o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

..when** NÜRNBERG II ** (postproduction process)

Tadeusz Korzeniewski, wt., 01/09/2009 - 15:56

Najbardziej odczuwam - głęboko odczuwam - tych, który zostali zesłani na Wschód.
Zostali rozproszeni po Sowietach, inni jeszcze dalej po świecie.
Dzieci, sieroty, które szczęśliwie przeżyły, a które są już bardzo starszymi osobami dziś. Ci są najważniejsi duchowo dla Polski.
Tym z nich którzy mają takie wezwanie wewnętrze, i ich rodzinom, chciałbym żeby kraj umożliwił powrót.
Wszystkim.
Jeśli Polska przywróci im kraj, coś dobrego się stanie, wiem.
Wiemy jak jest trudno o pracę, o zabezpieczenie bytu w kraju dziś. Ale w kraju winno utwierdzać się jak najszerzej postanowienie, nie tylko wśród szlachetnych organizacji: umożliwić powrót do kraju wszystkim tym zesłanym na Wschód, tym odciętym wskutek przesunięć granic.

I w miarę możliwości państwa i organizacji - miejmy nadzieję rosnących - sprawiać ten akt. Bo im najtrudniej było i jest.
Oni,
dla ducha kraju są najważniejsi.
























PS.
KIEDY POLSKA SPRAWIEDLIWOŚĆ ZDRAJCOM ?

niedziela, 30 sierpnia 2009

chłopcy p.o.polacken 1939 - 2009


Tak w górze jak i na dole

R.Krawczyk zabral glos na blogu Aleksandra Sciosa w s24 niespodziewanie w sposob mniej administracyjny niz zazwyczaj. Nie zebym chcial z nim polemizowac, bo oznaczaloby to z mojej strony jakis cien szacunku, warto jednak go skomentowac.

Dosyc dawno temu na blogu Freemana w burzliwej wymianie zdan RK nie byl w stanie zaprzeczyc, ze passwordy uzytkownikow trzyma na serwerze niezaszyfrowane i bez najmniejszych oporow w nich grzebie ile dusza zapragnie. Otoz RK traktowal (traktuje) s24 - internetowy serwis (serwis, service: usluga, obsluga) jak wlasne pastwisko, a blogerow jak nalezace do niego krowy.

Teraz pokazali sie na horyzoncie chlopcy znacznie wieksi i silniejsi od RK i potraktowali jego serwis jak wlasne pastwisko, a RK jak wlasna krowe.

Jest w tym pewien element sprawiedliwosci, Krawczyk ma w koncu to na co jego mentalnosc pracowala cale zycie.

Ale jest w tej historii cos wazniejszego. Kondycja spoleczna, consensus spoleczny. W zdrowym spoleczenstwie panuje ogolna zgoda, ze admin grzebiacy w passwordach wylatuje na morde z roboty, a jesli dopuszcza sie tego wlasciciel serwisu to uzytkownicy masowo i niezwlocznie przenosza sie gdzie inndziej. Dziala to w spoleczenstwie jak niekwestionowana norma postepowania i byc moze chroni przed "wiekszymi chlopcami". Gdy okazalo sie, ze Martha Stewart - diva lazienkowo-kuchenna jest zamieszana w przekrety gieldowe, ludzie masowo wyprzedawali akcje jej firmy, przestali kupowac jej produkty, a wielkie sklepy wstydliwie likwidowaly polki z jej produktami.

W Polsce panuje nadal zupelnie odmienny consensus spoleczny i niestety nieomal codziennie znajduje sie jakis nowy Klopotowski pelen sil i werwy do jego nieustepliwej obrony.

Ten spadek po komunizmie jest rzecza straszna.


Spoleczenstwo pozbawione autentycznych elit, pozbawione ludzi indywidualnych, drogowskazow, norm przyzwoitosci, w ktorym odarte z wlasnosci i godnosci stado usiluje w sposob iscie zwierzecy dorwac sie do pieniedzy, wlasnosci, znaczenia i wladzy.


Spoleczenstwo ktorego consensus oscyluje na poziomie instynktow zwierzecych, a patiomkinowskie elity to najpodlejsze kanalie wsrod homo sovieticus.

Autor: viilo o 04:18 0 komentarze

sobota, 29 sierpnia 2009

o socjudevropie. Prawda 24ct

иэмиенники Совдепии проклятой


Dlaczego "Polska" nie jest pępkiem swiata?
Zastanawia sie FYM na łamach sb2024.
***
Przepoczwarzenie się komunizmu zwane pierestrojką możliwe było pod paroma podstawowymi warunkami: 1) że zrzucony zostanie nieznośny gorset ideologiczny sowieckiego systemu,
2) że zachowane zostaną wpływy Bezpieki i wojskówki,
3) (najważniejsze) że „wolny świat” w żaden sposób nie będzie ingerował w ten proces ani, tym bardziej, usiłował doprowadzić do jakiegoś generalnego rozliczenia ludzi, którzy stworzyli wielopaństwowy obóz koncentracyjny.
Sowieciarze mogli tłumaczyć to w ten sposób, że skoro sami dokonują „demontażu systemu”, to nikt nie ma prawa ich traktować tak, jak potraktowano narodowych socjalistów po ich rozgromieniu pod koniec II wojny światowej. Sowieciarze więc zachowali się jak seryjny morderca, który w pewnym momencie odkłada broń i ogłasza w ten sposób policji, że jest niewinny (gwoli ścisłości, odkłada broń, ale się jej całkiem nie pozbywa). „Wolny świat” zachował się zaś jak policja, która widząc poddającego się zbrodniarza, puszcza go wolno, udzielając najwyżej krótkiego pouczenia.

Jest kilka istotnych roznic. Niemcy w 1945 podpisali akt kapitulacji, a niemieckich zbrodniarzy wojennych alianci doprowadzali z wiezien na sale rozpraw. W 1989 komunisci nie podpisywali nikomu zadnej kapitulacji, a Gorbaczow, Jaruzelski i Kiszczak nie byli aresztowani. Na domiar zlego Michnik z Kiszczakiem zrobili spoleczenstwu wode z mozgu. „Wolny świat” zachowal sie zaś jak amerykanska policja ktorej scigany zbrodniarz uciekl do Meksyku. Policja widzi gnoja zaraz za przejsciem granicznym, gnoj przestal uciekac i jawnie sie z gliniarzy natrzasa. Fachowo nazywa sie to obca jurysdykcja.

FYM oburza sie, iż nie zezwolono na osądzenie komunizmu i skazanie osób winnych praktyk ludobójczych (od eksterminacji po psychiatrię represyjną) w analogiczny sposób, jak dokonała się likwidacja narodowego socjalizmu.
Jest to wyjatkowo czcza gadanina poniewaz bez zwycieskiej wojny z komunizmem nadal nie da sie sprawiedliwie osadzic nawet jaruzelskich i kiszczakow nie wspominajac tu nawet czekistow sowieckich.

Dalej pretensje FYMa przenosza sie na „wolny świat” [,ze] nie wystąpił (nie tylko wobec Polski) z żadną poważną ofertą ekonomiczną, militarną i instytucjonalno-prawną zaraz po „obaleniu komunizmu”
Powazne oferty wymagaja powaznego sprawdzenia kontrahentow. Otoz kontrahenci byli albo wyjatkowo slabi w sprawowaniu polityki wewnetrznej (Olszewski i bracia Kaczynscy), albo wyjatkowo niepowazni (wszyscy inni premierzy i prezydenci). Polska nie potrafila wykorzystac swojego czlonkostwa w UE, a do sztabu NATO wyslala agentow sowieckich w polskich mundurach, dwie powazne oferty zostaly zaprzepaszczone od wewnatrz kraju i chyba na zawsze.

Faktem jest, ze najwieksze światowe sukcesy odniesiono w walce z komunizmem na drodze militarnej.
Wysilkiem Amerykanow, a takze Kanadyjczykow obroniono Pd Koree, Franco obronil Hiszpanie, a Pinochet Chile, MacCarthy przeprowadzil czystke antykomunistyczna w USA (musial sie posluzyc metodami pozaprawnymi). Potega militarna USA od wielu lat odstraszala Sowietow przed rozprzestrzenianiem rewolucji. I tu sie koncza sukcesy dyplomatyczne wolnego swiata w dialogu z dyplomacja sowiecka.


Generalnie z artykulu FYMa wyziera tesknota za swiatowym zandarmem, ktory przyjdzie i zrobi porzadek. Problem jest jednak w tym, ze ten swiatowy zandarm to konkretni ludzie, sprzedawca samochodow z Toronto, programista z Baltimore i hodowca bydla z Teksasu. Najpierw placą podatki na utrzymanie zawodowej armii, a nastepnie sami dostaja karty powolania.

Powiedzmy sobie szczerze, protestowalbym glosno gdyby moj syn mial zostac wcielony do armii i byc wyslany do Europy by walczyc o wolnosc dla FYMa i jego rodziny. Dzisiejsi
ludzie nad Wisla to spoleczenstwo zbyt slabe i zbyt znieprawione by utrzymac wolnosc otrzymaną w podarunku. A Europa to dziwny kontynent, nie sa w stanie wytrzymac bez zawieruchy dluzej niz kilkadziesiat lat.

Polska nie bedzie pepkiem swiata i nie wyzwoli jej amerykanski zandarm.
Nie masz FYMie latwych wyborow, jezeli pisanie i dyplomacja nie przyniosa wyzwolenia bedziesz musial ruszyc zadek i sam wziąc w rączki jakąs giwere.
Autor: viilo o 21:41 0 komentarze
*********
SPECIAL THANX for:
nissan

p.o.polacken * Polska * contradictio in adiecto

Zakazana reklama z Tonaldem D..uskiem * wybory prezydenckie w socjudeuroRPrl 2010 2011 2012


************
O POSLE DEPTULE Z PODKARPACIA I O PANU KADLCIKU, KTORY SIE ZASTANAWIA
*****


************* PS.

http://www.prawica.net/node/11998

PRZECIWKO LISABONE TRACTAT GŁOSOWALI
***
ABRAMOWICZ ADAM pr.BABINETZ PIOTR pr.BŁĄDEK ANTONI pr.BOGUCKI JACEK pr.BURY JAN S. ANTONIEGO pr.CHŁOPEK ALEKSANDER pr.CYBULSKI PIOTR pr.CYMAŃSKI TADEUSZ pr.DERA ANDRZEJ MIKOŁAJ pr.DOLATA ZBIGNIEW pr.GIRZYŃSKI ZBIGNIEW pr.GIŻYŃSKI SZYMON STANISŁAW pr.GOLBA MIECZYSŁAW pr.GOŁOJUCH KAZIMIERZ pr.GÓRSKI ARTUR pr.GÓRSKI TOMASZ pr.GRABICKA KRYSTYNA pr.JAGIEŁŁO JAROSŁAW pr.JANCZYK WIESŁAW pr.JURGIEL KRZYSZTOF pr.KACZANOWSKI DARIUSZ pr.KOŁAKOWSKI LECH pr.KOWALCZYK HENRYK pr.KOWALSKI BOGUSŁAW pr.KOZAK ZBIGNIEW pr.KWITEK MAREK pr.LIBICKI JAN FILIP pr.ŁATAS MAREK pr.MACIEREWICZ ANTONI pr.MALIK EWA pr.MARIANOWSKA BARBARA pr.MASŁOWSKA GABRIELA pr.MASŁOWSKA MIROSŁAWA pr.MAZUREK BEATA pr.MOSKAL KAZIMIERZ pr.OŻÓG STANISŁAW pr.PIĘTA STANISŁAW pr.POPIOŁEK KRZYSZTOF pr.RELIGA JAN pr.RĘBEK JERZY pr.ROJEK JÓZEF pr.RUSIECKI JAROSŁAW pr.SIARKA EDWARD pr.SIKORA ANNA pr.SOBECKA ANNA pr.STANKE PIOTR pr.SZLACHTA ANDRZEJ pr.SZWED STANISŁAW pr.SZYSZKO JAN pr.TELUS ROBERT pr.WARGOCKA TERESA pr.WOJTKIEWICZ MICHAŁ pr.WRÓBEL MARZENA DOROTA pr.ZAJĄC STANISŁAW pr.ZAWIŚLAK SŁAWOMIR pr.ŻACZEK JAROSŁAW pr.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Trzeba *


"Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!” (1Tes 5:21 BT)

"Każda prawda przechodzi trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem gorliwie zwalczana, a w końcu akceptowana jako coś oczywistego"

Artur Schopenhauer

( )Państwo narodowe opodatkowuje własnych obywateli; imperium opodatkowuje inne państwa narodowe (...) W XX wieku, po raz pierwszy w historii, Ameryce udało się opodatkować świat nie wprost - za pośrednictwem inflacji. Zamiast bezpośrednio domagać się podatku, jak czyniły to wszystkie poprzednie imperia, USA rozprowadziły po świecie, w zamian za towary, własną walutębez pokrycia - dolary - z zamiarem późniejszego doprowadzenia do ich inflacji i dewaluacji. To z kolei umożliwiało odkupienie każdego następnego dolara za mniejszą ilość dóbr. Owa różnica stanowiła imperialny podatek spływający do Stanów Zjednoczonych. A oto, jak do tego doszło.( )


Dr Krassimir Petrov


I. Ekonomia imperiów

Państwo narodowe opodatkowuje własnych obywateli; imperium opodatkowuje inne państwanarodowe. Historia imperiów, od hellenistycznego i rzymskiego po osmańsko-tureckie i brytyjskie,poucza nas, że ekonomicznym fundamentem każdego bez wyjątku imperium jest opodatkowanieinnych narodów. Zdolność imperium do narzucania podatków zawsze opiera się na lepszej isilniejszej gospodarce, a w konsekwencji - na lepszym i silniejszym wojsku. Część podatkówściąganych od poddanych szła na podnoszenie stopy życiowej obywateli imperium; część zaśsłużyła dalszemu wzmacnianiu dominancji militarnej niezbędnej do egzekwowania owych podatków.


Historycznie rzecz biorąc, kraje podporządkowane składały daniny w rozmaitych formach - zwykle w złocie i srebrze tam, gdzie kruszce te miały walor pieniądza, ale nieraz także w postaci niewolników, żołnierzy, ziemiopłodów, bydła czy innych produktów i surowców naturalnych, wzależności od tego, jakich dóbr gospodarczych imperium żądało a kraj podwładny był w stanie dostarczyć. Dawniej opodatkowanie na rzecz imperium miało zawsze formę bezpośrednią: państwo podporządkowane przekazywało te dobra gospodarcze wprost do imperium.


W XX wieku, po raz pierwszy w historii, Ameryce udało się opodatkować świat nie wprost - a za pośrednictwem inflacji. Zamiast bezpośrednio domagać się podatku, jak czyniły to wszystkiepoprzednie imperia, USA rozprowadziły po świecie, w zamian za towary, własną walutę bezpokrycia - dolary - z zamiarem późniejszego doprowadzenia do ich inflacji i dewaluacji. To z koleiumożliwiało odkupienie każdego następnego dolara za mniejszą ilość dóbr - właśnie owa różnica[między ilością dóbr importowanych a eksportowanych] stanowiła imperialny podatek spływającydo Stanów Zjednoczonych. A oto, jak do tego doszło.


W początkach XX wieku gospodarka USA uzyskała dominującą pozycję w świecie. Dolar amerykański był wówczas ściśle związany ze złotem, toteż jego wartość ani nie rosła, ani nie malała, lecz była wciąż równa tej samej ilości złota. Wielki Kryzys, z poprzedzającą go inflacją wlatach 1921 - 1929 oraz napęczniałymi deficytami budżetowymi w latach następnych, pokaźniezwiększył ilość waluty w obiegu - dalsze utrzymywanie jej pokrycia w złocie stało się niemożliwe.To skłoniło Roosevelta do zniesienia w 1932 r. sprzężenia między wartością dolara a wartościązłota. Aż do tego momentu USA mogły co prawda dominować w gospodarce światowej, ale, wsensie ekonomicznym, nie były jeszcze imperium. Stała wartość dolara i jego wymienialność nazłoto nie pozwalała Amerykanom ekonomicznie wykorzystywać innych krajów.


Amerykańskie imperium w sensie ekonomicznym narodziło się w Bretton Woods w 1945 r.Wprawdzie dolar nie był już w pełni wymienialny na złoto, ale ową wymienialność na złotozagwarantowano rządom innych państw - i tylko im. Tym samym dolar stał się walutą rezerwowącałego świata. Było to możliwe, ponieważ w czasie II wojny światowej Stany Zjednoczonezaopatrywały aliantów żądając zapłaty w złocie, dzięki czemu zgromadziły u siebie znaczną częśćświatowych zasobów tego kruszcu. Imperium nie mogłoby zaistnieć, gdyby, zgodnie zpostanowieniami z Bretton Woods, podaż dolara pozostała ograniczona i nie przekraczała wartościdostępnego złota. Umożliwiałoby to pełną wymianę dolarów z powrotem na złoto. Jednak polityka"armaty i masła" z lat sześćdziesiątych miała typowy charakter imperialny: podaż dolarazwiększano nieustannie, żeby finansować wojnę w Wietnamie i projekt "wielkiego społeczeństwa"L. B. Johnsona. Większość owych dolarów trafiała za granicę w zamian za towary sprzedawane doUSA bez szans na odkupienie ich po tej samej cenie. Wzrost zasobów dolarowych zagranicywywoływany przez nieustanny deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych był równoznaczny zopodatkowaniem - z klasycznym podatkiem inflacyjnym nakładanym przez dany kraj na własnychobywateli, tyle że tym razem był to podatek inflacyjny nałożony przez USA na resztę świata.


Kiedy zagranica zażądała w latach 1970-1971 wymiany posiadanych dolarów na złoto, 15 sierpnia1971 rząd USA ogłosił niewypłacalność. Wprawdzie opinię publiczną karmiono frazesami o"zerwaniu więzi między dolarem a złotem", ale w rzeczywistości odmowa spłaty w złocie byłaaktem bankructwa rządu Stanów Zjednoczonych. W gruncie rzeczy USA ogłosiły się wtedyimperium. Wyciągnęły z reszty świata ogromną ilość dóbr, nie mając zamiaru ani możliwości ich zwrócić, a bezsilny świat musiał się z tym pogodzić - świat został opodatkowany i nic nie mógł nato poradzić.


Od tego momentu, aby Stany Zjednoczone mogły utrzymać status imperium i nadal ściągaćpodatki, reszta świata musiała w dalszym ciągu akceptować - jako zapłatę za dobra ekonomiczne -stale tracące na wartości dolary. Musiała też gromadzić ich coraz więcej. Trzeba było więc daćświatu jakiś powód do gromadzenia dolarów, a powodem tym stała się ropa.


Gdy coraz wyraźniej było widać, że rząd USA nie zdoła wykupić swych dolarów płacąc za nie złotem, zawarł on w latach 1972-73 żelazną umowę z Arabią Saudyjską: USA będą wspieraćwładzę królewskiej rodziny Saudów, a w zamian za to kraj ten będzie sprzedawał ropę wyłącznie za dolary. Śladem Arabii Saudyjskiej miała podążyć reszta państw OPEC. Ponieważ świat musiał kupować ropę od arabskich krajów naftowych, utrzymywał rezerwy dolarowe, aby mieć czym za nią płacić. Świat potrzebował coraz więcej ropy, a jej ceny szły stale w górę, toteż popyt na dolarymógł tylko wzrastać. Wprawdzie dolarów nie można już było wymienić na złoto, ale za to stały sięone wymienialne na ropę naftową.


Sens ekonomiczny wspomnianej umowy sprowadzał się do tego, że dolar miał pokrycie w ropienaftowej. Dopóki tak było, świat musiał gromadzić coraz większe sumy dolarów, ponieważ byłyone niezbędne, aby móc kupić ropę. Tak długo jak dolar był jedynym dopuszczalnym środkiempłatności za ropę, miał on zagwarantowaną dominację w świecie, a amerykańskie imperium mogłodalej ściągać podatki z całego świata. Gdyby dolar, z jakiegokolwiek powodu, stracił pokrycie wropie naftowej, amerykańskie imperium przestałoby istnieć. Trwanie imperium wymagało więc, abyropa była sprzedawana wyłącznie za dolary. Wymagało ponadto, aby rezerwy ropy pozostawały rozproszone pomiędzy osobne, suwerenne państwa nie dość silne politycznie bądź militarnie, żebymóc żądać zapłaty za ropę w jakiejś innej formie. Gdyby ktoś zażądał innej zapłaty, należało goprzekonać do zmiany zdania - poprzez naciski polityczne albo środkami militarnymi.


Człowiekiem, który faktycznie zażądał za ropę zapłaty w euro był, w 2000 r., Saddam Hussein. Wpierwszej chwili jego życzenie zostało wyśmiane, później było lekceważone, ale kiedy stawało sięcoraz jaśniejsze, że jego zamiary są poważne, zaczęto wywierać na niego polityczną presję, abyzmienił zdanie. Kiedy również inne kraje, takie jak Iran, zażyczyły sobie zapłaty w innychwalutach, przede wszystkim w euro i w jenach, dolar znalazł się w realnym niebezpieczeństwie.Taka sytuacja wymagała akcji karnej. W Bushowskiej operacji "Szok i Przerażenie" w Iraku niechodziło o nuklearny potencjał Saddama, o obronę praw człowieka, o propagowanie demokracji,ani nawet o zagarnięcie pól naftowych; chodziło o obronę dolara, a tym samym - amerykańskiegoimperium. Chodziło o pokazanie światu, że każdy kto zażąda zapłaty za ropę w walucie innej niżdolar USA, będzie przykładnie ukarany.Wielu krytykowało Busha za to, że wszczął wojnę, aby zająć irackie pola naftowe. Krytycy cijednak nie potrafili wytłumaczyć, dlaczego Bushowi zależało na zajęciu owych złóż - przecież mógłpo prostu wydrukować puste dolary i uzyskać za nie tyle ropy, ile tylko mu było potrzeba. Musiałwięc mieć inny powód do inwazji na Irak.


Historia uczy, że imperium ma dwa uzasadnione powody do toczenia wojen: (1) w obronie własnej;albo (2) aby uzyskać poprzez wojnę jakieś korzyści. W każdym innym wypadku, co pomistrzowsku wykazał Paul Kennedy w "The Rise and Fall of the Great Powers", wysiłek wojennywyczerpie jego zasoby ekonomiczne i przyczyni się do jego rozpadu. Mówiąc językiemekonomicznym, aby imperium wszczęło i prowadziło wojnę, korzyści muszą przewyższać kosztymilitarne i społeczne. Korzyści z opanowania irackich złóż ropy z trudem usprawiedliwiajądługofalowe, rozłożone na wiele lat koszty operacji wojskowej. Bush musiał natomiast uderzyć naIrak, aby bronić swego imperium. Potwierdzają to fakty: w dwa miesiące od momentu inwazji,program "Ropa za żywność" został wstrzymany, irackie konta prowadzone w euro przestawione zpowrotem na dolary, a ropa znów była sprzedawana wyłącznie za walutę USA. Przywróconoglobalną supremację dolara. Bush triumfalnie zstąpił z myśliwca i obwieścił pomyślne zakończeniemisji - udało mu się obronić dolara, a wraz z nim - amerykańskie imperium.


II. Irańska Giełda Naftowa

Władze Iranu w końcu opracowały ostateczną broń "jądrową", która może błyskawicznie unicestwić system finansowy leżący u podstaw amerykańskiego imperium. Tą bronią jest IrańskaGiełda Naftowa, której inaugurację planowano na marzec 2006 [otwarcie giełdy opóźniło się, ale ma nastąpić w najbliższym czasie - przyp. red.]. Ma ona być oparta na mechanizmie handlu ropą rozliczanym w euro. W kategoriach ekonomicznych projekt ten stanowi znacznie większą groźbędla hegemonii dolara niż wcześniejsze posunięcie Saddama. W ramach transakcji giełdowych bowiem każdy chętny będzie mógł kupić albo sprzedać ropę za euro, bez żadnego pośrednictwa dolara. Możliwe, że w takiej sytuacji prawie wszyscy chętnie przyjmą system rozliczeń w euro.Europejczycy, zamiast kupować i trzymać dolary, aby zabezpieczyć swe płatności za ropę, będą mogli płacić własną walutą. Przejście na rozliczenia w euro w transakcjach naftowych nadałobyeuro status światowej waluty rezerwowej - z korzyścią dla Europejczyków, z niekorzyścią dlaAmerykanów.Chińczycy i Japończycy będą szczególnie zainteresowani nową giełdą, gdyż umożliwi imdrastyczne zmniejszenie swych ogromnych rezerw dolarowych i ich dywersyfikację, co będzie dlanich ochroną przed następstwami deprecjacji dolara. Część posiadanych dolarów będą chcieli nadalzatrzymać; drugiej części być może w ogóle się pozbędą; trzecią część zachowają na pokryciedolarowych płatności w przyszłości, tym razem już bez odnawiania tych rezerw, a przechodzącstopniowo na rezerwy w euro.
Rosjanie mają żywotny interes ekonomiczny w przejściu na euro - większość wymiany handlowejprowadzą właśnie z krajami europejskimi, z krajami - eksporterami ropy naftowej, z Chinami oraz z Japonią. Przejście na rozliczeniach w euro natychmiast uwidoczni się w handlu z pierwszymi dwoma blokami, a z czasem także ułatwi handel z Chinami i Japonią. Ponadto Rosjanie, zdaje się, zniechęcią trzymają dolary, które tracą na wartości, skoro ich nowym objawieniem jest rozliczaniesię w złocie. Poza tym, w Rosji odżył nacjonalizm, i jeśli przejście na euro miałoby być dotkliwymciosem dla Ameryki, z przyjemnością go zadadzą i będą z satysfakcją się przyglądać, jak imperium krwawi.


Arabskie kraje eksportujące ropę chętnie będą przyjmować euro jako środek dywersyfikacji ryzykawobec piętrzących się gór dewaluujących się dolarów. Te kraje także, podobnie jak Rosja, handlująprzede wszystkim z krajami Europy, a zatem będą preferować walutę europejską, zarówno zewzględu na jej stabilność, jak i dla ograniczenia ryzyka walutowego, nie mówiąc już o motywieideologicznym - dżihadzie przeciwko Niewiernemu Wrogowi.


Tylko Brytyjczycy znajdą się między młotem a kowadłem. Ze Stanami Zjednoczonymi łączy ichwieczne strategiczne partnerstwo, ale równocześnie naturalnie ciążą ku Europie. Jak dotąd mieliwiele powodów, aby trzymać z tym, który wygrywa. Kiedy jednak zobaczą, że ich blisko stuletnipartner upada, czy będą wytrwale trwać u jego boku, czy też go dobiją? Nie należy jednakzapominać, że obecnie dwie wiodące giełdy naftowe to nowojorski NYMEX i londyńskaMiędzynarodowa Giełda Ropy Naftowej (International Petroleum Exchange - IPE), obiepraktycznie w rękach Amerykanów. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że Brytyjczycy będąmusieli pójść na dno razem z tonącym okrętem, w przeciwnym bowiem razie strzeliliby sobie w stopę, szkodząc własnym interesom na londyńskiej IPE. Warto zauważyć, że bez względu na retorykę objaśniającą powody utrzymania funta szterlinga, Brytyjczycy nie przeszli na euro najprawdopodobniej właśnie dlatego, że sprzeciwiali się temu Amerykanie: gdyby tak się stało,londyńska IPE musiałaby się przestawić na euro, tym samym zadając śmiertelną ranę dolarowi i strategicznemu partnerowi Wielkiej Brytanii. W każdym razie bez względu na to, co postanowiąBrytyjczycy, jeśli Irańska Giełda Naftowa nabierze tempa, liczące się siły interesu - europejskie,chińskie, japońskie, rosyjskie i arabskie - z zapałem przyjmą w rozliczeniach euro, a wówczas losdolara będzie przypieczętowany. Amerykanie nie mogą do tego dopuścić, i użyją, jeśli zajdziekonieczność, szerokiego wachlarza strategii, aby powstrzymać lub zahamować funkcjonowanieplanowanej giełdy.
Sabotaż giełdy - mógłby polegać na wprowadzeniu wirusa komputerowego, ataku na sieć, system łączności lub na serwery, rozmaitych naruszeniach bezpieczeństwa serwerów, albo też na zamachu bombowym na główne i pomocnicze obiekty giełdy w stylu 11 września.
Zamach stanu - zdecydowanie najlepsza strategia długoterminowa, jaką dysponują Amerykanie.Wynegocjowanie takich warunków i ograniczeń prowadzenia giełdy, które będą do przyjęcia dlaUSA - inne znakomite rozwiązanie dla Amerykanów. Oczywiście, rządowy zamach stanu jest strategią wyraźnie preferowaną, gdyż zagwarantowałby, że giełda wcale nie będzie funkcjonować, awięc niebezpieczeństwo dla amerykańskich interesów będzie zażegnane. Gdyby jednak próby sabotażu czy zamachu stanu się nie powiodły, wówczas negocjacje byłyby z pewnością najlepsządostępną opcją.Wspólna rezolucja wojenna ONZ - tę będzie bez wątpienia trudno uzyskać, zważywszy na interesywszystkich pozostałych państw członkowskich Rady Bezpieczeństwa. Gorączkowa retoryka o tym,jak to Irańczycy opracowują broń jądrową niewątpliwie ma na celu utorowanie drogi do tego typudziałań.
Jednostronne uderzenie nuklearne - to byłby straszliwy wybór strategiczny, z tych samychwzględów, co strategia następna - jednostronna wojna totalna. Do wykonania tej brudnej robotyAmerykanie prawdopodobnie posłużyliby się Izraelem.Jednostronna wojna totalna - to jawnie najgorszy możliwy wybór strategiczny. Po pierwsze, zasobywojskowe USA zostały już nadwerężone przez dwie poprzednie wojny. Po drugie, Amerykaniejeszcze bardziej zraziliby do siebie inne silne narody. Po trzecie, państwa posiadające największerezerwy dolarowe mogłyby się zdecydować na cichą zemstę w postaci pozbycia się swoich górdolarów, tym samym utrudniając Stanom Zjednoczonym dalsze finansowanie ich ambitnychwojowniczych planów. Po czwarte wreszcie, Iran ma strategiczne sojusze z innymi silnyminarodami, co mogłoby doprowadzić do ich zaangażowania się w wojnę; mówi się, że Iran ma takieprzymierze z Chinami, Indiami i Rosją, znane pod nazwą Szanghajskiej Grupy Współpracy, a takżeosobny pakt z Syrią.
Bez względu na to, która strategia zostanie wybrana, z czysto ekonomicznego punktu widzeniamożna stwierdzić, że o ile Irańska Giełda Naftowa nabierze rozpędu, główne potęgi gospodarcze zzapałem zaczną z niej korzystać, a to pociągnie za sobą zgon dolara. Upadanie dolara dramatycznieprzyspieszy amerykańską inflację i stworzy presję na dalszy wzrost długoterminowych stópprocentowych w USA. W tym momencie Bank Rezerwy Federalnej znajdzie się między Scyllą aCharybdą - między groźbą deflacji a hiperinflacji - i będzie musiał pospiesznie albo zażyć swoje"klasyczne lekarstwo" deflacyjne, polegające na podniesieniu stóp procentowych, co wywołapoważną depresję gospodarczą, zapaść na rynku nieruchomości oraz załamanie się rynku obligacji,akcji i walorów pochodnych, a w następstwie - totalny krach finansowy, albo, alternatywnie,wybrać wyjście weimarskie, czyli inflacyjne, a więc utrzymać na siłę oprocentowanie obligacjidługoterminowych, odpalić "helikoptery" i "zatopić" rynek powodzią dolarów, ratując przedbankructwem liczne fundusze długoterminowe (LTCM) i wywołując hiperinflację.Austriacka teoria pieniądza, kredytu i cykli gospodarczych uczy nas, że pomiędzy ową Scyllą aCharybdą nie ma rozwiązania pośredniego. Prędzej czy później system monetarny musi sięprzechylić w jedną lub w drugą stronę, co zmusi Rezerwę Federalną do podjęcia decyzji.
Głównodowodzący Ben Bernanke (nowy prezes Fed - przyp. red.), renomowany znawca WielkiegoKryzysu i wprawny pilot śmigłowca "Black Hawk", bez wątpienia wybierze inflację."Helikopterowy Ben" nie pamięta wprawdzie America's Great Depression Rothbarda, ale dobrzezapamiętał lekcje płynące z Wielkiego Kryzysu i zna niszczycielskie działanie deflacji. Maestronauczył go, że panaceum na każdy problem finansowy jest wywołanie inflacji, choćby się paliło iwaliło. Uczył on nawet Japończyków własnych niekonwencjonalnych metod zwalczania deflacyjnejpułapki płynności. Podobnie jak jego mentorowi, marzy mu się przezwyciężenie "zimyKondratiewa".
Żeby nie dopuścić do deflacji, ucieknie się do drukowania pieniędzy; odwoła wszystkie helikoptery z 800 zamorskich baz wojskowych USA; a jeśli będzie trzeba, nada stałąwartość pieniężną wszystkiemu, co mu się nawinie. Jego ostatecznym dokonaniem będziehiperinflacyjna destrukcja amerykańskiej waluty, z której popiołów powstanie nowa walutarezerwowa świata - barbarzyński relikt zwany złotem.
************


Tegoż autora: "China's Great Depression" "Masters of Austrian Investment Analysis" "AustrianAnalysis of U.S. Inflation" "Oil Performance in a Worldwide Depression" Zalecana lektura:William Clark "The Real Reasons for the Upcoming War in Iraq" William Clark "The Real ReasonsWhy Iran is the Next Target"


O autorze Krassimir Petrov ( Krassimir_Petrov@hotmail.com)
uzyskał doktorat z ekonomii w USA, a obecnie wykłada makroekonomię, finanse międzynarodowei ekonometrię na Uniwersytecie Amerykańskim w Bułgarii.

Tłum. Paweł Listwan

***********
Oczadzialego Wujca przypadki.

Blog Leberté od dawna jest dla mnie zrodlem intelektualnej podniety, porownywalnej bodaj z lektura Trybuny Czerwonego Luda lat osiemdziesiatych, stad i najnowsza agitka pana Henryka Wujca jest tam jak najbardziej na miejscu.

http://industrial.salon24.pl/121850,henryk-wujec-polska-ukraina-sprawy-elementarne

Nie wiem, czy p.Wujec cierpi na te sama przypadlosc, co Vladek Frasyniuk, ktory od pewnego czasu zaczal mowic “my inteligencja”, ale Wujec sprawia wrazenie czlowieka oczadzialego antyszambrowaniem u Michnika.
Jego bezprzykladny atak na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i obarczanie go wina za odradzanie sie baderowszczyzny dobitnie swiadczy, iz bardzo sie stara, chociaz czy ma szanse zostac kims wiecej niz starszym szabesgojem – nie mnie rozsadzac.

Tymczasem zamiast wujcowego, proponuje wlasne polsko-ukrainskie “obiecadlo”:

Teza s.p. Giedroycia jakoby nie bylo niepodleglej Polski bez takiejz Ukrainy kwalifikuje sie niestety do ksiegi Guinness’a w rozdziale poswieconym glupocie politycznej. Polska miala sie calkiem dobrze, kiedy o samodzielnej Ukrainie nikt nawet nie myslal i nie jest wykluczone, ze jesli wrzod banderowskiej ideologii nie zostanie w pore zlikwidowany, taka sytuacja sie powtorzy.
Nie mamy zadnego wplywu ani na niepodleglosc Ukrainy, ani na to, kto tam rzadzi. Jeslibysmy byli lokalnym mocarstwem ( czego zgola nie da sie wykluczyc, wystarczy wyobrazic sobie gdzie bylibysmy, gdyby zamiast bandy zaprzancow, przez ostatnie dwie dekady rzadzily nami elity na miare elit IIRP ), to wowczas moglibysmy przepychac sie z Ruskimi i mowic: “a paszli won z naszej strefy wplywow”. Tymczasem wobec realnego poparcia dla Juszczenki na Ukrainie rzedu 2%, mamy wybor miedzy Partia Regionow Janukowycza ( slusznie uwazajacego Bandere na ludobojce i sojusznika Hitlera ) a piekna Julia, finansowana przez “przemysl surowcowy”, ktory to przemysl jest oczkiem w glowie rzadzacych Rosja sluzb.
Naszym celem jest oczywiscie istnienie przyjaznych panstw na wschodzie, holdujacych wspolnej tradycji jagiellonskiej i Rzplitej Obojga czy Trojga Narodow i dlatego tez banderowszczyzna, odpowiedzialna za ludobojstwo na Polakach, Zydach i samych Rusinach, i do tego jeszcze gloszaca brednie o tzw. terytorium etnicznym, siegajacym pod Krakow, musi byc tepiona wszystkimi sposobami, fas et nefas, przy samych plecach.

I jeszcze dwie sprawy:

1. Ukraina w obecnych granicach jest najprawdopodobniej nie do utrzymania i nie widze najmniejszego powodu, by rozdzierac szaty, zwlaszcza wlasne.
Nacjonalistyczna teoria tzw. ukrainskiego terytorium etnicznego ( lacznie z tzw. Zakerzoniem ) ma takie same podstawy historyczne czy prawne, jak hitlerowski “Lebensraum”. Najjaskrawszym przykladem jest wchodzacy w jego sklad Krym, zawojowany na Tatarach i Turcji przez Rosje, a podarowany SowRepublice Ukrainy przez Chruszczowa w 1954 ( szczegoly dotyczace historii i zmian ludnosciowych powszechnie dostepne w internecie ).
Drugi przyklad to okreg lwowski. Nikt nie zamierza w najblizszym czasie dokonywac rewindykacji tej ziemi, tym niemniej musimy znac i pamietac o historycznej prawdzie. Lwow nie byl zadnym etnicznym terytorium, bylo to zywe i pulsujace centrum kresowej kultury polskiej, z przewaga ludnosci polskiej, ktore po wojnie zostalo przez sowiecki totalitaryzm bezprawnie oderwane od Polski, zrujnowane i zdepolonizowane.
Przyklad trzeci, to Republika Zakarpacka, ktora oglosila swoja autonomie bodaj rok temu. Obszar ten nigdy w historii ( poza byc moze okresem Rusi Kijowskiej ) nie podlegal ani nie mial zadnych zwiazkow politycznych z Kijowem i najwlasciwsze byloby formalne uznanie jego nie tylko autonomii, ale i niepodleglosci.

2. Zbrodniczy antysemityzm Bandery.
Nie moge pojac, dlaczego lobby zydowskie w Polsce z uporem godnym lepszej sprawy jest slepe i gluche na zbrodniczy antysemityzm lansowanego idola.
Nawet w takim Leberté. Moge zrozumiec pana Syryjczyka ( jesli nazwisko nas nie zwodzi ), ale inni? Czemu spi pan Jan Hartman, tak zawsze cierpiacy na skutek bezobjawowego wprawdzie, ale systemowego ( bo wyniklego z pozycji KK ) antysemityzmu w Polsce?

Pewnie znow racje ma St. Michalkiewicz, ktorego opinie przytaczam jako pointe
( por. http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=865 )

A ponieważ na obecnym etapie żydowskie lobby w Polsce nastawia się wobec Rzeczypospolitej na scenariusz rozbiorowy, to i chłop opętany przez Żydów, czyli Henryk Wujec, przekracza granice już nie tylko przyzwoitości, ale zwyczajnego rozsądku w podlizywaniu się banderowcom pod pretekstem tzw. „pojednania”. Józef Mackiewicz zauważył kiedyś, że Niemcy robią z Polaków bohaterów, podczas gdy Sowieci – gówno. Okazuje się, że nie tylko Sowieci. Inni też to potrafią.

* * *

Wpis poprzedni ( ale przedni ):

WYBORCZEJDAR DLA EUROPY

“Nasz dar dla Europy” - informuje na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza. Tytuł trafnie dwuznaczny, ponieważ sugeruje, że podpisany przez szefów polskiego i niemieckiego episkopatu, jest darem Gazety Wyborczej dla Europy.
http://blog.rp.pl/szuldrzynski/2009/08/26/kto-naprawde-pisze-historie-na-nowo/
http://wyborcza.pl/1,76842,6965064,Nasz_dar_dla_Europy.html

Wyborcza i skupione wokol niej srodowisko polityczne podarowalo swego czasu Europie prawdziwy dar Danajow, ratujac komunizm w Polsce, a tym samym na calym kontynencie.
Jak zauwazyl byl red. Krzysztof Wyszkowski, jako Polacy mielismy prawo wyrzec sie dorobku pokolen i przefrymarczyc Rzeczpospolita Obojga Narodow, podobie jak teraz mielismy prawo swiadomie glosowac na bande zaprzancow, bedaca na uslugach obcych razwiedek, zamieniajacych dotychczasowy step w pustynie. Ale nikt nigdy nie dal nam byl moralnego prawa, by byc przechowalnia i reinkubatorem eurokomunizmu dla calej Europy. Taka odsiecz wiedenska, tyle ze tym razem po stronie barbarzyncow. Wszyscysmy winni jako Polacy, choc oczywiscie slusznym jest nazwanie tego “darem Wyborczej i calej michnikowszczyzny dla Europy”.

A co sie tyczy wspolnego oswiadczenia episkopatow niemieckiego i polskiego … No coz, kiedy moralny i intelektualny karzel probuje nasladowac tytana, w najlepszym wypadku wychodzi groteska.
Oredzie biskupow polskich z 1965 roku bylo dzielem polskich mezow stanu. Dzisiejsze oswiadczenie to dzielo niemieckich mezow stanu, skwapliwie podpisane przez Zakon Ojcow Konfidencjonalow, ktorych najwieksza “pastoralna” troska jest zabetonowanie IPN-u na najblizsze polwiecze.
***********
PS II. Obszczije vieszczi 1000 letn. Polonii
Kilka ogólnych
Internet i zwłaszcza w Polszie Salon dvadcat'czetyrie sprawiły, że wielu zwykłych inteligentnych ludzi poczuło się jakby siedzieli nad mapami w Belwederze z Marszałkiem.
Tymczasem w większości nawet tzw. znani blogerzy to osobowości na poziomie, powiedzmy, województwa, max, nie Polski. Polska to za duże wiatry dla nich. Nie dziwota, że ich czasem z placu poważniejszych wspólnotowych gier pozycyjnych jak kłąbki wełny zdmuchuje.
W latach 80. kelnerowałem w nowojorskich restauracjach i miałem tzw. back waitera, kelnera donoszącego z kuchni. Kolo był prosty wieśniak z jednego z krajów pogranicza Europy i Azji. Pracowałem z nim ponad rok i do końca nie mogłem oduczyć popychania palcem np. liścia sałaty, bo ten zsunął się na brzeg talerza podczas przynoszenia. I to we wnętrzu restauracji się działo, kiedy postawił on już tacę na stojak i miał podać. Chłopak miał to po prostu naturalnie. W gorączce tzw. rushu restauracyjnego, pośpiechu, stawał się jaki był. Tak sobie o nim myślę - Mike miał na zamerykanizowane imię - ostatnio, kiedy widzę jak nasi blogerzy zawalają super skomplikowane i subtelne gry na najwyższym poziomie polskiego przeznaczenia.
Trzeba znać swoje miejsce.
Internet to dziecko w powijakach, może nie wyszedł jeszcze z łona. Najwyżej raczkuje. A kiedy zacznie biegać dopiero będzie a będzie przetasowań wartości.
Masowo wzięci blogerzy, forumowicze, dobrzy są w podchwytywaniu odsuniętych ważnych problemów, wykładaniu ich na tapetę. Dobrzy w podszczypywaniu tzw. zawodowców za tchórzostwo obywatelskie czy zwykłe intelektualne lenistwo. W zawstydzaniu ich; zbyt często będące jednak przy tym kanibalizmem light, mentalnym dziobaniem do krwi. Konsumeryzmem po prostu. Konsumeryzmem stojących obywatelsko nierzadko na wyższym poziomie, ale intelektualnie gorszych.
Użyteczni są także blogerzy i forumowicze jako robiące dziobkami kury kręcące się po obejściu, znoszące na tuptających gorliwie nożynach to robaczka smacznej wiadomości stąd, to ziarnko uzupełniającego fakciku stamtąd, to ciekawe zdziebełko tego, to kamyczek tamtego. Można wybierać, zamiast samemu czas tracić.
Ale nie są i nigdy nie będą w stanie wypracować idei, myśli.
Na to trzeba znacznie ponadprzeciętnej inteligencji i długoterminowego przyłożenia. A bez myśli nie ma kultury. Nie ma zasadniczej artykulacji problemów wspólnoty. W ogóle sprawy człowieka.
Tak, że "blogerzy". Zsiądźcie nieco niżej na tej grzędzie.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Usunąłem kilka komentarzy, nie dlatego, że były słabe, ale że były słabe a nabzdyczały się na "co to nie ja". To jest wasz problem, mierni zblogsferowani, mediocre signal to ego noise ratio.
Zaś rozumnych i swoich witam tu jak najsympatyczniej.
_ _ _ _ _ _ __ _ _
@ Selka
Lekka regulacja. Bez tego nie pojedziemy dalej.
http://tadeuszkorzeniewski.salon24.pl/120259,kilka-ogolnych

wtorek, 25 sierpnia 2009

was is das Bilderberg. PO Polenliquidation



Wczoraj ok. 30 pracowników Cegielskiego pikietowało pod Wielkopolskim Urzędem Wojewódzkimi. Delegacja załogi została przyjęta przez wojewodę, któremu wręczono petycję. Zapowiedziano kolejną akcję już za tydzień.


Poznań: Pikieta pracowników HCP pod UW
ozzip.pl
20-08-2009

Pracownicy Cegielskiego sprzeciwiają się zapowiadanym zwolnieniom ponad 530 pracowników zakładu, 1/3 załogi. W wręczonej wojewodzie, Piotrowi Florkowi, petycji czytamy:

„Załoga H. Cegielski – Poznań S.A., przedsiębiorstwa w stu procentach należącego do Skarbu Państwa, ze zdumieniem przyjęła, że nowy prezes firmy, Jarosław Lazurko, który w czerwcu br. objął stanowisko z pełną aprobat Ministerstwa Skarbu Państwa, przewiduje zwolnienie 1/3 załogi, czyli ponad 500 osób, oraz (w sposób nielegalny) obniża pensje o 35 procent.

Pracownicy Cegielskiego wiele słyszeli o tym, że Rząd RP, z uwagi na kryzys ekonomiczny, zamierza chronić miejsca pracy i wspomóc przeżywające trudności zakłady pracy; słyszeli o przyjętym w tej sprawie odpowiednim pakiecie rozwiązań prawnych. Trudno zatem zrozumieć, dlaczego zakłady Cegielskiego nie zostały objęte żadnym programem ochronnym, a za ewidentne niedopatrzenia polityków, płacić dziś muszą robotnicy. Nie kto inny jak minister Grad, w debacie sejmowej, która odbyła się w lipcu zeszłego roku, stwierdził, iż w poważnej części zła sytuacja przemysłu stoczniowego w Polsce jest wynikiem szeregu błędów, jakich się dopuściły poprzednie ekipy rządowe.

Dodatkowo wiele firm i ich załóg zostało pozostawionych samym sobie. O ile stocznie zostały w zeszłym roku objęte „specustawą”, zapewniającą pewnego typu ochronę dla tracących w nich pracę robotników, o tyle szereg zakładów, ściśle związanych z przemysłem stoczniowym, zostało w tej ustawie pominiętych. Między innymi pominięto zakłady i pracowników Cegielskiego.

W sprawie tej, w odczuciu załogi Cegielskiego, nie wyciągnięto zatem żadnych wniosków, a wyrażana przez Rząd RP troska o pracowników, wydaje się z perspektywy członków załogi Cegielskiego, czczymi deklaracjami. Świadczą o tym m.in. rozwiązania forsowane przez prezesa Jarosława Lazurko, które wskazują, że za kryzys mają dziś zapłacić wyłącznie robotnicy i ich rodziny, i że rząd w tej sprawie nic nie zamierza uczynić”.

Pracownicy Cegielskiego zwrócili się do wojewody, jako przedstawiciela Rządu RP w terenie, z zapytaniem, czy zapowiadane zwolnienia 1/3 załogi HCP S.A. „na bruk”, bez żadnego programu ochronnego, odbywa się za aprobatą Rządu RP? Czy nielegalne, wbrew Kodeksowi pracy, obniżki wynagrodzeń pracowników Cegielskiego o 35%, odbywają się za aprobatą jego właściciela, czyli Państwa i Rządu RP? Czy celem Rządu RP jest dalszy rozwój czy likwidacja firmy ze 150-letnia tradycją, bez której trudno sobie wyobrazić industrializację Wielkopolski i dzięki której dziś w regionie może działać wiele innych przedsiębiorstw, które korzystają z infrastruktury przemysłowej i siły roboczej rozwiniętej dzięki zakładom Cegielskiego? Kiedy Rząd RP zamierza rozpatrzyć, popierany przez całą załogę, plan uspołecznienia (powołania spółdzielni), dzięki któremu załoga Cegielskiego chciała współdecydować i wziąć sprawy we własne ręce? Na złożony ponad rok temu plan powołania spółdzielni Rząd RP, ściśle Ministerstwo Skarbu Państwa, nigdy nie odpowiedziało.

Zapowiedziano, że za dwa tygodnie pracownicy HPC powrócą, aby usłyszeć odpowiedź od wojewody. Jednocześnie zapowiedziano już za tydzień, 28 sierpnia, akcję pod Urzędem Marszałkowskim, gdzie mają się odbywać rozmowy na temat sytuacji w zakładach Cegielskiego i tzw. programu osłonowego.

Fotorelacja:
http://ozzip.pl/serwis-informacyjny/wielkopolskie/856-poznan-pikieta-pracownikow-hpc-pod-urzedem-wojewodzkim
***************
PS
BILDERBERG – prywatna globalizacja kłamstwa


Cywilizacje zawsze „tworzone i kierowane były przez małe grupy intelektualnej arystokracji, nigdy przez masy” G. Le Bon


"Elity kapitalizmu finansowego miały dalekosiężne cele, polegające na stworzeniu światowego systemu prywatnej władzy finansowej, która byłaby w stanie zdominować systemy polityczne wszystkich państw oraz gospodarkę całego świata... "
Carroll Quigley


W maju 2009 r. z charakterystycznym orwellowskim obiektywizmem i zdumiewającym spokojem magazyn „Wprost” poinformował swoich czytelników, że „jak co roku, grupa około 130 polityków, bankierów i arystokratów z całego świata spotka się, (...) by wspólnie zastanowić się nad przyszłością świata.” Jednak „konferencja Grupy Bilderberg zapewne nie zostanie opisana na większą skalę w mediach”, wyjaśnił lojalnie autor artykułu. Jak wszyscy dobrze wiemy, opinia publiczna, którą magazyn „Wprost” kształtuje, nie powinna się przecież tą przyszłością za bardzo interesować. Mamy zaakceptować po prostu to, że „losy świata nie leżą w naszych rękach”, jak śpiewała kiedyś ostro Ostrowska.[1]

Od czasów wojny secesyjnej w USA cywilizacja zachodnia była areną powstawania i niezwykle gwałtownego rozwoju korporacyjnych imperiów przemysłowo-finansowych. Proces ten, będący efektem wielkiego transferu kapitału z Europy do Ameryki – przede wszystkim z giełdy londyńskiej przez imperium bankowe House of Morgan i konkurujące z nim skoligacone dynastie żydowskie (Rothschild, Warburg, Oppenheim), reprezentowane na Wall Street przez Kuhn, Loeb & Company pod kierownictwem legendarnego Jacoba Schiffa – doprowadził do silnej koncentracji władzy politycznej w rękach elity finansowej, o czym w roku 1966 w znanej pracy historycznej „Tragedy & Hope” profesor historii Uniwersytetu Harvarda i doradca departamentu obrony USA Carroll Quigley pisał: „elity kapitalizmu finansowego miały dalekosiężne cele, polegające na stworzeniu światowego systemu prywatnej władzy finansowej, która byłaby w stanie zdominować systemy polityczne wszystkich państw oraz gospodarkę całego świata. Ten system – pisał Quigley – miał być zarządzany w sposób feudalny przez światowe banki centralne, koordynujące działania poprzez tajne porozumienia, prowadzone na prywatnych spotkaniach i konferencjach”.[2]

Jednym z takich było legendarne już stowarzyszenie Bilderberg, będące „niezwykle interesującą grupą dyskusyjną, debatującą corocznie w sprawach szczególnej wagi zarówno dla Europejczyków jak i Amerykanów” – jak dyplomatycznie wyraził się o niej najbardziej aktywny uczestnik spotkań David Rockefeller, który poświęcił Grupie Bilderberg aż dwie strony w swoich bestsellerowych „Wspomnieniach”, wydanych w 2002 r. Pisał, że w maju 1954 r. za namową polskiego arystokraty Josepha Retingera książę holenderski Bernard zwołał konferencję, która odbyła się w hotelu Bilderberg w miejscowości Oosterbeek. „Konferencja miała pożyteczny cel”, twierdził Rockefeller i dlatego „wspólnie zdecydowano, że następnego roku powinna odbyć się ponownie”.[3]

Nie poinformowano jednak o tym prasy. Zresztą, wiadomo, konferencjami, które mają tak „pożyteczny cel”, media zwykle się nie interesują. I jest tego logiczny powód. Po pierwsze media nie interesują się spiskami elit politycznych, a Grupa Bilderberg od początku swego istnienia była encyklopedycznym przykładem organizacji stanowiącej „grupę osób działających tajnie i dążących do osiągnięcia wspólnego celu” (pożytecznego lub nie), jak prosto i czytelnie definiują słowo „spisek” leksykony. Po drugie skoro żyjemy w warunkach wolnego rynku, który „reguluje się sam”, to dla każdego dobrze wykształconego dziennikarza oczywiste jest to, że jedynym zajęciem bankierów i przemysłowców może być tylko i wyłącznie gra w golfa, a ta najnudniejsza rzecz na Ziemi nie jest w stanie zainteresować współczesnego konsumenta mediów preferującego dużo bardziej emocjonujące formy rozrywki.

Członkowie Grupy Bilderberg przez lata uspakajali wścibskich i „paranoicznych populistów”, że ich spotkania nie mają charakteru „tajności”, gdyż są to po prostu spotkania „prywatne” i odbywają się w „klubowej atmosferze” i spokoju, jaki można osiągnąć jedynie przez odizolowanie się od środków masowego przekazu. Niby ludzka sprawa – pogadać, ale „z kim i o czym” robi różnicę. Z punktu widzenia amerykańskiego prawa federalnego spotkania te są działalnością kryminalną, klasyfikowaną w kategorii „felony”, czyli „zbrodnie”. I dlatego nie wolno mówić o nich w mediach. Zgodnie z obowiązującą od 1799 r. ustawą Logana prawo federalne USA zakazuje obywatelom państwa jakichkolwiek samowolnych negocjacji z członkami obcych rządów państwowych, a dokładnie taka działalność uprawiana jest na spotkaniach klubu Bilderberg. Sam założyciel klubu książę Bernard zaangażowany był w działalność kryminalną. „W 1976 r. Grupę Bilderberg dotknął skandal, który niemal spowodował jej rozwiązanie – wspominał Rockefeller – Twierdzono, że książę Bernard zwrócił się do Lockheed Corporation z propozycją wykorzystania swego stanowiska w celu wpłynięcia na decyzje dotyczące zaopatrzenia holenderskich sił zbrojnych w zamian za znaczącą finansową rekompensatę. Przez cały rok liczba dowodów przeciwko księciu narastała wraz z sugestiami, że spotykał się z pośrednikami w czasie konferencji Grupy Bilderberg. Planowane spotkanie klubu w roku 1976 zostało odwołane i przez jakiś czas wyglądało na to, że Grupa Bilderberg przestanie istnieć”.[4] Te obawy okazały się jednak niepotrzebne. Po rocznej przerwie wznowiono spotkania tajnego towarzystwa, które od tamtej pory działa dalej z wielkim zaangażowaniem i, co tu dużo mówić, z wykorzystaniem niewiarygodnych możliwości.

„Członkowie Grupy Bilderberg zarządzają bankami centralnymi i dzięki temu są w stanie ustalać stopy procentowe, podaż pieniądza, ceny złota, a także to, które państwo otrzyma kredyt. (...) Każdy amerykański prezydent od czasów Eisenhowera należał do Grupy Bilderberg, choć nie chodzi o to, że uczestniczył w spotkaniach osobiście ale wysyłał na nie swoich przedstawicieli.” Wśród tych, którzy zignorowali ustawę Logana byli: Allen Dulles (szef CIA), Dean Acheson (Sekretarz Stanu za Trumana), Nelson i Laurence Rockefeller, Henry J. Heinz II (prezes H.J. Heinz Co.), Thomas L. Hughes (prezydent Carnegie Endowment for International Peace), Robert McNamara (Sekretarz Obrony za Kennedy’ego), William Bundy (prezydent Ford Foundation, redaktor Foreign Affairs), John J. McCloy (prezes Chase Manhattan Bank), George Kennan (były ambasador USA w Moskwie), Paul H. Nitze (przedstawiciel Schroeder Bank i uczestnik porozumień dotyczących redukcji zbrojeń), John D. Rockefeller IV (senator), Cyrus Vance (Sekretarz Stanu za Cartera), Eugene Black (prezydent Banku Światowego), Henry Ford III (Ford Motor Co.), Zbigniew Brzeziński (doradca Cartera i twórca Trilateral Commission), Alexander Haig (dowódca NATO i Sekretarz Stanu za Reagana). Do grupy należeli też Tony Blair, były premier Kanady Pierre Trudeau, szef Federal Reserve System Alan Greenspan, Hillary i Bill Clinton, John Kerry, Melinda & Bill Gates i Richard Perle. „Członkami stowarzyszenia są również ludzie, którzy kontrolują to, co każdy z was ogląda i czyta – baronowie mediów, jak David Rockefeller, Conrad Black (były właściciel ponad 440 publikacji prasowych od Jerusalem Post po kanadyjski The National Post), Edgar Bronfman [Seagram, Warner Music Group, Vivendi Universal], Rupert Murdock [magnat medialny, zarządca imperium News Corporation posiadającego m.in. takie perły jak Fox, Wall Street Journall, Harper Collins, SKY] oraz Sumner Redstone, właściciel [CBS Corporation, MTV Networks i] Viacom, międzynarodowego konglomeratu mediowego, który ma wpływy niemal w każdym segmencie tego przemysłu. To oni chronili tajemnicy tajnego stowarzyszenia i pewnie właśnie dlatego słowo „Bilderberg” brzmi dla ciebie obco” – pisał Daniel Estulin w tłumaczonym na 24 języki i publikowanym w 42 krajach międzynarodowym bestsellerze „The True Story of the Bilderberg Group”, wydanym w nakładzie ponad 155 tys. egzemplarzy przy 13 wznowieniach w samej tylko Hiszpanii. [5]

Rzeczywiście nazwa „Bilderberg” jest słowem prawie nieznanym. „Oficjalny słownik agencji Assosiated Press i najważniejszych gazet Ameryki”, Merriam-Webster Dictionary do dzisiaj nie uznał za stosowne wprowadzenia definicji słowa do swoich zasobów. Za tę „przysługę” kurtuazyjnie podziękował wszystkim w roku 1991 na spotkaniu w Baden David Rockefeller słowami często cytowanymi na niezależnych stronach w Internecie: „jesteśmy wdzięczni wydawcom Washington Post, New York Times, Time Magazine i innym wielkim publikacjom, których menadżerowie uczestniczyli w naszych spotkaniach i dotrzymali swych obietnic zachowania dyskrecji przez blisko 40 lat. Byłoby dla nas niemożliwością zrealizowanie naszego planu budowy światowego rządu, jeśli bylibyśmy w tym czasie przedmiotem zainteresowania prasy. Dziś jednak świat jest już dużo bardziej wyrafinowany i przygotowany do organizacji rządu światowego. Idea ponadnarodowej suwerenności elit intelektualnych i światowych bankierów jest z całą pewnością korzystniejsza od narodowego samostanowienia, praktykowanego w minionych stuleciach”. [6]

Celem członków klubu Bilderberg – wyjaśniał kiedyś William Shannon, redaktor New York Times i ambasador USA w Dublinie za prezydenta Cartera – jest wprowadzenie nas w wiek post-nacjonalizmu, czyli świata pozbawionego państw ale podzielonego na regiony, które łączyć będą Uniwersalne wartości. Jednym słowem chodzi o gospodarkę globalną, jeden rząd świata (stworzony na drodze selekcji a nie elekcji) i społeczeństwo wyznające wspólną religię. By bez przeszkód osiągnąć ten cel, Bilderberdzy skupiają swą uwagę na zwiększeniu zaangażowania środków technologicznych i ograniczaniu świadomości opinii publicznej”.[7] Elita światowa ma to osiągnąć poprzez „stosowanie najnowocześniejszych technik kształtowania publicznych zachowań i utrzymywania społeczeństwa pod ścisłą kontrolą i inwigilacją” (Brzeziński).[8]

W 1995 r. w ramach przygotowań do Nowego Porządku Świata na jednej z elitarnych konferencji w Fairmont Hotel w San Francisco prowadzono dyskusje, które zdominowane zostały przez dwa enigmatyczne określenia: „20:80” i „tittytainment”. Według analiz, dokonanych na potrzeby przemysłu, w XXI w. światowy system ekonomiczny potrzebować będzie zaledwie 20% populacji świata by wydajnie funkcjonować. Pozostałe 80% stanowić będzie niezatrudniony i wykluczony z życia gospodarczego margines. ‘Tittytainment’ (będący wykreowanym przez Brzezińskiego złożeniem słów ‘tits’ i ‘entertainment’, czyli ‘cycki’ i ‘rozrywka’) ma stanowić mechanizm kontroli i łagodzenia społecznych frustracji i protestów, jakich nie będzie można uniknąć w dalszym rozwoju cywilizacji przemysłowej. Brzeziński sugerował, że wykorzystując metody psychologiczne i fizyczne, koniecznym będzie postępować ze społeczeństwem tak, by utrzymać je w letargicznym uśpieniu, podobnym do tego, w jakim podczas karmienia piersią pozostaje niemowlę.[9] Utrzymanie porządku przez globalnych hegemonów przemysłowych wymagać będzie jednak dużo bardziej zdecydowanych posunięć. David Rockefeller twierdzi, że konieczna będzie znacząca redukcja populacji świata, co ze względu na swoją „kontrowersyjność”, wymagać będzie „umiejętnego” potraktowania problemów etycznych i religijnych w różnych częściach świata.

Rewolucja przemysłowa prowadząca do rozwoju wielkich ponadnarodowych korporacji okazała się, zgodnie z tym, co przewidywał i przed czym przestrzegał Thomas Jefferson, procesem niszczenia idei demokracji i ukształtowała nową erę techno-despotyzmu. W roku 1963 brytyjski dziennik The Observer pisał, że członkowie klubu Bilderberg uważają, iż „przyszłość należy do technokratów, gdyż poważnych spraw międzynarodowych nie można pozostawić w rękach polityków. Tajność ich rozmów wskazuje jednak na to, że ich jedynym celem jest skuteczna dominacja nad narodami świata i zrzucenie całej odpowiedzialności za rządzenie na barki mało znaczących polityków.” [10]

Historia klubu Bilderberg stanowi kompromitujące świadectwo korupcji intelektualnej i moralnego upadku, w jakich pogrążyły się narody zachodnich społeczeństw przemysłowych. Dumni spadkobiercy przepełnionych optymizmem wizji politycznych Thomasa Jeffersona i rewolucji naukowej, sławionej osiągnięciami jego największego idola Isaaca Newtona, padli ofiarą ignorancji, do której rozpowszechnienia przyczyniło się jedno, paraliżujące umysł zaklęcie: „teoria spiskowa”. Spopularyzowany przez media, pozbawiony sensownej treści slogan, służył w XX w. do wyśmiewania każdej niezależnej opinii, poddającej w wątpliwość praworządność i jawność funkcjonowania zachodnich systemów politycznych. Okazał się tym samym skutecznym narzędziem umożliwiającym odwracanie uwagi od najważniejszych inicjatyw elit politycznych, prowadzących do monopolizacji władzy i budowy światowego imperium przemysłowego.

„Dobrze wiadomą rzeczą jest – pisał pionier public relations Edward Bernays – że o wyborze nazwiska [prezydenckiego kandydata] może zdecydować kilka osób siedzących za zamkniętymi drzwiami pokoju hotelowego”. „Jesteśmy rządzeni, a nasze opinie, gusty i poglądy kształtowane są w znacznym stopniu przez ludzi, o których nigdy nie słyszeliśmy.” [11] Wszyscy również wiemy, że z funkcjonowaniem każdej hierarchii państwowej związane jest zawsze działanie tajnych organizacji (nazywanych wywiadem, służbami specjalnymi, organami bezpieczeństwa państwowego, wojskiem czy policją), a także stowarzyszeń biznesowych, wywierających wpływ na decyzje polityczne w formie zakulisowych rozgrywek określanych mianem "lobbingu". Cywilizacje zawsze „tworzone i kierowane były przez małe grupy intelektualnej arystokracji, nigdy przez masy” – pisał współtwórca teorii psychologii tłumu, dającej podstawy do rozwoju technik propagandowej manipulacji Gustaw Le Bon.[12]

Wyśmiewanie poglądów mówiących o zakulisowych i tajnych działaniach ludzi, dysponujących możliwościami kształtowania decyzji politycznych, których celem jest poszerzanie zakresu władzy ugrupowań czy struktur ekonomicznych przez te osoby reprezentowanych, jest niczym innym jak wyrzekaniem się zdrowego rozsądku. Tego zdrowego rozsądku pozbawiła się zachodnia inteligencja, która swą obecną kulturę polityczną ukształtowała naiwnie w oparciu o dogmat wiary w uczciwość i szlachetność postępowania liderów przemysłu. Wykształcona postawa powszechnej ignorancji jest rezultatem propagowania ślepej wiary w istnienie wolnego, samoregulującego się rynku, będącego w popularnych wyobrażeniach perfekcyjnym mechanizmem ekonomicznej symbiozy równouprawnionych jednostek. Cała tzw. „wolnorynkowa” wiedza ekonomiczna, którą indoktrynowano społeczeństwo zachodnie, całkowicie pomija wpływ przemocy, korupcji, manipulacji, kłamstwa i roli przywilejów w rozwoju gospodarczym społeczeństwa zachodniego. Wiedza ta jest w gruncie rzeczy jedynie quasi naukową metodą umacniania dominacji totalitarnych hierarchii przemysłowych nad zniewolonymi narodami świata. Ten ekonomiczny dogmatyzm, uprawiany ze szczególnym zaangażowaniem przez prawicowe ugrupowania polityczne, ewoluował do roli dominującego systemem wiary i pełni obecnie funkcję obowiązującej religii.

Demokracja, zgodnie z tym o czym pisał wybitny pedagog i filozof John Dewey, nie może funkcjonować w oparciu o tradycyjny, elitarny system „reglamentowanej” edukacji ale wymaga stworzenia modelu edukacji demokratycznej, który umożliwiłby wszystkim obywatelom rozumienie otaczającej ich rzeczywistości i wyposażyłby w narzędzia do samodzielnego i kreatywnego jej kształtowania. Jeżeli losy świata mają być w naszych rękach, w co z tak imponującym przekonaniem wierzył autor amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, musimy odzyskać odebrane nam przez przemysł prawo do decydowania o swoim własnym istnieniu i przywrócić prawa życia Natury, od której nasze istnienie zależy. Od ponad dwóch wieków uznajemy tę prawdę za oczywistą, że każdy z nas został przez Naturę obdarowany pewnymi niezbywalnymi prawami, do których należą Życie, Wolność i dążenie do Szczęścia. Jeżeli tych praw jesteśmy pozbawiani, naszym obowiązkiem jest upomnieć się o nie i zerwać więzi zależności, które są przyczyną naszego nieszczęścia. Długa historia nadużyć przemysłowego establishmentu, prowadząca do ustanowienia hegemonii nad narodami świata, daje nam dziś te same moralne prawo, z jakiego wywiedli swe racje twórcy Stanów Zjednoczonych Ameryki, by ogłosić deklarację Wolności i Niezależności od stworzonej bez naszej woli i wiedzy globalnej tyranii przemysłowej.

Zbigniew Jankowski


PRZYPISY:___________________________________________

[1] MN, Tajemnicze spotkanie światowych elit, Wprost, 14.5.2009;
[2] C. Quigley, Tragedy & Hope. A History of the World in Our Time, GSG Associates, s. 324;
[3] D. Rockefeller, Memoirs, Random Hause Trade Paperbacks, 2003, s. 411.;
[4] tamże, s. 412;
[5] D. Estulin, The True Story of the Bilderberg Group, TrineDay LLC, 2007, s. 22-23, 28-29;
(6) D. Rockefeller w wystąpieniu wygłoszonym na spotkaniu Bilderberg Group, Baden, Niemcy, czerwiec 1991;
[7] W. Shannon Plans to Destroy America are Exposed! American Almanac, 11.8.2002, cytowany w D. Estulin, The True Story of the Bilderberg Group, s. 41;
[8] Z. Brzeziński cytowany w W. Engdahl, Seeds of Destruction. The Hidden Agenda of Genetic Manipulation, Global Research, 2007, s. 40;
[9] H.P. Martin & H. Schumann, The Global Trap: The Globalization and the Assault on Prosperity and Democracy, Zed Books London & New York, 1997, s. 1-4;
[10] fragment artykułu The Observer z 7.04.1963 r. cytowany w D. Estulin, The True Story of the Bilderberg Group, s. 37-38;
[11] E. Bernays, Propaganda, IG Publishing, 2005, s. 60, 37;
[12] G. Le Bon cytowany w S. Ewen, PR! Social History of Spin, Basic Books, 1996, s. 141.
http://pl.indymedia.org/pl/2009/08/46455.shtml

niedziela, 23 sierpnia 2009

2009 tshkavka from Nürnberg 1946

1939

*****
http://www.dakowski.pl/
Bo nic nie wzrusza tak Zapada,
jak szum frazesów o wolności.
Możesz pół świata zakuć w dyby,
strzelać w tył głowy, łamać kości,
ale bredź przy tym o Ludzkości,
o Lepszym Jutrze, Wielkim Świcie,
a wyjdziesz na tym znakomicie!
Wot Gitljer, kakoj to durak!
On się przechwalał zbrodnią swoją!
A mudriec to by zdiełał tak:
Nu szto, że gdzieś kancłagry stojat?
Nu szto, że dymjat' krematoria?
Taż w nich przetapia się istorija,
niewoli topią się okowy,
powstaje sprawiedliwszy świat,
rodzi się typ czeławieka nowy!
I szto, nie miałby wtedy on
gumannych w krąg apołogietaw,
co pieliby, kak on jest miłyj,
a kakij kapitalizm zgniłyj?
Wsadzać na czapku główkę trupią,
o, Bożeż moj, kak eto głupio!
Na czarne - "białe" mówić nada,
bo to przemawia do Zapada;
na knuty, kaźnie i tortury­
że to gumanne manikiury!
Nada ich przekonywać mudro,
że wojna - mir, że chlew to źródło,
że okupacja - wyzwolenie,
a będą cieszyć się szalenie!
A kiedy z wolna, po troszeczku
w tej dialektyce się wyćwiczą,
to moją staną się zdobyczą. ­
Panjał mienia, ty jołop Grieczko?

sobota, 22 sierpnia 2009

na te podłe rocznice 21/23 Augusta



************

*********

1939:
Music box (1939)

Aleksandr Gerasimov

All-Union Agricultural Exhibition

Cult of Personality

Great Fergana Canal

Labor Discipline

The Lost Census

The New Patriotism

Soviet Territorial Annexations

Tractor Drivers


http://soviethistory.org/index.php?page=subject&show=images&SubjectID=1991baltic&Year=1991&navi=byYear

..939, 944, 989, - * a g.. dyby( ) * konia z rzędem..

PS.
Zadłużenie Skarbu Państwa ok. 136,1 mld euro. Bańka inwestycyjna.
























PS II.





Tygodnik New Scientist z 23 marca 2009 roku opisuje, co może się zdarzyć na skutek wniknięcie plazmy słonecznej w naszą magnetosferę. Spowoduje to gwałtowne zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, a to z kolei wzbudzi prąd stały w liniach przesyłowych, działających jak ogromne anteny, oraz w samych elektrowniach i transformatorach. Wzrost prądu stałego wytworzy silne pola magnetyczne w rdzeniach transformatorów, prowadząc do ich przegrzania i stopienia. Dziś już niewielka burza magnetyczna spowodować mogłaby wzbudzenie ogromnych prądów gruntowych, które w ciągu 90 sekund zniszczyłyby w samych Stanach Zjednoczonych około 350 wielkich transformatorów, a także lokalne stacje, pozbawiając elektryczności ponad 130 mln osób. Natomiast burza tej wielkości, jak w roku 1859, mogłaby zniszczyć całą sieć energetyczną krajów uprzemysłowionych.

I co teraz. Teraz zaczyna się najlepsze. Pojawia się zdanie, które zrodziło mój wstępny niepokój. Otóż w Stanach Zjednoczonych jest obecnie zaledwie kilka zapasowych dużych transformatorów, a zbudowanie nowego zwykle trwa około 12 miesięcy. (w domyśle w fabrykach pozbawionych elektryczności znacznie dłużej). I lektura ciekawego tekstu naukowego wyzwoliła we mnie czujność czelisty. Pomyślałem sobie, że w następnym zdaniu będzie o… konieczności szybkiego budowania transformatorów. No i proszę. W następnym zdaniu czytamy: „rzecz jasna w ciągu najbliższych kilku lat można przygotować się na wypadek takiej katastrofy. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że rządy zignorują to ostrzeżenie, bo nic podobnego dotąd nie przydarzyło się przecież naszej młodej cywilizacji technicznej. Wyobraźnia zawodzi, gdy nie ma odpowiednich porównań. Ale zdaniem wielu naukowców, wielka burza słoneczna jest zagrożeniem bez porównania większym niż rzekomo katastroficzne ocieplenie klimatu, na którym skupia się obecnie uwaga polityków. Do maja 2013 roku zostało niewiele czasu (…) Istnieje możliwość znacznego ograniczenia skutków takiej katastrofy dzięki wprowadzeniu środków zaradczych w skali całego świata. Jednym z nich są wielkie kondensatory chroniące przyelektrowniane transformatory, będące newralgicznymi elementami systemów energetycznych. Poza tym należałoby przystosować sieci przesyłu energii tak, by można je było szybko i bezpiecznie wyłączyć po ogłoszeniu alarmu słonecznego” A ile to będzie kosztowało, że tak się naiwnie zapytam?.

Oczywiście nie twierdzę, że burzy magnetycznej nie będzie, a że jak będzie, to niw wyrządzi żadnych szkód. Ale wówczas „sprawiedliwości” stanie się zadość. Na kłopotach „naszej cywilizacji”, o którą tak martwią się liczni uczeni, skorzystają cywilizacje „nie nasze”. Setki milionów ludzi żyją dziś w ogóle bez prądu i komputerów, więc o tym, że była „burza magnetyczna” w 2013 roku dowiedzą się może za 150 lat, jak sobie zbadają jaki był „wzrost azotanów w rdzeniach lodowych”.

Im bardziej prymitywna cywilizacja, tym bardziej jest odporna na kaprysy Słońca. Może więc Słońce wymierzy „sprawiedliwość” tej cywilizacji, której tak bardzo nie lubią działacze różnych ruchów postępowych?

Dla zainteresowanych pełen raport NAS tutaj:

http://books.nap.edu/openbook.php?record_id=12507&page=R1

A dla tych, którym nie chce się czytać całego raportu krótkie podsumowanie z rozdziału „Solutions for the Future”:
http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=666
PS III.
G..dyby wybory odbyły się dzisiaj...


Taką frazą rozpoczynają internetowe portale, gazetowe kubliki i telewizyjne pochanki ogłaszanie najnowszych sondaży przeprowadzonych na reprezentatywnej próbie 1000 osób przez nasze najbardziej wiarygodne sondażownie z TNS OBOP, Millward Brown SMG/KRC i CBOS na czele.
Dlaczego tak skrupulatnie wypisałem te trzy ośrodki? Ano dlatego że w swojej pracy myliły się one tak często i tak drastycznie że nigdzie na świecie żadna instytucja nie zleciłaby im po takich wpadkach żadnego, nawet najbardziej podłego zlecenia, ale w Polsce w dalszym ciągu uchodzą za nieomylne i wiarygodne i wciąż są w głównych mediach z lubością cytowane.
Czy pamięta ktoś jeszcze Premiera z Krakowa i Prezydenta z Gdańska? Ja pamiętam, i dlatego z drwiną czytam wczorajsze wyniki sondażu jakie znalazłem na stronach Onetu, przeprowadzonego przez jedną z tych firm według którego na PO wciąż chce głosować 44% uprawnionych do tego Polaków.
Od dwóch lat rządzi w RPrl ekipa tak zawstydzających nieudaczników, że oglądając ich wyczyny w telewizorni czuję autentyczny, wprost fizyczny wstręt do wszystkich - bez najmniejszego wyjątku - uczestników tego beznadziejnego q_nierządu i jego bezbarwnego i nie obdarzonego żadnym talentem poza zdolnością do kurczowego trzymania się stołka szefa, i jak sądzę ilość osób mających po tych dwóch latach podobną opinię o tej ekipie musi wzrastać. W końcu nawet jeśli ktoś głosował na Tuska i jego ludzi to musi wreszcie w pewnym momencie skonstatować jaki jest bilans tych rządów i nawet jeśli kierował nim strach przed „strasznymi kaczorami” wykreowany w TVN-ie, Polsacie, TOK FM-ie, Wyborczej i reszcie mainstreamu to w końcu nawet on musi zauważyć że po dwóch latach nie znaleziono absolutnie nic na Kaczyńskiego, Ziobrę, Dorna, Gilowską, Wassermana, ś.p. prof. Religę czy Macierewicza.
Nie przypadkowo wymieniłem te nazwiska, bo proszę sobie zadać trud i przypasować do nich ich dzisiejsze PO-wskie odpowiedniki.
A następnie porównać.
Jak dla mnie porównanie wypada miażdżąco.
Po drodze zawalono politykę zagraniczną (Rosja i Putin z jednej strony a Merkel i Stenibach z drugiej robią nam na głowę), de facto uwalono projekt tarczy antyrakietowej i dwie stocznie, rozbabrano jakieś dziwne „reformy” w służbie zdrowia i oświacie (czy ktoś wreszcie naprawdę wie co mają zrobić rodzice dzisiejszych 6-latków?!), koncertowo rozbrojono polską armię i rozpirzono publiczne media, służby znowu zaczynają tańczyć swoją polkę bez jakiejkolwiek kontroli Państwa, a PO aż pęka od różnych Misiaków, Karnowskich i tym podobnych figur. O tych wszystkich „kastracjach pedofilów i wejściach do strefy euro” nawet nie chce mi się pisać – szkoda klawiatury - pijar, pijar i tylko pijar. Nic poza tym. Pustka…
I przy tym wszystkim ja co kilka dni dowiaduję się że „gdyby wybory odbyły się dzisiaj” to ta beznadzieja hałastra znowu doszłaby do władzy.
Czy ktoś tu nie próbuje zrobić z nas idiotów na tak zwaną „wydrę”?
Czy jeszcze ktokolwiek wierzy w te wszystkie sondażowe słupki i czy jeśli znowu okażę się że to wszystko była lipa czy wreszcie te firmy stracą zlecenia?
Premier z Krakowa być może jeszcze nam się kiedyś w przyszłości trafi, choć jeśli chodzi o prezydenta z Gdańska to chyba jeszcze nie tym razem…
http://nygus.salon24.pl/

PS IV. Najlepszy sojusznik Michnika
Konia z rzedem temu kto da przyklad komucha, ktory wykazal "chęci poprawy moralnej".
Kłopotowski wypisuje rozpaczliwe brednie.


Przyjrzyjmy sie Ameryce. Podstawą jej sukcesu bylo stworzenie systemu polityczno-spolecznego w ktorym mogą zyc w tworczej symbiozie ludzie stadni i ludzie indywidualni (pyknicy i schizoidzi jak mawial Witkacy). Ludzie indywidualni są niezbedni dla zdrowia spoleczenstwa, bez nich grzeznie sie w komunizmie, michnikowszczyznie i klopotowszczyznie.
Bolszewizm natomiast, gdziekolwiek sie nie pojawil, zaczynal od kolektywizmu, czyli od fizycznej likwidacji ludzi indywidualnych. Ogolocony z dobr materialnych pyknik zamienial sie w homo sovieticus. Najgorsi stadni zapisywali sie do partii, do dzis w bylych towarzyszach pozostaje zywa nienawisc do ludzi indywidualnych, wpoili ją nawet swoim dzieciom i wnukom.

Komunizm zdazyl nadpsuc zachodnią Europe. Wojna domowa w Hiszpanii, Frakcja Czerwonej Armii, komunisci wloscy, francuscy, bendityzm, Bruksela.
Upraszczajac, psucie polegalo na wstawianiu stadnych tepakow na pozycje na ktorych niezbedni są ludzie indywidualni (korzystajac z okazji, uklony dla prof. Sadurskiego).

W Ameryce McCarthy i jego komisja na dlugie lata skutecznie zahamowala psucie panstwa w podobny sposob. Wypieprzajac z zycia publicznego komuchow Ameryka okazala sie niedemokratyczna i nieprzestrzegajaca prawa - z wielkim pozytkiem dla siebie.
Metoda okazala sie skuteczna, nikomu nigdy nie udalo sie to samo w jakis inny sposob.

Dlatego wlasnie, towarzyszu Klopotowski, warunkiem koniecznym "modernizacji" Polski jest usuniecie z zycia publicznego czlonkow kompartii do trzeciego pokolenia wlacznie, pozbawienie praw wyborczych, zakaz pracy na etatach panstwowych, zakaz prowadzenia firm z wyjatkiem malych biznesow rodzinnych.

No i jeszcze zakaz prowadzenia blogow internetowych, zeby nikt nie katowal sie czytaniem serwilistycznych wymozdzen Klopotowskiego, Sadurskiego, Leskiego, Janke i im podobnych.
Autor: viilo o 03:00 0 komentarze
PS V.
...( )Dlaczego funkcjonariusze ubloidów (np. Dorota Gawryluk) przebąkują, że być może Włodzimierz Olewnik "nadepnął komuś na odcisk" i że rzekomo on sam najlepiej wie, o co może chodzić? To brzmi jak pogróżka.Funkcjonariusze ubloidów, na co dzień tropiący rozwiązaną sznurówkę w butach Jarosława Kaczyńskiego, współpracują w zatajaniu prawdy. W kraju demokratycznym z normalnie funkcjonującymi mediami przynajmniej parę redakcji wysłałoby swoich dziennikarzy, by zbadali sprawę strażnika więziennego i napisali obszerny reportaż na ten temat. A w Polsce żadna redakcja nie tknęła tego tematu. Dlaczego? Na pewno dlatego, że nie mamy mediów w Polsce. A czy mamy demokrację? Demokracja jest. Pozorna.Zacząłem od procedury i procedurą zakończę. Funkcjonariusze przed kamerami chwalili się postępowaniem zgodnym z procedurą. Kłamali. Prokurator nie pojawił się na miejscu śmierci strażnika.Wybiórcze wskazywanie na zgodność z procedurą dobitnie świadczy o ukrywaniu prawdy.
http://klientnaszpan.blogspot.com/
Autor: Klient Nasz Pan

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

VIET-NAM





*****

Wietnam - wojna o umysły.

-Mimo tego, że wojna ta była zła, nie nienawidź swojego kraju.
- Nienawidzić? Oddałbym za niego życie. Chcę tego samego czego oni i wszyscy inni, którzy tu walczyli oddając swoją krew i życie; Chcę, aby nasz kraj kochał nas tak jak my go kochamy. Tego właśnie chcę.


Skąd pochodzi ten dialog? Z wybitnej książki? Z obsypanej nagrodami przez krytyków sztuki teatralnej? A może z oscarowego filmu? Nic bardziej mylnego. Jest to rozmowa między Johnem Rambo i jego dowódcą w filmie Rambo 2. Dlaczego zaczynam tekst od cytatu z filmu, który od zawsze był uważany przez krytykę za dno kinematografii i przykład prostackiej, prawicowej propagandy? Otóż rozmowa ta jest kwintesencją zła jakie zdarzyło się w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku w USA. Zła, które uderzyło w najświętsze dla Amerykanów wartości jak honor, patriotyzm i odwaga. Zła, które zmieniło na zawsze krainę wolności i upodobniło ją do starego świata, z którego ludzie przez wieki emigrowali w celu poszukiwania lepszego losu.

Wojna w Wietnamie po raz pierwszy odsłoniła chorobę, która dręczy zachodnią cywilizację od dłuższego czasu- relatywizm moralny. Przed erą wodnika- latami 60-mi społeczeństwo amerykańskie umiało jasno określić, która strona konfliktu zbrojnego stała po stronie dobra a która po stronie zła. Podczas II Wojny Światowej Amerykanie ufali swojej armii niemal bezgranicznie. Ład społeczny był determinowany przez jasne zasady moralne oparte na chrześcijańskich wartościach. Jednak badania Kinsleya, ruch hipisowski, uśmiercenie Boga i uwielbienie człowieka spowodowało pęknięcie, które z powodzeniem wykorzystali Sowieci.

Wojna w Wietnamie była przełomem w historii Ameryki.

Po serii bohaterskich zwycięstw US-army, Amerykanie trafili na potężnego wroga. Nie chodzi tylko o samych Azjatów, z którymi USA walczyły podczas II wojny Światowej na Pacyfiku i w Korei, ani nawet o Sowietów zbrojących Vietcong. Największym wrogiem Amerykanów okazali się sami obywatele USA- artyści, pisarze, profesorowie uniwersyteccy czyli establishment. „Wojna w Wietnamie wywarła duży wpływ na cały świat, ponieważ przez „oświeconą” lewicę i komunistów została przekształcona w skandal stulecia. Co ciekawe, nie doszło do tego w przypadku wojny w Korei, choć przecież i w niej chodziło o ten sam problem- ekspansję komunistów. Casus Wietnamu był - o ile zna się go jedynie połowicznie-nader prosty. Tocząc wojnę z francuskimi „kolonistami” , przywódcy „skolonizowanych” wpadli w ręce socjalistów i komunistów, co było jak najbardziej zrozumiałe i naturalne, ponieważ nacjonalizm i socjalizm są spokrewnionymi psychologicznie, kolektywistyczno-egalitarnymi masowymi ruchami. Poza tym podczas pobytu w Francji przywódcy Lao Dong, Wietnamskiej Partii Pracującej, zostali ciepło przyjęci przez tamtejszą lewicę” – pisze historyk Erick von Kuehnelt- Leddihm.

Ludobójstwo w Tet.


Zacznijmy jednak od tego czym była wojna w Wietnamie. Nie ma miejsca tutaj na opisywanie szczegółowo całego tła historycznego rozwoju Wietnamu. Ważne by pokazać jak bardzo obraz wojny ( zwanej też II wojną indochińską) z lat 1957- 75 jest zafałszowany przez światową lewicę. Po klęsce Francuzów pod Dien Bien Phu koloniści postanowili podpisać traktat pokojowy z Vietcongiem ( komunistyczną partią Wietnamu) pod dowódctwem Ho Chi Minha. Na Mocy porozumień genewskich w 1954 roku Wietnam został podzielony na Demokratyczną Republikę Wietnamu ( komuniści) na północy i Republikę Wietnamu na południu. Komuniści nie zamierzali jednak zaniechać wprowadzania przodującego ustroju w południowej części kraju. Co jednak jest istotne podział Wietnamu był od samego początku bardzo niesprawiedliwy. Na północy zostały bowiem ogromne bogactwa naturalne. Ponad to duża część katolików zamieszkiwała dorzecze Czerwonej Rzeki i komuniści wzbogacili się na pozostawionych przez wyznawców Chrystusa majątkach, które ci musieli porzucić przy ucieczce na południe kraju. Amerykanie obawiając się „teorii domina” czyli kolejnym upadkom krajów opanowanych przez komunistów zdecydowali się wesprzeć rząd Wietnamu Południowego.

Kennedy wspierał ich finansowo i wysłał doradców. Dopiero Lyndon Johnson postanowił wysłać do Azji amerykańskich żołnierzy. Vietcong już na początku działań wojennych niezwykle brutalnie traktował swoich jeńców. Szczególnie objawiało się to przy słynnej ofensywie Tet w 1968 roku, kiedy komuniści złamali zawieszenie broni i zajęli miasto Hue. Gdy okazało się ,że mieszkańcy nie przyłączają się do „wyzwoleńczej” armii Ho Chi Minha i nie są zainteresowani pozbycia się „imperialistów” i burżuazji, armia Vitcongu wszczęła prawdziwe ludobójstwo. Dokonano masakry wszystkich pracowników cywilnej administracji i szczególnie inteligencji. Tylko w ciągu 24 dni wymordowano ponad 5 tysięcy cywilów- w tym wielu duchownych. Nie oszczędzono nawet lekarzy z Europy, przebywających w Wietnamie z misją humanitarną. Do najokrutniejszych metod należały m.in. palenie żywcem „wrogów ludu”. Umierający w męczarniach burmistrzowie wiosek musieli patrzeć jak obcina się głowy ich dzieciom. W Mieście Hue pogrzebano zaś żywcem 500 osób. Powszechną praktyką było związywanie ze sobą kilkoro ludzi i rzucanie w nich granatami.

Wyjątkowo drastyczny jest opis śmierci trzech francuskich Benedyktynów, którzy musieli sami sobie wykopać grób. „ Ojciec Guy nie mógł kucać z powodu swego inwalidztwa, więc oprawcy zakopali go po szyję i z szyderczymi uśmiechami przypatrywali się, jak zaczynają go pożerać mrówki. Dopiero pod koniec zdobyli się na humanitarny gest: roztrzaskali mu czaszkę”- pisze Erick von Kuehnelt- Leddihm. Azjatyccy bolszewicy wzorem swoich poprzedników Jakobinów lubowali się również w wyjmowaniu z rozprutego brzucha kobiet dzieci i mordowanie ich na oczach mężczyzn ( to akurat lewicy zostało- wciąż popierają aborcję). Masowo gwałcono wietnamskie kobiety. Te same metody stosował później Pol- Pot. Jak pisze Richard Pipes „ (…) żołnierze z oddziałów Czerwonych Khamerów zgwałcili wietnamską dziewczynę, a następnie wsadzili do pochwy bagnet. Rozcinali brzuchy kobietom w ciąży, wyrywali płody z macicy, zabijali nienarodzone dzieci i rzucali je na twarz umierających matek. Młodzi żołnierze Czerwonych Khamerów z lubością odcinali Wietnamkom piersi”.

Opisy te dotyczą działań Vietkongu tylko w jednym mieście w ciągu niecałego miesiąca. A pamiętajmy, że działanie wojenne trwały prawie 20 lat. Należy również dołożyć kolejne 30 lat ( po dziś dzień) panowania komunistów w Wietnamie. Wymyślne tortury stosowane przez bolszewików zupełnie przeczą ich wszechobecnemu wizerunkowi ludzi miłujących pokój. Jest oczywistością ,że amerykańscy żołnierze również dopuszczali się zbrodniczych działań wobec ludności cywilnej. Jednak zachowania takie były naprawdę marginalne i jak się już zdarzały to nie przybierały formy sadystycznej makabreski. Jednak to właśnie rzekome zbrodnie US-Army stały się kanwą wielu hollywoodzkich produkcji filmowych i motywem opowieści snutych na lewicowych salonach. Media zachodnie oczywiście nie relacjonowały zbrodniczych działań komunistów mimo, że zgładzonych zostało wielu europejczyków. Natomiast z wielką lubością prezentowano wietnamskie dzieci poparzone napalmem zrzucanym przez Amerykanów. Mimo, że „ofensywa Tet” jest uważana przez emigracyjne środowiska wietnamskie za ludobójstwo, komuniści w styczniu 2008 roku zorganizowali defiladę 10 tysięcy weteranów, którzy świętowali 40 tą rocznicę zwycięstwa ( mimo, że komuniści doznali wtedy kompromitującej porażki).

Raz, dwa, trzy, cztery- nie chcemy tej wojny do cholery!


Bardzo szybko dziennikarze zaczęli stosować podwójne standardy w relacjonowaniu wojny. Gdy w 1963 roku kilku buddystów podpaliło się w proteście przeciwko polityce antykomunistycznego prezydenta Wietnamu Południowego, media szeroko nagłośniły ten fakt. Lewica udowadniała, że do tego prowadzi wspierany przez USA reżim Ngo Dinh Diem-a. Mało kto wspominał ,że samospalenia dokonywały się raczej z pobudek religijnych i proteście przeciwko wpływowi katolików na władzę. Natomiast gdy w 1975 roku komuniści objęli władze w całym Wietnamie, buddystów dokonujących samospalenia było kilkanaście raz więcej. Media nie były jednak zainteresowany tym faktem. Gdy komunistyczny Wietnam zajął pozostałą część kraju liberalne media zachwycały się zjednoczeniem kraju.

Nit nie wspominał ogromnym exodusie Wietnamczyków z czerwonego „raju”. Wielkim szokiem dla lewicy musiał być fakt, że 600 tysięcy ludzi wolało zaczynać wszystko „od zera” za granicą niż zostać pod panowaniem uczniów Lenina. Taka emigracja nie miała nawet miejsca w czasach panowania w Wietnamie znienawidzonych przez liberałów -francuskich kolonistów- co przeczyło propagandzie ,że komunizm jest postępem w stosunku do kolonializmu. Lewicowi „intelektualiści” nie wspominali o setkach ofiar tonących na prowizorycznych łodziach, które stały się jedyną nadzieją ucieczki. Chętnie natomiast porównywano amerykańskich generałów do Franco czy Hitlera. Podburzani przez swoich wychowawców studenci wychodzi więc na ulicę, palili amerykańskie flagi i co najgorsze- opluwali bohaterów wracających z piekielnej dżungli. Właśnie w tamtych haniebnych chwilach Ronald Reagan napisał : „Wiem, że obecnie młodym ludziom trudno dopatrzyć się bohaterstwa w jakimś czynie wojennym, i właśnie to jest bardzo niedobre. Pewni ludzie przejdą przez życie i nigdy nie znajdą się w sytuacji, w której tylko oni będą mogli wykonać brudną robotę, jaką należy wykonać. Niektórzy znajdą się w takiej sytuacji i się zawiodą. Inni godzą się i wykonują tę brudną robotę, ponieważ nie ma nikogo poza nimi, kto mógłby ją wykonać, a w głębi serca wiedzą, że należy ją wykonać”.

Na niespotykaną wcześniej skalę rosła w USA komunistyczna propaganda. Można nawet stwierdzić, że nigdy wcześniej i nigdy później Amerykański establishement nie był równie infiltrowany przez komunistyczną agenturę. Lewicowi publicyści przekonywali ,że wojna w Wietnamie służy interesom Wall Street i potentatom naftowym ( ten zarzut pojawia się przy każdej interwencji zbrojnej Amerykanów) Jeden z „intelektualistów” posunął się nawet do stwierdzenia, że: „ proste narody azjatyckie potrzebują komunizmu, ponieważ daje on im oświatę, szkolnictwo, dyscyplinę, lekarstwa, drogi, telewizję, wzrost gospodarczy, zwalcza przesądy ( zapewne wiarę w Chrystusa- przyp- Ł.A)”. Jak to ma miejsce w konfliktach z komunistami, „pożyteczni idioci” wmieszali we wszystko katofobię. Oskarżano więc przywódcę południowego Wietnamu Ngo Dihn Diema i jego żonę o tworzenie katolickiej kliki i prześladowanie buddystów. A wszystko to dlatego, że 35 % generałów jego armii było katolikami. Niewielu dostrzegało w działaniach „salonu” wpływy Rosjan. Jako, że rząd amerykański nie chciał wypowiedzieć oficjalnie wojny Wietnamowi, zdradza stanu i współpraca z obcym reżimem nie była karana. Amerykanie nie wyciągnęli wniosku z „wojny” jaką wygrał w Hollywood w latach 50-tych z komunistami Ronald Reagan, który doprowadził do ujawnienia nazwisk komunistycznych agentów w strukturach związków zawodowych, które strajkami destabilizowały przemysł filmowy.

Należy również pamiętać, że w latach 80-tych nawet Światowa Rada Pokoju otrzymywała od Moskwy 50 milionów dolarów rocznie na walkę ze zbrojeniami nuklearnymi. Wiadomo również ,że Moskwa dofinansowywała „pokojowe” ruchy w samym USA. Jak pisze Peter Schweitzer: „ KGB próbowało wpływać na amerykański ruch pokoju. W 1986 roku w raporcie dla Biura Politycznego KGB przypisało sobie zasługę „wzniecenia w krajach zachodnich ruchów’ antymilitarystów”. […] Wskutek wysiłków Komitetu Bezpieczeństwa Ted Turner zaprosił do rady Stowarzyszenia Lepszego Świata Georgia Arbatowa, który- jak się później okazało- był sowieckim agentem”. Przy tak ogromnym naporze medialnym i agenturalnym trudno byłoby wygrać jakąkolwiek wojnę. Poprzez to ,że zachodnia Europa potępiała zaciekle USA ( patrz: rewolucja komunistycznych ruchów studenckich we Francji i RFN) nawet amerykańscy patrioci czuli się zaszczuci i pragnęli końca wojny. To wszystko przełożyło się na brak chęci do walki samych żołnierzy. John Rambo, który uosabiał prześladowanego przez swoich rodaków bohatera jest tego najlepszym przykładem.


Wietnam i Watykan.

Niestety lewicowej demagogii przyłożył rękę sam Papież Paweł VI, będący kompletnym przeciwieństwem wielkich Ojców Kościoła- Piusa XII czy Jana Pawła II. Ten niewątpliwe słaby ( w sprawach polityki zagranicznej Watykanu) Papież był pod wielkim wpływem sowieckich agentów działających w samym Watykanie. 4 Października 1965 roku podczas wystąpienia w ONZ Paweł VI nawoływał do zakończenia działań wojennych w Wietnamie. Józef Mackiewicz tak opisuje owe wystąpienie: „Papież patetycznie wygłosił, że: domy i zbiory prostych ludzi nie mogą być niszczone w imieniu takich haseł jak wolność i sprawiedliwość" Niestety Papież zrelatywizował wojnę nie wspominając kto był agresorem a kto ofiarą konfliktu. Komentatorzy katoliccy podkreślają, że wypowiedź Pawła VI była neutralna i wyrażała chrześcijańskie podejście do przemocy. Jednak w świetle późniejszych wydarzeń takie myślenie jest nadinterpretacją. 17 lutego 1973 roku Papież przyjął na 50 minutowej audiencji szefa delegacji komunistycznego Wietnamu Xuana Thuy.

Paweł VI po spotkaniu nazwał Xuana człowiekiem, który pragnie pokoju. Mniej więcej w tym samym czasie w Europie przebywał prezydent południowego Wietnamu Van Thieu. W niemal każdym mieście różnej maści lewacy przyjmowali go okrzykami: „Precz z katem Thieu!”, „Hitler naszych czasów!” Sowieccy agenci przy pomocy czerwonej uniwersyteckiej inteligencji i lewicy katolickiej zorganizowali protest na placu św. Piotra przeciwko audiencji Thieu u Papieża. Montini na spotkaniu z prezydentem południowego Wietnamu upomniał go aby przyłożył się w kierunku pojednania dusz mieszkańców Południowego i Północnego Wietnamu, zganił go również za torturowanie komunistów w obozach koncentracyjnych ( sic). Watykan przekazał również Wietnamowi Północnemu półtora miliona dolarów na pomoc medyczną bez gwarancji na co pieniądze zostaną przeznaczone. Oczywiście komuniści kupili za nie broń od Moskwy.

Watykaniści przekonują, że Papież dostrzegał zbrodnicze działania Południowego Wietnamu względem m.in. buddystów i bał się o los katolików w Wietnamie Północnym. Nie zmienia to jednak faktu, że np. Papież Pius IX mimo kontrowersji wiedział po czyjej stronie się opowiedzieć podczas wojny domowej w Hiszpanii. Również mimo oskarżeń o zbrodnicze działania Pinocheta, Jan Paweł II nigdy nie potępił oficjalnie tego męża stanu. Natomiast Pius XII nie bal się oficjalnie ekskomunikować katolików będących członkami partii komunistycznych. A więc działania Watykanu nie zawsze polegały na defensywie i protekcjonizmie, ale nie każdy Papież miał odwagę JPII.

Działania Pawła VI nie świadczy o jego złych zamiarach. Był on po prostu naiwną osobą i poddaną wpływom agentury. Jak pisał ks. Michał Poradowski: „Pius XII chciał w pewnym momencie całkowicie znieść zakon Dominikanów, kiedy zdał sobie sprawę jak bardzo jest on przesiąknięty marksizmem. Moskwa zdała sobie sprawę, że szybciej może zniszczyć Kościół przez umieszczanie w nim agentów niż jego jawne zwalczanie. Nie chodziła nawet o samą likwidację Kościoła, ale raczej o wykorzystywanie jego autorytetu w celu oczyszczania ideologii marksizmu".


Ten prawicowy prostak Rambo!

Obraz wojny wietnamskiej znamy w Polsce szczególnie dzięki hollywoodzkim filmom. Krytycy filmowy rozpływali się w zachwytach nad takimi filmami jak „Pluton” i „Urodzony 4-go lipca” Olivera Stone’a czy „Czas Apokalipsy” Coppoli. Biorąc pod uwagę walory artystyczne tych filmów należy jak najbardziej przyznać rację krytykom. Problemy się zaczynają gdy przyjrzymy się bliżej ideologii płynącej z tych obrazów. Oliver Stone jako czołowy lewak Hollywood ( wychwalał Fidela Castro i Jasera Arafata) i żołnierz walczący w Wietnamie w każdym ze swoich wojennych dzieł pokazuje wojnę jako bezsensowny akt przemocy Amerykanów względem biednych i wolnych Wietnamczyków. Cała kultura masowa dotykająca tematu wojny w Wietnamie została ukształtowana przez propagandowe filmy Stone’a i jego towarzyszy. Filmy te nawet w mało z pozoru znaczących scenach tryskają gejzerem lewicowej propagandy. Przykładem tego może być „Pluton”, gdzie żołnierze, którzy popierają działania US-Army, mordują wietnamskie kobiety, gwałcą małe dzieci i słuchają w swoim namiocie piosenek country. I co najistotniejsze- są antysemitami.

Z drugiej strony reżyser Oliver Stone pokazuje tych dobrych żołnierzy, którzy bez przerwy kwestionują zasadność interwencji w Wietnamie, walczą z „zacofanymi patriotami” i słuchają w swoich namiotach hipisowskich hitów prosto z Woodstocku. No i jak to mają w zwyczaju robić ambasadorzy miłości i pokoju- palą w wolnych chwilach trawkę. Jest powszechną tajemnicą, że Hollywood stał się bastionem lewactwa. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że już w latach 50-tych było ono przefiltrowane przez sowiecką agenturę, która została w dużym stopniu zdławiona przez Reagana i McCarthego. Spadkobiercy „prześladowanych” przez prawice bolszewików musieli więc również w przypadku wojennego kina wytoczyć najcięższe działa. Jedynym chlubnym wyjątkiem „wietnamskiego kina” był obraz „ Łowca Jeleni”, który w 1978 roku zdobył Oscara za najlepszy film roku. Stało się to jednak na kilka lat przed erupcją „postępowego” kina. Film Michaela Cimino wywołał oburzenie na całym świecie. Delegacja radziecka opuściła nawet festiwal filmowy w Berlinie w ramach protestu przeciwko „ obrażaniu narodu wietnamskiego”

Natomiast Jane Fonda- prokomunistyczna aktywistka i aborcjonistka, która wsławiła się tym, że będąc w Hanoi na zaproszenie Vietkongu, dementowała informacje o torturach amerykańskich jeńców wojennych, nazwała „Łowcę jeleni” rasistowską, pro- rządową wersją wojny. Cztery lata później w amerykańskich kinach pojawił się film „Pierwsza Krew”, który wstrząsnął lewicowym establishmentem. Historia powracającego z Wietnamu weterana, który we własnym kraju jest opluwany i gnębiony przez swoich obywateli odniosła spektakularny sukces. „Salon” piórem swoich krytyków wyśmiał obraz i deprecjonował jego patriotyczne i antymainstreamowe przesłanie. Zarówno w stosunku do pierwszej jak i następnych części pojawiły się zarzuty o nadmierną brutalność ( mówili to ludzie popierający ludobójcę Pol- Mota), szerzenie języka nienawiści ( typowy epitet antyprawicowy) czy nawet seksizm ( a co z masowymi gwałtami młodych Wietnamek przez Vietkong?) Jednym słowem- lewica wykorzystywała swoje wszystkie chwyty by obrzydzić ludziom „Tą prawicową, obrzydliwą propagandę” jak napisał jeden z krytyków. Nie zniechęciło to jednak widzów do szturmu na kina. Na całym procederze ucierpiał najbardziej scenarzysta i gwiazdor filmu Sylvester Stallone, który został zaszufladkowany i nie dostawał poważnych propozycji ról. Jest to typowy zabieg lewicy w Hollywood.

Ilu bowiem aktorów z czołówki przyznaje się do prawicowych poglądów? Jedynie Bruce Willis- ale on nie wypowiada się zbyt często o polityce. Reszta w obawie przed popadnięciem w „infamię” milczy albo przechodzi na stronę postępu i „sprawiedliwości społecznej”. Pamiętając o tym ,że współczesny człowiek egzystuje w mediokracji trudno się dziwić, że na historię patrzy się przez pryzmat showbiznesu a nie historycznych faktów. Lenin w końcu nie na darmo podkreślał, że najważniejszą ze sztuk jest kino. To właśnie filmowców należy w dużej mierze winić za to co obecnie dzieje się w tym „demokratycznym” kraju ,bowiem obraz uciśnionego (przez krwiożerczych imperialistów z USA) Wietnamu przedstawiany w fabryce snów przesłania działania czerwonego reżimu, który po dziś prześladuje i morduje swoją opozycje.


Wietnam w XXI wieku- prześladowań ciąg dalszy.

„2007 rok jest rokiem największych od 20 lat w tym kraju represji wobec opozycjonistów działających pokojowymi metodami. Ośmielone poparciem społeczności międzynarodowej i przyznaniem Wietnamowi członkostwa w World Trade Organization pod koniec roku 2006, władze Wietnamu przystąpiły do prześladowania wszystkich tych, którzy przeciwstawiają się Komunistycznej Partii Wietnamu, aresztowano dziesiątki działaczy na rzecz demokracji i działaczy praw człowieka, liderów wolnych związków zawodowych, dziennikarzy podziemnych a także wiernych nie uznawanych wspólnot religijnych. Od chwili nasilenia represji w 2007 roku, około 40 dysydentów zostało aresztowanych, ponad 20 osób usłyszało wyrok więzienia, zwykle za propagandę antyrządową z artykułu 88 kodeksu karnego. W marcu rzymsko-katolicki ksiądz Nguyen Van Ly, współzałożyciel demokratycznego Ruchu 8406 skazany został na 8 lat więzienia”- pisze Ton Van Anh, mieszkająca w Polsce wietnamska bojowniczka o prawa człowieka. Mimo tego, że Wietnam został członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, wietnamskie prawo nadal zezwala na aresztowanie ludzi bez postawienia zarzutów. Umieszcza się podejrzane osoby w zakładach psychiatrycznych, „ośrodkach opieki społecznej” czy obozach resocjalizacji.

Władza ludowa nie zapomniała również o torturach, którym są poddawani opozycjoniści w prowizorycznych więzieniach. Jak donoszą raporty obrońców praw człowieka, więźniowie są umieszczani w izolatkach bez światła, po opuszczeniu których umierają na liczne choroby. W Wietnamie media są kontrolowane do tego stopnia, że za działalność opozycyjną w internecie grozi więzienie. Właściciele kafejek internetowych są zobowiązani do spisywania danych osobowych swoich klientów. „Rozporządzenie nr 38 zakazuje zgromadzeń publicznych przed budynkami administracji państwowej, partii i miejscami, gdzie odbywają się konferencje międzynarodowe, zobowiązuje organizatorów takich zgromadzeń do uzyskania zgody administracji. W lipcu w mieście Ho Chi Minh´a milicja rozbiła trwający od miesiąca, pokojowy protest, w którym uczestniczyło setki chłopów, wśród nich wiele starszych kobiet, protestujących przeciw polityce wywłaszczania z ziemi- pisze van Anh. Mimo tak dotkliwych represji Bank Rozwoju Azjatyckiego pożyczył w 2007 roku Wietnamowi 4,4 miliardów. Po rządami Demokratów i neokonserwatysów USA stały się dla komunistycznego reżimu jednym z najpoważniejszych partnerów gospodarczych. Ronald Reagan powiedział: „Zapytajcie proszę mieszkańców Łotwy, Litwy i Estonii, zapytajcie proszę Polaków, Czechów, Słowaków, Węgrów, Bułgarów, Rumunów i Wschodnich Niemców. Zapytajcie mieszkańców tych krajów, jak to jest żyć w świecie, w którym Związek Sowiecki jest Numerem Jeden. Nie chciałbym mieszkać w takim świecie i myślę, że wy również nie”. Gdyby ten wielki mąż stanu był prezydentem USA w latach 70-tych, Wietnam zapewne nie zostałby pozostawiony na pożarcie komunistom. Zwycięstwo Vietcongu nie było podyktowane geniuszem militarnym jego generałów ani nawet pomocą materialna ZSRR. Wygrali oni dzięki swoim sojusznikom w USA czyli lewicy. To właśnie liberałowie i establishment jest odpowiedzialny za to, że odsetek zniszczonych psychicznie żołnierzy jest najwyższy wśród weteranów z Wietnamu. To dzięki lewicowemu populizmowi i agenturalnej działalności jego przedstawicieli naród wietnamski po dzień dzisiejszy jest prześladowany a Ameryka została podzielona i do dzisiaj prowadzi ideologiczną wojnę domową. Nicolas Gomez Davila słusznie bowiem zauważył, że „Lewica jest najzdolniejszym menedżerem kloaki”.

Łukasz Adamski

Tekst pojawił się w krótszej wersji w kwartalniku „FRONDA” numer 46.
___________________

Trafilem na ciekawy artykul poswiecony wojnie w Wietnamie:

###

Wojna wietnamska (1965-1973) należy do najbardziej zmitologizowanych konfliktów XX wieku. W środowiskach lewicowych dominuje jednoznacznie negatywny pogląd na amerykańską interwencję w Indochinach.

Przedstawiana jest jako agresja imperialistycznego mocarstwa przeciw narodowi wietnamskiemu walczącemu o wyzwolenie (Noam Chomsky). Taka teza ma jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Należy wskazać, że Amerykanie nie mieli w Wietnamie interesów gospodarczych czy handlowych. Celem podjętych przez nich działań było powstrzymanie komunistycznej ekspansji na terenie Indochin. Decyzja o interwencji wynikała z tzw. teorii domina. Wychodzono z założenia, że zwycięstwo komunistów w Wietnamie doprowadzi do komunizacji całego obszaru Azji Południowo-Wschodniej.

Na terenie Indochin już od 1945 roku trwały walki o zrzucenie francuskiego zwierzchnictwa. W 1954 Francuzi ostatecznie wycofali się z Wietnamu. Ustalono podział terytorium Wietnamu wzdłuż 17 równoleżnika. Na południu ukonstytuowała się Republika Wietnamska (RW), ze stolicą w Sajgonie. Na północy komunistyczny reżim Ho Chi Minha, rezydujący w Hanoi, powołał do istnienia Demokratyczną Republikę Wietnamu (DRW).

Przywódca Vietminhu nie zrezygnował z planów zjednoczenia Indochin pod swoją władzą. Prowadził na terenie Republiki Wietnamu infiltrację za pomocą komunistycznej partyzantki (Vietcong). Dzięki nośnym hasłom propagandowym oraz zastraszaniu społeczeństwa zyskiwała coraz większe wpływy. Rząd w Sajgonie nie potrafił zapanować nad sytuacją.

W tych okolicznościach Amerykanie zdecydowali się przeciwdziałać naporowi komunizmu. Wsparcie udzielane Republice Wietnamu początkowo ograniczało się do dotacji finansowych oraz doradców. Później doszła pomoc zbrojeniowa i technologiczna. W 1965 prezydent Lyndon Johston zdecydował się na wysłanie do Wietnamu regularnych wojsk. Ich liczba stopniowo rosła. Pod koniec 1968 roku w Republice Wietnamskiej stacjonowało ponad pół miliona amerykańskich żołnierzy (z tego tylko 40% stanowiły oddziały liniowe).

Charakter wojny
Wojna okazała się dla Amerykanów trudniejsza niż przypuszczano. W Wietnamie istniały idealne warunki dla działań partyzantki. Trzy czwarte powierzchni tego kraju zajmują góry, ponad połowa pokryte jest lasami. Rzadka sieć komunikacyjna utrudniała przerzucanie wojsk. Zagęszczenie w koronach drzew powodowało, iż bazy Vietcongu były niewidzialne dla amerykańskiego lotnictwa. Warunki terenowe niwelowały przewagę technologiczną jaką dysponowała armia USA. Amerykanie mieli także trudności z przyzwyczajeniem się do miejscowego klimatu cechującego się wysoką temperaturą i dużą wilgotnością. Zdarzało się, że z powodu chorób unieruchomiona była jedna czwarta amerykańskich sił.

Należy zaznaczyć, że Vietcong nie był typową partyzantką. Była to de facto zdyscyplinowana, dobrze wyszkolona i wyposażona w nowoczesną broń armia. Wietnamczycy lepiej znali termin. Byli przyzwyczajeni do miejscowych warunków klimatycznych. Walczyli z ogromną determinacją i gotowością do poświęceń. Wykazywali zadziwiającą umiejętność regeneracji sił. Wietnamczycy stosowali taktykę nękania, unikania otwartych starć.

Mimo to, opinie o klęskach jakie ponosić mieli Amerykanie w Wietnamie nie znajdują potwierdzenia w faktach. Jankesi nie przegrali właściwie żadnej bitwy. Nie ulegli przeciwnikowi w polu. Najsłynniejsza akcja militarna sił Vietcongu, tzw. Ofensywa Tet (prowadzona przy wsparciu regularnej armii DRW) przyniosła komunistom dotkliwą porażkę. Ich oddziały zostały zdziesiątkowane. Viet-cong stracił ok. 40 tys. żołnierzy (dla porównania straty amerykańskie wynosiły ok. 1 tys.) i de facto przestał istnieć jako realna siła militarna. Do końca wojny ciężar walk przerzucony został na wojska północnowietnamskie.

Wbrew przekonaniu o rozprężeniu jakie panować miało w wojsku amerykańskim morale przez długi czas utrzymywało się na stosunkowo wysokim poziomie. Do 1968 roku liczba dezercji była niższa niż w czasie II wojny światowej czy wojny koreańskiej. Załamanie przyszło dopiero w roku 1969, kiedy już zostały podjęte decyzje o wycofaniu z Wietnamu. Zaczęły wówczas występować odmowy wykonywania rozkazów. Dezercje osiągnęły rozmiar 7% rocznie. Należy jednak wskazać, że morale poborowych w tym okresie nie wynikało z rozwoju wydarzeń w Wietnamie, lecz było w dużej mierze konsekwencją antywojennej nagonki jaka ogarnęła USA. Do wojska trafili młodzi ludzie, którzy chłonęli atmosferę demonstracji organizowanych przez przeciwników interwencji.

Postawa społeczeństwa
Funkcjonuje teza, że wojna w Wietnamie toczyła się wbrew woli amerykańskiego społeczeństwa. Nie jest to prawda. W początkowym okresie wszystkie poważne siły polityczne w USA popierały interwencję. Decyzja o zaangażowaniu sił w Wietnamie była rezultatem swoistego ponadpartyjnego porozumienia. Rezolucję tonkińską, upoważniającą prezydenta Johnsona do rozpoczęcia wojny, przegłosowano w Kongresie niemal jednomyślnie. Większość Amerykanów do końca popierała interwencję. Była to jednak większość milcząca. Ich opinie nie miały możliwości przebicia się do mediów opanowanych przez krytyków wojny.

Przeciwnicy interwencji tworzyli grupki stosunkowo nieliczne, ale hałaśliwe i niezwykle ekspansywne. W ich ręku znalazły się podstawowe instrumenty urabiania opinii publicznej: media i uczelnie. Można powiedzieć, że pewną część amerykańskiego społeczeństwa ogarnęła swoista histeria. W propagandzie antywojennej rząd amerykański przedstawiany był jako źródło wszelkiego zła. Komunistów idealizowano i darzono sympatią (w czasie demonstracji noszono portrety Ho Chi Minha). Fanatyzm przeciwników interwencji obrazuje stosunek do weteranów. Młodzi żołnierze wracali do domów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tymczasem spotkały ich zniewagi, wyzwiska, obelgi. Jeden z żołnierzy wspomina: "Pojechałem tam myśląc, że robię coś dobrego, a kiedy wróciłem zostałem opluty przez jakąś hipiskę". Lewicowych działaczy łączyło totalne zamknięcie na argumenty drugiej strony. Założenia były z góry ustalone. Historyk Stephen Morris wskazuje, że jednoznacznie negatywne stanowisko wobec zaangażowania USA w Indochinach uzyskało status uświęconego dogmatu: "jakakolwiek próba uzasadnienia amerykańskiej interwencji, uważana była za znak ekscentryczności graniczącej z dziwactwem lub moralnego zdeprawowania. Od wczesnych lat 70. lewicowo-liberalna subkultura, która opanowała uniwersytety i środki masowego przekazu, znała tylko jedną odpowiedź na politykę USA - wściekłość. Ci, którzy mogli myśleć inaczej, milczeli zastraszeni. Wiara większości nie znosiła żadnej herezji".

Mit o zbrodniach amerykańskich
W kampaniach antywojennych posługiwano się często argumentem o ludobójstwie dokonywanym rzekomo przez Amerykanów w Wietnamie. Wojska amerykańskie wielokrotnie porównywano do nazistów. Prezydenta Johnstona zestawiano z Hitlerem. Aktywiści ruchu często posiłkowali się "dowodami" dostarczonymi im przez stronę komunistyczną. Przyjmowano je bezkrytycznie. Tego rodzaju tezy mają jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością. Amerykanie robili wszystko, aby zminimalizować liczbę ofiar wśród ludności cywilnej. M.in. dokonywali ewakuacji ludności z obszarów objętych działaniami wojennymi. Procent zabitych wśród ludności cywilnej był stosunkowo niski. Wg historyka Guntera Levy w Wietnamie zginęło procentowo o 1/4 mniej cywili niż w II wojnie światowej oraz dwa razy mniej niż w czasie wojny koreańskiej. Mitowi o ludobójstwie Amerykanów przeczą również wskaźniki demograficzne. Mimo wojny ludność południowego Wietnamu stale rosła. Przyczyniała się do tego m.in. amerykańska pomoc medyczna.

Zdarzały się oczywiście przejawy niehumanitarnego postępowania: przypadki brutalnego traktowania, stosowania tortur, niszczenia wiosek podejrzewanych o sprzyjanie komunistom. Trudno je usprawiedliwiać, choć można spróbować zrozumieć. Amerykanie przybyli do zupełnie obcego kraju. Nie rozumieli miejscowej kultury, ani ludzi, z którymi się stykali. Trudno im było odróżnić wrogów od sojuszników. Jednocześnie jednak żołnierze amerykańscy znajdowali się pod ścisłą kontrolą służb cywilnych oraz mediów. Przejawy brutalnego postępowania były odnotowywane, a ich sprawcy ponosili konsekwencje. Charakterystyczna jest sprawa por. Willima Calleya, którego pluton wymordował ok. 300 mieszkańców wioski My Lai. Inicjatorom tej zbrodni wymierzono surowe kary. Calleya skazano na dożywocie (choć zwolniono go po 4 latach).

Trudno sobie wyobrazić, aby druga strona stosowała podobne standardy. Vietcong traktował terror jako normalne narzędzie walki z przeciwnikami. Najbardziej znanym przykładem mordu było zgładzenie w 1968 roku 4 tys. mieszkańców miasta Hue: działaczy politycznych, przywódców wspólnot religijnych, urzędników i oficerów. Dopiero po roku w pobliskich lasach odkryto masowe groby zamordowanych. Analogie do zbrodni katyńskiej są jednoznaczne. Okrucieństwa Vietcongu były jednak w mediach amerykańskich najczęściej pomijane milczeniem. Nie pasowały do stereotypowego obrazu złych Amerykanów i szlachetnych komunistów.

Koniec konfliktu
Jak już wspomniałem ofensywa Tet wydatnie osłabiła siły Vietcongu. Nie zostało to jednak wykorzystane z powodu nacisków ze strony środowisk antywojennych. Ich działalność przyniosła efekty. W 1969 rozpoczęto stopniowe wycofywanie wojsk z Wietnamu. Ostateczne wyjście amerykańskich wojsk nastąpiło w 1973. Rząd w Hanoi nie zrezygnował jednak z podboju Południa. Rychło po wycofaniu się Amerykanów rozpoczął napór na Republikę Wietnamską. Mimo wsparcia finansowego i dostaw sprzętu z USA rząd południowo-wietnamski nie był w stanie przeciwstawić się wojskom z Północy. W 1975 armia DRW wkroczyła do Sajgonu.

Upadek Republiki Wietnamu uznany został przez amerykańską lewicę jako zwycięstwo wietnamskiego narodu. Trudno jednak byłoby obronić taką tezę. Autorytarnemu rządowi w Sajgonie można było wiele zarzucić. Szerzył się nepotyzm, korupcja, nieudolność. Mimo wszystko Republika Wietnamska prezentowała się bez porównania korzystniej niż reżim w Hanoi. Nie było totalnej kontroli nad obywatelami. Do połowy lat 70. Wietnam Południowy z biednego, zacofanego kraju przekształcił się w szybko rozwijające się państwo. Zbudowano od podstaw administrację i armię. Istniało 12 uniwersytetów na których kształciło się 150 tys. studentów. Republika Wietnamu miała jeden z najniższych odsetek analfabetów (10%). Wydawano 27 dzienników, funkcjonały 3 staje telewizyjne i 20 rozgłośni radiowych. Poziom życia był nieporównywalnie wyższy niż na Północy.

Po zajęciu Sajgonu przez komunistów rozwój ten został zahamowany. Naród wietnamski dostał się w tryby totalitarnej machiny. Rozpoczęły się mordy przeciwników politycznych: pracowników administracji, oficerów, policjantów, działaczy politycznych i religijnych. Wprowadzono sądy ludowe ferujące wyroki śmierci. Egzekucji dokonywano często publicznie, nierzadko w okrutny sposób. Komuniści stworzyli system obozów koncentracyjnych (bambusowy gułag), w których miała odbywać się tzw. reedukacja społeczeństwa. Zatrzymani przechodzili w obozach kurs indoktrynacji politycznej. Na porządku dziennym było bicie i tortury. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Szacuje się w 1981 w obozach koncentracyjnych przebywało ok. 300 tys. osób.

Rządy komunistów doprowadziły Wietnam do gospodarczej katastrofy. W 1979 kraj stanął na krawędzi głodu. Dochód narodowy spadł poniżej 100 dolarów na osobę (dla porównania w sąsiedniej Tajlandii wynosił 1,5 tys. dolarów). Nic zatem dziwnego, że Wietnamczycy masowo opuszczali komunistyczny "raj". Mimo, iż z odciętego od świata Wietnamu trudno było się wydostać, w latach 1978-1979 z kraju uciekło z niego 400 tys. ludzi. Do 1990 roku liczba ta wzrosła do 1,5 mln osób.

Skutki wojny
W trakcie działań zbrojnych zginęło ok. 55 tys. żołnierzy amerykańskich. Liczba jest wysoka, ale nie porażająca. Podobne straty przyniosła Amerykanom wojna w Korei. Straty amerykańskie w Wietnamie były dwukrotnie niższe niż w czasie kilku miesięcy zmagań I wojny światowej. Były także sześciokrotnie mniejsze, niż te, które Amerykanie ponieśli w czasie II wojny światowej (w trakcie czteroletnich zmagań zginęło ich ponad 300 tysięcy).

Funkcjonuje teza o stratach jakie wojna miała wywołać w psychice amerykańskich żołnierzy. Rzeczywiście pewna część weteranów miała trudności z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Jednak wbrew powszechnej opinii nie takie przypadki nie miały masowego charakteru. W 1988 roku pismo "US News and World Report" opublikowało wyniki badań 15 tys. żołnierzy, którzy służyli w Wietnamie. Okazało się że miedzy weteranami, a ich rówieśnikami, którzy nie walczyli w Indochinach nie istniały istotniejsze różnice w stopniu znerwicowania, liczbie rozwodów, liczbie alkoholików czy w przestępczości.

Niektórzy historycy wskazują, że wojna wietnamska była do wygrania dla USA. O porażce zadecydowała postawa amerykańskich elit. W obawie przed reakcją mediów nie decydowano się na stosowanie rozwiązań, które mogłyby doprowadzić do zwycięstwa. Bardzo charakterystyczne są badania przeprowadzone w 1980 r. Ponad 80 proc. badanych weteranów uważało, że wojna została przegrana, gdyż nie pozwolono wojsku jej wygrać. Dwie trzecie deklarowało gotowość walki raz jeszcze, tylko bez ograniczeń narzucanych armii przez polityków.

Wietnam nie był klęską militarną USA. Był natomiast poważną porażką polityczną i propagandową. Swoista trauma jaka nastąpiła w jej efekcie sparaliżowała działania Amerykanów na kilka lat. Dopiero Ronald Reagan przywrócił Amerykanom wiarę w sens walki przeciwko komunizmowi.

Tomasz Tokarz
************** PS.