o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

piątek, 31 lipca 2009

- episode Warschau 1944. CDN 1989






( ) Tragedię na Kilińskiego z 13 sierpnia 1944 bardzo dokładnie opisał Robert Bielecki w książce "Gustaw" - "Harnaś" dwa powstańcze bataliony" (PIW, 1989):

"13 sierpnia, w niedzielę, służbę na barykadach pełniły kompanie „Anna” i Harcerska. (...) Od rana panował spokój i nic nie wskazywało, by Niemcy zamierzali podjąć w tym dniu kolejny atak. (...) Nagle ok.oło godziny 11.00 posterunki obserwacyjne dały znać, że od Nowego Zjazdu zbliżają się dwa czołgi, kierując się na plac Zamkowy. Pierwszy z nich był normalnym wozem bojowym (dziś już nie sposób ustalić, czy była to „pantera”, czy „tygrys”), drugi natomiast – o wiele mniejszy – był bez działa i karabinu maszynowego. W pierwszym odruchu jednak brano go także za zwykły czołg, w rozgoraczkowaniu nie zwrócono uwagi, że jest inny. Oba wozy jechały samotnie – nie towrzyszyła im żadna osłona piechoty. (...)

Większy z czołgów zaczął się wycofywać ku Nowemu Zjazdowi, mniejszy natomiast dotoczył się do barykady (przy Podwalu – przyp. Ana) i wjechawszy przednią częścia na nią – stanął, niezdolny do jej pokonania. Z wnętrza wyskoczył jeden tylko czołgista i biegnąc pod ścianami kamienic, zniknął w parę sekund później w pobliskich gruzach. Wszystko to dokonało się tak nagle, że żaden z obrońców barykdy nie zdążył nawet oddać choćby jednego strzału za kierowcą. Uwagę wszystkich skupiał sam pojazd (...). Nie bardzo wiedziano, co robić dalej, jak zwykle w takich wypadkach, każdy był odmiennego zdania. (...) w tym momencie chyba nikt nie podejrzewał zasadzki – po prostu wszystko rozegrało się w „normalny sposób”. Ostatecznie przecież nie było niczego szczególnego w tym, że tak łatwo wycofał się drugi czołg i że kierowca tantietki (jak zaczęto nazywać pancerny wóz ze względu na jego niewielkie rozmiary) porzucił swój pojazd. Widocznie – tłumaczono sobie – nastąpiła awaria silnika albo też gąsienice zaplątały się w jakimś żelastwie. (...)

Oględziny wypadły pomyślnie. Nie tylko nie stwierdzono niczego podejrzanego, ale nawet zdołano uruchomić silnik. Pojazd był „na chodzie”, można było nim manewrować. (...) odjechał w głąb Podwala, już wówczas na pancerzu siedziało kilka osób. Ludzie stojący na Podwalu radośnie witali zdobyty pojazd. Grupa sanitariuszek z Harcerskiej pozdrawiała przejeżdżających, rzucając im gruszki. (...) już wcześniej poinformowano gen. „Bora”, że oto zbliża się „zdobyty czołg”. Komendant Główny AK podszedł do okna i przyglądał się teraz tankietce stojącej już na Kilińskiego. (u wylotu Kilińskiego na Podwale – przyp. Ana) (...)

Nagle potężna, nieprawdopodobna eksplozja. (...) Antoni Dobraczyński ps. „Hel” pamięta, że z trudem mógł przecisnąć się przez rozentuzjazmowany tłum, zreszta sam musiał powstrzymywać podkomendnych , którzy także chcieli biec do czołgu i nacieszyć się zdobyczą. W momencie eksplozji znajdował się już w bramie domu zamierzajac wyjść na ulicę, właściwie życie uratowała mu jakaś sanitariuszka, która chwyciwszy go za ramię, zaczęła z nim rozmawiać. Podmuch rzucił go na ziemię a wraz z nim paru kolegów. (...) Po chwili minęła go czarna od spalenizny dziewczyna, zalana krwia. To sanitariuszka Barbara Wajszczuk”.

Wspomnienia o Basi Wajszczuk i jej rodzinie spisała również Halina Kozłowska „Wspomnienia Haliny Kozłowskiej (z domu Stawskiej) w 60. rocznicę śmierci trojga powstańców” Piotrków Trybunalski, 4 sierpnia 2004 roku:

"Basię, Wajszczukównę poznałam przed wojną w szkole powszechnej w Krasnymstawie. Mojego Ojca urzędnika, przeniesiono z Siedlec do tego powiatowego miasteczka, gdzie pracował w urzędzie skarbowym. (...) Najbliższymi moimi koleżankami były trzy dziewczynki: Joasia Niewidziajło, Teresa Borkowska i Basia Wajszczuk, z którą przez pewien czas siedziałam w jednej ławce. Basia była skromną, pełną prostoty dziewczynką o długich brązowych warkoczach, zielonych oczach, brzoskwiniowej cerze, ubraną zawsze, jak wszystkie dzieci, w czarny fartuszek z białym kołnierzykiem. Czasem bywałam w jej domu, w rynku.

Rynek składał się z czworoboku przeważnie piętrowych budynków, a w środku znajdował się niewielki skwer. Mieszkanie Basi mieściło się na piętrze i było bardzo duże. Byłam zawsze onieśmielona, świadoma wysokiej pozycji w hierarchii społecznej tej rodziny. Ojciec Basi był powszechnie znanym lekarzem. Przechodziłyśmy przez dużą mroczną kuchnię, gdzie często pracowała matka Basi i szłyśmy do obszernego salonu zalanego światłem z okien wychodzących na skwer. Poznałam rodzeństwo Basi: najstarszą siostrę Danusię, która studiowała farmację, starszego brata Antka, wysokiego, czarnowłosego młodzieńca i najmłodszego Wojtka, ucznia szkoły powszechnej, małego pulchnego chłopca. (...)

Wojna rozpędziła nas - trzy szkolne przyjaciółki, w różnym czasie traciłyśmy siebie z oczu. (...) Przyszedł do mnie doktor Wajszczuk, przychodził kilka razy dziennie i pamiętam to dobrze, w nocy pojawiał się cichutko i pochylał nic nic mówiąc. Przychodził z domu nocą do ciężko chorych, choć obowiązywała godzina policyjna. Być może doktor miał tzw. przepustkę, ale zdarzało się, że Niemcy nie sprawdzając strzelali do znajdujących się nocą na ulicy Polaków. Jednocześnie zapadłam na dwa tyfusy: brzuszny i plamisty. Leżąca na sąsiednim łóżku młoda kobieta, po otrzymaniu chleba chowała go pod poduszkę, pukała w ścianę nieprzytomnie wołając rodzinę, po trzech dniach cichutko umarła. Nikt do mnie nie przychodził, to był oddział zakaźny, krzątały się tylko siostry zakonne, łagodnie uśmiechnięte anioły o dobrych rękach niosących ulgę. Obcięły mi warkocze i czesały mnie. I cichy, nieodłączny doktor Wajszczuk z troską doglądający chorych.

Leżałam w sali na wysokim parterze i pewnego dnia zdumiona zobaczyłam główkę Basi Wajszczukówny, zadartą jak najwyżej. Usłyszałam jej wesoły głos. Przyszła do szpitala po bochenek chleba, który lekarze czasem otrzymywali. Jak wdrapała się tak wysoko, nie wiem. Cieszyła się i wyciągała ku mnie rękę z ułamanym, ciemnym kawałem chleba, chwaląc go, że jest świeży, jeszcze ciepły. Ale ja nie mogłam wstać. W tym momencie wszedł doktor. Basia usłyszała surowe słowa ojca, który uświadomił nam, jak bardzo niebezpieczne byłoby zjedzenie przeze mnie choć najmniejszego kawałka tego chleba. Kiedy byłam już w domu przyszła pewnego dnia pani Wajszczukowa. Usiadła skromnie na krześle w kuchni i pytała moją mamę, czy pozwoli mi wyjechać na wieś z Basią do Żółkiewki, gdzie państwo Wajszczukowie mieli dom (lub jego część), chyba w jakimś folwarku. Pojechaliśmy we troje z Antkiem i Basią. Był to duży, drewniany dom pomalowany na ciemny kolor. Przed domem znajdował się podjazd i duży gazon. Basia prała mi moją odzież, karmiła, oddając wszystkie lepsze kąski. Gdy nie chciałam jeść, oświadczała, że jeśli nie zjem, wyrzuci to, bo ona jeść nie może. Ponieważ nie miałam szczoteczki do zębów, umyła mi je własną. W Żółkiewce nie byliśmy długo.

U państwa Wajszczuków zamieszkał oficer niemiecki z gestapo, zabierając im część mieszkania. Dzieci tzn. Antek, Basia i Wojtek wyjechały do Warszawy do szkół. W Krasnymstawie zamknięto jedyną szkołę średnią i wywieziono większość nauczycieli. W stolicy były większe możliwości kontynuowania nauki. Moja mama jeździła czasem do swej rodziny przez Warszawę. Rodzeństwo Wajszczuków zapraszało ją, gościło, witało i żegnało ze łzami. Pani Wajszczukowa z Danusią, z Krasnegostawu jeździły często do dzieci. Pewnego razu po powrocie znalazły doktora martwego, leżącego na podłodze obok drzwi. Może chciał iść, szukać pomocy?

W lipcu 1944 roku weszły do Krasnegostawu wojska polskie i radzieckie. Pierwszego sierpnia wybuchło powstanie w Warszawie. Kościół był otwarty cały dzień, gdzie wzywano do modlitwy za powstańców. Kiedy pani Wajszczukowa pojechała do Warszawy, nie było już domu, w którym mieszkały dzieci i nie było Warszawy. Mówiono, że szukała wszędzie swoich trojga dzieci i nie znalazła nikogo. Zostawiała kartki z prośbą o informację, szukała najmniejszych choćby śladów. Podobno kiedy dowiedziała się o ich losach, osiwiała w przeciągu kilkunastu godzin. Walcząc o wolną Polskę, zginęli wszyscy.

Nie pamiętam, żebym podziękowała doktorowi za uratowanie życia, nie pamiętam, czy dziękowałam pani Wajszczukowej lub Basi. Wydawało mi się to wszystko takie zwyczajne i oczywiste. Smutne jest to, że często nie umiemy ocenić łudzi, których spotykamy na drodze życia. Dopiero po latach, z perspektywy, najczęściej gdy odejdą, stają się bardziej jednoznaczni, jednowymiarowi i nareszcie wiemy, jacy byli i kim w rzeczywistości byli da nas. W miarę poznawania ludzi i świata, który stworzyli, dowiedziałam się, że spotkawszy rodzinę Wajszczuków, spotkałam jednak dobrych Ludzi, moich prywatnych świętych, o których nie mogę myśleć bez łez. Dziś - ze wszystkich grobów na świecie, mam dwa najdroższe - mego Ojca i Matki oraz grób Rodziny Wajszczuków". (Ana)
***************




SIEDEMNAŚCIE GODZIN



JERZY ZAPADKO MIRSKI


O siódmej wieczorem 26 września było już ciemno. Ściągnąłem już ostatnie, wysunięte czujki. Rozrzuceni we wnękach okiennych, wzdłuż szerokiej alei, niecierpliwie czekaliśmy, z napiętymi nerwami, wiedząc, że byliśmy ostatnimi, którzy zostali na Mokotowie. Wszystkie inne jednostki z tego rejonu Mokotowa albo już poddały się, albo wcześniej wycofały się kanałami do Śródmieścia. Resztki Batalionu "Parasol," którymi dowodziłem, otrzymały rozkaz wycofania się po zapadnięciu zmroku jako straż tylna. (1)

Punktualnie o 9-tej opuściliśmy nasze pozycje i, przylegając do murów, przemknęliśmy się pustymi ulicami do włazu u zbiegu ulic Puławskiej i Szustra. Przy włazie do kanału, obok domu na ul. Szustra 6, natknęliśmy się na grupę ludzi - cywilów, którzy wspomagali nasze oddziały na Mokotowie. Nie było to zaplanowane, ale ustawiliśmy ich w szeregu i po jednym opuszczaliśmy ich do kanału. Szło to powoli, bo byli oni o wiele od nas starsi. W końcu nadeszła nasza kolej. Ostatni raz spojrzałem w ciemne, puste i ciche ulice i zsunąłem się do włazu.

Szliśmy pochyleni w ciemności, dotykając jeden drugiego, aby nie utracić kontaktu. Znaliśmy ten odcinek kanału z poprzedniego przejścia z Czerniakowa na Mokotów, ale teraz posuwaliśmy sie bardzo wolno, a po pół godzinie zatrzymaliśmy się zupełnie. Posłałem do przodu pytanie poprzez linię ludzi: "Co się tam dzieje, dlaczego nie wchodzimy do głównego burzowca?" Szybko nadeszła odpowiedź, że główny kanał był zablokowany niemiecką barykadą z drutu kolczastego, przez którą nie można przejść.

Usiedliśmy w wąskim kanale ściekowym, opierając na przemian głowy i nogi o zakrzywione ściany, z pośladkami w śmierdzących odchodach, które przemakały przez odzież. Wyciągnąłem z panterki bochenek chleba, który przy włazie wcisnęła mi jakaś niewiasta. Otwarłem scyzoryk i poprosiłem o światło. Ktoś zapalił zapałkę, ale płomień natychmiast zgasł, podobnie było z drugą i trzecią. Zapałki były suche ale nie wystarczało tlenu dla podtrzymania płomienia. Wytarłem chusteczką śmierdzącą maź z rąk i kroiłem kromki chleba, posyłając je wzdłuż linii. Moją małą porcję zjadłem bez smaku, ale jakoś i bez odrazy, bo byłem bardzo głodny.

Czas wlókł się. Nic nie ruszało się na przedzie, nie wiedziałem co się tam działo. Nagle wyobraziłem sobie najeżoną drutem barykadę, aż do sklepienia kanału, wodę po brodę i... panie w średnim wieku, próbujące wspiąć się na tę barykadę, która kaleczyła, chwiała się, uginała, ale nie ustępowała. - "Co się dzieje na tej barykadzie? Zapytajcie w przodzie" - Odpowiedź nie przyszła. Poczekałem jeszcze kilka minut i rozkazałem przedrzeć się do przodu. Popychając się nawzajem, szybko doszliśmy do burzowca.

Z mieszanym uczuciem złości i współczucia zdałem sobie sprawę z tego, co nas wstrzymywało: Niemcy rozsypali w kanale grudy karbidu, który jak zamoknął, to wydzielał duszące gazy. Wielu starszych ludzi (niektórzy zresztą z dowództwa Mokotowa), którzy szli przed nami, zagazowało się dymami karbidowymi i nie miało sił, aby iść dalej, blokując przejście. Niektórzy z nich byli już nieprzytomni, inni upadli, lecz błagali o pomoc. Próbowaliśmy im pomóc. Zaczęliśmy ich podnosić i ciągnąć naprzód. Z każdym krokiem woda stawała się głębsza, powietrze bardziej duszące, a nasz ludzki ładunek cięższy.

Nagle potknąłem się w wodzie o coś miękkiego. Z przerażeniem stwierdziłem, że to było ludzkie ciało. Próbowałem je podnieść i ciągnąć, ale potem... było jeszcze drugie, trzecie... jeszcze żywi i ruszający się. Co robić? Sami z trudem oddychaliśmy - gaz, brak tlenu - siły nas opuszczały. Jedna z naszych dziewcząt zemdlała, potem chłopak. Gorączkowo pomyślałem sobie, że nie możemy tak trwać, bo zostaniemy tutaj, pogrzebani na zawsze. "Przepychać się" - warknąłem.

Następne sto metrów było niekończącym się piekłem - wspinaliśmy się po śliskich ciałach ludzi, z których niektórzy chwytali się naszych nóg i ubrań. W końcu osiągnęliśmy pierwszą barykadę. Brudna woda sięgała tutaj niemal naszych głów, ale przeszliśmy. Od tego miejsca posuwaliśmy się szybciej, woda nie była już tak głęboka i nikt nam nie utrudniał. Przy następnej barierze z drutu kolczastego, przenikało nieco światła z otwartego włazu... Niemcy! W absolutnej ciszy szukaliśmy przerw w drutach, wyciętych wcześniej przez naszych żołnierzy. Znaleźliśmy je, pod wodą. Trzymając się drutu kolczastego, kolejno przepłynęliśmy. Udało się nam wszystkim.

Cuchnąca woda, brak powietrza, brak poczucia kierunku i czasu, ciała leżące w poprzek kanału. Wyczerpani, opierając się jeden o drugiego, łapiąc oddech, przedzieraliśmy się naprzód. Gdzieś tutaj w pobliżu powinna być odnoga kanału, która prowadziła do Śródmieścia. Ale gdzie? Jak ją znaleźć? Gdzie, do diabła, był ten obiecany łącznik, który miał na nas czekać? Moje rozkazy, aby trzymać się razem już nie skutkowały. Nasz szereg rozciągał się i pękał.

W dodatku, zaczęliśmy natykać się na żołnierzy, zabłąkanych z innych oddziałów, które szły przed nami. Zagubieni, wychodzili z bocznych kanałów, których włazy zasypane były rumowiskiem. Na wpół obłąkani, błąkali się tam i z powrotem, szukając jakiegoś wyjścia. Niektórzy krzyczeli histerycznie, że nie ma już tlenu, że Niemcy nas gazowali. Jeden z nich chciał rzucić granat na zamknięty właz. Inny wrzeszczał - "To już koniec."

Nogi uginały się pode mną. Przez moment, bezsilny, oparłem się o mur kanału. Czerwone płaty latały mi przed oczami. Pytałem się sam siebie, czy to już był rzeczywiście koniec. Nagle otrzeźwiałem. Podmuch świeżego powietrza powiał mi w twarz i w twarz stojącego obok mnie żołnierza - "Zojki." Powoli, posuwając rękę po murze kanału, natrafiłem na otwór. W bladym żółtym światełku mojej prawie że wyczerpanej latarki zauważyłem literę "S", napisaną kredą na murze kanału. - "Boże, daj, aby znaczyło to Śródmieście! - Znalazłem wyjście!" Zawołałem do innych: "Zgrupujcie się koło mnie!" Kilka postaci, jak cienie, zatrzymało się, ale inni, nie zwracając uwagi, przeszli obok, rozpaczliwie przepychając się naprzód. W końcu, kilku moim żołnierzom z "Parasola" udało się zatrzymać ich siłą. Wysłałem "Zojkę," żeby zbadał ten boczny kanał. (2)




Wtedy ktoś krzyknął do mnie, że nie ma z nami "Scarlett," że razem z dwoma innymi szła ona na czele kolumny, że musieli oni natknąć się na Niemców. Byłem bezsilny, aby im pomóc. Staliśmy wyczerpani, opierając się o mur. Raptem straszliwą ciszę przerwał głośny plusk wody. Po dłuższej chwili "Scarlett" i inni dołączyli do nas. Okazało się, że doszli oni aż do włazu na Zagórnej, na Czerniakowie, gdzie jeden z nich wyjrzał na powierzchnię. Przy włazie stał strażnik niemiecki. Szybki chwyt za jego buty i obaj stoczyli się do kanału. Kiedy odchodzili od martwego strażnika pozostawionego w wodzie, słyszeli krzyczących i przeklinających Niemców, ale żaden z nich nie odważył się wejść za nimi do kanału.

Żołnierz którego wysłałem do bocznego kanału, wrócił z łącznikiem ze Śródmieścia. Okazało się, że było to właściwe wyjście! Z nowymi siłami, posuwaliśmy się na czworakach przez wąski, cuchnący kanał. Po jakimś czasie przeszliśmy po drabinie do wyższego kanału, który doprowadził nas wprost do włazu, przez który po linie wyciągnęli nas na ulicę. Do dzisiejszego dnia uważam to za cud.

Jasne światło słoneczne oślepiło mnie. Zajęło mi kilka sekund, żeby rozpoznać Aleje Ujazdowskie. Była godzina druga popołudniu. Upłynęło 17 godzin od naszego wejścia do kanału na Mokotowie. Weszliśmy do najbliższego budynku, gdzie w jakimś bocznym pokoju znalazłem przytulne schronienie pod stołem. Obok mnie usadowił się cały oddział "Parasola," z którym przyszedłem, półżywi, ale w całości.(3) Zasnąłem.

--------------------------------------------------------------------------------


Żołnierze Batalionu "Parasol" działali już byli poprzednio dwukrotnie jako straż tylna przy wycofywaniu się kanałami: 2 września ze Starówki do Śródmieścia (wówczas ostatnia sekcja nie zdążyła już wejść do włazu przy pl. Krasińskich i poległa tam), a drugi raz (32 ludzi) 20 września z Czerniakowa na Mokotów, osłaniając od tyłu grupę ppłk. "Radosława."

Wg relacji Eugeniusza Kraszewskiego-"Zojki" z oddziału "Mirskiego", szukano wówczas wyjścia jeszcze przez dwie inne odnogi kanału.

Z oddziału "Parasola" dowodzonego przez "Mirskiego," podczas tego przejścia kanałami, zginął "Buks" (Jerzy N.N.). "Buks" zasłabł od oparów karbidu i został wyniesiony na powierzchnię przez właz na ul. Zagórnej przez "Fabiana" (Janusza Wernera) i "Małego" (Stanisława Szatkowskiego). Na powierzchni "Buks" został zastrzelony przez Niemców, zaś "Mały" zdołał wskoczyć z powrotem do kanału, a "Fabian" ukryć się w ruinach i przepłynąć w nocy Wisłę.


Nota edytorska:. Pierwodruk tych wspomnień w wersji angielskiej ukazał się w The Quarterly Review, XXVI, No. 3, July-Sept. 1974, Falls Church, VA. Wersja polska (tutaj publikowana), autoryzowana przez Jerzego Mirskiego, ukazała się w zbiorze wspomnień pt. "Kanały w Powstaniu Warszawskim," opr. Andrzej M. Kobos, Zeszyty Historyczne 109, str. 55-86, Instytut Literacki, Paryż 1994. (AMK)
http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje11/text04p.htm


Copyright © 1997-2007 Zwoje

sweet, strong

*** Key to my Heart - The Kelly Family

****


*********** surprise !

Idż na http://lootos-neverlandd.blogspot.com/

wtorek, 28 lipca 2009

PROFESOR ** PRAWDA vs FIKCJA

"- To nawet nie jest tak, że celem systemu, który objął władzę nad Polakami, jest
zniszczenie życia polskiego. To jest po prostu tak, że ten system ma gdzieś
nasze życie-jego szczególność. Ono go nic nie obchodzi. Ten system obchodzi
jedynie korzyść, jaką z czegoś może mieć - korzyść materialna. Dla ludzi, którzy
służą temu systemowi, życie może być chińskie, argentyńskie, portugalskie czy
jeszcze inne. Systemom jest wszystko jedno. "

***
****
PS. POZNAJ PARLAMENT EUROPEJSKI OD KUCHNI! Relacja z debaty „Co dalej z Traktatem Lizbońskim? zorganizowanej przez Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej "VADE MECUM" przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim

*****
PS II. Polacy żyją dziś w
świecie fikcji.

Jarosław Marek Rymkiewicz (69 l.) pisarz, eseista, tłumacz, badacz literatury. Jest profesorem Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Debiutował w 1957 roku tomikiem "Konwencje". Opublikował dziesięć tomów wierszy, wśród nich ostatnio "Zachód słońca w Milanówku". Jest laureatem wielu nagród literackich.
****************

Kiedy ogląda pan telewizję, czyta gazety, słucha radia, to czego tam w opisie polskiej rzeczywistości brakuje? Z tego co jest dla pana naprawdę ważne?

- Brakuje mi wszystkiego -to znaczy opisu polskiej rzeczywistości. Kiedy oglądam telewizję, czytam gazety czy słucham radia, obcuję, jak każdy, z totalnym kłamstwem. Jeśli chodzi o tak zwane środki przekazu, to mamy tam do czynienia z różnymi rodzajami kłamstwa. Niekiedy jest to kłamstwo w rodzaju komunistycznym - a więc kłamstwo dla celów politycznych. Tak właśnie kłamie państwowy telewizor. Ludzie, którzy tam pracują, nauczyli się za czasów rosyjskich, że praca w telewizorze polega na okłamywaniu tak zwanej (przez komunistów) ludności. Wykonują więc tę swoją pracę, jak najlepiej potrafią - kłamią, jak się da i ile się da. W telewizorze kłamią nie tylko programy informacyjne - także rozrywkowe, literackie, muzyczne, jakie tylko są. Gdyby w telewizorze powiedzieli, że Mickiewicz napisał „Pana Tadeusza", a Chopin koncert f--moll, to też byłoby to kłamstwo.
Telewizja ma w sobie coś z króla Midasa - tyle że czego się dotknie, zamienia się nie w złoto, lecz w gówno. Ten rodzaj kłamstwa wydaje mi się zresztą niezbyt ważny, ponieważ jest oczywiste, że telewizja kłamie. Ważniejsze i ciekawsze jest kłamstwo tych, którzy - opisując Polskę - nie bardzo wiedzą, że kłamią. To kłamstwo bierze się stąd, że to, co nazwał pan polską rzeczywistością, opisywane jest z perspektywy warszawskich czy krakowskich elit, a więc z perspektywy ludzi, którzy o życiu polskim -o jego wielkich głębiach, wielkich tajemnicach, ale także o jego widzialnych obrazach - wiedzą bardzo mało albo nie wiedzą nic.
Nie znaczy to, że życie polskie opisują wyłącznie ludzie, którzy należą do jakiejś elity - politycznej. dziennikarskiej, literackiej. Ale perspektywa elitarna jest dominująca - i wobec tego wszyscy ją przyjmują. W ten sposób otrzymujemy obraz życia polskiego całkowicie zafałszowany - jest to obraz Polski fikcyjnej, bo oglądanej oczyma ludzi, którzy mieszkają w wielkich miastach i uczestniczą w wielkomiejskim życiu politycznym, literackim, artystycznym, dziennikarskim, salonowym i jakim tam jeszcze.
Ci ludzie, sporządzając obraz życia polskiego, prawdopodobnie domyślają się, że jakaś Polska jest jeszcze gdzie indziej - ale jeśli nawet dostrzegają to polskie „gdzie indziej", to opisują je ze swojej wielkomiejskiej perspektywy. Wielkie międzynarodowe miasta to jest przeszłość - dziewiętnastowieczna i dwudziestowieczna - To jest życie fikcyjne, którego niedługo już nie będzie - rozwieje się, zapadnie w nicość jak każda fikcja, każde fikcyjne i niepotrzebne dzieło ludzkiego umysłu. To, co się dzieje w wielkich miastach, dla życia polskiego nie ma wielkiego znaczenia.


A co ma znaczenie?

- Życie polskie toczy się w małych miasteczkach, na przedmieściach, na wsi. To życie jest tam, gdzie ludzie żyją po swojemu, po polsku, to znaczy - jak chcą. W taki sposób, o którym prawie nic nie wiadomo - ponieważ to jest nieopisane. A jest to nieopisane, bowiem nie da się tego opisać i zrozumieć z perspektywy życia wielkomiejskiego, międzynarodowego, europejskiego. Takie ujęcia muszą nieuchronnie fałszować obraz życia polskiego. Może zresztą jest tak, że to jest nieopisane i nie do opisania ze swojej najgłębszej istoty Może trzeba być wielkim artystą, wielkim poetą - Kochanowskim czy Chopinem - żeby to opisać. Ale nawet jeśli tak właśnie jest, to jeszcze nie znaczy, że należy bezczelnie kłamać - i przedstawiać Polakom, z perspektywy warszawskich i krakowskich pałaców władzy, zafałszowany obraz Polski.


Posłużmy się jakimś przykładem...

- Najbardziej rzucającym się w oczy przykładem kompletnego zafałszowania obrazu współczesnej Polski jest pojawiające się codziennie (wystarczy otworzyć gazetę) twierdzenie, że żyjemy tutaj w państwie demokratycznym - rządzonym w demokratyczny sposób przez demokratycznie wybranych przedstawicieli ludu. Wciąż słyszę tę nędzną gadaninę - że jestem obywatelem demokratycznego państwa - i strach mnie zbiera, bo widzę, że mówią to judzie, którzy nie mają żadnych złudzeń i całkiem dobrze wiedzą, kto, a raczej co, tu rządzi. Chodzi tu oczywiście - w tej całej gadaninie o polskiej demokracji - o przekonanie, a nawet przymuszenie Polaków, żeby siedzieli cicho i słuchali tych, którzy nimi rządzą - czy raczej tego czegoś, co nimi rządzi.
Czegoś takiego jak demokracja w Polsce w ogóle nie ma -i pewnie nigdy już nie będzie. Nie jest to żadne nieszczęście - nie jest przecież tak, żeby wolni ludzie musieli mieć wolne wybory i wybierać w nich swoich przedstawicieli. Żeby ludzie żyli na swój sposób (jak kto chce), wolne wybory wcale nie są potrzebne. Nieszczęściem jest tylko to, że sprawa ta przedstawiana jest we współczesnej Polsce w sposób jawnie kłamliwy. Prawda jest zaś taka, że to, co rządzi Polakami (to, co decyduje, jak oni są rządzeni), jest ukryte przed ich oczyma. Może dlatego, że ci, którzy to coś reprezentują, boją się naszego gniewu - i uważają, ze względu na własne bezpieczeństwo, że Polaków lepiej jest okłamywać. W Polsce nie rządzą komuniści (ja ich nie lubię, więc najchętniej zrzuciłbym na nich winę za wszystko - ale wpływ tych śmiesznych figur z telewizora na życie polskie jest w istocie chyba niewielki) - a w przyszłości nie będą tu rządzić liberałowie. Kto i co rządzi w Polsce, to każdy widzi.
To jest kraj rządzony przez różne kliki, koterie, mafie, gangi i grupy biznesowe. Ale to jest tylko powierzchnia - a ci wszyscy mafiosi, gangsterzy, prezesi, ministrowie, bankowcy i profesorowie także nie bardzo wiedzą, co jest pod spodem, pod nimi. Pod spodem jest zaś system - to, co pozwala utrzymywać w jakim takim porządku i posłuszeństwie czterdzieści (prawie) milionów Polaków. Co to jest ten system, nie bardzo wiadomo. Pan jest z Krakowa, więc zrozumie pan moją metaforę. To jest coś w rodzaju Smoka Wawelskiego, który siedzi w jamie. Przydałby się szewczyk Dratewka,


Czy to jest sytuacja chwilowa, przejściowa? Którą da się za pomocą jakichś mądrych posunięć odwrócić?
- Być może coś rdzennie polskiego (coś z polskiej wolności) dałoby się uratować, gdybyśmy spróbowali wrócić do naszych społecznych sposobów życia - tych, które ukształtowały się w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej. Do czegoś, co by zakładało koniec dominacji - nie tylko dominacji gangsterskich i mafijnych elit, ale w ogóle jakiejkolwiek dominacji - dominacji czegokolwiek nad czymkolwiek. Mnie się marzy jakaś wielka rewolta w duchu anarchii szlacheckiej, w duchu Juliusza Słowackiego, jakiś pośmiertny triumf polskiego liberum veto. Ale to są mrzonki. Może to się zmieni, jak przyjdą ludzie młodzi, tacy w wieku mojego syna - trzydziestoletni. Może wśród nich będzie szewczyk Dratewka.


Ale co mają zrobić? Sam pan powiedział, że anarchistyczna rewolucja w duchu późnego Słowackiego jest mrzonką. Co w zamian?

- Może pojawi się wielka myśl polska. Piłsudski był ostatnim polskim politykiem, który miał pomysł - czym ma być Polska. To znaczy - jak ma wyglądać polskie życie, polskie wojsko, polska literatura, co zrobić z Polską, jak jej służyć. On miał jakąś ogromną wizję. Oczywiście, jemu się to nie udało. Był już chory i nie bardzo sobie z tym dawał radę. Może nie można było sobie z tym dać rady. Natomiast dzisiejsze wspaniałe wizje Polski, komunistyczne i liberalne, mówią o tym, jak wyłudzić trochę więcej pieniędzy z Brukseli i załatać budżet.

A jaki jest nasz interes w tym całym zamęcie. Czego możemy, czego powinniśmy się trzymać?

- Mamy interes fundamentalny, istnieniowy - chcemy być Polakami. Musimy zatem myśleć, jak mamy przetrwać jako Polacy.


Napisał pan niedawno, że Polska jest ważniejsza od Boga, że ona Go jakby poprzedza. Ja z tego wyciągam następujący wniosek:

Polska jest czymś, czego nie może nie być. Nawet gdybyśmy się strasznie starali, ze wszystkich sił, to i tak nie zdołamy jej utracić.
To trochę łagodzi moje przerażenie powodowane tym wszystkim, co od pana dziś słyszę.

- Ja tak uważam, że Polska będzie zawsze - pojmowana jako idea, Polska jest wieczna. Ale wiemy też, że Polska (w swoich różnych historycznych wcieleniach) wpadała kilkakrotnie w straszliwe nieszczęścia. Kończę teraz książkę o Słowackim i jestem po lekturze „Anhellego", którego dawno nie czytałem. To jest tak straszne, że tego lepiej nie czytać. Kiedy Słowacki pisał „Anhellego", był w okropnej depresji i miał okropne myśli na temat Polski - widział, jak ona umiera. Ja się boję czegoś takiego. Że to represyjne państwo, które w tej chwili tu istnieje, a które jest kompletnie niezdolne do tego, żeby służyć Polakom, doprowadzi nas do narodowej depresji. Wpadniemy w taką straszną depresję, że będziemy jak ci syberyjscy niewolnicy z „Anhellego", ci nędznicy, mieszkający na cmentarzach i w kopalniach.


20 lat temu wydał pan „Rozmowy polskie latem 1983 roku", opis stanu ducha Polaków w latach stanu wojennego. To nie były zbyt radosne czasy, a jednak pana bohaterów wiele rzeczy cieszy, o wielu mówią z nadzieją. Gdyby taką książkę pisał pan dzisiaj, o czym jej bohaterowie mówiliby z radością?
O czym pan ze swoimi przyjaciółmi mówi z nadzieją?

- Teraz to napisałbym z pewnością strasznie depresyjną książkę o Polsce. Tamte lata - mimo że rządził nami jakiś podły ruski satrapa - były pełne nadziei, bo wiedzieliśmy, że satrapa zaraz zdechnie.


Nie ma w Polsce nic dobrego? Niczego, o czym myślałby pan z zachwytem i podziwem?
- Jeśli się na to spojrzy z takiego miejsca, które ja zajmuję - miejsca człowieka, który mieszka w małym miasteczku - to widać, że w polskim życiu dzieje się wiele pięknych rzeczy. Polacy kochają się i pracują, rodzą się im dzieci. Mieszkają w swoich własnych domach ze swoimi własnymi zwierzętami i darzą się wzajemną miłością. Koty i psy śpią u ich stóp. Potem wszyscy umierają - to także jest dobre. Te fundamentalne sprawy ziemskiego istnienia mają tu swój szczególny rytm i swoją niepowtarzalną melodię, znaną tylko tutaj - to jest rytm i melodia naszego polskiego istnienia, krok polskiego tańca. Krok trzynastozgłoskowca - jak w „Panu Tadeuszu". To jest życie rdzennie i pierwotnie polskie, które świadczy o wielkiej sile polskiej tradycji i polskiego obyczaju. Ja tu nie tworzę jakiejś utopii. Jest też wiele złości, nienawiści, złodziejstwa, tupania na siebie - ale tak ma być. Jak to w polskim tańcu, gdzie się przytupuje.


Jednak to nie wystarcza, żeby pana uspokoić i pocieszyć?

- To nawet nie jest tak, że celem systemu, który objął władzę nad Polakami, jest zniszczenie życia polskiego. To jest po prostu tak, że ten system ma gdzieś nasze życie-jego szczególność. Ono go nic nie obchodzi. Ten system obchodzi jedynie korzyść, jaką z czegoś może mieć - korzyść materialna. Dla ludzi, którzy służą temu systemowi, życie może być chińskie, argentyńskie, portugalskie czy jeszcze inne. Systemom jest wszystko jedno.


Rozmawial Maciej Nowicki - 18 Marca 2004 r.

http://www.polonica.net/Polacy_w_swiecie_fikcji.htm

sobota, 25 lipca 2009

Zdieś nie Rassieja


Biała gorączka czyli jak piją na Syberii
Jacek Hugo-Bader

Udomowili tę śmierć jak psa albo renifera.
ZOBACZ TAKŻE
Mój anioł jest kobietą (11-04-09, 22:00)
Rosja: Rośnie popularność samogonu (18-02-09, 09:14)
Szamanka od pijaków (04-01-09, 11:00)
Rosja z wirusem HIV (02-12-08, 17:18)
Maską w stronę wiatru (08-07-08, 01:00)
Psy Moskwy (13-05-08, 01:00)

Głos pyta pasterza, jakie ma życzenie.

Chce skrzynkę wódki i dostaje. Potem drugą i jeszcze jedną, bo takie ma trzecie życzenie.
- To ty pewnie jesteś złota rybka - bełkocze pasterz.

- Nie, człowieku. Ja jestem Biała Gorączka.

Opowiadanie tego kawału to takie draństwo, taka sama podłość jak kawały o piecach, Żydach i komorach gazowych.

Ale opowiadają go Ewenkowie i pękają przy tym ze śmiechu.

Bo to o nich. A wóda to ich cyklon B.

Tylko działa wolniej.

A teraz uważaj. W tym tekście 47 razy pada słowo "umrzeć", "zabić", "śmierć".

10 razy słowo "karabin", 17 razy słowo "wódka" i tylko jeden raz słowo "miłość", do tego nieszczęśliwa. Jak ci nie pasuje, nie czytaj.

List do Boga

Szamanka na oczach wszystkich zmienia się w stuletnią staruchę. Zarzuca garb na plecy, nogi wykrzywiają się w pałąki, a słowa skrzypią jak wieko trumny. Przykazuje, żeby Lena spisała wszystko, czego potrzebuje od duchów.

Zaczyna więc tak: "Szanowny Sowoki. W pierwszych słowach mego listu zwracam się do Ciebie z uprzejmą prośbą, żeby te Ruski oddali nasze ziemie...".

Szamanka czyta i zrywa boki ze śmiechu. Tak można zacząć petycję do gubernatora, a nie list do Boga. Trzeba czysto po ludzku, jak do brata.

- Ale ja nie umiem - mówi Lena - całe życie pisałam tylko do urzędników. Zawsze było "żądamy", "domagamy się", "nasze ziemie", "my, naród Ewenków". Więc ja dyktuję, a szamanka pisze po ludzku. W pierwszej kolejności, żeby oddali ziemię, potem, żeby naród przestał pić i pojawił się cel. Żeby młodzi kończyli szkoły i żeby mój Dima wyszedł na wolność i też nie pił więcej, a z nim mój Jura i Swietka, Masza, Tinka, Borka, Tania, Maksim, Dańka...

Dużo tego było. Dwie kartki zapisane drobno po obu stronach.

Potem szamanka mówi, że Lena ma wyśpiewać to wszystko w swoim języku, bo starucha, co w nią wchodzi podczas obrzędów, nie rozumie po rusku, a tylko ona może przekazać duchom prośby ludu. - To zaśpiewałam na całą tajgę - mówi Lena. - A z nami był mój naród. Pasterze i myśliwi.

Przerażeni słuchają chrapliwego wycia Leny. "Belekeldu! Belekeldu! Ratuj nas, dobry Sowoki, bo giniemy!". I ciarki drą ich pazurami po plecach, i strach bierze jak wtedy, kiedy niedźwiedzia spotkają w tajdze albo samego diabła.

BRYGADA

Lena Kolesowa to mały człowiek z małą, ale bardzo szorstką, chropowatą dłonią, w przyciemnionych okularach i z rokokową blond ondulacją. Urodziła się 50 lat temu w tajdze, wychowała w namiocie, więc nigdy nie jest jej zimno. Całą zimę chodzi w jesiennej kurtce i untach, długich butach z futra renifera. Problemy z kolanami wzięły się pewnie z niezwykłej w jej narodzie nadwagi. Ewenkowie są bardzo szczupli, żylaści i niscy. Ciemna skóra i włosy, oczy kasztanowe, cera tłusta. W obliczach coś tragicznego. Szczególnie mężczyźni ponuro patrzą spode łba. Na płaskich twarzach bez zarostu srożą się wydatne fałdy nadoczodołowe ze zmarszczonymi od urodzenia brwiami. Przywitasz którego ciepłym słowem, na sto procent nawet nie odburknie w twoją stronę.


Źródło: Gazeta Wyborcza
2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 następne »

czwartek, 23 lipca 2009

socjudE*U*R*A*Z*J*O, twoje dzieło -



Skatowana
za pomoc koleżance

22 lipca 2009

...( ) Zastraszona przez chłopaków Eliza przez dwa dni ukrywała przed matką prawdę. Mówiła, że upadła na ziemię. Tymczasem chodziła z pękniętą przeponą, pękniętym żołądkiem, którego treść rozlała się w całej jamie brzusznej, pękniętą otrzewną i przemieszczoną śledzioną. Dla wielu dorosłych ludzi są to obrażenia śmiertelne.- Można powiedzieć, że dziewczynka została skatowana w bestialski sposób – mówi dr Andrzej Jabłoński, ordynator oddziału chirurgii szpitala w Ostrołęce. – Te obrażenia na pewno nie powstały niechcący. To było wiele systematycznie wymierzanych uderzeń. Nie mieści mi się to w głowie. Ta dziewczynka mogła zginąć na miejscu. Niewyobrażalne jest też to, że tak długi czas ukrywała obrażenia. Ból musiał być ogromny.( ) ...

*****


W byłej europejskiej Polsce, potem Polszy,
teraz brukselczycy oburzeni - piszą:


Moze to powinno dac do myslenia nie tylkonauczycielom ale ...
~matka jedna z ... / 23.07.2009 15:43
Eliza
To co sie stalo jest okropne,mam nadzieje ze Eliza wroci ...
~Mis / 23.07.2009 15:01
Skandal!!!
NASZE DZIECI NIE SĄ BEZPIECZNE W SZKOLE!!!
~XXX / 23.07.2009 11:30
skandal
Dyrektor i nauczyciele są pedagogami 24h na dobę.Ich ...
~Magdalena z Łodzi / 23.07.2009 10:22
bicie
nie ma tlumaczenia , ze maloletni, przeciez wie , ze ...
~dana / 23.07.2009 10:22
Ukarać rodziców!
Skoro to jeszcze dzieci i polskie prawo uniemożliwia ...
~Ewka / 23.07.2009 10:13
Miałem tyle lat co oni gdy przeniesiono mnie do innej szkoły
Miałem tyle lat, co oni, gdy przeniesiono mnie do innej ...
~35latek / 23.07.2009 01:59
Powinna się zapisać na lekcje samoobrony....
jeśli się boi...moim zdaniem napewno nie powinna ...
~Oliwia / 23.07.2009 01:46
pozdrawiam
Kochana Elizko... Chciałam Ci tylko powiedzieć,że możesz ...
~Lolawrocław / 23.07.2009 01:36
nauczycielka i dyrektor
paranoja zenada i to sa ludzie ktorzy maja uczyc. ...
~darek / 23.07.2009 01:35
Nieporadność wychowawczyni i dyrektora
Samo zajście nie wymaga komentarza! Natomiast niemal ...
~28-latek / 23.07.2009 01:34
Gnojki
Co jak co, ale za komuny to było nie do pomyślenia. Jak ...
~Skandal / 23.07.2009 01:26
...
Polskie "Prawo" jest żenujące, lecz to nie prawo stanowi o ...
~H'onor / 23.07.2009 00:34
beznadziejne prawo
nie rozumiem czemu jeszcze w Polsce nie zmienia sie prawa ...
~aga7 / 22.07.2009 23:45
super koledzy
Przepraszam ze tak tu pisze ale szlak mnie bierze jak ...
~Marek / 22.07.2009 22:09
Super...
Proponuję starszym kolegom by wybrali się pod tą szkołę i ...
~H'onor / 22.07.2009 22:01
Przerażająca głupota.... [2]
Nie mam litości dla takich pseudonormalnych dzieci, ...
~zbulwersowana / 22.07.2009 20:47
Codzienna szkolna rzeczywistość...
Po pierwsze bardzo współczuje matce a przede wszystkim ...
~Zaniepokojony / 22.07.2009 20:31
Wina prawodawców!!!
Krew we mnie się gotuje jak oglądam takie sceny!Gdzie byli ...
~bolo / 22.07.2009 20:24
Skatowana
brak mi okreslenia do tych oprawcow sama jestem mama i ...
~mama / 22.07.2009 20:15

-----------------------------

wtorek, 21 lipca 2009

remembering. End of Job



Achtung !


Fołkschetyne
Policaj, 21.KDT defilade






PS.
zum Deutschland, nach Arbeit.
***
Na roboty do Niemiec

W 1943 roku nasiliły się akcje wywożenia Polaków na roboty do Reichu. Niemcy potrzebowali wciąż nowych tysięcy robotników do swego ogromnego przemysłu; przymusowo, bo ochotników było mało, zabierano z Generalnej Guberni ludzi zdolnych do pracy, aby zwolnić własnych do służby wojskowej. Akcję tę organizował Urząd Pracy, „Arbeitsamt", przy współdziałaniu policji.

Początkowo sądziłem, że i tę przeszkodę uda mi się obejść bez większych trudności, ale rzecz okazała się znacznie poważniejsza, a to za sprawą byłego kolegi. Firma niemiecka, skąd miałem wtedy zaświadczenie pracy, prowadziła roboty budowlane dla kolei wschodniej — Ostbahnu, i mogła reklamować swych pracowników, gdy chciano ich wysłać do Rzeszy. Miałem tam wciąż dobre stosunki, byłem na liście pracowników fizycznych, przy różnych kontrolach Niemcy uznawali moje zaświadczenie. Tym razem zarząd firmy dal mi nowy papier, który miałem przedłożyć komisji kierującej do pracy w Rzeszy. Zupełnie spokojnie stawiłem się w oznaczonym na wezwaniu z „Arbeitsamtu" dniu przed komisją, przeświadczony, że bez trudu otrzymam zwolnienie. Gdy jednak podszedłem do stołu komisji i zobaczyłem jej skład, zrozumiałem, że sprawy nie załatwię.

Za stołem obok Niemców siedział przedstawiciel ukraińskiej policji w mundurze oficerskim: poznałem go od razu. Co gorsza, i on mnie poznał, wyciągnął rękę po moje papiery i zaczął je czytać. Było tam napisane, że pracuję w firmie jako cieśla.

Komisarzem ukraińskiej policji był mój kolega ze studiów, Ukrainiec, który pojawił się na lwowskim uniwersytecie w 1940 roku z grupą studentów przeniesionych z Czerniowiec. Pamiętałem go dobrze jako aktywnego komsomolca, występującego często z agitacyjnymi przemówieniami na zebraniach i spotkaniach, aż do czerwca 1941 roku członka władz uczelnianej organizacji komunistycznej. Nie odszedł na wschód z wycofującą się Armią Czerwoną, ale pozostał we Lwowie, co więcej, okazał się równie aktywnym nacjonalistą ukraińskim w służbie Hitlera. Wiedziałem o tej jego karierze, nie przypuszczałem jednak, że sam będzie chciał uczestniczyć w komisji. Teraz powiedział parę słów przewodniczącemu Niemcowi i ten od razu zawyrokował; zwolnienia nie będzie, wezwany Kazimierz Żygulski zostaje skierowany do pracy w Rzeszy. Po chwili wręczono mi decyzję z poleceniem stawienia się w lwowskim obozie zbiorczym — tzw. „Sammellager", z którego odeślą mnie do Reichu.

Decyzje komisji były ostateczne i nie miało sensu zaczynać żadnego sporu, wróciłem do domu i zacząłem zastanawiać się, jak wyjść z sytuacji. Miałem kilka sposobów uniknięcia deportacji. Po pierwsze, mogłem od razu opuścić Lwów, wyjechać do Krakowa lub Warszawy i tam próbować jakoś się urządzić. Miałem w obu miastach krewnych i przyjaciół. Mogłem też pozostać we Lwowie, ale ukrywać się, zmienić mieszkanie i papiery, zaopatrzyć się w fałszywe dokumenty; wiele ich przechodziło przez moje ręce, doskonale zorganizowaną komórką Delegatury zajmującą się takimi sprawami kierował mój bliski przyjaciel Marian Pokryszko. Nie miałem zamiaru opuszczać Lwowa, nie chciałem też ukrywać się. Narażałoby to moją rodzinę, a także utrudniałoby działanie, również w konspiracji. Zacząłem dowiadywać się, co można zrobić w takich przypadkach. Szybko wskazano mi pośrednika, podobno znakomitego. Była to niemłoda już pani, posiadająca rozgałęzione i dobre kontakty, w tym także w administracji niemieckiej; mówiono mi, że pomogła już wielu ludziom. Wysłuchała mnie życzliwie, uznała całą sprawę za możliwą do załatwienia, ale przedstawiła mi jeden zaskakujący warunek, bez spełnienia którego nie podejmie się niczego. Oświadczyła, że przyjmuje sprawy jedynie wtedy, gdy jej astrolog orzeknie, że rokują sukces. Jeśli gwiazdy mówią inaczej, nie zrobi ani kroku. Cóż było robić, wybrałem się do astrologa.

Mistrz przyjął mnie uprzejmie, zapytał o dokładną datę, a nawet godzinę moich urodzin, zaczął analizować stertę swoich ksiąg. Po półgodzinie horoskop był gotów, do tego zdumiewająco klarowny i kategoryczny. „Gwiazdy są teraz przeciwko panu — powiedział mistrz — jeśli w najbliższym czasie nie opuści pan miasta, czeka pana śmierć!" Podziękowałem uprzejmie (honorarium było umiarkowane) i pożegnałem się. Musiałem zrezygnować z usług pośredniczki. O mojej wizycie u astrologa i jej wynikach nie powiedziałem nikomu.

Po kilku dniach znalazłem nowe wyjście, wskazał mi je polecony przez znajomych adwokat. Już w samym obozie zbiorczym, bezpośrednio przed transportem do Rzeszy, jest jeszcze jedna komisja, złożona z samych Niemców, w tym także lekarzy, którzy za łapówkę zwalniają ludzi. Na miejscu działa też godny zaufania człowiek, Polak, on kieruje całą operacją. Władze w obozie są niezależne od władz miejscowych, a wydane przez nie zaświadczenie jest najlepsze, gdyż nikt go we Lwowie nie może kwestionować.

Ryzyko było oczywiste, znajomy, u którego chwilowo ukrywałem się na przedmieściu Lwowa, namawiał mnie usilnie, abym sam, dobrowolnie nie pchał się w ręce Niemców i za druty obozu. Rozważyłem jednak spokojnie raz jeszcze wszystkie za i przeciw, aby ostatecznie dojść do wniosku, że jednak muszę spróbować.

Zawiadomiłem mecenasa-pośrednika, wniosłem żądaną sumę w złotych, był to ekwiwalent jakichś 30 złotych dolarów (miałem je odłożone na wszelki wypadek) i zgodnie z instrukcją w Wielki Piątek 23 kwietnia 1943 roku wcześnie rano zameldowałem się na warcie obozu. Przeszedłem posterunki, składające się z uzbrojonych w karabiny i umundurowanych Ukraińców, zgłosiłem się w kancelarii. Zabrano mi skierowanie i nakazano czekać na podwórzu. Komisja miała rozpocząć pracę o ósmej rano. Przed drzwiami budynku czekała nas spora grupa, przeważnie mężczyźni (ale były także kobiety), z wyglądu w większości pochodzący ze wsi, sądząc z języka zarówno Polacy, jak i Ukraińcy.

Tymczasem minęła ósma, pół do dziewiątej: zdziwiłem się, znając niemiecką punktualność. Wtem pojawił się obok mnie młody, szczupły, wysoki, widocznie zaaferowany mężczyzna odpowiadający opisowi podanemu przez mecenasa. Szeptem podał hasło i nie czekając na moją odpowiedź powiedział bardzo szybko: „Dziś komisji nie będzie, bo Niemcy świętują, będę jutro rano, niech pan postara się jakoś do jutra utrzymać". Nie dał mi dojść do słowa i pobiegł w kierunku wyjścia z obozu.

Nie byłem na taki obrót sprawy przygotowany. Zawierzyłem mecenasowi, który mimo moich obaw, że tego dnia urząd nie będzie pracował, zapewniał mnie, że wszystko jest w szczegółach przewidziane, na obiad będę w domu z zaświadczeniem w kieszeni. Teraz dopiero zacząłem rozglądać się po obozie: składał się z budynku administracji, baraku ochrony i kilku dużych budynków mieszkalnych. Z kancelarii wyszedł Niemiec i krzyknął, że dziś komisji nie będzie. Grupa zaczęła się rozchodzić, poszedłem więc z ludźmi, którzy scali obok. Znaleźliśmy się w pobliżu jednego z baraków, gdy kilkanaście metrów przede mną wybuchła jakaś kłótnia, rozległy się krzyki i padł strzał. Ludzie rozstąpili się i zobaczyłem zabitego młodego człowieka, a nad nim pochylonego strażnika z karabinem w ręku. Trup leżał na ziemi z przestrzeloną głową w kałuży krwi. Otaczający mnie ludzie szli dalej, omijając jedynie miejsce wypadku. Mężczyzna w średnim wieku, Polak bywały już w obozach, zaprowadził mnie do najbliższego polskiego baraku i poradził, abym sobie wyszukał miejsce, bo lepiej nie kręcić się po obozie.

Barak był pełen ludzi, leżeli i siedzieli na piętrowych pryczach, chodzili, rozmawiali i nawoływali się, mieli obok siebie różne pakunki, rzeczy, rozłożone jedzenie. Zaczęto mnie wypytywać, skąd jestem i dlaczego nic ze sobą nie mam: okazało się, że do czasu przejścia przez komisję trzeba być na własnym wikcie. Wyszukałem sobie miejsce możliwie dalej od wejścia. Mój sąsiad oświadczył zaraz, że podzieli się ze mną jedzeniem, ma dużo, i to dobrych rzeczy, bo przecież to okres świąteczny, Wielkanoc. Głośne rozmowy naokoło dotyczyły głównie pracy w Rzeszy, ci, którzy już tam byli, informowali szczegółowo nowych, opisywali warunki, niebezpieczeństwa oraz sposoby dobrego urządzenia się. Niektórzy pracowali na wsi u bogatych chłopów, bauerów, inni w przemyśle, nieraz daleko w zachodnich Niemczech. Opowiadali o nalotach alianckich bombowców, chowaniu się w schronach, o ludziach różnych narodowości, z którymi byli zatrudnieni. Nie wychodziłem z baraku bojąc się niespodziewanej kontroli, mój wygląd, mimo że ubrałem się skromnie, odbiegał od wyglądu większości moich towarzyszy, a ukraińscy strażnicy mieli dużą wprawę w rozpoznawaniu i określaniu ludzi.

Po południu w baraku była wizyta. Zauważyłem już wcześniej, że opodal wejścia jest urządzony rodzaj małego ołtarzyka z kwiatami, figurką Matki Boskiej i obrazami świętych- Teraz pod barak podjechał konny wózek, z którego wysiadł ksiądz w asyście kilku młodych ludzi, wynieśli jakieś paczki i zgromadzili się wokół ołtarzyka. Otoczyła ich grupka mieszkańców baraku, głównie kobiety. Ksiądz rozdał kilkanaście paczek z prowiantem, porozmawiał z wiernymi i zaintonował pieśń religijną, którą zgromadzeni podjęli. Po wyjeździe księdza kilkanaście kobiet całą noc modliło się przed ołtarzykiem na kolanach. Tymczasem w pozostałej części baraku trwały głośne rozmowy, śmiechy, ugaszczano się wzajemnie. Okazało się, że do Niemiec jadą grupy ziomków z jednej miejscowości, nikt się nikim nie krępował, pary zabawiały się swobodnie na pryczach, dopiero nad ranem wszystko ucichło.

Po północy w sąsiednim baraku zaczął się jakiś hałas i ruch, ktoś poinformował mnie, że to Niemcy wywożą cały barak bez komisji, bo mają przygotowane wagony.

Przed ósmą po nie przespanej nocy wyszedłem na podwórze: za ogrodzeniem stało wiele osób, usiłujących jeszcze porozumieć się z odjeżdżającymi, strażnicy nie przeszkadzali w rozmowach i przekazywaniu drobiazgów, zwłaszcza że większość odwiedzających to byli Ukraińcy. Podszedłem bliżej i nieoczekiwanie zobaczyłem stojącą u siatki znajomą dziewczynę, Marię Kuczyńską, córkę profesora Politechniki Lwowskiej. Wiedziała, że nie wróciłem w zapowiadanym czasie, przekazała mi paczkę z jedzeniem, rozmawialiśmy chwilę. Zrozumiałem, że moi przyjaciele potraktowali wyprawę do obozu po zaświadczenie jako coś więcej niż lekkomyślność.

W tym dniu komisja zaczęła się punktualnie. Wszedłem z pierwszą grupą do środka. Kazano nam się rozebrać, lekarze i ich pomocnicy w białych fartuchach, pod którymi niektórzy mieli mundury SS, szybko przekazywali sobie badanych z rąk do rąk, kto się opóźniał, dostawał pięścią po głowie. Oglądano nas, tak jak kiedyś niewolników na targu; mięśnie, oczy, zęby, mierzono, ważono, stawiano przed nowoczesnymi, jak zauważyłem, aparatami rentgenowskimi. Następnie każda zbadana grupa stawała przed główną komisją, tam leżały już wypełnione formularze badania. Tu niespodziewanie, jak spod ziemi, wyrósł mój człowiek. Podszedł do jednego z niemieckich lekarzy i kiwnął głową w moim kierunku. Lekarz podpisał formularz, pchnął mnie w bok, a papier położył na bocznym stoliku. Chwilę potem jeden z podoficerów w fartuchu zabrał ten papier, skinął na mnie i odprowadził do innego pomieszczenia. Tam przy stoliku wypełniono druczek, ale zanim go otrzymałem, podoficer przybił mi bezpośrednio na skórze, na piersi, wielką pieczęć z niemieckim tekstem. Okazało się, że z obozu może wyjść jako zwolniony tylko ten, kto ma taką pieczęć, sam papier nie wystarcza.

Z całego przygotowanego kilkusetosobowego transportu było nas tylko trzech takich z pieczęciami na ciele. Nie rozmawiałem z nikim i po półgodzinie jechałem już tramwajem do domu. Zarówno rodzina, jak i moi przyjaciele w dalszym ciągu twierdzili, że była to wielka lekkomyślność, ale w rzeczywistości nie znali lepszego wyjścia. Moje cenne zaświadczenie służyło mi do końca okupacji niemieckiej, zachowałem je w swoim archiwum.

Podziękowałem mecenasowi, który tłumaczył, że zmiana terminu komisji była zupełnie nieoczekiwana; nie spotkałem też więcej człowieka, który czuwał nade mną w obozie. Pieczęć, którą przybito mi na piersi, była wynalazkiem niezwykłym: farba okazała się odporna na rozpuszczalniki i męczyłem się z nią przeszło tydzień.

http://www.lwow.com.pl/zygulski/zygulski3.html#roboty

piątek, 17 lipca 2009

pamiętny traktacik & pamiętne pytania C. Beddermanna

I. COŚ NA NIE-DOBRY POCZĄTEK.












niektóre ustalenia z Traktatu Akcesyjnego (T.A.) np.;

1. Hutnictwo – podano listę hut w Polsce do zamknięcia. Instalacje produkcyjne w tych hutach muszą ulec fizycznej likwidacji, żeby nie można było wznowić na nich produkcji. Obecnie pojawiła się koniunktura w przemyśle hutniczym, którego zostało nam 30% ogólnej mocy przerobowej, resztę sprzedano łącznie z koksowniami, które w 40% pokrywały potrzeby rynku europejskiego (mieliśmy 8 mld zł zysku rocznie z samych tylko koksowni).

2. Górnictwo – ograniczenie wydobycia i zatrudnienia (szyby są zatapiane, co uniemożliwia wznowienie wydobycia w przyszłości). Pojawia się koniunktura w górnictwie, a rządzący do 2005 r. je likwidują.

3. Rolnictwo – musimy ograniczyć produkcję mleka do 7,2 mln ton/rok, polskie potrzeby żywnościowe wynoszą 11-12 mln ton/rok, a zdolności produkcyjne 16-18 mln ton/rok. Zniszczono już stada krów, ich stan liczebny w 2003 r. był porównywalny ze stanem z 1945 r.

4. Polska nie ma prawa prowadzić w państwach UE instytucji kredytowych (banków, firm ubezpieczeniowych).

5. Polska została zobowiązana do przerobu śmieci z państw UE (dawnej 15). Podano daty i określono zdolności produkcyjne, które musimy osiągnąć pod groźbą kar finansowych.

6. Polska musi się podjąć magazynowania odpadów radioaktywnych z elektrowni jądrowych z państw UE.

7. Musimy złomować na nasz koszt 50% tonażu naszej floty połowowej.

8. Polska nie ma prawa udzielać pomocy publicznej (z budżetu) swoim firmom (mogą to robić Niemcy na terenie dawnego NRD!?).

9. Polska musi anulować wszystkie umowy handlowe z państwami spoza UE (ok.190 umów), co wiąże się z nałożeniem na nas wysokich kar liczonych w mld $ zgodnie z prawem międzynarodowym.

10. Polska nie wchodzi do strefy Schengen (bez związku z akcesją) tzn., że obowiązują nas wizy i kontrole celne powyżej 3 miesięcy pobytu w państwach UE.

To niektóre tylko z kilku tys. stron zapisów w T.A. dyskryminujących Polskę i Polaków. Kwestie uznawania dyplomów uczelni i szkół nie podlegają regulacjom UE, są regulowane dwustronnymi państwowymi umowami.

W dziedzinie nauki dla Polski w UE przewiduje się tylko 5 (pięć) wyższych uczelni. UE chce intensyfikować środki, żeby złamać przewagę USA na tym polu – na podstawie biuletynu informacyjnego AGH z Krakowa z kwietnia 2003 r. Rektor AGH był uczestnikiem konferencji poświęconej nauce w UE w Bristol (Wlk. Brytania) w marcu 2003 r.

W tzw. okresie stowarzyszeniowym (dostosowawczym?) z UE straciliśmy 80 % majątku produkcyjnego, otworzyliśmy rynek niszcząc własny handel i producentów, straciliśmy wg oficjalnych danych ok. 5 mln miejsc pracy (w tym czasie UE zyskała 1,2 mln miejsc pracy), ogromnie wzrosło zadłużenie kraju (wynosi już ogółem ok. 950 mld zł! i rośnie). Zlikwidowano wiodące Biura Projektów, Ośrodki Badawczo-Rozwojowe, Ośrodki Doradztwa Technicznego, Zakłady Doświadczalne, niemal wszystkie ośrodki oryginalnej polskiej myśli naukowej, technicznej, medycznej i rolniczej (materiały branżowe GUS 1990-2002, Warszawa) – to się stało w ramach wyrównywania poziomów gospodarek między Polską a UE. Trudno pojąć ekonomiczny sens tego stowarzyszenia i akcesji do UE, komu rzeczywiście ma on przysporzyć korzyści?

W ciągu kilku miesięcy od dnia akcesji nastąpił znaczny wzrost cen z powodu wzrostu stawki VAT i z powodu zablokowania możliwości przepływu tańszych towarów z Polski do UE. UE nie może przecież ponosić strat.
***
***********************************
Wywiad z Carlem Bedermanem na temat bilansu wejścia Polski do UE
(stary ale wart przypomnienia) ***
http://tiny.pl/hh7tb
fragment
Cytata:
DLACZEGO WY POLACY JESTEŚCIE TACY NAIWNI?
Pyta Carl Bederman były doradca Unii Europejskiej w Polsce w rozmowie z Danielem Pawłowcem.

Jak zostaje się ekspertem Unii Europejskiej w Polsce?
W moim przypadku to było tak. Rozpisano konkurs na objęcie kierownictwa realizacji projektu twinningowego związanego z przystąpieniem nowych członków do UE (monitorowanie powietrza), który wygrałem. Odbyłem szkolenia w Berlinie i Brukseli, po czym zostałem doradcą przedakcesyjnym i wyjechałem do Polski.

Zanim został pan ekspertem uczestniczył pan w kursach na temat Polski i Polaków?

Nie, to było tylko jednodniowe szkolenie, które niewiele wniosło. Polskę znam już od przeszło 20 lat z moich częstych podróży po niej. Jestem też żonaty z Polką. Przed przyjazdem tutaj w roli unijnego doradcy nauczyłem się też trochę waszego języka.

Czym są projekty twinningowe?
Projekty twinningowe polegają na tym, że przedstawiciele Unii i administracji krajów-kandydatów wspólnie przygotowują zmiany w danych krajach związane z planowaną akcesją. Ja przykładowo koordynowałem pracę 15 unijnych ekspertów, którzy regularnie przylatywali do Polski, aby prowadzić wykłady dla polskich urzędników.
Eksperci tacy dostają za to horrendalne wynagrodzenia (pokrywa je sama Unia ze środków, które się potem nazywa pomocą przedakcesyjną dla Polski), ale i kraj, z którego przyjeżdżają, jest także dodatkowo za to przez Unię opłacany. Dlatego tak chętnie wysyła się ekspertów na wschód. Nawet czołowi politycy Piętnastki zabiegają o przydzielenie ich krajom tychże projektów.

Potwierdza to tezę, że przedakcesyjna pomoc UE jest wydawana głównie na opłacenie unijnych ekspertów?
Tak to można ująć. Pewien bułgarski sekretarz stanu powiedział kiedyś, że dotąd myślał, iż projekty twinningowe Unii są pomocą dla krajów-kandydatów, teraz wie, że to samopomoc dla krajów Piętnastki. I ma rację.

Po co więc byliście państwo przesłani do Polski, jeżeli Polacy potrzebowali konkretnych inwestycji a nie unijnych doradców?

Ponieważ Unia nie ma pieniędzy, a projekty z zachodnimi ekspertami są tanie i wyglądają, jak prawdziwa pomoc.

Dlaczego Unia pana zwolniła?

Stało się to po udzieleniu przeze mnie wywiadu "Super-Expressowi", w którym mówiłem o wysokich zarobkach unijnych ekspertów, będących trzydziestokrotnością wynagrodzeń ich polskich kolegów wykonujących tę samą pracę. W sumie to olbrzymie pieniądze, które moglibyście zużyć w dużo lepszy sposób, niż na diety dla zachodnich fachowców.

Jakie były Pańskie pierwsze wrażenia z pobytu w Polsce?
Tutaj na miejscu mogłem przekonać się o tym, że polskie standardy nie są takie złe, jak najwyraźniej sądzi Unia, a Polakom nie brakuje wiedzy, ale jedynie kapitału. W niektórych dziedzinach jesteście nawet lepsi od Piętnastki. Przykładowo zarządzacie waszymi parkami narodowymi lepiej, niż kraje UE. Wiele razy obserwowałem tę pracę i oceniam ją bardzo wysoko. Mimo bardzo dobrej sytuacji na waszych obszarach środowiskowo chronionych, Polsce zostanie narzucony system unijny, taki chociażby jak system Natura 2000. Szczerze, to sensu tych zmian nie widzę.
My mieliśmy dziesiątki lat na wypracowanie i wprowadzenie większości unijnych norm. Polacy muszą zrobić to w ciągu bardzo krótkiego czasu i za olbrzymie pieniądze, których tak bardzo potrzebujecie, aby dofinansować chociażby służbę zdrowia, czy szkolnictwo.
Gdybyście w zamian za ten pośpiech przynajmniej otrzymali od Unii te obiecane przed laty 15-20 mld euro rocznie... Ale wy teraz musicie do niej dopłacać!
Jak to dopłacać? Przecież z wyliczeń jakie przedstawia polski rząd wynika, że akces nam się opłaci, co prawda opozycja, czyli LPR i inne ugrupowania narodowo-patriotyczne od dłuższego czasu to kwestionują, ale rząd zdaje się tym nie przejmować.



Może nie odpowiem Panu na to pytanie bezpośrednio, ale niech sam Pan powie jak zinterpretować to, że po zakończeniu rokowań, niemiecka komisarz finansów UE, pani Michlina Schreyer wiwatowała nad własnym zwycięstwem, że wyda na rozszerzenie Unii w pierwszych 3 latach tylko czwartą część planowanej sumy. I to miały być rzekomo te twarde rokowania?

Ale przecież w Polsce mówiło się, że z Millerem bardzo ciężko się rokowało ze względu na warunki jakie stawiał.
Powtórzę jeszcze raz. Kandydaci dostaną tylko czwartą część planowanej sumy na rozszerzenie. Warto to przemyśleć.

Jak więc Pan ocenia finisz negocjacyjny z Kopenhagi?
Tak jak międzynarodowa prasa. Żadnych ustępstw ze strony UE, całkowita klęska Polski. Brytyjski "Times" napisał, że państwa Europy Centralnej są tyranizowane przez klub państw do nich uprzedzonych, że Unia Europejska spędziła ostatnie lata znęcając się nad Europą Środkową, narzucając państwom tego regionu dziesiątki tysięcy szczegółowych norm. Jestem również tego zdania.
Te nowe normy - 80 tysięcy stron przepisów, z tego 90 procent to wynalazek brukselskich urzędników - to w większości bezsensowne zmiany w Polsce w ogóle niepotrzebne. Tymczasem strona Polska jak zwykle zgadza się na wszystko.






Nie rozumiem, dlaczego wy jesteście tak naiwni. Rozdęta unijna administracja wystawiła takie kryteria, aby zneutralizować was jako przyszłych konkurentów oraz zdusić inicjatywę, która uczyniłaby wasz ważny historycznie i ekonomicznie region znaczącym. Konkurencja w Polsce jest systematycznie zgniatana. Negocjacje ze strony Unii były prowadzone jak transakcja handlowa, a nie jak integracja europejska, o jakiej przecież mówili wam od tylu lat.



Cały "sukces" Millera to trik księgowy - przesunięcie pieniędzy z funduszy na rozwój rolnictwa na dopłaty bezpośrednie. Zgoda na dofinansowanie rolnictwa z budżetu państwa jest też tylko trikiem reklamowym, ponieważ nikt nie może tego zagwarantować, że takie środki w ogóle się znajdą.



Poza tym wszystko to dotyczy tylko dwóch lat, do końca roku 2006, kiedy to zasady dopłat i tak się zmienią i może w ogóle zostaną zaniechane. A przynajmniej, jak się planuje, zasady przyznawania ich w Polsce się zmienią i będą wyglądać tak, jak w obecnej Unii. Czyli dopłacać się będzie do produkcji, nie do areału, a Unia zadecyduje, do jakiej produkcji w ogóle dopłaci. I oczywiście w Polsce ciągle jeszcze nie pełne 100 procent.
W tym całym kopenhaskim przedstawieniu chodziło tylko o stworzenie pozoru twardej walki i polskiego zwycięstwa, które rzekomo miało przynieść wspaniałe warunki akcesji, a co za tym idzie uspokojenia Polaków, którzy dzięki temu mieli w referendum zagłosować na TAK.

Jak to jest z tymi funduszami strukturalnymi?
W państwach członkowskich wykorzystuje się średnio 70 procent funduszy, bowiem procedura do ich uzyskania jest zbyt skomplikowana. Przewiduje się, że w Polsce będą one mogły być wykorzystane przez długi czas w najwyżej 20 - 30 procentach. Najpierw trzeba bowiem mieć dobry plan i własne środki finansowe, potem należy zebrać całą dokumentację, wypełnić 50 stron ankiet i zanim sprawa zostanie rozstrzygnięta, mijają z reguły miesiące. Gdy zezwolenie zostanie już udzielone, trzeba się będzie liczyć ze skomplikowanymi kontrolami. To zdaje egzamin przy projektach administracji publicznej, bo ludzie prywatni, a nawet prywatne firmy zwykle nie dają sobie rady z tą papierkową robotą.
Dlatego właśnie przedakcesyjny program SAPARD jest tak mało rozpowszechniony w Polsce. W UE około 30 procent rolników zrezygnowało z wcześniejszych rodzajów upraw, czy hodowli i zajmują się tylko tym za co można dostać dopłaty bezpośrednie. W Niemczech mieliśmy po wojnie 1,5 mln gospodarstw rolnych, teraz mamy 300 tysięcy. Reszta zrezygnowała z pracy na roli.

Jak Pan ocenia polskie negocjacje, czy pańskim zdaniem został obrany właściwy model rozmowy z urzędnikami UE?
Na zachodzie wszystko się kręci wokół pieniądza. Wszyscy tamtejsi politycy wiedzą doskonale, że dopóki fabryki działają i ludzie pracują, dopóty panuje spokój. Najważniejszym celem jest wzrost gospodarczy. Kiedy w Brukseli pojawiają się pomysły nowych standardów, nasze lobby przemysłowe zawsze trzyma rękę na pulsie, żeby nie było to zbyt obciążające dla gospodarki. Każda wielka firma ma biuro w Brukseli i dba o parlamentarzystów, aby ci dbali również o ich interesy.
Polscy negocjatorzy popełnili błąd już na samym początku rokowań. Dali odczuć eurobiurokratom, że wstąpienie do Unii Europejskiej jest szczytem polskiej polityki państwowej.
Myślałem, że Polacy są sprytni i będą postępować z UE tak chociażby, jak Grecy. Oni kilka razy odmówili przystąpienia do Unii i tym sposobem wynegocjowali kilka mld euro dodatkowo. Dlaczego Polska nie traktowała negocjacji tak, jak inne kraje? Wystarczyłoby dać Brukseli do zrozumienia, że macie alternatywę dla akcesu, chociażby miało by to być nie przystąpienie do UE.

Niewiele się u nas o tym mówi, ale państwa UE zabezpieczyły się w Traktacie Akcesyjnym tak zwaną klauzulą ochronną właściwie od wszystkiego. Polscy politycy wydaje się, że starają się bagatelizować ten fakt. Czy mają rację sądząc, że ma ona znaczenie marginalne?
Zapis o klauzuli ochronnej to po prostu skandal. Jeżeli państwa członkowie będą miały wrażenie, że u nowych członków unijne standardy nie są wprowadzane w zadawalający sposób, to w tej dziedzinie mogą zabrać nowym członkom prawo do głosowania w gremiach UE.
Nie mogę tego pojąć dlaczego o tym nikt u was nie dyskutuje? Kiedyś w TV Puls próbowałem wyrazić moje zdziwienie, ale polscy rozmówcy najwyraźniej bali się poruszać tego tematu.

Klauzule ochronne zakładają też wstrzymanie unijnej pomocy w danym obszarze. Nie wiem czy dobrze rozumuję, ale czy to nie oznacza, że jeżeli Unii się nie spodoba, że polska żywność zdobywa jej rynki to urzędnicy mogą stwierdzić, że polskie rolnictwo nie trzyma standardów unijnych i może wyłączyć Polskę ze Wspólnej Polityki Rolnej. Oznacza to, że polscy rolnicy nie otrzymają nawet 1 euro jakichkolwiek dopłat?
Dobrze Pan rozumuje. Ten zapis właśnie to oznacza.

Czy sądzi Pan, że deklaracje o zachowaniu suwerenności narodowej i kulturalnej mają jakiekolwiek znaczenie dla Unii. Czy te wartości zostaną uszanowane przez Brukselę?

Do tej pory słyszałem w Polsce od propagandystów unijnych raczej to, że każdy eurosceptyk jest staromodnym sarmatą, a suwerenność to przestarzałe pojęcie. Takie nastawienie jest oczywiście bardzo fałszywe. Może polscy propagandziści prounijni słyszeli kiedyś podobne slogany z Brukseli i wzięli je bardzo na serio. Problem w tym, że w żadnym z krajów Piętnastki nikt nie zamierza rezygnować ze swoich narodowych interesów, stąd też ciągłe kłótnie w Unii.



Tylko polski rząd nie był jak dotąd w stanie zadbać o interesy własnego kraju, a w zamian za to próbuje mydlić oczy Polakom jakimiś oświadczeniami, których nikt w Unii nie bierze nawet na serio. Europa Zachodnia to dekadencja powstała z pseudoliberalizmu. Nie jest to co prawda zjawisko kierowane centralnie przez instytucje UE, wywodzi się ono raczej z materialnego nastawienia, jednak właśnie ten materializm jest podstawą funkcjonowania Unii. Podporządkowując się mechanizmom nakręcającym działanie UE, istnieje dla Polski naturalnie niebezpieczeństwo tej samej degeneracji.

Wracając do spraw związanych ze środowiskiem. Mówi Pan, że to właśnie one zrobią prawdziwy drenaż w polskich kieszeniach. Czy mógłby Pan to jakoś skonkretyzować?
Po pierwsze sprostujmy jedno: tu nie chodzi generalnie o normy - czyste powietrze i czysta woda są z pewnością warte inwestycji, a standardy, o których mowa powstały i są stosowane też na Zachodzie. Nie mają one też same w sobie na celu hamowania rozwoju gospodarczego. Cały problem polega na tym, że każdy kraj powinien sam decydować o tym, kiedy i gdzie wydawać na to swoje pieniądze. Unia natomiast wymaga natychmiastowego dorównania do niej. W momencie, gdy w Polsce brakuje pieniędzy na służbę zdrowia, naukę, ratowanie hutnictwa i stoczni, tworzenie nowych miejsc pracy, nie można przez parę lat wprowadzać w kraju standardów, na wdrożenie których Zachód miał 50 lat! Czemu nikt się tym wymaganiom nie sprzeciwia?

Można by to pytanie odwrócić, dlaczego w ogóle Unia wymaga tego od nas?

Ponieważ Polska nie może stać się konkurencją dla istniejących już na Zachodzie zakładów przemysłowych, co przykładowo mogłoby się stać, gdyby nie wprowadziła tak szybko, jak się od niej tego wymaga, nowych standardów ochrony środowiska. Koszty produkcji w Polsce nie mogą być niższe niż na Zachodzie i zagrażać tamtejszemu przemysłowi. To są przede wszystkim cele Unii.
Ale sprawa środowiska to nie jedyny unijny "sposób" na polskie przedsiębiorstwa. Z tego co już wiemy i zdążyliśmy zaobserwować to firmy unijne stosują u nas na skalę masową politykę dumpingową. Czy Pan również zaobserwował tego typu zjawisko?
Oczywiście. Weźmy chociażby produkty rolnicze. Unia już teraz importuje do Polski produkty, które subwencjuje, a tymczasem polskim rolnikom nie chce dac takich samych warunków jakie mają rolnicy zachodnimi. Najlepiej obrazuja to nierówności w dopłatach bezpośrednich. Czy to są równe szanse? Nawet dziecko to Panu powie, że nie.
Wracając do dumpingu. To jest to już normalna procedura wśród liczących się kapitałowo firm, które zdobywają nowe rynki zbytu. Odbywa się to w ten sposób, że w pierwszych latach rezygnują oni całkowicie lub częściowo z zysków, tylko po to, aby zlikwidować konkurencję, nie mogącą sobie na podobne posunięcia pozwolić z braku własnego kapitału. Po upadku konkurencji ceny wzrastają i zyski są nadrabiane z nawiązką.

Wiadomo, że po akcesie do UE nastąpią w Polsce jakieś zmiany. Według prounijnej propagandy zmieni się nam na lepsze. Między innymi wzrośnie poziom życia. A Pan jak sądzi?

Sytuacja finansowa nie poprawi się. Dziury w budżecie będą łatane na zasadzie szukania jeszcze czegoś do sprzedania jako tak zwana prywatyzacja. Obawiam się, że obecna nieprzeparta chęć waszego rządu do całkowitego podporządkowania się Unii, jeszcze bardziej się pogłębi i wszelkie niepowodzenia będą spychać na konto UE - byleby wygrać następne wybory, albo zapewnić sobie wygodne stołki w Brukseli.

A co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego. Jak Pan sądzi, co się na przykład będzie działo z cenami?
Doświadczenia innych krajów pokazują, że ceny po integracji wzrastają. To jasne, rynek zapełnia już dzisiaj towar zachodni, który w dużej mierze wyparł produkty krajowe dzięki dumpingowym cenom poniżej prawdziwej wartości tychże towarów. Po ewentualnym przystąpieniu Polski do Unii nie będzie już potrzeby zaniżać tych cen, zachodnie towary będą kosztować tyle, ile kosztują też na Zachodzie - czyli więcej (niejednokrotnie podwójnie).

Ale z tego co mówią rządowi i prezydenccy eksperci płace również wzrosną i w niedługim czasie wyrównają się poziomy zarobków w UE i w Polsce...

To nie tak. Rzeczywiście w Polsce pojawiło się przedziwne stwierdzenie, że po akcesji zrównają się polskie płace z tymi na Zachodzie. Zastanawiam się tylko skąd taki pomysł? Przeciętny robotnik w Portugalii zarabia 1,5 razy więcej niż w Polsce, ale daleko mu do tego z Niemiec, czy Wielkiej Brytanii. A przecież Portugalia jest w Unii Europejskiej już od 16 lat. I nawiasem mówiąc daje ona sobie jako tako radę tylko dzięki turystyce - to jest tajemnica bogactwa Portugalii, ale przecież nie zawdzięcza ona tego UE.
...

czwartek, 16 lipca 2009

TRUE głu*po*ta STORY

Miss Brenda Lee. Salvatore Adamo

Veuillez installer Flash Player pour lire la vidéo


***

Kulisy finansowego 9/11

*** Uwaga. To NA POCZĄTEK.
WYJAŚNIENIE
Od 1.01.2009 r. państwo "polskie" wydało następującą ilość pieniędzy podatników: 321844162320 zł


***** Michael Tsarion - Architekci Kontroli - Program I (Napisy PL)

*******


Z ostatniej chwili:
W dniu wczorajszym, czyli 26 lutego, Ben Bernanke, prezes amerykańskiej Rezerwy Federalnej publicznie potwierdził wszystkie fakty, podane wcześniej przez Paula Kanjorskiego. Tak więc nie ma najmniejszych wątpliwości, że wydarzenia, o których pisaliśmy w materiale “Kulisy finansowego 9/11 - elektroniczny atak na banki” miały faktycznie miejsce. Poniżej analiza zdarzeń, autorstwa ekonomisty z Polski - Tomasza Urbasia.
Pisząc to chcielibyśmy się mylić. Pragniemy wręcz, żeby opisywane tu hipotezy były zdarzeniem niemożliwym.
W końcu stycznia 2009 r. (prawdopodobnie 28) na antenie C-SPAN wystąpił członek Izby Reprezentantów USA Paul Kanjorski (demokrata polskiego pochodzenia). W Izbie pełni funkcję przewodniczącego jednej z podkomisji Komisji Rynków Kapitałowych.
Początek nagrania to telefon widza mającego za złe, że plan Paulsona wpompowania do amerykańskich banków setek miliardów dolarów przynosi korzyści wyłącznie bankierom. Zaatakowany kongresman ujawnił szokujące kulisy załamania systemu bankowego w USA.
Opowiedział, że 11 września 2008 r. ok. godz. 11.00 przed południem nastąpił zmasowany odpływ z Systemu Rezerwy Federalnej środków pieniężnych w kwocie 550 mld dolarów w ciągu 1-2 godzin. Po stwierdzenie uszczuplenia środków Departament Skarbu interweniował zasilając system bankowy kwotą 105 mld dolarów. Okazało się to jednak kwotą niewystarczającą i wstrzymano transfer środków. Według szacunków, gdyby nie wprowadzenie blokady z systemu Rezerwy Federalnej do godz. 14.00 wycofano by 5,5 bln dolarów. Kanjorski wskazywał na te okoliczności jako uzasadnienie planu Paulsona. Stwierdził, że gdyby nie wpompowanie do banków 700 mld dolarów, to konieczne byłoby wykupienie toksycznych aktywów na kwotę kilku bilionów dolarów. Przyznał także, że sytuacja jest wyjątkowa i w ogóle nie wiadomo, czy znajdzie się bezpieczne rozwiązanie. Kongresmani zostali powiadomi o sytuacji już w dniu 15 września 2008 r. przez sekretarza skarbu i przewodniczącego Rezerwy Federalnej.
Nie mamy podstaw, żeby kwestionować autentyczność nagrania. Kanjorski ma pewne problemy z ścisłym opisem zdarzeń (mówi o elektronicznym ataku na banki amerykańskie), ale naszym zdaniem podane przez niego fakty układają się w logiczną całość.
Rezerwa Federalna jest centralnym bankiem USA. Jako centralny bank państwa prowadzi konta banków amerykańskich i konta zagranicznych instytucji finansowych krajów z którymi USA prowadzą operacje gospodarcze. Rezerwa Federalna nie prowadzi kont przedsiębiorstw lub ludności. W dniu 11 września 2008 r. zauważono, że z kont banków amerykańskich w Rezerwie Federalnej ubywają środki pieniężne. Zgodnie z podstawowymi zasadami rachunkowości oznacza to, że środki te były jednocześnie księgowane na innych kontach. Przerwanie operacji przy jednoczesnym podkreśleniu, że środki wypływał z Rezerwy Federalnej pozwala nam stwierdzić, że środki te były księgowane na koncie (kontach) jakiejś zagranicznej w stsosunku do USA instytucji finansowej. Początkowo traktowano te przelewy jako zjawisko naturalne, stąd przeprowadzono interwencję zasilającą rynek pieniężny dla przeciwdziałania zmniejszeniu płynności. Po zorientowaniu się co do skali operacji, została ona przerwana, co w praktyce oznacza ogłoszenie niewypłacalności systemu bankowego USA.
Czy był to jakiś atak elektroniczny jak twierdzi Kanjorski? Uważamy za mało prawdopodobne, aby Rezerwa Federalna przez dwie godziny księgowała przelewy z kont banków amerykańskich do jakiejś instytucji zagranicznej bez ważnego i nie budzącego wątpliwości zlecenia. Jaka mogła być podstawa tych gigantycznych przelewów? Kanjorski sam wskazał na ten tytuł opisując dylemat z toksycznymi aktywami.
Uważamy, że w dniu 11 września 2008 r. doszło do legalnego rozliczania pozycji spekulacyjnych zajętych na derywatach (pochodnych instrumentach finansowych). Banki amerykańskie poniosły klęskę w spekulacji i w tym dniu rozpoczęto rozliczanie pozycji przez przelew do zwycięzcy.
Po zorientowaniu się, co do skali strat na spekulacji i idących za nimi rozliczeń międzybankowych, sztucznie przerwano rozliczenia, pozostawiając niespłacone zobowiązania banków amerykańskich wobec jakiejś instytucji zagranicznej. Jednocześnie w związku z dokonanymi przelewami środków na kwotę 550 mld dolarów, w trybie nagłym rząd USA z pieniędzy podatników załatał dziurę transferem do amerykańskich banków kwoty 700 mld dolarów. Nadal pozostał otwarty problem spełnienia zobowiązań na kwotę kilku bilionów dolarów, przypuszczamy że nie mniejszą niż 5,5 bln dolarów, które szacunkowo miały wypłynąć tylko 11 września 2008 r. Te aktywa określane jako toksyczne nadal obciążają banki amerykańskie i ktoś za granicą oczekuje ich spłaty.
Kto to jest?
Podkreślmy, że władze amerykańskie wiedzą, kto to jest. Znają bowiem konta na które przepłynęło 550 mld dolarów. Nieujawnianie tych podmiotów dowodzi politycznego charakteru sprawy. Wzywamy Bena Shaloma Bernanke’a do podania jakim podmiotom banki amerykańskie są winne ok. 5,5 bln dolarów z tytułu nieudanych transakcji spekulacyjnych.
Zasadniczo nie musimy czekać na odpowiedź. Sami poszukajmy.
Musimy przypatrzyć się dużym gospodarkom z silnymi bankami mającymi duże rezerwy dewizowe. Tylko takie kraje mogły skutecznie pokonać bankierów amerykańskich w spekulacji. Na pierwszy ogień idzie strefa euro.
Jest to dobry kandydat zważywszy na animozje pomiędzy socjalistycznymi władzami Unii, a jankeskimi kapitalistami. Ale problem w tym, że na spekulacji poległy i banki europejskie. Poufny raport Komisji Europejskiej mówi o stratach banków eurosystemu na kwotę 13,7 bln euro na samych derywatach. Dyskutując na temat tych strat przyznaliśmy, że są one mało prawdopodobne i dopuściliśmy możliwość, że jest to dezinformacja. Musimy zweryfikować to stanowisko. Ujawnienie strat banków amerykańskich na przynajmniej 5,5 bln dolarów, oznacza że banki europejskie mogły rzeczywiście stracić na spekulacji derywatami 13,7 bln euro. Pozwala to zawęzić obszar poszukiwań. Przeciwnikiem banków amerykańskich i europejskich musiał być ktoś wyjątkowy. Zasadniczo jest tylko jeden taki przeciwnik o olbrzymiej dotąd bardzo dynamicznej gospodarce z gigantycznymi rezerwami walutowymi powstałym dzięki nadwyżce handlowej. Jest to druga gospodarka świata, której PKB po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej stanowi ok. 50 % PKB USA. To Chiny.
Można jeszcze rozważać Japonię, ale stagnacja gospodarcza, która trawi ją od lat oraz obecny silny kolaps gospodarczy wskazują, że Japonia też była ofiarą spekulacji.
Wysuwamy hipotezę, że bankierzy amerykańscy i europejscy przy pełnej wiedzy, akceptacji, a być może i zachęcie ze strony polityków prowadzili olbrzymie spekulacje z instytucjami chińskimi, które zakończyły się katastrofalną klęską.
Rozmiar tej klęski można porównać do termojądrowej bomby finansowej. Długi banków amerykańskich i europejskich przekraczają wielokrotnie ich kapitały własne.
W istocie systemy bankowe Ameryki i Europy są niewypłacalne. Sięgają one łącznie mniej więcej PKB tych gospodarek.
Oznacza to, że zwycięzca spekulacji, prawdopodobnie Chiny, mają uprawnione roszczenia do mniej więcej 10 % majątku narodowego (ziemi, przedsiębiorstw, banków) Ameryki i Europy.
To dlatego Kanjorski wykazuje bezradność i mówi, że nie wie jak to się zakończy. Tę bezradność wykazują wszyscy politycy i bankierzy. Chiny nie są partnerem, który pozwoli zamieść brudy pod dywan. To kraj o innej niż zachodnia kulturze i mentalności społeczeństwa, który właśnie wysuwa się do światowego przywództwa.
Przegrani spekulanci zmierzają do konfrontacji. Zaprzestali spłaty zobowiązań, które sami pozaciągali. Pojawia się retoryka wojenna o elektronicznym ataku na banki. Z tej perspektywy zupełnie inaczej wygląda np. kwestia tarczy antyrakietowej, czy obecności Ameryki w Afganistanie. Spekulacje narastały od kilku lat i świetnie orientowano się z kim podjęto walkę. To nie przed Iranem miała osłaniać tarcza antyrakietowa, to nie Talibowie są głównym celem zajęcia przyczółków u granic Chin.
Postępujący rozkład narodowych gospodarek jako efekt niewypłacalności banków zwiększa ryzyko konfrontacji zbrojnej. Gospodarka chińska odczuwa dolegliwości spadku obrotów handlu zagranicznego. Dziesiątki milionów bezrobotnych Chińczyków może pałać żądzą odwetu na sprawcach gospodarczej katastrofy, którymi są bez wątpienia zachodni politycy i bankierzy. Chiński potencjał nuklearny pozwala na zaatakowanie wszystkich centrów światowych finansów tj. tych miejsc gdzie rodziła się spekulacja i zaprzestano spłaty długów.
W tej konfrontacji Polska musi zająć stanowisko neutralne. Polska nie powinna płacić rachunku za bankierów spekulantów z Ameryki i Europy. Chwała Bogu nie uczestniczyliśmy w tej spekulacji, aczkolwiek władze Polski, jako członkowie Unii o tym wiedziały. Musimy być przygotowani na każdy scenariusz.
W najgorszym wariancie nasi rodacy w Zachodniej Europie i USA po potwierdzeniu narastania konfrontacji z Chinami powinni opuścić duże ośrodki miejskie, przede wszystkim, te które są siedzibami głównych instytucji finansowych. Uważamy, że najbezpieczniejszym miejscem dla Polaków jest Polska, mimo że powrót milionów rodaków spotęguje zapaść gospodarczą. Przetrwanie narodu jest warte takiej ceny.
Po ustąpieniu obecnych skompromitowanych władz Polski podejmiemy mediację w celu pokojowego rozwiązania konfliktu. Niezależnie od tego w jaki sposób ulegnie rozwiązaniu problem toksycznych aktywów, czeka nas odbudowa zniszczonych gospodarek, w tym systemów finansowych. W celu uniknięcia powtórki z historii odbudowany system finansowy powinien zapewniać bezpieczeństwo poprzez:
1. przywrócenie państwom monopolu emisji pieniądza i niedopuszczenie do kreowania pieniądza przez banki komercyjne,
2. zakaz łączenie działalności depozytowo-kredytowej z bankowością inwestycyjną,
3. zakaz używania derywatów na giełdach papierów wartościowych, rynkach pieniężnych, walutowych oraz surowcowych.
Pociągniemy do odpowiedzialności sprawców kataklizmu. Bankierzy i politycy zamieszania w spekulacje dożywotnio nie będą mogli sprawować funkcji publicznych i w instytucjach finansowych. Będą pod państwowym przymusem do końca życia usuwać własnymi rękoma potworne skutki konfrontacji zbrojnej, a w przypadku znalezienia rozwiązania pokojowego pod takimże przymusem fizyczną pracą przyczyniać się do odbudowy zniszczonych gospodarek narodowych. Nie dopuścimy do odpowiedzialności zbiorowej wobec niewinnych osób. To nie Żydzi są winni katastrofy. To przestępcy bankierzy i politycy, często o żydowskim pochodzeniu, dopuścili się zbrodni wobec pracujących w pokoju narodów, i oni poniosą za to odpowiedzialność.
Wiemy, że Polska przetrwa nadchodzący kataklizm. Podkreślamy, my w to nie tylko wierzymy, my to wiemy.
Wpowiedź Paula Kanjorskiego:
Tomasz Urbaś
źródło:
**********************************
PS.


Najpopularniejsze
Płyty Prawdy - zobacz, skopiuj i podaj dalej Pigułka szczęścia Zakazane rysunki - finałowa odsłona Miliardy do Izraela Wysadzenie wież WTC pretekstem do wojny Mity wegetarianizmu - cz. 1 Gdzie leży prawda: Kryzys finansowy Palacze do krematoriów Zaszczepią cały naród z powodu śmierci 1 człowieka Zostaniemy zachipowani
***
Za : http://wolnemedia.net/