o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

niedziela, 11 listopada 2018

"Amber Gold"

baner

Amber Gold

2 LISTOPADA 2014
Ludzie chcą wierzyć, że mogą bez ponoszenia kosztów i czasu wiele zyskać. Fakt jest taki, że na wybór telewizora potrafimy poświęcić więcej czasu niż na wybór inwestycji na lata. Efekt – ponad 18 tys. zgłoszeń od wierzycieli Amber Gold i straty pokrzywdzonych szacowane na blisko miliard złotych. Jak rozwijała się historia kolejnej piramidy finansowej? Echa afery związanej z działalnością spółek Amber Gold oraz OLT Express nie mijają.

Multikasa na początek

Amber Gold to – dziś już wiemy – parabank, który miał inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusił natomiast wysokim oprocentowaniem lokat. Początków intratnych inwestycji związanych z późniejszą aferą Amber Gold należy szukać jednak kilka lat wstecz. Zacznijmy od początku… Kim jest i skąd się wziął Marcin Plichta – znany całej Polsce właściciel spółki Amber Gold? Urodził się w 1984 roku w przeciętnej gdańskiej rodzinie. Nazywał się wówczas Stefański – tak jak rodzice. Uczył się w liceum ekonomicznym. Studiowanie sobie odpuścił, choć wstęp na uczelnię miał zapewniony bez egzaminu, ponieważ w 2002 roku wygrał konkurs wiedzy ekonomicznej zorganizowany przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zrezygnował jednak z dalszej nauki na rzecz własnego biznesu. Z czasem Stefański wziął ślub z Katarzyną i zmienił nazwisko na to, które nosiła jego małżonka. Zmianę tą uzasadniał tym, że według niego „nazwisko Plichta jest bardziej medialne”.
W 2003 roku nastoletni jeszcze Marcin Stefański założył sieć punktów do płacenia rachunków - Multikasa.
W 2003 roku nastoletni jeszcze Marcin Stefański założył sieć punktów do płacenia rachunków – Multikasa.
W 2003 roku jeszcze nastoletni i jeszcze pod nazwiskiem Stefański założył sieć punktów do płacenia rachunków – Multikasa. Multikasy błyskawicznie jak grzyby po deszczu wyrosły w całym kraju. Oferta była na pierwszy rzut oka bardzo korzystna. Prowizje pobierane od opłat za transakcje były o dwie trzecie niższe niż w bankach i na poczcie, a głównymi klientami punktów kasowych byli emeryci. Przez kilka miesięcy wszystko działało jak należy, firma się rozwijała i pozyskiwała nowych klientów, przelewając wpłacone w okienku pieniądze na konta wierzycieli – telekomunikacji, firm dostarczających prąd, wodę itp. Dopiero po kilku miesiącach poszkodowani zaczęli dostawać wezwania do zapłaty, mogli więc nawet nie wiedzieć, że zostali oszukani. Jak się okazało, te pieniądze nigdy nie dotarły do odbiorców i ludzie musieli zapłacić swoje rachunki raz jeszczeOszukani klienci zaczęli szturmować punkty kasowe. Sprawa trafiła do sądu, zajął się nią również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W 2005 roku ruszył proces. Na ławie oskarżonych zasiadł Marcin Stefański i dwie wspólniczki. W 2008 roku za przywłaszczenie 174 tys. zł. sąd skazał już wówczas Marcina Plichtę na rok i 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu i nakazał zwrócić pieniądze oszukanym. Z uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego w Malborku wynika, że Multikasy Plichty nie były oszustwem, lecz nieudanym interesem. Przez spółkę Plichty przeszły opłaty na łączną kwotę 902,6 tys. zł. Do adresatów nie dotarło „zaledwie” 174 tys. i pieniądze te poszły na działalność spółki. Planowane zyski okazały się niemożliwe do osiągnięcia. Firma Plichty od sierpnia 2003 do końca lutego 2004 roku uzyskała z prowizji zaledwie 13,9 tys. zł. Tymczasem miesięczny koszt funkcjonowania spółki wynosił 15-21 tys. zł. Podczas konferencji prasowej zorganizowanej w 2012 roku prezes już wówczas spółki Amber Gold zapewniał, że pieniądze z Multikasy oddał. Mijał się prawdą – w rzeczywistości spłacił jedynie 4 tys. zł. Większość oszukanych osób do dziś nie otrzymała swoich pieniędzy.
Marcina Plichty przygody z wymiarem sprawiedliwości (Gazeta Wyborcza).
Marcin Plichta był jeszcze kilkakrotnie skazywany przez sądy polskie za oszustwa. W 2007 i 2009 roku skazany został za oszustwa bankowe (wyłudzenie kredytów na łączną kwotę ponad 140 tys.), jednak wymierzane wobec niego kary pozbawienia wolności za każdym razem były warunkowo zawieszane (żadna kara nie została wykonana).

Po miesiącu na „czarnej liście” KNF…

27 stycznia 2009 roku Plichta wraz z żoną zakładają w Gdańsku spółkę o nazwie Grupa Inwestycyjna Ex, która pól roku później zmieniła nazwę na Amber Gold Sp. z o.o. Firma, podająca się za pierwszy dom składowy w Polsce zajmujący się składowaniem metali szlachetnych, inwestowała w złoto i inne kruszce, a także oferowała klientom kontrowersyjne lokaty w złoto, srebro i platynę, podpisując z nimi tzw. „umowy składu”. 25-letni wówczas Marcin Plichta, pierwsze lokaty zakłada w listopadzie. Dzia­łal­ność spół­ki wzbu­dzi­ła jednak poważne wąt­pli­wo­ści Ko­mi­sji Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go (KNF), która wpi­sa­ła ją na „czar­ną listę” ostrze­żeń. Dodatkowo w grudniu tego samego roku KNF złożyła w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Amber Gold. Miało ono polegać na tym, że spółka bez zezwolenia prowadzi działalność bankową. Sprawa wydawała się z pozoru prosta. Spółka nie ma pozwolenia? Nie ma. Przyjmuje pieniądze? Przyjmuje. Wystarczy ustalić, czy naraża wkłady klientów na ryzyko, na przykład wykorzystując je do udzielania pożyczek. Akt oskarżenia powinien pojawić się w przeciągu kilku tygodni. Ale aktu nie było.

Błędne prokuratorskie koło… a czas mija…

W styczniu 2010 roku Prokuratura Gdańsk-Wrzeszcz odmówiła wszczęcia postępowania z uwagi na „brak znamion czynu zabronionego”. W takiej sytuacji KNF złożyła zażalenie do sądu, który w kwietniu nakazał prokuraturze jednak wszcząć śledztwo. W maju 2010 roku prokuratura zaczęła prace by następnie umorzyć dochodzenie w najkrótszym możliwym terminie, po trzech miesiącach. KNF nie złożyła broni, znów przygotowano zażalenie. I znowu uwzględnione. Tym razem sąd dokładnie pisze, jakie czynności prokurator musi jeszcze wykonać, m.in. powołać biegłego rewidenta do zbadania ksiąg Amber Gold. W międzyczasie, 21 czerwca Minister Gospodarki cofnął Amber Gold zezwolenie na prowadzenie przedsiębiorstwa składowego. Decyzja miała zostać wykonana natychmiastowo. W grudniu 2010 roku prokuratura powołuje biegłego rewidenta i … zawiesza postępowanie do czasu wydania przez niego opinii. Praktycznie przez cały 2011 rok trwa urzęd­ni­czo-pro­ku­ra­tor­ski ping-pong (szczegóły w kalendarium pod artykułem).
Takimi hasłami mamiła klientów strona www Amber Gold.
Takimi hasłami mamiła klientów strona www Amber Gold.
W tym cza­sie Po­la­cy, wa­bie­ni po­nad­prze­cięt­ny­mi zy­ska­mi z lokat opar­tych na no­to­wa­niach złota i przyciągani głośną reklamą, in­we­sto­wa­li w Amber Gold swoje oszczęd­no­ści. W listopadzie 2011 roku przewodniczący KNF domaga się wyjaśnień od Prokuratora Generalnego – dlaczego dochodzenie dotyczące Amber Gold jest nadal zawieszone i żąda KNF jego nadzoru. Efektem jest odwieszenie dochodzenia. Po interwencji sprawę bada Prokuratura Okręgowa w Gdańsku i stwierdza, że zawieszenie śledztwa rzeczywiście było przedwczesne.

Watek OLT Express i kontrola ABW

W lipcu 2011 roku grupa kapitałowa Amber Gold wykupiła 100% udziałów spółki Jet Air wskutek czego Amber Gold stał się głównym udziałowcem powstałych linii lotniczych OLT Express. Do grupy OLT Express należą wówczas spółki:
  • OLT Express Regional – zajmująca się przelotami regularnymi na trasach krajowych,
  • OLT Express Poland – obsługująca czartery międzynarodowe,
  • OLT Express Germany – działająca w Niemczech.
Wówczas też firmą Plichty zainteresowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW). ABW oszacowało, że na zakup i reklamę OLT Express poszło grubo ponad 200 mln zł. Skąd spółka miała takie pieniądze, skoro poza przyjmowaniem pieniędzy od ludzi nie prowadzi żadnej zyskownej działalności? Czy naraziła wkłady klientów na ryzyko wykorzystując ich środki niezgodnie z celem jakim miał być zakup złota? W tym samym czasie Agencja współpracuje z Bankiem Gospodarki Żywnościowej, ponieważ pracownicy Amber Gold mieli rzekomo informować klientów, że zakupione za ich pieniądze złoto jest przechowywane w skrytkach BGŻ. Zachodziło więc podejrzenie, że Amber Gold przyjmuje wpłaty od klientów a z tych pieniędzy finansuje inne przedsięwzięcia i podaje nieprawdziwe informacje klientom.
ABW przeprowadziła rewizje w mieszkaniach Plichty i w siedzibie Amber Gold w Gdańsku. W firmowym sejfie znaleziono 57 kg złota i kilogram platyny. Wszystko razem warte ok. 12 mln zł. Tymczasem Plichta twierdził, że ma 110 kg złota, które wyceniał (nie wiadomo na jakiej podstawie) na 60 milionów złotych i nieruchomości warte kolejne dziesiątki milionów.
OLT Express – linie lotnicze w posiadaniu Amber Gold.
27 lipca 2012 roku Urząd Lot­nic­twa Cy­wil­ne­go (ULC) za­wie­sił bez­ter­mi­no­wo kon­ce­sję lot­ni­czą spół­ce „OLT Express Re­gio­nal”. W związku z czym linie OLT Express poinformowały, że do odwołania zawieszają wszystkie regularnie wykonywane loty. Tego samego dnia linie złożyły wniosek do sądu o upadłość spółki „OLT Express Regional”, która związana była z wykonywaniem połączeń krajowych. Spół­ka Amber Gold po­in­for­mo­wa­ła, że wy­co­fu­je się z in­we­sty­cji w linie lot­ni­cze OLT Express z po­wo­du za­blo­ko­wa­nia przy­cho­dów ze sprze­da­ży bi­le­tów OLT przez ope­ra­to­ra płat­no­ści. ULC za­wie­sił także kolejną kon­ce­sję spół­ki – drugą w kolejności – dla „OLT Express Po­land” zajmującą się prze­lo­tami czar­te­ro­wymi na tra­sach za­gra­nicz­nych. 31 lipca 2012 spółka „OLT Express Poland” zawiesiła międzynarodowe przewozy czarterowe i również złożyła do sądu wniosek o upadłość. Kilka dni póź­niej ho­len­der­ski in­we­stor Panta Hol­dings po­in­for­mo­wał, że kupił od Amber Gold nie­miec­kie to­wa­rzy­stwo lot­ni­cze „OLT Express Ger­ma­ny”. Po transakcji linie nie przetrwały jednak zbyt długo – również ogłosiły upadłość w styczniu 2013 roku.
Ostatecznie – jak gdyby afery z plajtą linii lotniczych było mało – 13 sierpnia 2012 roku zapada decyzja o likwidacji samego Amber Gold i zamknięciu oddziałów spółki, a także o wypowiedzeniu wszystkim klientom przedsiębiorstwa obowiązujących umów depozytów towarowych.

Wplątany syn premiera

Nieco osobny watek wśród całej sprawy zajmuje osoba Michała Tuska. Tuż po ujawnieniu afery okazało się, że syn ówczesnego premiera pobierał wynagrodzenie za usługi doradcze przewoźnika lotniczego OLT Express Marcina Plichty. Jednocześnie Michał Tusk był pracownikiem gdańskiego portu lotniczego – spółki z udziałem skarbu państwa. Wcześniej jako dziennikarz „Gazety Wyborczej” pisał o tematyce transportu, także o OLT Express. W listopadzie 2011 roku Michał Tusk przeprowadził dla „GW” wywiad z Marcinem Plichtą, prezesem Amber Gold. Michał Tusk podjął współpracę z OLT Express 15 marca 2012 roku. Dopiero później, już po podpisaniu umowy z OLT Express, rozpoczął pracę w gdańskim Porcie Lotniczym. Michał Tusk z racji owej współpracy miał dostęp do poufnych danych OLT Express. I właśnie w związku z tą współpracą i jednoczesnym zatrudnieniem na gdańskim lotnisku, stowarzyszenie Stop Korupcji złożyło zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przez niego przestępstwa (miał rzekomo działać na szkodę spółki Port Lotniczy Gdańsk sp. z o.o.). Śledczy badali, czy Michał Tusk dopuścił się nadużycia zaufania i uprawnień w obrocie gospodarczym przez osobę zobowiązaną do zajmowania się sprawami majątkowymi i działalnością gospodarczą spółki Port Lotniczy. Ponieważ władze Portu Lotniczego, pracodawcy Tuska, nie zgłosili przestępstwa, zdaniem prokuratury nie można mówić o naruszeniu jakichkolwiek przepisów, bo nikt nie został pokrzywdzony. Śledczy ocenili, że w zachowaniu Tuska – który pracował dla Portu Lotniczego Gdańsk, a jednocześnie doradzał OLT Express – można doszukać się jedynie konfliktu interesów. W marcu 2013 roku Prokuratura Okręgowa w Łodzi, która prowadziła to postępowanie, ostatecznie stwierdziła, że nie doszło do popełnienia przestępstwa. Podstawą tej decyzji był fakt, że ani Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy, ani inni przewoźnicy nie zgłosili szkody z powodu działań Michała Tuska.

Amber Gold – po upadku…

Po zgłoszeniu upadłości prezes Amber Gold obiecywał, że za­cznie wy­pła­cać klien­tom środ­ki zgromadzone na lokatach. Po raz kolejny – podobnie jak w przypadku Multikasy – składał jedynie obietnice. Pokrzywdzonych wierzycieli Amber Gold jest blisko 18 tys. a ich straty szacowane są na prawie 851 mln zł, z czego zaledwie ponad 10 mln zł spółka rzeczywiście zainwestowała w złoto, które miało być ich zabezpieczeniem. W końcu rozpoczęło się śledztwo podczas którego przesłuchano ok. 14 tys. świadków, w tym głównie pokrzywdzonych, ale także pracowników centrali Amber Gold i oddziałów firmy oraz przedstawicieli m.in. Komisji Nadzoru Finansowego, NBP, banków do których wpływały pieniądze z lokat Amber Gold oraz pośredników, którzy działali w imieniu tej spółki zanim stworzyła własną sieć placówek. Materiał dowodowy liczy obecnie ponad 15 tys. tomów akt.
W połowie 2013 roku łódzka prokuratura, która zajmuje się obecnie sprawą, zleciła firmie doradczej Ernst & Young Audyt Polska przygotowanie kompleksowej analizy finansowo-ekonomicznej spółki Amber Gold, która miała posłużyć do ustalenia faktycznych źródeł finansowania jej działalności, sposobu i poziomu osiąganych przez nią zysków i struktury wydatków. Nad opinią pracowało 28 ekspertów, a dokument liczy ponad 230 stron. Opinia została przekazana na początku marca 2014 roku. Z analizy sporządzonej przez biegłych wynika, że nie było zewnętrznych źródeł finansowania spółki, a wpłaty na jej rachunki były dokonywane przez klientów zakładających lokaty. Według prokuratury nie ma więc dowodów, że w spółce dochodziło do prania brudnych pieniędzy. Z bilansu sporządzonego przez biegłych wynika, że na konta Amber Gold wpłynęło prawie 851 mln zł z lokat zakładanych przez klientów. Ustalono, że w trakcie prowadzenia działalności spółka nie korzystała z żadnych dotacji, subwencji, kredytów, pożyczek ani innego wsparcia finansowego. Z pozyskanych lokat niewiele ponad 10 mln zł przeznaczono na zakup złota, które miało być ich faktycznym zabezpieczeniem. Lokaty były zawierane od października 2009 do sierpnia 2012 roku, podczas gdy złoto kupowano tylko do lipca 2011 roku. Pieniądze z lokat były wydawane na różne cele. Na działalność lotniczą, w tym finansowanie linii OLT Express przeznaczono prawie 300 mln zł, ponad 214 mln zł wydano na bieżącą działalność spółki, w tym m.in. na zakup nieruchomości czy reklamę. Część pieniędzy została przeznaczona na wynagrodzenia za pracę. Ustalono, że prezes Amber Gold i jego żona wypłacili sobie w sumie 18,8 mln zł „pensji”. Śledztwo ws. Amber Gold zbliża się (miejmy nadzieję) do końca. Pracuje przy nim obecnie dziewięciu prokuratorów oraz funkcjonariusze ABW z Łodzi i Gdańska. Zakończenie postępowania przewidziane jest obecnie do końca 2014 roku. Czy nie zostanie przedłużone? Czas pokaże. W międzyczasie trwa wyprzedaż majątku Amber Gold. Na licytacje trafiło złoto i srebro kolekcjonerskie, platyna, nieruchomości, lokale użytkowe, apartamenty, samochody i autobusy. Syndykowi udało się już odzyskać w ten sposób około 32 mln zł.

Odpowiedzialność

Marcin Plichta, były prezes spółki Amber Gold pozostanie w areszcie co najmniej do końca lutego 2015 roku. Mężczyzna przebywa tam od 30 sierpnia 2012 roku. Łódzka prokuratura co kilka miesięcy przedłuża okres aresztu uznając, że jest to konieczne ze względu na zachodzącą z jego strony obawę matactwa i grożącą mu surową karę – do 15 lat więzienia. Jeśli dojdzie do procesu i Plichta zostanie skazany, okres aresztowania zostanie mu zaliczony na poczet kary. Podejrzany przebywa obec­nie w Piotr­ko­wie Try­bu­nal­skim, w naj­no­wo­cze­śniej­szym wię­zie­niu w na­szym kraju – zwa­nym także pol­skim Al­ca­traz. Ma sta­tus więź­nia szcze­gól­nie chro­nio­ne­go i znajduje się pod ca­ło­do­bo­wą ob­ser­wa­cją.
Marcin Plichta - prezes i założyciel Amber Gold.
Marcin Plichta – prezes i założyciel Amber Gold.
Prokuratura przedstawiła prezesowi Amber Gold 25 zarzutów, m.in.:
  • oszu­stwo znacznej wartości,
  • po­świad­cze­nie nie­praw­dy w oświad­cze­niach o pod­wyż­sze­niu ka­pi­ta­łu za­kła­do­we­go kilku spół­ek grupy Amber Gold,
  • prowadzenia bez zezwolenia działalności bankowej,
  • posłużenia się sfałszowanym potwierdzeniem przelewu na kwotę 50 mln zł,
  • na­ru­sze­nie usta­wy o ra­chun­ko­wo­ści i ko­dek­su spół­ek han­dlo­wych,
  • wprowadzenia w błąd klientów Amber Gold, którym spółka udzielała pożyczek – chodziło o objęcie pożyczek rzekomą ochroną ubezpieczeniową, która była warunkiem ich udzielenia. W rzeczywistości spółka w ogóle nie zawierała umów dotyczących ubezpieczenia, ale naliczała i pobierała nienależne składki.
Katarzyna Plichta - oskarżona o współudział w piramidzie finansowej.
Katarzyna Plichta – oskarżona o współudział w piramidzie finansowej.
Katarzyna Plichta, po rozszerzeniu zarzutów, także trafiła do aresztu. Kobiecie również grozi do 15 lat więzienia. Początkowo prokuratura zastosowała wobec niej dozór policyjny oraz zakaz opuszczania kraj, jednak w kwietniu 2013 roku zarzuciła jej współdziałanie z mężem w oszustwie. Śledczy zabezpieczyli wówczas jej majątek o szacunkowej wartość 4,6 mln zł na poczet przyszłych kar i odszkodowań. Przebywa obecnie w Łódzkim areszcie i pozostanie tam na pewno do połowy stycznia 2015 roku.Żona prezesa Amber Gold usłyszała do tej pory 17 zarzutów zbieżnych z zarzutami męża. Według prokuratury oboje podejrzani w śledztwie nie przyznają się do zarzucanych czynów i odmawiają składania wyjaśnień.
Jeszcze dwa lata temu jakiekolwiek związki z Amber Gold – czy nieco później z OLT Express – były powodem do dumy. Dziś jedynymi podejrzanymi w całej aferze są właściciele Amber Gold. Już po wybuchu afery ze strony internetowej Amber Gold zniknęły nazwiska osób, które zasiadały we władzach spółki, a także pracowników. W Amber Gold prócz właścicieli spółki – Marcina i Katarzyny, było jeszcze kilka osób, które odgrywały w niej znaczące rolę, byli to:
  • Łukasz Dauszta – zajmował się kwestiami prawnymi. Pilnował sprawy nie tylko Amber Gold sp. z.o.o., ale był także w składzie rady nadzorczej Amber Gold S.A. Reprezentował Marcina Plichtę kilka lat temu w sprawach o oszustwo.
  • Michał Forc – był stałym współpracownikiem odpowiedzialnym w firmie za marketing i reklamę. Został rzecznikiem prasowym firmy i dołączył do składu rady nadzorczej spółki. Po wybuchu afery całkowicie odcinał się od byłego pracodawcy.
  • Paweł Kunachowicz – radca prawny, który specjalizuje się w zagadnieniach gospodarczych. Został sekretarzem rady Amber Gold, którą kierowała 28-letnia Katarzyna Plichta. Również został członkiem rady nadzorczej. Również zrezygnował z członkostwa po wybuchu afery.
Sąd Rejonowy Gdańsk-Północ nie przyjął rezygnacji które kolejno składali członkowie rady nadzorczej Amber Gold. Powód – sąd uznał, że rada nadzorcza w Amber Gold w ogóle nie miała prawa istnieć, gdyż nie przewidywała tego umowa spółki i nie wystąpił warunek obowiązkowego powołania rady.
Srogo roz­cza­ru­je się ten, kto myśli, że spra­wie­dli­wo­ści stało się za­dość, a winni za­nie­dbań po stronie polskiego wymiaru sprawiedliwości po­nie­śli jakiekolwiek kon­se­kwen­cje. Bo oka­zu­je się, że uka­ra­na zo­sta­ła tak na­praw­dę… jedna osoba. I nie cho­dzi tu wcale o zna­ne­go na cały kraj prezesa Amber Gold. Nie trud­no nie od­nieść wra­że­nia, że od sa­me­go po­cząt­ku więk­szość urzęd­ni­czych dzia­łań w spra­wie Amber Gold toczyła się bez po­śpie­chu i jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Od 2009 roku gdańska prokuratura rejonowa umarzała postępowania z doniesienia Komisji Nadzoru Finansowego i nie wykonywała poleceń sądu. Sprawa trafiła do sądu dyscyplinarnego. Umorzeniem zakończyło się postępowanie dyscyplinarne wobec prokuratorów, którzy swoim zaniechaniem przyczynili się do tego, że Amber Gold bezkarnie funkcjonowało przez trzy lata. Co stało się ze śled­czy­mi, któ­rzy mieli kon­takt ze spra­wą?
  • Prokurator Barbara Kijanko – stawiano jej zarzut niewykonania treści postanowienia sądu, który nakazał prokuraturze jeszcze raz sprawdzić sprawę Amber Gold. Sąd dyscyplinarny uwolnił ją jednak od tego zarzutu. Obecnie pracuje w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz.
  • Prokurator Witold Niesiołowski – szef Prokuratury Gdańsk-Wrzeszcz, która prowadziła na początku sprawę Amber Gold. Stawiano mu zarzut niewłaściwego nadzoru nad tą sprawą. Także został od niego uwolniony. Obecnie pracuje w Prokuraturze Rejonowej w Gdyni.
  • Prokurator Ewa Brudzińska – wiceszefowa Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Oliwa, zgodziła się na dobrowolne poddanie się karze przez Marcina Plichtę w sprawie nie związanej z Amber Gold. Uniewinniono ją.
  • Prokurator Hanna Borkowska – zajmowała się nadzorem w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku. Jej także stawiany jest zarzut niewłaściwego nadzoru nad sprawą Amber Gold. Prawdopodobnie uniewinniona.
  • Prokurator Marzanna Majstrowicz – była szefowa Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz, przełożona Barbary Kijanko. Majstrowicz straciła stanowisko, obecnie w jej sprawie toczy się postępowanie wyjaśniające. Jest szeregowym pracownikiem Prokuratury Gdańsk-Śródmieście. Jest to praw­do­po­dob­nie je­dy­na osoba, która – jak do tej pory, po­nio­sła kon­se­kwen­cje służbowe w spra­wie Amber Gold.
Kon­se­kwen­cji nie po­nie­śli także urzęd­ni­cy skar­bo­wi, za­an­ga­żo­wa­ni w ob­słu­gę Amber Gold. Toczyło się postępowanie o nie­sku­tecz­ne eg­ze­kwo­wa­nie nie­pła­co­ne­go przez wiele mie­się­cy po­dat­ku do­cho­do­we­go i VAT od spół­ki Amber Gold. Pro­ku­ra­tu­ra jed­nak … umo­rzy­ła śledz­two.

Zmiany w prawie

Każda afera gospodarcza skłania aktualnych prawodawców do przemyśleń i zmian w obowiązującym prawie, w celu lepszego zabezpieczenia interesu obywateli. Amber Gold dała początek kilku legislacyjnym inicjatywom, które niewątpliwe poprawią bezpieczeństwo inwestorów, przedsiębiorców i konsumentów. Przede wszystkim usunięto kilka ewidentnych luk w obowiązującym systemie prawnym, czego najważniejszym przejawem jest szybko uchwalona nowelizacja ustawy o Krajowym Rejestrze Karnym. Przed jej wejściem w życie, nie było bowiem komunikacji między systemem informatycznym Krajowego Rejestru Sądowego i systemem informatycznym Krajowego Rejestru Karnego, a sądy rejestrowe nie weryfikowały, czy w organach spółek nie zasiadają osoby skazane. Pozwalało to osobom takim, jak właściciel Amber Gold oficjalnie kierować firmą, mimo że miał on już na koncie kilka wyroków, m.in. za oszustwa finansowe. Dziś przed wpisaniem do KRS na bieżąco pod kątem niekaralności za przestępstwa gospodarcze sprawdzani są wszyscy kandydaci na członków zarządu, rady nadzorczej, komisji rewizyjnej oraz na likwidatorów.
Wprowadzono także nowe uprawnienia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nowelizacja przepisów daje prezesowi UOKiK możliwość publicznego ostrzegania o praktykach, w tym reklamach, naruszających zbiorowe interesy konsumentów, jeśli mogłyby one narazić ich na poważne straty finansowe lub miałyby niekorzystne skutki dla szerokiego kręgu konsumentów.

Dlaczego do tego wszystkiego doszło?

Do dziś nie ma odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że osoba skazana prawomocnym wyrokiem sądu za oszustwa finansowe, mimo niemalże natychmiastowej interwencji Komisji Nadzoru Finansowego, mogła bez żadnych przeszkód stworzyć piramidę finansową. Mimo szumnych zapowiedzi dogłębnego wyjaśnienia afery do dziś nie znamy jej finału.
Nie ulega wątpliwości, że nielegalna działalność Amber Gold mogłaby zostać uniemożliwiona już na wczesnym etapie, kiedy jej skala nie była jeszcze znacząca, gdyby informacje przekazywane przez Komisję Nadzoru Finansowego zostały przez Prokuraturę procedowane w sposób, w jaki wymagała tego sytuacja, oraz gdyby konsekwencją otrzymania tych informacji były adekwatne czynności kontrolne.
Za rozwojem rynku finansowego ledwo nadąża prawo, a inwestorzy indywidualni mają z nim jeszcze więszy problem. Obecne czasy nie są więc łatwymi do podejmowania życiowych decyzji inwestycyjnych. Dodatkowo postawa mediów i dziennikarzy, którzy powinni stać na straży interesu obywatela oraz prawdy, wzbudzała w tym przypadku niejako brak profesjonalizmu. Niewątpliwie media dały się w większości kupić dużemu reklamodawcy, w efekcie czego instrument finansowy będący w ofercie Amber Gold był też obecny w porównaniach z innymi ofertami w prasie fachowej.
W przypadku Amber Gold doszło więc do nałożenia się nieudolności prokuratury, jej braku przygotowania do prowadzenia śledztw gospodarczych, medialnego przyzwolenia i braku kontroli interesu obywatela oraz naszej ludzkiej chęci posiadania jak najwięcej – jak najszybciej.
DOTYCHCZASOWY BILANS AFERY AMBER GOLD
  • 2 głównych podejrzanych (obecnie: areszt, możliwa kara: 15 lat pozbawienia wolności)
  • bankructwo spółki Amber Gold oraz spółek OLT Express
  • ponad 18 tys. pokrzywdzonych
  • straty klientów w wysokości 851 mln zł


Warto zajrzeć na:

Polecane do obejrzenia:
Jan Pospieszalski: Bliżej – Afera Amber Gold wciąż nierozwiązana

Powiązane zasoby:

poniedziałek, 5 listopada 2018

Rosjanie wcale nie żałują, że zabili Polaków, żałują, że ich na tym przyłapano.

Podróż w Sowiecką Dziurę w Pamięci.




[Zdjęcie tablicy zrobione w lesie Katyńskim: 'Wejście zabronione. Obszar pod kontrolą Rządu'.]



Czy ciała Polaków zamordowanych w zbrodnia Katynska są tam jeszcze?
Pytałem wiele razy, ale nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Ci z którymi mówiłem na ten temat nie mogli potwierdzić, że tych zwłok już nie ma, ale jestem przekonany, że istnieje zmowa milczenia.
Katyń jest jednym z wielu faktów, który powoduje, że Rosjanie myślą, że przegrali bitwę, a Amerykanie myślą, że wygrali wojnę. Amerykanie myślą, że ortodoksyjni Rosjanie dążą do kapitalistycznej gospodarki, a Rosjanie uważają, że są potęgą i mogą straszyć Amerykanów groźbą nuklearnej zagłady. Pieniądze w dalszym ciągu rozwiązują wszystkie problemy Ameryki, a przemoc i gwałt wszystkie problemy Rosji. Co się zmieniło?
Myślę, że system który był odpowiedzialny za Katyń nadal jest u władzy, tak, że można popatrzeć na sprawę Katynia jak na lakmusowy papierek, pozwalający zobaczyć czy zmiany i reformy naprawdę istnieją w byłym Związku Sowieckim.
Rosjanie nie są w stanie zrozumieć, że lepiej jest przeciąć wrzód, niż pozwolić, aby owrzodzenie przechodziło z pokolenia na pokolenie, nie dając możliwości odnowy.
Oprócz Katynia jest jeszcze parę takich wrzodów [sprawa Raula Wallenberga]. Problemem jest, że nie możemy spowodować, aby Rosja je ujawniła, lub, żeby popatrzyła na swoją przeszłość, ukrywaną przez Jelcynów tego systemu, z których każdy ma za wiele kościotrupów w swoich szafach. Oni się boją, że gdy otworzy się taką szafę, to cała fasada "zmian w Rosji" upadnie więc nadal dominują sowieckie praktyki kłamstw, nieprawdziwych informacji, zaprzeczeń i unikania odpowiedzi.
Najważniejszym problemem, jaki się ma w kontaktach z Rosją, to, że kierownictwo tego kraju przez całe generacje było całkowicie pozbawione jakiejkolwiek moralności.
Dlaczego po tylu latach tej strasznej zbrodni nie są w stanie spojrzeć prawdzie w oczy? Może mają jeszcze coś na sumieniu i boją się, że jak to się ujawni, pieniądze z zachodu mogą przestać wpływać? Czy uważają nas za takich głupców, że uwierzymy w brak jakichkolwiek dokumentów pomiędzy odkryciem Katynia przez Niemców o sprawozdaniem Burdenki?
Musi być pełno dokumentów dostarczonych Burdence, gdzie one są teraz?
Ośmieleni pominięciem przez Zachód sprawy Katynia, Sowieci próbowali w procesie norymberskim oskarżać Niemców.
Około 25,700 Polaków zginęło na rozkaz Stalina z 5 marca 1940. Zastrzelonych było prawdopodobnie 21,000. Przyznano się do 3 miejsc w Katyniu, gdzie są pochowani ci pozostali?
Jest wiele możliwości co się wydarzyło po sprawozdaniu Burdenki, ale tylko Sowieci wiedzą, co się naprawdę wydarzyło, ale nie mówią.
Były prowadzone różne prace wykopaliskowe. W listopadzie 1991 Armia Rosyjska znalazła parę kości, dwie czaszki i kawałki polskich mundurów w trakcie około 20 prac wykopaliskowych. We wrześniu 1994 podobno znaleziono zwłoki bez głów w miejscu cmentarza Polskiego Czerwonego Krzyża z roku 1943. To by się zgadzało z tym co wiemy o ćwiartowaniu polskich zwłok.
Myślę, że większość polskich zwłok pochowanych w Katyniu w 1940 zostało zniszczonych i że nastąpiło to zaraz po cyrku Burdenki.
Komuniści sowieccy bywali bardzo durni, ale ludobójstwo, czystki etniczne i metody mordowania były ich radością i dumą. Stalin był nieco zakłopotany sprawą Katynia i zniknięcie zwłok było na jego korzyść.
Myślę, że Zachód wie, że nie ma już polskich zwłok, oraz, że nie ma szans na zmianę rosyjskiego stosunku do Katynia.
Rosja jest krajem z długą historią dziecięcego zachowania. Jak się ją na czymś przyłapie, to zawsze ktoś inny zawinił. Kłamstwa, szacherki, kradzieże, opresje, szantaże zawsze były korzystne dla władców Rosji, dlaczego to zmieniać? Gromyko nigdy się nie przyznał do umowy niemiecko-rosyjskiej z sierpnia 1939, a wejście wojsk sowieckich we wrześniu nie było inwazją, tylko chęcią ochrony własnego kraju. W sowieckim/rosyjskim sejmie nigdy nie przyznano się do sowieckiej odpowiedzialności za Katyń. Rosjanie wcale nie żałują, że zabili Polaków, żałują, że ich na tym przyłapano.
Jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie usłyszałem o Katyniu w 1995 "To co się stało w Katyniu jest usprawiedliwione, Polacy zrobili to samo z naszymi jeńcami wojennymi w 1920"
Zapytajcie jakiegokolwiek mieszkańca krajów bałtyckich, czy Europy Wschodniej i usłyszycie że brutalność i terror był normą, jeszcze w latach 1956, 1968 itd. nie tak dawno.
Jak może ludność rosyjska i władze rosyjskie zacząć nowe życie ?
Trzeba zacząć od zburzenia pomnika ku czci nieistniejących zabitych radzieckich jeńców w Katyniu, mit stworzony przez Burdenkę. Zburzyć pomnik wrzucić go do Dniepru. Tak samo przyznanie się do prześladowania Polaków w części zajętej przez Rosjan jako poparcie Niemców we wrześniu 1939, przyznanie się do dwulicowości w czasie Powstania Warszawskiego mogłoby być początkiem do gojenia ran.


(polskie tłumaczenie: Halina Ejmont / translated into Polish by Halina Ejmont)

Artykuły o zbrodni Katyńskiej w tej witrynie (po polsku i angielsku).
Articles on this site about the Katyn Forest Massacre [in English and Polish].
"Doing justice to the dead."
"Sprawiedliwość dla zmarłych."
"Lost Souls."
"Zagubione dusze."
"Separate memories, separate sorrows."
"Odrębne wspomnienia. Odrębne smutki."
"The Soviet memory hole."
"Podróż w Sowiecką Dziurę w Pamięci." 

"KATYŃ. MODUS OPERANDI"
Michał Synoradzki, Jacek Grodecki, Victoria Plewak. [po polsku]"
Return to the opening page.
Strona Główna (po polsku)
Katyn related sites and LINKS.
Email me. 

Stalin's order to shoot the Poles. 
A map of the Katyn massacre site. 
Katyn related books and videos. 
Information about the photos used in this site. 
Katyn photos which people have sent me. 
1943 Nazi photos of exhumations in Katyn Forest.
Polish language Katyn Forest Massacre lesson from the Association of Polish Teachers Abroad. 
The Anglo-Polish agreement of 25 August 1939. 
Early German/Soviet co-operation: the Treaty of Rapallo. 
The rebellion of Russian troops at Courtine in 1917. 
Second Lieutenant Janina Dowbor Musnicki Lewandowska, the Polish woman pilot murdered at Katyn by the Soviets. 
A copy of the "legalistic" pretext Tito's "communists" used to murder Professor Doctor Ljudevit Jurak, on 10 June 1945. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Czechy i Słowacja, 20/21 sierpnia 1968

....

niedziela, 15 lipca 2018

Zapomniani Patrioci. Adam hr. R o n i k i e r

Pruszyński: Hr. Ronikier. Wspomnienia z wojny i Powstania


Lata temu (w 2004 roku – dop. red.) przeszło bez większego echa ukazanie się wspomnień, prezesa Rady Głównej Opiekuńczej – głównej osoby, poza ruchem oporu, w Polsce w latach 1939-1945 (Adam Ronikier „Pamiętniki 1939-1945”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s. 406). RGO, mająca nieść pomoc Polakom pod okupacją niemiecką, powstała w wyniku wielu spotkań cywilnych Polaków z przedstawicielami administracji wroga w tej części Polski, którą hitlerowcy nazwali Generalną Gubernią. Oryginalnie na jej czele miał stanąć ks. Janusz Radziwiłł, ale ostatecznie Niemcy zgodzili się, by objął to stanowisko Adam hr. Ronikier, który sprawował podobną funkcje w identycznie zwanej organizacji pod okupacją niemiecką w latach 1916-1918. Omówienie problemów choć w jakimś stopniu niesienia pomocy Polakom pod okupacją niemiecką, gdzie oficjalne „kartki” dostarczały jedynie do 10% procent potrzebnego wyżywienia, jest zbyt wielkim zadaniem na jakikolwiek artykuł, ale tu chcę zwrócić uwagę na szereg wiadomości podanych przez autora, które uszły w niepamięć, bo jego osoba i to, co robiła jego organizacja, nie były po linii komunistycznych władców Polski. Trzeba dodać, że organizacja ta stale otrzymywała pieniądze nie tylko od Rządu RP, ale od bardziej zamożnych Polaków, zwłaszcza ziemian.
W 1943 r. czterech polskich arystokratów, w tym Janusz Radziwiłł, chciało wziąć pod zastaw swych majątków duże pożyczki i przekazać je na potrzeby RGO. Na to nie zgodziły się władze GG, licząc, że po zwycięskiej wojnie majątki te przypadną Niemcom i woleli otrzymać je bez obciążeń. Stosunek do RGO i jego prezesa władz w Londynie, jak i władz polski podziemnej, był nacechowany rezerwą. Obawiały się, by na bazie RGO, która miała siatkę organizacyjną w całej Generalnej Guberni, może powstać proniemiecki rząd kolaboracyjny, a komunistyczna prasa wylewała na nią moc pomyj i w 1944 r. wydała na hr. Ronikiera wyrok śmierci. Gdy sytuacja Niemiec zaczęła się pogarszać jesienią 1943 r., zaczęli oni myśleć i robić pewne kroki w stosunku do Polaków. Przejawem tego była organizacja dożynek na Wawelu, na które został zaproszony hr.Ronikier ze współpracownikami. Ale w tym samym czasie rozstrzelano w Tarnowie 30 Polaków, po czym hr. Ronkier i pozostali Polacy nie przybyli na tę imprezę. To pociągnęło za sobą zdjęcie go z prezesury RGO, a jego miejsce, z polecenia Niemców, zajął Krzysztof Tchórznicki, który był znacznie mniej twardy w pertraktacjach z Niemcami.
Niezwykle ciekawym fragmentem książki jest spotkanie z agentem wywiadu angielskiego na Polskę, które miało miejsce 5 grudnia 1943 r., czyli już po bitwie pod Kurskiem, po której Armia Czerwona znalazła się na granicy dzisiejszej Białorusi i widać było, że grozi zajęcie przez nią Polski.
„Okazało się, że pragnie mnie widzieć Anglik, wydelegowany do Warszawy celem rozmówienia się z szeregiem osób i że jedną z nich mam być ja. Zaraz na drugi dzień na godzinę 4-tą po południu urządzone zostało nasze spotkanie, które co do treści poruszonych tematów tak było dla nas interesujące i ważne, że pisząc o nim mam wrażenie, jakbym na nowo je przeżywał. Anglikiem owym był pan Horacy Coock, dawniejszy radca ambasady w Petersburgu przy Buchmanie, obecnie w Polsce noszący nazwisko Henryk Cybulski. Mówił on świetnie wszystkimi językami, w ich liczbie i polskim – był to naturalnie starszy już pan, siwy i sympatyczny bardzo. Zaczął od tego, że wobec nas, Tyszkiewicz przy tym spotkaniu był obecny, się wylegitymował jako szpieg angielski, co na nas słuchających wielkie zrobiło wrażenie. Następnie mówił czas dłuższy, jakby formułując zamiary rządu swojego i pod adresem naszym skierowując życzenia tego rządu. Formułowanie było jasne i nie pozostawało miejsca na żadne niedomówienia. Zaczął od tego, że wyraził na ręce moje podziękowanie rządu angielskiego z powodu naszej nieustępliwości w stosunku do niemieckiego okupanta, z pewnym entuzjazmem podkreślił, że Polacy są jedynym narodem, który się nie ugiął i nie wydał żadnych Quislingów. Następnie zwrócił się do nas jakoby z wymówką, że ten sam naród, który zdobywa się na tyle ofiar, nie potrafi będąc sprzymierzeńcem Anglii, jej zaufać w dostatecznej mierze, że zobowiązania zaciągnięte wobec Polski dotrzyma. To zdanie zostało dobitnie podkreślone i wypowiedziane było z przekonaniem tak wielkim, że na nas słuchających wielkie zrobiło wrażenie. Jako pewnego rodzaju rozumowanie objaśniające do tego było to, co nam powiedział o konieczności pewnego maskowania się wobec sowieckiego alianta, którego pomoc przecież w owym czasie, było jasnym, że dla sojuszników była niezbędną, by obezwładnić Niemców. Wtedy przeszedł do sprawy stosunków do Sowietów i formułując swe o tym zdanie, powiedział dosłownie: „Anglię nie stać na to, by ryzykować trzecią wojnę światową, z Sowietami musi być sprawa zakończona jeszcze w trakcie tej wojny”. Jako wyjaśnienie dodał, że czekanie wszelkie mogłoby pociągnąć z sobą znów zbyt wielkie ich wzmocnienie. Tutaj nastąpił opis niemal szczegółowy wypadków, których należy oczekiwać. „Więc na zachodzie, prawdopodobnie we Francji, inwazja, której siła materiałowa nagromadzona obecnie będzie tak wielka, że nie ulega już wątpliwości, że musi być zwycięska. Jeżeli chodzi o Wschód (…) wracając do spraw polskich, powiedział on, że w wielu punktach różni się z nami co do metod u nas stosowanych – jedną z nich najbardziej niezrozumiałych to owe strzelanie do trupa, jakim są przecież Niemcy obecnie, czyż – jak powiedział on z wielkim przejęciem – macie tak dużo inteligencji, że nią szafować możecie i chcecie? Czy myślicie, że Anglicy nie wiedzą, jakie ofiary zostały przez Polskę poniesione, a na przyszłość przecież gromadzenie sił jest koniecznością, bo odbudowa kraju i rola, którą ma odegrać, będą wielkie, że każdy zaoszczędzony człowiek, a tym bardziej inteligent będzie miał wartość nie do ocenienia”.
W lutym 1944 r. hr. Ronikiera aresztowano. Był kilka razy przesłuchiwany w siedzibie gestapo na ul. Grottgera w Krakowie i tam polecono mu napisać na temat stosunku Polaków do Niemców memoriał, który został przekazany do Berlina i był dogłębnie przestudiowany przez główne osoby w Rzeszy, w tym samego Henryka Himmlera. Po trzech tygodniach „gentelmeńskiego” traktowania został zwolniony i nawet proponowano mu, by udał się do Lizbony czy Sztokholmu w celu przedstawienia sytuacji w GG i nakłonienia Rządu RP na Uchodźstwie do wydania zakazu akcji terrorystycznych AK względem Niemców, do czego jednak nie doszło. Po uwolnieniu, za radą abp. Sapiehy pojechał do Korczyny, majątku przyjaciela gen Szeptyckiego, gdzie (jak pisze) odpoczął i wewnęrznie się wyprostował.
„Omówiłem z mym przyjacielem to wszystko, co się dzieje w kraju, a specjalnie w związku z młodzieżą naszą i jej działalnością konspiracyjną i w AK się koncentrującą. Czuliśmy, że grozi ofensywa sowiecka i może przybrać dla nas tragiczny obrót – wiedzieliśmy, jakie w związku z tym są dyrektywy idące podobno z Londynu, a zalecające, by oddziały naszej AK wchodziły w porozumienie z komendą bolszewicką, układając się co do warunków współpracy, czytaliśmy w organach prasy urzędowej wykaz dokonanych sabotaży. Wreszcie przysłuchiwaliśmy się pomruków dochodzącym do Korczyny rzezi ukraińskich dokonanych na Wołyniu, a zapowiadających się coraz groźniej w Galicji Wschodniej. Zastanawiając się nad stosunkiem do bolszewików, nie mogliśmy zrozumieć nigdy, że jeśli gen. Sikorskiemu, który podpisał w Kujbyszewie porozumienia z nimi, nie udało się wymóc na nich postępowania zgodnego z tym porozumieniem, to jakże ci młodzi chłopcy, niedoświadczeni i zapaleni, potrafią dokonać rozumnych i dyplomatycznie tak trudnych porozumień, które notabene na własną rękę, bez wyraźnej linii postępowania i prawie zawsze, jeśli chodzi o młodzież narodową, przeciwko własnemu przekonaniu o honorze i sumieniu narodowym. Konkluzją naszą wspólnie powziętą, z żalem wielkim do władz naszych formułowaną, było, że rozporządzenia powyższe (znane jako Akcja Burza), są po prostu zbrodnią na młodzieży naszej dokonaną, że są w sprzeczności z honorem i sumieniem polskiego żołnierza, który broniąc Polskę przed jednym okupantem, nie może mieć za zadanie oddawanie dobrowolnie Polski pod nową okupację, gorszą stokrotnie, bo jeśli Niemcy łamią kości, to bolszewik starał się zabić duszę człowieka. Zaproszonych przez nas na naradę kilku dowódców AK z sąsiednich powiatów wszystkie nasze powyższe problemy jeszcze raz ze mną i z generałem ponownie przedyskutowało i radziło mnie koniecznie, bym możliwie niezwłocznie jechał do Warszawy, by wszystko tam na miejscu z osobami miarodajnymi omówić i starać się na nie wpłynąć, by zamachy na Niemców, którzy nas przecież przeciwko bolszewikom bronić muszą, ukrócić, zaś na młodzież naszą nie wkładać obowiązków sprzecznych z jej poczuciem obowiązku w stosunku do Ojczyzny. (-) W dniu 15 kwietnia byłem już w Warszawie, gdzie spędziłem prawie dwa tygodnie. (…) Na zebraniu u dra Knoffta dyskutowaliśmy obszernie przede wszystkim o sprawie naszej młodzieży i skutkach, które dla niej przynosi ze sobą życie w konspiracji i w lesie, w stykaniu się z bandytami i bolszewikami. (-) W jednym tylko punkcie nie doszedłem do porozumienia z tymi, których się radziłem, mianowicie w sprawie ofiar ponoszonych dla sprawy naszej przez szafowanie nimi. Warszawa jakby zahipnotyzowana żądzą zemsty nad Niemcami zdawała się tracić z oczu konieczność patrzenia na sprawy rozumnie i spokojnie i gotowa była na wszelkie jak najdalej idące ofiary, by raz Niemcowi łeb zetrzeć. Jeden generał polski, którego spotkałem u Tyszkiewicza, nie wahał się mnie, ojca pięciu synów, powiedzieć dosłownie: „Niech będzie jeszcze sto tysięcy ofiar nawet, byleby raz wroga tego położyć na kolana”. Gdy mu powiedziałem, że nie jestem pewien, czy wszyscy ojcowie w Polsce będą tego zdania, gdy odczytają wiadomość, że wysadzono pociąg na linii Kraków-Zakopane i że w nim zginęło DWÓCH Niemców nieznanego kalibru i około 80 Polaków, zaś że wsie sąsiednie puszczone zostały przez Niemców z dymem, z całą ludnością i inwentarzem – fakt autentyczny, który miał miejsce, opamiętał się wtedy trochę i zaczął mówić rozsądniej, tym bardziej zeszliśmy na tematy strasznej odpowiedzialności kolektywnej stosowanej w całym kraju, a w Warszawie przede wszystkim, która stosowana przez Niemców stale i bezwzględnie niezliczone ofiary niewinne w Polakach za sobą pociągały, a Niemcom właściwie wielkiej krzywdy nie wyrządzały. Ginęły u nich jednostki o wartości stosunkowo niewielkiej, gdy u nas kwiat inteligencji i młodzieży padał ofiarą. Mając na myśli ratowanie substancji narodu i słowa wypowiedziane do mnie przez pana Coocka, zdawało mi się, że rodacy moi w stolicy, gdy chodzi o ten temat, byli pozbawieni po prostu zdolności myślenia kategoriami politycznymi – nienawiść do Niemców przesłaniała im zupełnie sąd właściwy o bolszewikach i groźbę z ich strony Polsce coraz wyraźniej się kształtującą. (-) Wróciłem do Krakowa 28 kwietnia z postanowieniem ratowania od śmierci i więzienia, których miałem upoważnienie imiennie przedstawić. (-) Wypadków takich darowania życia mogłem naliczyć koło dwustu”.
Od wiosny 1944 r. Niemcy byli coraz bardziej zaniepokojeni mającym nastąpić powstaniem w Warszawie i próbowali zrobić wszystko, by do niego nie doszło, w ty celu rozmawiali z hr. Ronikierem różni wysoko postawieni hitlerowcy, włącznie z pułkownikami Bierkampem i Schindhelmem z krakowskiego gestapo.
„W międzyczasie pan Aleksander Bocheński [ojciec chrzestny Aleksandra Pruszyńskiego – red.] uproszony przez mnie, by pojechał do Warszawy dla zasięgnięcia wiadomości, jak stoi sprawa owego powstania, o którym coraz to głośniej mówiono w Krakowie, miał zaraz wejść w kontakt ze wszystkimi, od których miarodajne mógł otrzymać wiadomości i wracać do nas, by przedstawić kroki zabezpieczające kraj przed nieszczęściem, które wyczyn tego rodzaju, jak powstanie, musiałby ze sobą przynieść. Zamiast przyjechać z powrotem, wezwał on mnie gwałtownie do przyjazdu do Warszawy, gdzie stawiłem się na dzień 10 lipca. Od niego i wielu innych dowiedziałem się zaraz, że w stolicy naszej wrze, że nienawiść do Niemców przyjmuje rozmiary takie, że musi w tej czy innej formie ulać się na zewnątrz, gdy zaś spróbowałem w gronie ludzi poważnych na ten temat mówić i zaproponowałem, by odezwą z poważnymi podpisami do równowagi starać się kraj nawoływać, powiedziano mi przede wszystkim, że takich podpisów się nie zbierze i nie będzie to miało żadnego wpływu. Aczkolwiek wszyscy przyznali, że jak ja rozumować muszą, że powstanie byłoby nieszczęściem najstraszniejszym, ale stan umysłów jest tam podniecony, że rozsądkiem już się nic nie da osiągnąć. Próbowałem trafić do Delegatury i Komendy Naczelnej, spotkałem się jednak z wykrętną odmową widzenia się umotywowaną niemożnością i niebezpieczeństwem spotkania dla osób, które chciałem widzieć. Wobec tego w dniu 11 lipca poszedłem do pana Jasiukowicza i na jego ręce złożyłem oświadczenie, którego treścią było to, co myślę o grożącym w owej chwili Polsce wewnętrznym niebezpieczeństwie”.
Po powrocie do Krakowa hr. Ronikier 21 lipca został zaproszony do płk. Schindhelma z gestapo, który:
„Znowu nalegał na mnie gwałtownie o formułę porozumienia z AK, widząc w nim jedyną formułę dla uniknięcia wybuchu, którego widać się obawiał naprawdę. Nie wierząc, by naprawdę mogło to już grozić, raczej gryzłem się wiadomościami przychodzącymi z frontu zbliżającego się do Warszawy i Tarnowa i tym, że rodzina moja po tamtej stronie pozostała, jednak w gronie zaufanych rozważaliśmy warunki, które Niemcom postawione byłyby dostateczne, by czynniki polskie od popełnienia szaleństwa byłyby w stanie odwieść. W rezultacie tych narad w dniu 25 lipca znalazłem się u Schindhelma, zapowiedziawszy, że chcę z nim mówić o rzeczy nadzwyczajnej, poważnej i nie cierpiącej zwłoki. Zakomunikowałem mu, że w gronie mych najbliższych przyjaciół rozważyliśmy wszystkie ewentualności i doszliśmy do zgodnego przekonania, że powstanie da się zażegnać jedynie wtedy, gdy ze strony niemieckiej dokonany zostanie czyn o charakterze grosszugu, który sytuacje wzajemnych stosunków zasadniczo był w stanie zmienić. Takim czynem jedynym, który nam się wydaje wskazanym, a realnie możliwym do wykonania, mogłoby być oddanie Warszawy przez Niemców dobrowolnie, bez wystrzału w ręce AK i to z odpowiednim terenem obejmującym najbliższe powiaty, co najmniej takim, który by obejmował potrzebne dla lądowania lotniska dla sprowadzenia z Anglii co najmniej dwóch dywizji, a także przyjazd przedstawicieli władz polskich. Rozwinięty przeze mnie w ogólnych zarysach plan ów, widziałem od razu, że podobał się bardzo panu Schindhelmanowi, który go nawet w szczegółach ze mną omawiać zaczął i widział w nim wiele cech politycznych mogących dokonać zasadniczej zmiany w stosunkach pomiędzy Niemcami a Polakami, nie naruszając stosunku tych ostatnich do sojuszników anglosaskich, widział on w tym nawet rys projektu nader pożyteczny i według niego czyniący go bardzo interesującym. Prawie bez wahania oświadczył mi, że się zaraz porozumie z Berlinem i o rezultacie swych zabiegów mi zakomunikuje, zaś prosi, bym zapewnił sobie stawienie się na czas pełnomocników AK dla ostatecznego porozumienia. Wróciłem do siebie pełen otuchy, opracowując w myśli wszelkie szczegóły tego, co miało nastąpić w razie przychylnej decyzji, na którą tym razem zdawało mi się, mam prawo liczyć. Niestety, niedługo mogłem się oddawać wszelkim myślom, gdyż zatelefonowawszy zaraz do Warszawy, by upewnić co do przyjazdu osób upoważnionych do pertraktacji ze strony AK, dowiedziałem się, że na ich przyjazd w najbliższym czasie nie można liczyć; wyciągnąłem z tego, jak się później okazało, zupełnie niesłusznym wniosek, że powstanie nie jest sprawą w danej chwili tak aktualną. Gdy pod wieczór tegoż dnia otrzymałem zawiadomienie od Schindhelma, że z Berlinem rozmawiał i że są jeszcze pewne trudności mające charakter upierania się w obronie prestige’u władzy, odpowiedziałem mu, że nie pozostaje nam nic innego, jak jakiś czas odczekać”.
Słowa hr. Ronikiera, które przytaczam, dotąd nigdzie nie czytałem, świadczą, że było możliwe porozumienie AK z Niemcami. To by uratowało Warszawę i 200 tys. jej obywateli, w tym kilkanaście tysięcy najbardziej cennych ludzi z młodej inteligencji, którzy padli na barykadach powstania, do którego mogło jak widać nie dojść. Teraz obchodzimy kolejną rocznicę powstania, będziemy chylić czoło przed tymi, którzy w nim padli, ale trzeba teraz wreszcie zadać sobie pytanie, czy powinno ono rzeczywiście mieć miejsce i tym samym pomóc Sowietom ujarzmić Polskę. We wspomnieniach hr. Ronikiera kilka razy przewija się postać Aleksandra Bocheńskiego, który w wieku 94 lat zmarł w 2003 r. w Warszawie. Gdyby te pamiętniki wyszły wcześniej, to bym mógł wiele kwestii poruszonych w wspomnianej książce dalej rozjaśnić i uzupełnić. W pamiętnikach występuje kilku Niemców z administracji GG, którzy Polakom byli przychylni i wielokrotnie hr. Ronikierowi pomagali. Gdybym rządził IV RP, to bym odszukał ich potomków, by z pompą i paradą wręczyć im ordery, na które ich przodkowie zasłużyli…