adama Lipińskiego. Dzwonił często do jego sekretariatu. Mówiono mu, że szef ma list na biurku, ale jeszcze go nie czytał. Po pół roku przestał dzwonić. Tak wyglądała walka z układem.

Kiedyś popularna była "biblijna" prognoza. Gdy wymarli urodzeni w niewoli, Naród Wybrany wszedł do Ziemi Obiecanej. Czy dalsza historia Żydów jest pocieszająca? Tak naprawdę weszło też dwóch urodzonych w Egipcie, bo naprawdę wierzyli Bogu. Dziś już chyba wszyscy widzą, że z Exodusu żadna dla nas pociecha. Ludzie umierają, ale wzorce zachowań i układy nie. Trwają, bo istnieje dla nich społeczna akceptacja, i jeśli nie nastąpi przemiana w milionach serc, pozostaną nie do ruszenia.
Piotr Setkowicz

piątek, 29 lipca 2011

Ty, Leslie Nielsen double

Coz u diabla z tym Frankiem Szwajcarskim?
Ostatnio duzo niepokoju wzbudzil u Naszych Ukochanych Przywodcow oraz ich Wiernego Ludu  wzrost relatywny wartosci CHF versus PLN. Zainteresowani byli najbardziej ci, ktorzy wzieli pozyczki w tej obcej walucie gdyz wraz ze wzrostem wzglednej wartosci franka sa oni zmuszeni do podwyzszenia swoich splat w PLN.
Wielu powaznych kolegow blogerow ekonomistow/spekulantow (np SiP  http://stojeipatrze.blogspot.com/2011/06/przyczyna-siy-franka-kimono.html?utm_source=feedburner&utm_medium=feed&utm_campaign=Feed%3A  wyszukiwalo powodow tego nieprzewidzianego biegu wydarzen.

Tymczasem niemal cala cytowana literatura przedmiotu rodem z renomowanych grup analizy rynku jest ekonomiczna makulatura. Po prostu Swiss National Bank zadecydowal o utrzymaniu stabilnej ceny uncji zlota wyrazonej w CHS (okolo 1306 CHS/oz) i tym samym zakonczyl dewaluacje franka.
To co faktycznie widzimy jest skutkiem dewaluacji PLN prowadzonej przez "Narodowy" Bank Polski. Nie ma co lac krokodylich lez. To "polskie" wladze banku centralnego podrzynaja gardlo swoim obywatelom.
Co gorsza sytuacja bedzie sie pogarszac gdyz Nasza Umeczona Ojczyzna jest w calkiem beznadziejnej sytuacji gospodarczo-finansowej i wobec tego jest malo prawdopodobne aby zaprzestala postepujacej dewaluacji PLN.





Schizofrenia paranoidalna Europy.

Schizofrenia paranoidalna (za Wiki)

Schizofrenia paranoidalna (s. urojeniowa) – typ schizofrenii, w przebiegu której dominującymi objawami choroby są objawy pozytywne (urojenia oraz halucynacje); objawy negatywne, katatoniczne oraz zaburzenia myślenia nie są zbyt wyraźne] lub w ogóle nie występują.

Urojenia w tym typie schizofrenii często mają charakter paranoidalny; halucynacjami które w szczególności pojawiają się w obrazie klinicznym są omamy słuchowe; nie występują zaburzenia afektu, woli i mowy lub pozostają one niezbyt widoczne].

Urojeniami jakie mogą pojawić się w tym typie schizofrenii są urojenia wielkościowe, jednak częściej występują prześladowcze, odnoszące, odsłonięcia, nasyłania i wykradania myśli.

Rokowanie jest przeważnie lepsze niż w przypadku innych typów schizofrenii, a zachorowanie pojawia się z reguły w wieku późniejszym.


Rozmyślając nad całym bezmiarem ludzkiej tragedii jaka rozegrała się w Norwegii nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko to co tam się stało jest kiepskim żartem. Dosłownie kadrami z filmów Leslie Nielsena.
Kadr pierwszy.
Wybucha bomba. W promieniu kilometra wylatują szyby. Ludzie pozbawieni instynktu samozachowawczego zostają poranieni odłamkami spadających szyb. Na niektórych ujęciach widać, że wyroiły się, w miejscach szczególnie zagrożonych, osoby nagrywające wszystko co się da komórkami, nie bacząc na ewentualne dalsze zagrożenie.
Kadr drugi.
Szaleniec. Chodzi po wyspie i strzela do ludzi. Wyobrażam sobie opancerzonego jegomościa z dwoma automatami - wypisz wymaluj pierwsze ujęcia "Zabójczej broni". 9 ofiar. O 8 za dużo...
Kolejna odsłona przynosi informacje, że ofiar jest znacznie więcej. Kolejne liczby szokują. 50, 70, 80... Czy Ci ludzie nie zrobili nic by powstrzymać tę rzeź ?
Po pierwsze w normalnym społeczeństwie, gdzie dostęp do broni jest łatwy, można statystycznie obliczyć, że jeśli 90% przestępców ma broń i tylko 5% obywateli, to biorąc pod uwagę zdarzenie jakie miało miejsce, statystycznie ludzie na wyspie powinni dysponować kilkoma sztukami broni - właśnie na wypadek takich zdarzeń. Obecnie Europa, zamiast broni, woli ludziom sprzedawać polisy ubezpieczeniowe. Od wszystkiego. Tylko one nie wracają życia. Zawsze lepiej jest zapobiegać. Europa woli się przyglądać. Dotyczy to wszystkich aspektów jej radosnej twórczości. Obrona Grecji przed niewypłacalnością jest tym samym co fakt, że sprawcy tragedii w Oslo grozi kilkadziesiąt dni odsiadki za jedno odebrane życie. Więcej grozi za zabicie ponarowionego konia sztachetą.
W społeczeństwie o utrudnionym dostępie do broni odsetek posiadających ją obywateli spada niemal o 5%. Podobnie u przestępców, którzy chcą ją posiadać. Na końcu otrzymujemy wynik : przestępcy (odsetek posiadania) - 85%, obywatele - 0,1%. Proporcje zmieniają się pięćdziesięciokrotnie. Idąc dalej - prawdopodobieństwo, że ktoś z publiki "zdjął" by szaleńca, jest takie, że musiałby on zaatakować publiczność na meczu futbolowym. Ups... zapomniałem - normalnych obywateli przed wejściem na stadion się przeszukuje... Zatem Europa stawia nas, drodzy współowieczkowianie, w sytuacji bez wyjścia. Kiedy ktoś posiada broń możemy się tylko modlić, aby nas z niej nie zabił. Czyli na wieki wieków był normalny, poczytalny, a jego życie było pasmem sukcesów. Inaczej ochroniarz na meczu futbolu, jest niepowstrzymywalną maszyną do zabijania. Przy tym należy pamiętać, by modlić się w skrytości, aby nie obrażać niczyich przekonań religijnych.
Kadr trzeci.
"Policja doradziła Premierowi by nie ujawniał gdzie znajdował się w chwili strzelaniny."
I bardzo słusznie. Jak się bowiem okazało w chwili strzelaniny Premier znajdował się na wyspie. I jego ochrona spokojnie powoliła zabić kilkudziesięciu nastolatków. Bez dalszego komentarza.
Jeśli takowej ochrony nie posiadał winien jest w dwójnasób gdyż poprzez głupio prowadzoną politykę, doprowadził bezpośrednio do śmierci wielu osób. Tym bardziej, że wielce prawdopodobne jest, iż sam był celem tych ataków.
Kadr czwarty.

"Przeciekanie policyjnej łodzi oraz oczekiwanie na przyjazd jednostki interwencyjnej z odległego o 45 kilometrów Oslo opóźniły akcję norweskiej policji na wyspie Utoya, gdzie w piątek zamachowiec zastrzelił co najmniej 86 osób - poinformowano w niedzielę. Policja przybyła na wyspę godzinę po pierwszym zgłoszeniu. Dwie minuty później morderca poddał się."
Na miejscu policji ogłosiłbym, że przeciek spowodował zamachowiec, który wcześniej korkociągiem w przebraniu policjanta majstrował coś w marinie. Inaczej wygląda to na farsę , której nie wymyśliłby sam Mel Brooks.
Zgodnie w wcześniejszym przypuszczeniem, sytuajcę diametralnie zmienia pojawienie się "uzbrojonych obrońców".  W obliczu  zagrożenia zamachowiec poddaje się bez walki, w 120 sekund.

Jak Europa reaguje na te kadry ? Dokładnie tak jak przewidują podręczniki medyczne dla osób chorych na  niezwykle podstępne, tytułowe schorzenie.
"Szef belgijskiej dyplomacji Steven Vanackere zaproponował zaostrzenie przepisów regulujących posiadanie broni, które mogłyby obowiązywać w całej UE. Jest to reakcja ministra na piątkowe krwawe zamachy terrorystyczne w Norwegii.

Obecnie nie ma żadnych wspólnych europejskich zasad wydawania pozwoleń na broń.

- Nie możemy zamykać oczu na taki dramat (jak w Norwegii). Uważam, że wszyscy europejscy politycy powinni się zastanowić, czy nie trzeba zaostrzyć reguł wydawania broni - powiedział Vanackere, cytowany przez agencję Belga.

- Skoro wychodzimy z założenia, że ten dramat jest spowodowany przez pojedynczą osobę, która zwariowała, nie możemy zignorować faktu, że zależy to także od dostępu do różnego rodzaju broni i amunicji - powiedział minister.

 Jak dodał, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zasady dostępu do broni "skoordynować na poziomie międzynarodowym". Zauważył, że podobna współpraca międzynarodowa miała miejsce po zamachach z 11 września 2001 roku w USA w obszarze wymiany informacji i pracy służb wywiadowczych."  źródło

Musimy Panu ministrowi przyznać w jednym rację - "że zależy to także od dostępu (...) do broni" - tyle, że jak łatwo było dowieść, w sposób odwrotny od intencji polityków.
Zapewne pojawią się dalsze, pewnie jeszcze głupsze propozycje, nawiązujące do tego, że napastnik był członkiem klubu filatelistycznego albo palec wskazujący ma dłuższy od serdecznego tyle, że ja, jako przedstawiciel społeczeństwa domagam się elementarnego działania, a nie tylko kolejnych zapisów, które ze swej natury regulują życie tych, którzy tym regulacjom chcą się poddać. Jeszcze żadna ustawa ani dyrektywa nie stanęła murem na drodze kul szaleńców. Nieprzeliczone są natomiast szeregi różnych bezimiennych bohaterów, którzy działaniem, a nie poleganiem na papierze, udowadniali, że człowieczeństwa nie trzeba uchwalać, a tylko pozwolić mu nieskrępowanie działać.

http://allchemik.salon24.pl/327132,schizofrenia-paranoidalna-europy#

sobota, 23 lipca 2011

Głos naszego Księdza

23 lipca 2011
Ks. dr. Piotr Natanek pod Wiedniem 2 lipca 2011
http://www.gloria.tv/?media=174628
Obejrzyj!!! Wiedeń kolano przy kolanie
-szukam-
Następny wypad zaplanował do Berlina na spotkanie z Papieżem i nawracanie Niemców.
Ksiądz Piotr zbadał przyczyny upadającej wiary katolickiej w Zachodniej Europie i Ameryce Północnej i oddał się na służbę Jezusa aby temu zapobiegać a szczególnie broni prawdziwego Kościoła Katolickiego w Polsce
Sami możecie się zapoznać z Orędziami Księdza Piotra Natanka jako, że jego kazania można słuchać na żywo na jego stronie internetowej w Pustelni w Grzechyni
link
http://www.christusvincit-tv.pl
lub na
http://www.gloria.tv
Zapraszam do specjalnego okna ks. Piotra na mojej stronie z nowszymi kazaniami i ogłoszeniami.
http://stanpiasta.com
Polonia w Ottawie zamówiła specjalną Mszę wspomagającą dla Ks. Piotra w kościele Św. Jacka na dzień 24 Sierpień 2011 ,więcej info na mojej stronie j.w.
Boże Błogosław Katolickiego Ks. dr. hab. Piotra Natanka w jego misji!
Blog

Zasuspendowanie ks. Natanka zaogni tylko konflikt   2011-07-23
W ostatnim czasie wielokrotnie wypowiadałem się na temat ks. dr. hab. Piotra Natanka z Papieskiego Uniwersytetu Jana Pawła II. mojego młodszego kolegi ze studiów. Już w marcu 2010 r. opublikowałem w "Gazecie Polskiej" felieton pt. "Spór o intronizację", w którym zwracałem uwagę na to, że metody jakimi kuria krakowska chce spacyfikować duchownego są fatalne.
Przypomnę fragment:
Wymieniony komunikat kurialny niczego nie rozwiązał, a konflikt ze zwolennikami intronizacji jeszcze bardziej się zaognił. Trzeba też dodać, że z powodu sporów o intronizację zakon jezuitów usunął ze swoich szeregów ks. Tadeusza Kiersztyna, też gorliwego kapłana, który od lat stara się wprowadzać w życie ideały Celakówny. Do rozwiązania nabrzmiałej sytuacji trzeba więc tym bardziej dialogu, a nie urzędniczych dekretów.
Całość czytaj pod linkiem
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=88&nid=2777
Z kolei w felietonie pt. "Krakowski tygiel" z 1 czerwca br. dałem taką diagnozę
Następnym krokiem będzie z pewnością zasuspendowanie ks. Natanka, a co za tym idzie, rozłam w Kościele. Część wiernych na pewno bowiem opowie się za swoim kapłanem. Może więc powtórzyć się sytuacja sprzed stu lat, kiedy w Kongresówce kilku gorliwych kapłanów, pod wpływem objawień "Mateczki" Feliksy Kozłowskiej z Płocka, wypowiedziało posłuszeństwo biskupom, tworząc odłam pod nazwą mariawici.
Całość pod linkiem
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=88&nid=4239
Zasuspendowanie ks. Natanka do rzeczywiście krok do rozłamu. Szkoda, bo można było próbować inaczej to rozwiązać.
O problemach w polskim Kościele, w tym też o relacjach pomiędzy biskupami a szeregowymi księżmi piszę w felietonie pt. "Biskup jako sługa", który w przyszłym tygodniu ukaże się także w "Gazecie Polskiej".
Do sprawy powrócę też w wywiadzie-rzece, który w formie książkowej przygotowuję do druku na jesień. Będzie to rozmowa na temat tego wszystkiego, co w Kościele, w tym też w archidiecezji krakowskiej, działo się od 2005 r., czyli od odejścia błogosławionego Jana Pawła II.
Przeczytaj także wypowiedź dr. Tomasza Terlikowskiego na portalu "Fronda". Obaj mamy zbieżne poglądy w tej sprawie.
"To nie koniec sprawy ks. Natanka".
Ks. kan. T. Isakowicz - Zaleski
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/to_nie_koniec_sprawy_ks._piotra_natanka_14475

PS.

Debata Mikołajczyk - Gomułka?



Spróbujmy tej idei pobronić.

Debaty to normalny sposób ukazywania poglądów polityków w normalnej demokracji.

Tak, w normalnej demokracji.

Ta debata odbędzie się w "zaprzyjaźnionej" telewizji, bo innych już nie ma, przy udziale i pod czujnym okiem "zaprzyjaźnionych" dziennikarzy i organizatorów. Jarosław Kaczyński zostanie odpowiednio usadzony, oświetlony i skadrowany. I nic tu nie pomogą wcześniejsze ustalenia sztabów wyborczych.

Ludzie Tuska będą reżyserami tego widowiska i będą natychmiast reagowali podczas każdego objawu punktowania Tuska przez Jarka. Z łamaniem reguł debaty i prowokowaniem do opuszczenia studia włącznie.

Debata zostanie oczywiście natychmiast skomentowana przez "zaprzyjaźnionych" dziennikarzy i "ekspertów".

Przy braku spotów wyborczych będzie to jedyna okazja do tak szerokiego zaprezentowania stanowiska przez Kaczyńskiego.

Raczej medialnej obróbki tego stanowiska. I to takiej, która najprawdopodobniej uniemożliwi dotarcie założonego przez Jarka przesłania do odbiorców.

Jarek pokazał już cztery lata temu, że na prowokację najczęściej reaguje na zasadzie "nie daj się sprowokować". A to bywa czasem błąd samobójczy, gdyż w tej konwencji na cios trzeba natychmiast odpowiedzieć ciosem, a brak tego ciosu bywa odbierany jako gest poddania.

Wie o tym sztab Tuska, czy zdaje sobie z tego sprawę sztab PIS?

Przecież drugą debatę z Komorowskim odpowiednio przygotowany Jarek wygrał.

Owszem, tylko że Komorowski jest w tej sprawności słabszy od Tuska, debata odbyła się we w miarę neutralnej telewizji, no i Komorowskiego zmiana przygotowujących, z dobrze mu znanych Kluzików, Poncyljuszy i Kowali na Kurskiego, chyba nieco zaskoczyła.

Teraz wycofanie się Jarka z debaty zostanie odebrane i medialnie odtrąbione jako przejaw jego tchórzostwa.

Tutaj zgoda.

I właśnie za wpuszczenie Szefa w taką pułapkę Mariusz Błaszczak, czy ten który za ów pomysł odpowiada, powinien z hukiem wylecieć ze sztabu wyborczego.

A jeśli zadecydował o tym Jarek...

Nie wiem, jak chce skończyć Jarosław Kaczyński. Nieoceniony pod pewnymi względami funkcyjny PO - Libicki, już go porównał do Mikołajczyka. Jeśli jednak Jarek chce zagrać tę rolę, niech pamięta jak Mikołajczyk skończył. I nie chodzi mi o słynny bagażnik, ale o to czego symbolem ów polityk pozostał.

Bo nie firmuje się pozorów demokracji, podając rękę komuś, kto tę demokrację likwiduje.

Bo nie wolno wreszcie jak gdyby nigdy nic, debatować z kimś, kogo uważa się za współodpowiedzialnego, choćby tylko politycznie, za śmierć brata i Prezydenta Polski.
HOWGH.

czwartek, 21 lipca 2011

WLK GEN. SIKORKA

cytowany (str 407) raport Stasi dla KC SED mowi: " Walesa jest  parszywym, prymitywnym i zaklamanym typem [...]. Bez swoich doradcow jest kompletnym zerem. Po pierwszych rozmowach z przedstawicielami rzadu oswiadczyl, ze wita z radoscia stan wojenny i zgadza sie z tym, zeby unieszkodliwic ekstremalne sily w Solidarnosci. Obiecal  wspolpracowac z rzadem i stworzyc taki program, ktory calkowicie  bedzie sie zgadzal z celami rzadu. ....Pozostawiony na wolnosci natychmiast zlamalby nasze obietnice. Nawet czasowa wspolpraca taktyczna z tym durniem i lajdakiem jest niemozliwa"

W obozach Sikorskiego

Płk Tadeusz Münnich, w 1939 r. adiutant marszałka Rydza-Śmigłego, na rozkaz gen. Sikorskiego został uwięziony na wyspie Bute. Na zdjęciu z żoną, Bute, 1942 r. / fot. z książki Marka Gałęzowskiego "Pułkownik 'Żegota'..." (wyd. IPN)
Płk Tadeusz Münnich, w 1939 r. adiutant marszałka Rydza-Śmigłego, na rozkaz gen. Sikorskiego został uwięziony na wyspie Bute. Na zdjęciu z żoną, Bute, 1942 r. / fot. z książki Marka Gałęzowskiego "Pułkownik 'Żegota'..." (wyd. IPN)
Nie mogli walczyć o Polskę, bo nie spełniali kryteriów „moralnych” lub „politycznych” – czyli: byli oponentami gen. Władysława Sikorskiego. Tylko przez Wyspę Wężów przeszło 1500 polskich oficerów.
Ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym” – tak gen. Sikorski ostrzegł w lipcu 1940 r. politycznych przeciwników emigracyjnego rządu. – Oczywiście myślał o obozie odosobnienia na wzór tych z wojny burskiej, a nie o Auschwitz. Ale wypowiedź wypadła fatalnie – komentuje słowa Naczelnego Wodza prof. Mirosław Dymarski z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Czy był to tylko językowy lapsus generała? Jak wyglądały „obozy Sikorskiego”?

Sereza-Bereza i Wyspa Wężów

Preludium miało miejsce we Francji, późną jesienią 1939 r. Po kampanii wrześniowej emigracyjne władze Polski szukały winnych porażki. Dla ludzi Sikorskiego jasne było, że sanacyjnych polityków i wojskowych należy rozliczyć i trzymać z dala od rządów.

Dlatego utworzono ośrodek odosobnienia dla kilkudziesięciu „nieprawomyślnych” – we francuskim Cerizay. Zesłano ich tam bez wyroków sądowych. Warunki mieli jednak niezłe. Dostawali część uposażenia, mieszkali w hotelach i pensjonatach, nie mogli tylko opuszczać miasteczka. Ale i tak przeciwnicy Sikorskiego spolszczali Cerizay jako „Sereza”, nawiązując do Berezy Kartuskiej, w której sanacyjne władze gnębiły działaczy opozycji.

Po klęsce Francji polski rząd ewakuował się do Anglii. A za nim politycznie „podejrzani” z Cerizay. Najpierw umieszczono ich na stadionie Glasgow Rangers, potem w Douglas i Broughton. Znaleźli się tam wraz z oficerami bez przydziału z przyczyn czysto wojskowych – to był kolejny problem na głowie Sikorskiego, że w polskiej armii w Anglii stosunek oficerów do szeregowych wynosił wówczas 1:2,8. Nadmiar kadry oficerskiej sięgał aż 2500 osób.

Wśród bezczynnego wojska szerzyły się nałogi. Sikorski wydawał kolejne tajne rozkazy, w których winnym pijaństwa groził sądem wojennym. W końcu nałogowcy dołączyli do grona żołnierzy politycznie niewygodnych i tych z wojskowego punktu widzenia zbędnych. Wszyscy oni (plus oficerowie podejrzewani o skłonności homoseksualne i erotomanię) wylądowali 70 lat temu na szkockiej wyspie Bute, później zwanej „Wyspą Wężów”.

To tam, w miasteczku Rothesay, tajnym rozkazem z 11 sierpnia 1940 r. gen. Marian Kukiel (jako Dowódca Obozów i Oddziałów WP w Szkocji) utworzył „zgrupowanie oficerów nieprzydzielonych”. Kto się w nim znalazł? Np. były przedwojenny premier Marian Zyndram-Kościałkowski, dowódca Armii „Prusy” gen. Stefan Dąb-Biernacki, wojewoda śląski i przewodniczący ZHP Michał Grażyński i inni. Przez Wyspę Wężów przeszło w sumie około 1500 oficerów, w tym 20 generałów.

Samobójcze strzały

Wyspa była znanym kąpieliskiem, 45 km od Glasgow. Pozornie warunki były pierwszorzędne. Oficerowie mieszkali na kwaterach i dostawali żołd (choć zmniejszony). Wartowników ani drutów kolczastych nie było. Mieli tylko zakaz opuszczania wyspy, kontrolowano też ich korespondencję.

Bezczynność i poczucie krzywdy tworzyły toksyczną atmosferę. „Polityczni” nie pojmowali, dlaczego są osadzeni z „patologią”. Stefan Mękarski pisał w dzienniku: „Wegetujemy, wspaniale przeżywamy w luksusie najstraszliwszą wojnę w dziejach”. Rothesay nazwał „trupiarnią, z której ostatnio jednego oficera na tydzień wysyłają do szpitala wariatów”. Było też kilka samobójstw. Nie tylko wśród zesłanych, ale i tych, którzy dopiero mieli tam trafić.

Miejscowi Szkoci nie mogli zrozumieć, dlaczego Polacy grają w brydża, gdy ich koledzy z jednostek frontowych i żołnierze brytyjscy giną na wojnie. Władysław Dec w książce „Narwik i Falaise” wspomina: „– Czy wy jesteście podejrzani? – zapytała mnie pewna Szkotka z Glasgow, usiadłszy przy moim stoliku w kawiarni. – Mój ojciec mówił, że w Rothesay osadzeni są Polacy, którzy w Polsce... współpracowali z Niemcami”.