o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

wtorek, 18 maja 2010

Rzeczpospolita Polska, p o w ó d ź 1934

Ratowanie powodzian przez wojsko, powódź lipiec 1934 r.

Trzeba tu jednak stwierdzić, że w istniejących warunkach, administracja państwowa i władze miejskie robiły co mogły aby przyjść z pomocą dotkniętym kataklizmem i zmniejszyć rozmiary klęski. Do akcji ratunkowej od samego początku włączone zostało wojsko które, jak informowało "Hasło", w ratowaniu ludzi i mienia dokonywało cudów - szczególnie wyróżniły się 2 kompanie 5 p. saperów z Krakowa, które przybyły z pontonami, oraz 16 p.p. z Tarnowa. Również policja z komendantem Dzierżyńskim na czele dała nadludzki wprost wysiłek; gazeta wyróżniła ponadto tarnowską Ochotniczą Straż Pożarną z panem Starostką na czele. Organizacją pomocy dla powodzian zajęły się od razu władze miejskie. Prezydent miasta dr Mieczysław Brodziński zarządził uruchomienie kuchni polowych, ustawionych w najbardziej dotkniętych żywiołem rejonach miasta, które wydawały powodzianom darmowe posiłki, opieką objęto też podróżnych unieruchomionych w zatrzymanych pociągach na dworcu kolejowym. Do akcji pomocowej włączył się od razu PCK, który m.in. własną kuchnię polową przekazał do dyspozycji magistratu. Działała ona od 17 do 23 lipca.

Przerwanie lądowych linii komunikacyjnych spowodowało uruchomienie zastępczej komunikacji lotniczej - korespondencja i gazety od wtorku dostarczane były do Tarnowa przez samoloty, które rano i po południu lecąc nisko nad miastem zrzucały worki z pocztą. Podobnym sposobem zaopatrywano i inne odcięte miejscowości pomimo, że łączyło się to z pewnym ryzykiem - np. w środę 18 lipca, w pobliżu Piotrkowic, spadł samolot wiozący pocztę do Nowego Sącza.

Dużą aktywnością w tych trudnych chwilach wykazał się starosta powiatowy, Mieczysław Lissowski . Zgodnie z jego zarządzeniem do zalanych gmin skierowane zostały transporty z artykułami żywnościowymi, co było o tyle istotne, że w kilkudziesięciu gminach woda zabrała wszystko i zapanował głód. Wydał też od razu starosta odezwę do kupców, przestrzegającą przed podnoszeniem cen i lichwą, bo: w odniesieniu do nich znajdzie zastosowanie rozporządzenie Pana Prezydenta Rzp. P. o umieszczeniu w obozach izolacyjnych. Że nie były to puste słowa, pokazały najbliższe wypadki.

Zalane domy w Zgłobicach, powódź lipiec 1934 r.

Z inicjatywy starosty szybko, bo już w czwartek 19 lipca, powołany został Obywatelski Komitet Pomocy dla Powodzian, w skład którego weszli przedstawiciele społeczeństwa i reprezentanci najważniejszych miejscowych instytucji. W prezydium Komitetu znaleźli się: starosta Mieczysław Lissowski, ks. biskup Franciszek Lisowski , prezydent miasta Mieczysław Brodziński oraz płk Stefan Broniowski . Komitet od razu zaczął zbiórkę funduszy i rozpoczął energiczną akcję pomocową. Trzeba tu z uznaniem stwierdzić, że ogrom tragedii wyzwolił niezwykłe wprost pokłady solidarności społecznej i ujawnił wspaniałą postawę mieszkańców regionu. Dość powiedzieć, że w ciągu pierwszego tygodnia Komitet zdołał zgromadzić z datków prawie 30 tysięcy złotych (m.in. od Komunalnej Kasy Oszczędności 10 tysięcy, od księcia Romana Sanguszki 10 tysięcy, od ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego 1 tysiąc), a więc kwotę naprawdę dużą. W krótkim czasie, niezależnie od wspomnianego Komitetu działającego w skali całego powiatu, powstała pewna liczba lokalnych komitetów obywatelskich, które starały się nieść pomoc w mniejszej skali, czasem ograniczonej do wspólnoty sąsiedzkiej. Ślady ich istnienia czasem utrwalone zostały w kronikach szkolnych różnych miejscowości naszego regionu, rzadziej w lokalnej prasie, o ile taka gdzieś istniała.

Zachowały się też relacje o wydarzeniach i znakomitej postawie niektórych osób, niosących innym pomoc. Jedną z takich relacji, odnoszącą się do Żabna, przytacza "Hasło". - W Żabnie cudów bohaterstwa dokonywał em. por. 5 p.s.k. Filipowicz , który w małym kajaku przez dwa dni i noce bez przerwy ratował zagrożonych. Słaniając się na nogach, wypływał co chwila na groźne pozycje, ratując życie dziesiątków ludzi. Żabno i okolice błogosławią tego dzielnego Polaka. Łzy rozrzewnienia płyną do oczu kiedy się widzi, jak ludność wiejska (...) dzieli się ostatkiem z tymi, którym woda zabrała wszystko.

Zalane domy przy ul. Krakowskiej w Tarnowie, powódź lipiec 1934 r.

Obok takich postaw, zdarzały się i inne. Na szczęście, jak się wydaje, stanowiły tylko nieunikniony margines na tle solidarnego jako całość, miejscowego społeczeństwa. Były też one od razu piętnowane i spotykały się z ogólnym potępieniem. W pierwszych dniach powodzi, kiedy sytuacja zmieniała się dynamicznie, a instytucjonalne formy pomocy i opieki nad powodzianami dopiero były organizowane, pojawiały się jednostki które próbowały się obłowić na nieszczęściu innych - przed takimi hienami, jak ich określało "Hasło", broniła opuszczonego dobytku i zalanych domów policja. Niemniej zdarzały się również sytuacje, że pomimo odezwy starosty ostrzegającej przed podnoszeniem cen i lichwą, niektórzy kupcy wykorzystywali przymusową sytuację powodzian - w takich przypadkach, o ile zostały ujawnione, bezpardonowo było stosowane prawo. I tak, na rozkaz starosty aresztowani zostali piekarz Antoni Klimek z Mościc i Kazimierz Bieś z Tarnowa za pobieranie nadmiernych cen za pieczywo. W Tuchowie aresztowano Szymona Tellera i Fajgę Treszer za odmowę sprzedaży zboża i mąki powodzianom.

Najciekawszym, a przy tym znakomicie oddającym charakter ówczesnego prawa, był przypadek żydowskiego handlarza bydła z Tarnowa, Chaima Amstera . Otóż został on aresztowany za wyzysk i wykorzystanie ciężkiego położenia powodzianina, od którego kupił byka o 100 złotych taniej (za 150 zł.) niż rzeczywista wartość zwierza. Prawo zadziałało tutaj w ten sposób, że mięso z byka (trafił po kupnie oczywiście do rzeźni) zostało sprzedane, a pokrzywdzonemu właścicielowi z uzyskanego zysku zwrócono 100 złotych. Przypadek ten jest interesujący jeszcze i z tego powodu, że jak podało "Hasło", (...) ów buhaj wyratował się jedyny z kilku sztuk z powodzi, a to z tego powodu, że Żołędź (czyli Stanisław Żołędź z Ilkowic) siedząc na strychu przez 24 godziny trzymał owego buhaja za rogi.

Innym, napiętnowanym przez lokalną prasę szkodnikiem, był właściciel dóbr z Drużkowic, Krasuski , który posiadał przewóz przez Dunajec na drodze Wesołów - Czchów i odmawiał przewozu powodzianom, rodzinom z mieniem, do Czchowa. W tym przypadku prawo prawdopodobnie nie wkroczyło, w każdym razie brak jest na ten temat informacji.

Po ustaniu opadów i przejściu fali kulminacyjnej sytuacja powoli stabilizowała się, po kilku dniach poziom rzek zaczął się obniżać. Niemniej podwyższony stan wody utrzymywał się jeszcze przez około tydzień. "Hasło" z dnia 27 lipca odnotowało, że Wody na Białej i Dunajcu prawie wszędzie już opadły.

Sytuację w oczywisty sposób to poprawiło. Służby cywilne i wojsko mogły powoli przystępować do przywracania komunikacji i odbudowy zniszczonych elementów infrastruktury, administracja do szacowania strat i opracowywania programów pomocy dla zniszczonych powodzią terenów.

Cały czas działały instytucje pomocowe - PCK prowadził teraz zbiórki odzieży dla powodzian, działał aktywnie Obywatelski Komitet Pomocy dla Powodzian, organizować się zaczęły nowe komitety, środowiskowe (np. nauczycieli) i terytorialne (najbliższy w Zakliczynie), które zajęły się różnymi formami pomocy społecznej. Nie zabrakło wśród nich organizacji politycznych. BBWR prowadził akcję rozdawnictwa żywności - autobusy i samochody ciężarowe z produktami żywnościowymi wysyłane były w zniszczone wodą rejony - akcją kierował poseł Bloku, Starzyk z członkami Zarządu. Pomoc, pomimo kryzysowej sytuacji, dzięki solidarności społecznej przybrała rzeczywiście wielkie rozmiary, łagodząc nędzę zniszczonych powodzią terenów. Jak się też wydaje, miejscowe elity w większości sprawdziły się w czasie tych tragicznych wydarzeń. Pozytywne oceny za działalność podczas powodzi zyskali wśród mieszkańców miasta zarówno prezydent Brodziński jak biskup Lisowski. Szczególnie jednak za swoją postawę chwalony był starosta Lissowski oraz książę Roman Sanguszko, który, jak podało "Hasło" zdobył sobie miłość nieszczęśliwych.

Stopniowo sytuacja normalizowała się, skutki powodzi odczuwano jednak jeszcze długo. Dopiero w połowie sierpnia uruchomiono na całej długości linię kolejową Kraków - Lwów, odbudowa niektórych zniszczonych mostów, w części prowadzona przez wojsko, trwała jeszcze dłużej. W samym Tarnowie do naprawy wałów i uszkodzonych dróg skierowano bezrobotnych - miasto zaciągnąć musiało na ten cel nową pożyczkę.

Przez długi okres czasu działały jeszcze komitety wspomagające powodzian, organizowane były zbiórki pieniędzy, urządzano imprezy charytatywne. Hasło "Nieście pomoc dla powodzian" w prasie tarnowskiej pojawiało się jeszcze do końca września, a mieszkańcy miasta nie pozostawali na to wezwanie obojętni - Obywatelski Komitet Pomocy do 6 września zdołał zgromadzić kwotę już ponad 76 tysięcy złotych. Jeszcze później, bo 18 października zorganizowana została w Tarnowie znakomita wystawa malarstwa polskiego (m.in. O. Boznańska , J. Malczewski , J. Kossak , W. Kossak , L. Wyczółkowski , J. Fałat i in.), połączona z loterią dzieł sztuki, z której dochód przeznaczony został na powodzian.

W sumie kataklizm miał rozmiary jakich ani wcześniej ani później w naszym regionie nie odnotowano. Jak wykazały wykonywane po ustąpieniu wody analizy i obliczenia, w porównaniu z największymi wcześniejszymi wylewami powódź z 1934 roku przekroczyła ustalone do 1933 roku maksima poziomu wody: Skawa przeciętnie o 10 % powyżej rekordowych, Raba przeciętnie o 20 %, Dunajec przeciętnie o 40 %, Wisłoka przeciętnie o 15 % i Wisła przeciętnie o 15 %. Pamiętajmy przy tym, że przekroczenia te odnoszą się do najbardziej tragicznych wcześniejszych powodzi, a niektóre z nich zaliczane były do prawdziwych kataklizmów, np. w latach 1813 i 1884.

Bilans tego wydarzenia był też wyjątkowo tragiczny. Pod wodą znalazło się w sumie 1260 km kw. terenu, zniszczonych lub uszkodzonych zostało 22 059 budynków, 167 km dróg, zerwanych 78 mostów, przerwane zostały wały, a śmierć poniosło 55 osób. Ogółem szkody materialne oszacowane zostały na 60,3 miliona złotych, a więc sumę olbrzymią - około 12 milionów ówczesnych dolarów. Część tych zniszczeń przypadła na powiat tarnowski, część, na szczęście nieznaczna, na samo miasto. Straty powiatu obejmowały 52 zalane wsie, ponad 250 zniszczonych całkowicie lub poważnie uszkodzonych budynków mieszkalnych i gospodarczych - śmierć tu poniosło dziewięć osób i ponad 440 sztuk koni, bydła i trzody chlewnej. W samym Tarnowie uszkodzeniu uległa natomiast część infrastruktury miejskiej (m.in. wodociąg), zalany został tartak na Rudach oraz uszkodzonych zostało trochę domów nad Wątokiemi i Białą, w tym samym rejonie oraz trochę niżej, przy ulicy Krakowskiej i Mościckiego. Na tle zniszczeń, których doświadczył region te straty wydają się niewielkie, pamiętajmy jednak, że dotyczyły miasta wychodzącego dopiero z głębokiego kryzysu i zadłużonego, w którym samo zniszczenie rolniczego otoczenia mogło pośrednio zwiększyć i tak dosyć rozległe obszary biedy.

Budowa zapory na Dunajcu w Rożnowie.

Tragedia roku 1934 wpłynęła za to na strategiczne decyzje dotyczące gospodarki wodnej regionu Pogórza. Po odzyskaniu niepodległości kolejne rządy Rzeczypospolitej dostrzegały co prawda konieczność budowy zapór na górskich dopływach górnej Wisły, ale stan państwa i problemy gospodarcze, spychały decyzje inwestycyjne na drugi plan. Niemniej z inicjatywy prof. Karola Pomianowskiego podjęty został program budowy zapór na Dunajcu, a sam K. Pomianowski stał się autorem projektu zapory w Rożnowie, opracowanego już w latach dwudziestych. Kryzys 1929 roku spowodował wstrzymanie tej inwestycji i odłożenie projektu.

Tragedia z lipca 1934 roku zmusiła jednak rząd do powrotu do tej koncepcji. W imponującym tempie wykonany został teraz nowy projekt, który w Biurze Dróg Wodnych Ministerstwa Komunikacji opracował zespół pod kierunkiem inż. Zbigniewa Żmigrodzkiego . Oparto się na projekcie prof. Pomianowskiego, który zatrudniony też został jako stały konsultant. Równolegle do Dunajca prowadzone były prace na Sole, gdzie już w 1936 roku oddana została zapora i zbiornik w Porąbce. W lutym tego samego roku rozpoczęto natomiast budowę zapory w Rożnowie która, jako największa polska zapora, stać się miała jedną z głównych inwestycji energetycznych powstającego Centralnego Okręgu Przemysłowego. Budowa postępowała w równie imponującym tempie jak prace projektowe - ukończona została w 1941 roku (od wiosny 1940 roku budowę przejęły firmy niemieckie). Napełnianie zbiornika rozpoczęte w drugiej połowie 1941 roku trwało do roku 1943.

W wyniku tych prac powstało wspaniałe dzieło myśli inżynierskiej. Przewężenie doliny Dunajca, w miejscu pogórskiego przełomu pełnego bystrzyn i usianego głazami-samorodami, które zwane były przez okolicznych mieszkańców diabelskim mostem, przegrodzone zostało potężną tamą, długości 550 metrów. Pełna wysokość zapory osiągnęła 49 metrów, z czego 17 metrów wpuszczone zostało w podłoże, szerokość w poziomie korony wyniosła dziewięć metrów. Dzisiaj zapewne nie są to dane nadmiernie imponujące, pamiętać jednak należy, że była to budowla projektowana kilkadziesiąt lat temu i w Polsce nie miała wówczas odpowiednika podobnej skali. W wyniku spiętrzenia wody powstało malownicze jezioro, długie do 22 km i zajmujące powierzchnię - zależnie od stanu wody - od 16 do 20 km kwadratowych.

Nieco później, w 1938 roku, rozpoczęto budowę drugiej, mniejszej zapory w Czchowie i zbiornika wyrównawczego, którą ukończono dopiero po wojnie, w roku 1948. W latach 1938-39 przygotowano jeszcze dokumentację zapory w Niedzicy, tej jednak, z uwagi na wybuch wojny, już nie zdążono zrealizować. Do jej koncepcji, mocno tymczasem zdezaktualizowanej, powróciły władze komunistyczne, które od 1950 roku ponownie podjęły ten temat. Do 1964 roku ciągnęły się studia i prace koncepcyjne, a od 1970 roku rozpoczęła się realizacja, której do upadku komunizmu nie zdążono zakończyć - dopiero w 1995 roku rozpoczęto piętrzenie zbiornika a w 1997 roku nastąpiło zakończenie budowy i oddanie całości obiektów do eksploatacji. Pozaekonomiczne koszty tej inwestycji okazały się jednak znacznie większe niż poprzednio - bezpowrotnie zniszczono m.in. unikalne enklawy drewnianej zabudowy spiskiej oraz krajobraz pienińskiego przełomu Dunajca. Ale to już zupełnie inna historia.

K. Marek Trusz http://www.tarnowskieinfo.pl/tradycja/kroniki011.php
++++++++++++++++++++
PS.

Nowsze sprawy powodzi na Dunajcu, http://www.zzw-niedzica.com.pl/index.htm

oraz - .

Jak działa elektrownia wodna - animacje Flash


start maszyny do pracy turbinowej (37kB)
przykładowy cykl uruchamiania maszyny do momentu synchronizacji z siecią energetyczną
budowa hydro-generatora - Deriaz (240kB)
działanie jazu dolnej zapory w Sromowcach (190kB)
działanie generatora prądu zmiennego (200kB)
odwadnianie sztolni energetycznej (126kB)

hucPO kogo jeszcze zniszczysz

Z mszy pogrzebowej śp. dr. Janusza Kurtyki
- piękne wystąpienie Jego Syna

Zagłoba, pt., 23/04/2010 - 17:36
Media, jak wynika z dostępnych już doniesień z mszy pogrzebowej św. Janusza Kurtyki odprawionej dziś (23 kwietnia) o godz. 13.00, nie dostrzegły że odczytany został na nim doskonały i wielokroć przerywany oklaskami list Jarosława Kaczyńskiego skierowany do rodziny Zmarłego. Zapewne będzie opublikowany więc nie odnosze się do niego. Zwrócę uwagę tylko na to iż mszę świętą odprawił ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz w asyscie księdza Kardynała Franciszka Macharskiego.
Ostatnią osobą żegnającą w kościele śp. Janusza Kurtykę, był jego syn Paweł, nie mający chyba jeszcze 20 lat.

Powiedział tak: Dziękuję wszystkim którzy przybyli na pogrzeb mojego Ojca. Swoje słowa kieruję w szczególności do pracowników Instytutu Pamięci Narodowej tak licznie tutaj zgromadzonych. Zmarli nie przemawiają słowami, lecz wiem, że gdyby tu na moim miejscu stał mój Tata, chciałby wam powiedzieć: "dziękuję! Dziękuję za trud mówienia prawdy. Za trud odkłamywania historii, za ciężką i żmudną pracę, jaką trzeba było wykonać i jaka jeszcze pozostała do wykonania". Był bardzo dumny, że wspólnym wysiłkiem udało się stworzyć instytucję wzbudzającą zaufanie społeczne. W domu nasze rozmowy często dotyczyły bieżących problemów politycznych Polski. I jako syn wiem jak bardzo leżało mu na sercu jej dobro. I jaką wagę przywiązywał do odwagi jaką wykazywaliście mówiąc zdecydowanie i bez poprawności politycznej o faktach przeszłości. Gdyby tu stał pewnie powiedziałby jeszcze, że ta wasza praca nie może się zmarnować, i że trzeba skonczyć rozpoczęte dzieło dla dobra ojczyzny i młodego pokolenia. Boże! do Królestwa Twojego przymij duszę mojego Ojca, a naszym życiem pokieruj tak by mógł być z nas dumny. Dziekuję.

Sądzę że samo to wystąpienie syna śp. Janusza Kurtyki jest świadectwem jakim był On dobrym człowiekiem, skoro tak wychował syna.
Zagłoba - blog

+++++++++++++++++++++
PS.
.

Nie wykluczam ekshumacji - rozmowa z panią Beatą Gosiewską

Portret użytkownika Gazeta Polska - publikacje

Rosjanie przysłali do Polski ubrania zdjęte z ciał ofiar katastrofy brudne i mokre, w szczelnie zapakowanych workach. W siedzibie Żandarmerii Wojskowej dowiedziałam się, że muszą być one spalone ze względu na zagrożenie epidemiologiczne. Zastrzegłam, że jeśli tych rzeczy jeszcze nie spalono, to ja się na to kategorycznie nie zgadzam, ponieważ uważam, że jest to niszczenie dowodów w śledztwie, które się dopiero rozpoczyna. Dziś jestem przekonana, że to nie był wypadek i liczę się z tym, że będzie konieczna ekshumacja ciała mojego męża. Zrobię wszystko, aby tę sprawę wyjaśnić – jestem to winna mojemu mężowi i wszystkim pozostałym 95 ofiarom smoleńskiej katastrofy – z Beatą Gosiewską, żoną Przemysława Gosiewskiego, posła PiS, wicepremiera w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Dorota Kania

Dlaczego zdecydowała się pani na powołanie swojego pełnomocnika z związku ze śledztwem w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu, w której zginął pani mąż?

Ponieważ jest to jedyna możliwość uzyskania dostępu do jakichkolwiek informacji i dokumentów. Poza doniesieniami medialnymi nikt nas jako rodziny nie informuje, co dzieje się w sprawie. Gdybym wierzyła, że rząd polski zrobi wszystko, aby tę sprawę wyjaśnić, nie podejmowałabym żadnych działań. Tymczasem słyszę wypowiedzi polskiego premiera, z których wynika, że rząd nie będzie się mieszał do śledztwa, ponieważ uważa, że działania Rosjan są prawidłowe. Mimo że faktycznie pozostawiają wiele do życzenia, czego przykładem jest chociażby zabezpieczenie terenu katastrofy. Ja po prostu nie widzę ze strony rządu woli wyjaśnienia sprawy i dlatego zdecydowałam się na powołanie pełnomocnika. Dlatego też rozmawiam z dziennikarzami. Analizując doniesienia medialne i wydarzenia z ostatniego miesiąca, myślę, że było zbyt wiele zbiegów okoliczności, które skupiły się w jednym miejscu, czyli na smoleńskim lotnisku. Zwątpiłam w to, że ta władza doprowadzi do wyjaśnienia czegokolwiek w sprawie katastrofy. Teraz gdy minął pierwszy szok, widzę, jak to wszystko wygląda. Ta katastrofa obnażyła słabość państwa. Rządzący zajęli się bardzo sprawnie wchodzeniem do urzędów i wyborem nowych władz. Informowano w mediach, jak troszczą się o rodziny, a tak naprawdę to był wielki bałagan i dezinformacja. Liczyłam, że państwo wyjaśni przyczyny tej katastrofy, natomiast to, co widzę, to jakby próba ukrycia przed rodzinami prawdy.

Kto poinformował panią o tragedii?

O śmierci męża dowiedziałam się od znajomych – nikt mnie oficjalnie nie poinformował. Wszelkie informacje pochodziły z mediów. Później Kancelaria Sejmu zaoferowała pomoc w wypełnieniu wniosków o renty i zapomogi. Ponieważ nie prowadzę samochodu, jednorazowo udostępniono mi służbowe auto. Po dwóch dniach dowiedziałam się, że samochód będzie do mojej dyspozycji do dnia pogrzebu. Gdy zapytałam, czy mogą mi przydzielić kierowcę, który jeździł z moim mężem i którego znałam, pani dyrektor z Sejmu powiedziała do jednego z posłów: „znowu będą jeździć po zakupy”.

Kto pojechał do Moskwy na identyfikację pani Męża?

Do Moskwy poleciał wujek, brat matki męża. W Novotelu na miejscu zbiórki widać było, że nasze służby ignorują rodziny. Mojemu znajomemu dwie godziny zajęło oczekiwanie na odebranie od niego materiału do badania DNA. Ponieważ ludzie się denerwowali, pracownicy z ABW oświadczyli, że oni prowadzą śledztwo i są przygotowani na nerwy i powinni się uspokoić.

DNA potrzebne do identyfikacji pobrano od mamy męża, przekazaliśmy też osobiste przedmioty. Ponieważ w Moskwie był wujek, czyli dalsza rodzina, nie pobrano od niego materiału do badań. Ja będąc w Polsce, dowiedziałam się z mediów, że ciało męża zostało zidentyfikowane, tymczasem w Moskwie, zanim to nastąpiło, były spore problemy. Okazało się, że omyłkowo zidentyfikowano ciało kogoś innego jako mojego męża. Dopiero po podaniu przez rodzinę znaków szczególnych, przedmiotów, które mąż miał ze sobą, i po wyglądzie ubrania nastąpiła właściwa identyfikacja. Dla mnie dowodem, że tym razem nie doszło do pomyłki, była obrączka, którą przywiozła rodzina.

Czy w Polsce rodzina starała się o pozwolenie na otwarcie trumny?

Mamie Przemka przekazano informację, że w Polsce nie będzie takiej możliwości, ponieważ trumny będą zalutowane.

Z tego, co mi wiadomo, ciało męża nie miało większych obrażeń, było w całości. Bardzo żałuję, że nie mogłam otworzyć trumny, mam nadzieję, że istnieje jakaś dokumentacja z jej zamknięcia. Nie wiem, dlaczego od początku przedstawiciele rządu odwodzili rodziny od wyjazdu do Moskwy, mówiąc, że ciała są w strasznym stanie. Po wielu rozmowach z bliskimi ofiar katastrofy dowiedziałam się, że większość ciał była w całości. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego już na początku wprowadzono taką dezinformację. Przyjmowaliśmy wszystko za prawdę, a to było na etapie, kiedy byliśmy w szoku, zmęczeni, załamani.

Czy posiada pani informacje z sekcji zwłok męża o przyczynach śmierci?

My nawet nie wiemy, czy była robiona sekcja zwłok męża, ponieważ nas o tym nie powiadomiono. Odebrałam akt zgonu i dokument z identyfikacji spisany po rosyjsku – w tych papierach nie ma godziny śmierci męża, lecz tylko godzina identyfikacji zwłok – 17.10–18.10. Teraz bardzo żałuję, że my jako rodzina nie zażądaliśmy otwarcia trumny i wykonania sekcji zwłok. Bo przecież nie wiemy, co się stało, nie wiemy, czy ktoś z przedstawicieli polskiego rządu był przy zamykaniu i lutowaniu trumny.

Kiedy pani odebrała akt zgonu?

Na lotnisku, po przylocie trumny z ciałem. Podeszła do mnie jakaś pani, która poprosiła mnie na bok. Celnik zwrócił się do mnie o okazanie dokumentu tożsamości. Zapytałam, do czego jest to potrzebne, i wówczas usłyszałam, że otrzymam akt zgonu. To była pierwsza oficjalna informacja, że mąż nie żyje.

Czy odebrała pani ubrania męża?

W Moskwie radzono rodzinie, żeby ubrań nie brała. Były one zdekompletowane – brakowało marynarki, co jest bardzo dziwne. Odzyskaliśmy natomiast przedmioty, które w niej były. Mąż zawsze w wewnętrznej kieszeni marynarki nosił portfel, który się znalazł i, o dziwo, nie był zniszczony. Zawierał pieniądze, karty, dowód osobisty – te przedmioty nawet nie były zabłocone. Znalazło się również pióro, które mąż także nosił w kieszeni – ono jednak było roztrzaskane na kawałki.

Dlaczego nie ma marynarki? Była charakterystyczna, szyta na miarę z tego samego materiału co spodnie, które ocalały z katastrofy. Nie oddano jej rodzinie w Moskwie, nie znalazłam jej także w siedzibie Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim.

Odnaleziono teczkę męża, brakowało w niej tylko kalendarza poselskiego, a na pewno miał go przy sobie – notował w nim telefony, adresy, terminarze i tematy spotkań. Nie oddano go w Moskwie, nie ma go żandarmeria, nie figuruje na liście przedmiotów, które przejęło ABW, jak np. telefon komórkowy.

A w jakim stanie była teczka?

Zupełnie brudna i porwana, także wewnątrz – nie wiem dlaczego, bo ocalałe przedmioty, które się w niej znajdowały: książki, wizytówki, chusteczki higieniczne, były w dobrym stanie. Nikt mi nie potrafił tego wytłumaczyć. Jest to po prostu niemożliwe, aby w tak zniszczonej teczce zachowały się znajdujące się w niej rzeczy. Nikt mnie nie poinformował, gdzie znaleziono przedmioty, które mi oddano.

Czy odzyskała pani pozostałe części garderoby męża?

Nie. Gdy zaczęłam wątpić, że był to nieszczęśliwy wypadek, pojechałam do siedziby Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim z postanowieniem, że zapytam, co stało się z ubraniami ofiar katastrofy. Uzyskałam odpowiedź, że Rosjanie spakowali je do szczelnych, foliowych worków i przesłali do Polski. Przedstawiciele żandarmerii powiedzieli mi również, że te rzeczy były mokre, brudne, zakrwawione i znajdowały się w stanie rozkładu. Twierdzili, że próbowali je suszyć, rozwieszając w garażu, i że stanowiły zagrożenie epidemiologiczne, dlatego nie mogą ich wydać.

Na jakiej podstawie stwierdzono to zagrożenie?

Powiedziano mi, że zebrała się jakaś komisja, która to postanowiła. Panowie z żandarmerii nie potrafili nic konkretnego powiedzieć, co to była za komisja i kto wchodził w jej skład. Sugerowali natomiast, że faktyczną decyzję o zagrożeniu epidemiologicznym podjął sanepid.

Co się stało z tymi rzeczami?

Dowiedziałam się, że podjęto decyzję o ich spaleniu właśnie ze względu na to zagrożenie, nikt natomiast nie potrafił mi powiedzieć, czy je faktycznie spalono. Ja zastrzegłam, że jeśli tych rzeczy jeszcze nie spalono, to kategorycznie się na to nie zgadzam, ponieważ uważam, że jest to niszczenie dowodów w śledztwie, które się dopiero rozpoczyna. Dziś jestem coraz bardziej przekonana, że to nie był wypadek, i będzie konieczna ekshumacja ciała mojego męża. Zrobię wszystko, aby tę sprawę wyjaśnić – jestem to winna mojemu mężowi.

Czy miała pani przydzieloną osobę, która pomogłaby pani w tym najtrudniejszym czasie tuż po katastrofie?

Nie, ponieważ ciągle zmieniały się informacje o pełnomocnikach. Najpierw miało się nami – rodzinami ofiar – zajmować MSZ, później dowiedzieliśmy się, że MSWiA, a jeszcze później, że Kancelaria Sejmu. O tym, że w ogóle mogę prosić o jakiegokolwiek pełnomocnika, dowiedziałam się podczas mszy na placu Piłsudskiego od członków innej rodziny. Wcześniej wykonywaliśmy setki telefonów i nic się nie mogliśmy dowiedzieć. Np. pani z Kancelarii Sejmu mówiła mi, żebym poprosiła o pomoc wojewodę zachodniopomorskiego, bo tam mój mąż jest zameldowany na stałe, później dowiedziałam się, że w sprawie organizacji pogrzebu mam się zwrócić do wojewody mazowieckiego.

Panie z Kancelarii Sejmu były miłe, ale niewiele mogły pomóc. Informacje, które uzyskiwaliśmy z biura obsługi posłów, okazywały się nieaktualne. O najistotniejszych rzeczach dowiadywałam się z mediów. Trumna z ciałem męża przyleciała z Moskwy tydzień po katastrofie. To był najkoszmarniejszy tydzień w moim życiu, setki telefonów (również do Moskwy), długie dni oczekiwania, zero informacji, o przylocie powiadomiono nas trzy godziny wcześniej.

Wtedy marzyłam, by wreszcie ten koszmar się skończył, aby odbył się pogrzeb. Zanim on nastąpił, musieliśmy przejść przez cały ciąg formalności: obejrzenie miejsca pochówku na Powązkach Wojskowych, rozmowy z przedstawicielem zakładu pogrzebowego, który na kilka dni przed pogrzebem nagle oświadczył, że ma dużo pracy i chce się w y c o f a ć. Gdy pytaliśmy, czy mogą podstawić autokary do przywozu uczestników pogrzebu z kościoła na Powązki, zapytano, czy rodzina dopłaci, bo oni nie mogą nie zmieścić się w kosztach.
Bardzo często czułam, że przedstawiciele rządu zostawili mnie samej sobie i sama muszą sobie radzić. To na mnie spoczął ciężar organizacji pogrzebu, pomogli mi przyjaciele, dopiero później dowiedziałam się, że pogrzeb państwowy powinien zorganizować zakład pracy.

Premier powiedział, że państwo w obliczu smoleńskiej tragedii zdało egzamin.

Ja tego nie odczułam. Widziałam natomiast chaos, dezinformację, puste medialne gesty. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie pani z Kancelarii Sejmu i zaprosiła na otwarcie pomnika ofiar katastrofy. Powiedziała mi też, że są do odebrania urny z ziemią smoleńską. A ja
zamiast urn z tą ziemią chciałabym, aby Rosjanie solidnie zabezpieczyli miejsce katastrofy, chciałabym być wreszcie na bieżąco informowana o śledztwie w sprawie katastrofy, w której zginął mój mąż.

Chciałabym, aby przedstawiciele władz zadbali o groby ofiar tragedii. Nie wszystkie rodziny są w stanie podnieść się z tej strasznej tragedii i zadbać o mogiły. Ostatnio byłam na Powązkach na grobie męża i na własne oczy widziałam, jak wyglądają niektóre mogiły ludzi, którzy przecież mieli państwowe pogrzeby.

Ostatnio kilkanaście rodzin ofiar katastrofy podpisało list, by nie wykorzystywać tragedii smoleńskiej do celów politycznych. Podpisałaby się pani pod nim?

Nie, ponieważ uważam, że domaganie się pełnego wyjaśnienia smoleńskiej tragedii przez kogokolwiek nie jest żadną polityką.
Wiem natomiast, że teraz rodziny muszą się zjednoczyć i dążyć do wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Mówię to z przykrością, ponieważ tuż po 10 kwietnia liczyłam, że dążeniem do prawdy zajmie się państwo. Gdy zwątpiłam, że państwo w osobie premiera będzie chciało wyjaśnić tę sprawę,
postanowiłam działać. Uważam, że poległym w katastrofie prezydenckiego samolotu należy się ujawnienie prawdy.
Zrzucanie winy na pilotów bez żadnych dowodów jest skandaliczne. Jestem przekonana, że piloci byli ostatnimi ludźmi, którzy mogli przyczynić się do tej katastrofy. Uważam, że podanie informacji, iż to błąd pilota był przyczyną tragedii, jest uzasadnione wyłącznie wtedy, gdy zostanie to udowodnione ponad wszelką wątpliwość. Oni nie mogą się bronić, bo nie żyją. Pozostawili rodziny, żony, dzieci. My przeżywamy tę katastrofę strasznie. Co muszą czuć najbliżsi tych pilotów, gdy słyszą płynące z mediów oskarżenia? Oni
zostali zlinczowani, zanim rozpoczęło się śledztwo.
Są to po prostu łajdackie działania, by znaleźć kozła ofiarnego, a nie po to, by wyjaśnić sprawę.