o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

czwartek, 28 czerwca 2012

w Rocznicę * Poznań, 28.VI.1956


 Poznański Czerwiec




SEE   
Minister Klich - To prowokacja Prof. Paweł Wieczorkiewicz - Napiszmy historię Polski od nowa

- Najnowsza historia Polski przyzwoicie nie została opisana w ogóle - czytamy w niepublikowanym dotąd wywiadzie z prof. Pawłem Wieczorkiewiczem. Czy najnowsza historia Polski została już w całości opisana? Nie ma już w niej nic do odkrycia?
Wręcz przeciwnie. Właściwie przyzwoicie nie została opisana w ogóle. Jest w niej nadal wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic. Wiele poglądów i teorii, w które wszyscy głęboko wierzymy, nie ma nic wspólnego z prawdą. W dużej mierze to wina polskich historyków, o których - mówię to z bólem - mam bardzo złe zdanie.
Dlaczego?
To grupa osób o bardzo zachowawczym sposobie myślenia. Nie są w stanie wyobrazić sobie, że w rzeczywistości mogło być inaczej, niż im się wydaje. A poglądy i teorie wyrabiali sobie, czytając prace swoich poprzedników pracujących w warunkach komunistycznego zniewolenia. Polscy historycy to grupa skostniała intelektualnie. Oskarżam polskich historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się od schematów. A w pokoleniu 60-latków są to schematy wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko te stereotypowe, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom. Środowisku polskich historyków potrzebny jest silny, ozdrowieńczy wstrząs. Może byłby nim proces lustracyjny.
To jaki powinien być dobry historyk?
Powinien być otwarty na nowe koncepcje. Powinien do badanych problemów podchodzić na nowo, odrzucając wszystko, co napisano w PRL. Powinien stawiać najbardziej szalone tezy i pytania, bo w szaleństwie jest zalążek geniuszu. Praca historyka polega na zadawaniu pytań, a nie powtarzaniu w kółko tych samych odpowiedzi. Mój postulat jest następujący: wymażmy całkowicie całą pisaną historię Polski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa!
Panie profesorze, czym powinni się zająć historycy II wojny światowej?
Przykład pierwszy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresztowanie. Grono historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak generał wpadł w ręce gestapo. A są ślady które wskazują na osobę bliską córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy. Mało tego, najrozsądniejsi z oficerów gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowania. To wcale nie był dla nich - tak jak my twierdzimy - „wielki sukces”. Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie zamęt i reorganizacja ugrupowania, burzyło bowiem cały system kontroli jaką Niemcy sprawowali nad podziemiem.
Kontroli?
Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego. Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach rozpracowane przez policje polityczne.
Dlaczego więc w obu przypadkach nie zlikwidowano tych organizacji?
Bo każda dobra policja polityczna - a zarówno w SB, jak i gestapo byli wysokiej klasy fachowcy - uważa, że rozpracowany przeciwnik jest mniej niebezpieczny, bo niczym nie może zaskoczyć. Można go kontrolować, a czasami nawet inspirować jego działania poprzez wkręconą w jego szeregi agenturę (w przypadku „Solidarności” armia TW, których ujawniono w ostatnich latach, to tylko wierzchołek góry lodowej). Rozbicie istniejącej struktury podziemnej poprzez masowe aresztowania powoduje zaś, że przeciwnik podejmuje działalność samorzutną, nieprzewidywalną. A więc z punktu widzenia służb specjalnych bardziej niebezpieczną. Z czasem zaś założy nowe struktury, które trzeba będzie na nowo rozpracowywać. Po co zadawać sobie tyle trudu?
Tak rozumowali Niemcy w okupowanej Polsce?
Owszem. Poza tym w gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie - co nie zmienia faktu, że byli zbrodniarzami - którzy uważali, iż prędzej czy później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że obie organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie robią sobie krzywdy.
A jak wyglądała kwestia infiltracji AK przez Sowiety?
Obawiam się, że jeszcze gorzej. Sowieccy agenci w szeregach polskich władz i polskiej armii podziemnej mieli wielkie wpływy. Wykorzystywali to, że AK z czasem zaczęła skręcać mocno w lewo. Polskie podziemie ostatecznie nie podjęło w końcu działań zgodnych z niemieckimi interesami, ale z sowieckimi. Choćby nieszczęsna operacja „Burza” z powstaniem warszawskim na czele. Na powstaniu zyskała tylko jedna strona - Sowiety. I tu należy sobie zadać pytanie, czy Stalin mógł, a jeżeli tak, to w jaki sposób, wpłynąć na to, że Warszawa akurat 1 sierpnia 1944 roku stanęła do walki. Odpowiedź na to pytanie mogłaby się okazać szokująca.
Wstydliwą dla podziemia sprawą jest chyba również kwestia jego budżetu.
O tak, to bardzo niewygodny temat. Z Londynu szedł do kraju strumień pieniędzy. Znaczna ich część była jednak wydawana na cele prywatne, czyli po prostu defraudowana. Kolejna część trafiała zaś do kas rozmaitych partyjek, koterii i grupek. A kto w podziemiu miał pieniądze – ten rozdawał karty.
Polsce mamy również tendencję do robienia bohaterów z ludzi, którzy na to nie bardzo zasługują.
Wiem, do czego pan pije - Sikorski. Rzeczywiście nie był to mąż stanu. Sytuacja, w której się znalazł, znacznie go przerosła. Abstrahując od tego, kto i dlaczego go zabił, jako premier i naczelny wódz - nie zdał egzaminu. Ale i wcześniej miał poważne grzechy na sumieniu. Mam o nim bardzo negatywne zdanie. Myślę, że w okresie międzywojennym był agentem francuskim, a przynajmniej tak się zachowywał, jakby nim był. Działał na szkodę państwa polskiego i jako taki powinien zostać prawomocnie skazany. Udzielał Francuzom bardzo wyczerpujących informacji o polskim wojsku, w 1938 roku skłonny był te same informacje przekazać Czechom.
A Anders?
Anders również nie był postacią bez skazy i mało nadaje się na bohatera narodowego. W 1941 r. na Łubiance mówił NKWD wszystko, co chciała usłyszeć...
Sugeruje pan, że był agentem Stalina lub szedł mu na rękę?
No cóż, po owocach ich poznacie. Anders zrobił trzy rzeczy. Najpierw wyprowadził we właściwym momencie wojsko z Sowietów. Proszę sobie wyobrazić, że armia Andersa bije się na froncie wschodnim w kwietniu 1943 roku. Niemcy ogłaszają przez radio, że odkryli masowe groby w Katyniu. I co, Polacy nadal biją się u boku bolszewików? Oczywiście nie. Armia Andersa natychmiast przeszłaby na stronę Niemiec. Wyobraża pan sobie taki zwrot? To by mogło storpedować plany Stalina. Potem Anders bezsensownie skrwawił wojsko pod Monte Cassino najbardziej ideowy, antysowiecki element. A na końcu zrobił wszystko, żeby nikt z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie wrócił do kraju.
Ale w ten sposób ocalił ich przed kazamatami UB.
Oczywiście. Ale to było także na rękę komunistom i Stalinowi. Bo gdyby mieli w okupowanej Polsce ze 150 tysięcy żołnierzy z polskiej armii na zachodzie, to sowietyzacja naszego kraju mogłaby natrafić na znacznie większe problemy. W roku 1956 żywioł ten - zakładam, że co najmniej połowa by przetrwała - mógł się okazać decydujący. Nacisk z ich strony na konfrontację z Sowietami mógłby być tak silny, że Chruszczow by się jednak zawahał i nie przysłał do Polski Armii Radzieckiej. W takiej sytuacji, być może już w 1956 roku mielibyśmy rok 1989. Przecież kadra niepodległościowa była w Polsce tak przetrzebiona i wyczerpana, że rok 1956 robili właściwie komuniści. Plus niedobitki AK, które nie były w stanie opracować własnej koncepcji politycznej. Gdyby do akcji wkroczyli andersowcy, historia mogłaby się potoczyć inaczej.
Panie profesorze, czy w swoich analizach nie przecenia pan roli tajnych agentów i służb?
Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dziejów, jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają przede wszystkim tajne służby.
W Polsce także?
Oczywiście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Michnika do Moskwy w 1989 roku...
Nie sugeruje pan chyba, że Michnik był agentem?
Agentem nie był. Był natomiast potężnym graczem, działającym właśnie za kulisami. W 1989 r. pojechał do Związku Sowieckiego, aby dogadać się z tamtejszymi towarzyszami ponad głową Jaruzelskiego. Był zbyt inteligentnym, zbyt ambitnym człowiekiem, żeby nie dojść do wniosku, że sam III RP nie zbuduje i nie zrealizuje swoich koncepcji. Dlatego próbował podjąć współpracę z Moskwą, ale podkreślam - nie była to współpraca natury agenturalnej, tylko rodzaj gry politycznej. Michnik tłumaczył to sobie zapewne mniej więcej tak, że idzie z tymi progresywnymi, liberalnymi towarzyszami spod znaku Gorbaczowa, żeby poprawić komunizm. Hasło Michnika i Gorbaczowa było przecież takie samo: socjalizm z ludzką twarzą.
Jakie tajemnice kryją dzieje służb specjalnych PRL?
Tysiące tajemnic! W tej sprawie naprawdę mało wiemy. Choćby - wydawałoby się szalona - sprawa tak zwanych matrioszek, czyli agentów podstawianych do armii Andersa czy później Berlinga. To jest mniej więcej to samo, co pokazano w „Stawce większej niż życie”. Zamiana Kowalskiego na podobnego do niego Iwanowa. Uczono faceta języka polskiego oraz biografii osoby, którą miał zastąpić. Sprawę tę pierwszy raz poruszył Piotr Jaroszewicz. Zaraz potem został zamordowany. Niewykluczone, że dotknął problemu, który jeszcze w 1992 roku był tak newralgiczny dla rosyjskiego wywiadu, że trzeba go było uciszyć.
Kto mógł być taką matrioszką?
Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Są tylko pewne przesłanki.
Brzmi to mało prawdopodobnie.
No cóż, warto by to jednak zbadać. 30 lat temu jeden z najważniejszych generałów Wojska Polskiego, zastępca szefa Sztabu Generalnego, na spotkaniu z elewami szkoły oficerskiej po kolejnym toaście zaczął przemawiać płynnie po rosyjsku. To wzbudziło pewną konsternację. Generał zauważył, co się stało i się zmieszał: „Wiecie, ja z żoną tak rozmawiam w domu i zapomniałem się” - zaczął się tłumaczyć. Nigdy nie poznamy w pełni historii PRL - zwracał na to uwagę Edward Ochab w rozmowie z Teresą Torańską - dopóki nie będziemy wiedzieli, kto w kierownictwie politycznym, jak się wyraził Ochab, był „ich”, a kto był „nasz”.
Myślę, że wszyscy - niezależnie od tego, jakim językiem mówili - byli „ich”...
To prawda. Ale mimo wszystko polscy komuniści mieli jakąś większą lub mniejszą - na ogół mniejszą - przestrzeń do samodzielnego działania. Ciekawe jest, jakie były relacje między sowiecką a polską bezpieką. Jakie wzajemne zależności. Czy UB, a potem SB było bezpośrednio, niemal z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś nieformalnymi kanałami. Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia? To bardzo ciekawa siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL. Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło w PRL, były prowokacjami służb. Poznań '56, Grudzień '70, Czerwiec '76, a wreszcie Sierpień '80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo prawdopodobne. My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowokacją, a powstanie styczniowe to już z pewnością.
Czy są na to jakieś dowody?
Jest mnóstwo przesłanek. Na przykład Radom ’76. Rozmawiałem ostatnio z jednym z wysokich radomskich funkcjonariuszy partyjnych z tego okresu. I nagle zadał mi takie pytanie: czy nie zwróciło pańskiej uwagi to, że trzonem wystąpień była załoga Waltera, zakładów produkujących sprzęt wojskowy, w których 25 proc. ludzi było na etatach kontrwywiadu, a cała reszta była w zasadzie zmilitaryzowana? Cała kadra tych zakładów, łącznie ze zwykłymi robotnikami, składała się z najbardziej zaufanych ludzi! I to oni by się nagle zbuntowali? Mój rozmówca przeglądał potem wraz z radomskimi milicjantami zdjęcia z zamieszek i okazało się, że najbardziej agresywni przywódcy tłumów to były osoby w Radomiu nigdy wcześniej niewidziane. To samo powtórzyło się później w Gdańsku.
Rozumiem, że skłania się pan do tezy, że upadek komunizmu był operacją służb specjalnych?
Tak. Wiele źródeł wskazuje, że była to gigantyczna, przemyślana i kontrolowana operacja. W szczegółach oczywiście mogła się wymknąć spod kontroli, bo każda taka akcja ma swoją dynamikę. Ale ostatecznie wszystko się udało. A celem służb było bowiem zachowanie kontroli nad finansami podczas transformacji ustrojowej. Następnie zaś dzięki tym pieniądzom oraz powiązaniom i doświadczeniu przejęcie kontroli nad państwami byłego imperium i nowo powstałą Rosją.
Dlaczego komunistyczne służby miałyby coś takiego zrobić?
KGB doszło do wniosku, że należy położyć kres istnieniu pasożyta za jaki uważało partię. Przecież organizacja ta stała się całkowicie zbędnym czynnikiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zakulisowej gry mogły doskonale same kontrolować imperium. Mieć władze i zarabiać pieniądze. Aby to jednak osiągnąć - trzeba było usunąć komunistów. Już wcześniej ludzie, którzy kierowali bezpieką, jak Jeżow, Beria i inni - próbowali zrobić mniej więcej coś podobnego. Stalin, a później Chruszczow potrafili się jednak obronić.
Jeżeli przyjąć pana tezę, to jak ta operacja przebiegała w Polsce?
Rezydent sowieckiego wywiadu w Polsce gen Pawłow, nota bene jeden z najmądrzejszych ludzi w KGB - w swoich pamiętnikach pisał, że już w połowie lat 70 dostał polecenie z Moskwy, żeby nie budować już agentury sowieckiej w partii władzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu wziąć się do opozycji, która być może kiedyś przejmie władze. Agentura umieszczona wewnątrz „Solidarności” zostaje odpowiednio poinstruowana, służby rozgrywają swoją partię. A potem już idzie samo: Okrągły Stół, wybory, wyprowadzenie sztandaru PZPR i utworzenie nowego układu, z ludźmi bezpieki na górze, a właściwie w cieniu. Czyli to, o czym mówiłem: fasadowa historia i prawdziwe ośrodki decyzyjne, o których zwykły śmiertelnik nic nie wie. Dzisiejsze partie polityczne mogą być nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe.
Czyli służby naszego wschodniego sąsiada nadal działają na wielką skalę w naszym kraju?
To były i są najlepsze, najbardziej sprawne służby na świecie. Służby, które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty, bezwartościowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To co najważniejsze, to co ma prawdziwe znaczenie - zawsze się zachowuje. W przypadku PRL - w Moskwie. Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero teraz, po 60, 70 latach z trudem dokopujemy się do prawdy o agenturze sowieckiej w II RP. Ale warto mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych szczeblach. Należy o tym pamiętać zawsze, gdy dochodzi do jakichś konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy wówczas uważnie wsłuchać się w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia.
Komentarz ŁŁ: jestem wdzięczny, że Rzeczpospolita opublikowała ten wywiad (chociaż całość była w gazecie lecz tylko na www.rp.pl/plusminus) ale pytam: Dlaczego szanowna redakcja czekała z tą publikacją aż 2 lata?Jest to pytanie raczej retoryczne.

APOPENDIX.




To ten potwór w "skórze małpy człekokształtnej" zgotował nam ten los ...

... ilu tak zamarzlo w drodze na Kolyme ?

.. jakie szanse na przezycie miala ta matka z dzieckiem ?

"Szczęśliwcy" dotarli do celu, ale czy przeżyli ?


To byly czasy ...

Dla tych co nie pamiętają, jak bywało w czasach "zimnej wojny"

i  późniejszych   "odwilży" ...



... socjalistyczny raj na ziemi
Pomysłowość Polaków nie zna granic. Powyżej - elektryczny podgrzewacz wody.
Współczesny "Chełmoński" - czyli socjalistyczna beznadziejność.



"Niczego nie żałuję. Pod komitet partii bym poszedł, nawet gdybym wiedział, jak za to oberwę. Może tylko bardziej bym się stawiał tym wściekłym psom z ZOMO i MO. 

Może by mnie zabili, ale nie umierałbym sam - deklaruje 30 lat później Stanisław K. Dziś ma chory kręgosłup, nadciśnienie i 400 zł renty. Ma też nową rodzinę, dla niej warto żyć, i chce rozmawiać o Radomskim Czerwcu. - Żeby ci, których wtedy nie było na świecie, wiedzieli, jak w PRL gnoili ludzi, a ci, co bili, że pamiętamy.

Milicjant, co świadczył przeciwko mnie, przyznał mi się potem do wszystkiego.

Doniósł, że widział, jak w komitet rzucam butelką pepsi. Niezłe, co?



Zamach na Gierka i socjalizm imperialistycznym napojem!


Ten Czerwiec to mi SB długo potem pamiętała. W latach 80. straszyli, nachodzili."

Sierpień  -  1980  -  Gdańsk





*   *   *   *   *
Wiersz napisany przez noblistę Czesława Miłosza we Lwowie, w 1939 roku.
Wydrukowany w miejscowej prasie za zezwoleniem władz sowieckich.









Runą w łunach, spłoną w pożarach

Krzyże kościołów, krzyże ofiarne

I w bezpowrotnym zgubi się szlaku

Lechickiej ziemi Orzeł Polaków



O słońce jasne, wodzu Stalinie,
Niech władza Twoja nigdy nie zginie
Niech jako orłów prowadzi z gniazda
Rosji i Kremla płonąca gwiazda

Na ziemskim globie flagi czerwone

Będą na chwałę grały jak dzwony

Czerwona Armia i wódz jej Stalin

Odwiecznych wrogów swoich obali

Zmienisz się rychło w wieku godzinie

Polsko , a twoje córy i syny
Wiara i każdy krzyż na mogile
U stóp nam legnie w prochu i pyle !!!



Teraz proszę przeczytać ten wiersz nie zwrotkami, lecz jako „poziomy” tekst:

Runą w łunach, spłoną w pożarach ..... na ziemskim globie flagi czerwone,

Krzyże kościołów , krzyże ofiarne ....... będą na chwałę grały jak dzwony  



Back Home


Filip Bajon: wyjście robotników z zakładów Cegielskiego

Nakręciłem ten film dla Polaków, tak jednak, żeby był zrozumiany przez innych – mówi Filip Bajon
28 czerwca 1956 roku był pogodnym, słonecznym dniem. Tego dnia prawie wszyscy mieszkańcy Poznania wyszli na ulice, by wziąć udział w protestacyjnym pochodzie. Byli oszukiwani, dość mieli niesprawiedliwości. Hasła na niesionych transparentach żądały „chleba i wolności”. Dotarli do centralnego punktu miasta, którym był Plac Mickiewicza (wtedy Plac Stalina). Potem rozegrał się dramat. Padły strzały, polała się krew, zginęli ludzie. Teraz, po 40 latach, reżyser Filip Bajon wraca do tamtych tragicznych wydarzeń w swoim filmie „Poznań 56″.
Filip Bajon: Nakręciłem ten film dlatego, że byłem świadkiem tamtych wydarzeń. Gdybym nie widział tego na własne oczy, to pewnie bym się nie podjął. Poznań ma swój koloryt lokalny, który wcale nie jest łatwo uchwycić. Wydaje mi się, że ja potrafię. Byłem wtedy dzieckiem, miałem 9 lat. Mieszkałem w Poznaniu, w dzielnicy Jeżyce. Teraz to prawie centrum miasta. To wszystko się działo niedaleko mojego domu. Widziałem demonstrację i zdobycie więzienia. Wybiegliśmy z kolegami z z podwórka, bo nagle coś zaczęło się dziać. 
Tak samo wybiegają z podwórka gnani ciekawością dwaj bohaterowie filmu „Poznań 56″. Obydwaj mają po 14 lat. Przyłączają się do demonstracji i… dają się porwać biegowi wydarzeń.
Filip Bajon: Proszę nie zapominać, że wtedy — w roku 1956 — jeszcze nie było telewizji i dla młodego chłopaka nie było zbyt wiele atrakcji. Bawiliśmy się w chowanego, w wojnę, graliśmy w piłkę. Nagle na ulicy zaczęła się prawdziwa wojna. A jak coś takiego się dzieje, dzieci nie upilnujesz. Polecą z ciekawości. Dlatego w Poznaniu zginęło 17 dzieci, wśród nich był Romek Strzałkowski. Jeden z moich bohaterów ginie dokładnie tak samo jak zginął Romek.
Film otwiera scena z filmu braci Lumiere „Wyjście robotników z fabryki w Lyonie”, po której następuje wyjście robotników z poznańskich zakładów „Cegielskiego”. Akcja rozgrywa się podczas tego jednego dnia – 28 czerwca 1956 roku, od rana do późnej nocy. W filmie pokazane są wydarzenia autentyczne, a więc demonstracja ludności, wiec pod komitetem KW PZPR, rozbijanie więzienia, starcie pod gmachem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, pacyfikacja miasta.
Filip Bajon: Pokazuję właściwie wszystkie te wydarzenia, które wtedy się rozegrały, ale oszczędnie. Nie chodziło mi o to, żeby nakręcić film batalistyczny. Zresztą do dyspozycji miałem tylko trzy stare czołgi T-34, a i tak jeden z nich o mało nie przejechał operatora i kamery.
Film kończy fala represji, które zaczynają się późną nocą. Władza ludowa „odcina rękę podniesioną na socjalizm”. Jest jeszcze kilkuminutowy epilog, który rozgrywa się parę miesięcy później. To wtedy miały miejsce procesy zatrzymanych podczas Wypadków Czerwcowych. Tym scenom towarzyszy puszczone przez miejskie megafony słynne przemówienie mecenasa Stanisława Hejnowskiego, który bronił skazanych.
Do wszystkich swoich filmów Filip Bajon scenariusze pisał sam. Tym razem pomagał mu Andrzej Górny.
Filip Bajon: Andrzej Górny był wtedy moim kolegą, trochę starszym ode mnie. W Wypadkach Czerwcowych w Poznaniu w 1956 stracił oko. To on napisał nowelę literacką, na której podstawie później napisaliśmy scenariusz. Główny bohater zmienia się w trakcie akcji, na początku i na końcu filmu to są dwie różne osoby. Czternastoletni chłopak w ciągu tego jednego czerwcowego dnia przedwcześnie dojrzewa.
Film będzie czarno-biały.
Filip Bajon: Tak pamiętam te czasy. Jak zamykam oczy, to widzę to w czerni i bieli.
W głównych rolach dziecięcych wystąpili Mateusz Hornung i Arkadiusz Walkowiak. W męskich – Michał Żebrowski i Tadeusz Szymków. W rolach drugoplanowych gra plejada wspaniałych aktorów, między innymi: Jan Nowicki, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, Janusz Gajos i Władysław Kowalski.
Filip Bajon: Grają profesorów uniwersyteckich, którzy na stacji Poznań Główny zostali zamknięci w wagonie przestawionym następnie na bocznicę. Uwięzieni profesorowie przesiedzieli w nim cały dzień. Niewiele widząc, usiłowali komentować przebieg wypadków. Jednym z nich był profesor Grynberg. Opowiedział  mi o tym jego syn.
Reżyser nie zdecydował jeszcze, kto będzie autorem muzyki w jego filmie. Kiedyś współpracował z Michałem Lorencem.
Filip Bajon: Po raz pierwszy w życiu nie wiem, jaka powinna być muzvka w moim filmie. Im więcej czasu spędzam mi montażu „Poznania 56″, tym mniej o tym wiem. Być może nie będzie żadnej muzyki (muzykę jednak napisał Michał Lorenc – przypis S.Z.)
Reżyser stanowczo odcina się od przypuszczeń, że zrobił film rocznicowy. Nie chciał robić filmu kombatanckiego, martyrologicznego, politycznego, rozrachunkowego.
Filip Bajon: To, że zdjęcia do filmu zbiegły się z 40. rocznicą Wypadków Czerwcowych, to przypadek. Umówiliśmy się z Fundacją Poznań 56, że nic na siłę nie będziemy robić. Chodziło mi o to, żeby zrobić film, a nie wystawić laurkę.
Reżysera irytuje pytanie, dla kogo miałby być ten film, kogo zainteresować? A przecież nie jest ono pozbawione sensu. Ludzie są już zmęczeni polityką, odrzucili interesujący film Kazimierza Kutza „Śmierć jak kromka chleba” o wypadkach w kopalni Wujek w grudniu 1981 roku…
Filip Bajon: Dla kogo ten film nakręciłem? Żyję w kraju,  który się nazywa Polska  i nakręciłem ten film dla Polaków. A zrobiłem go tak, żeby był zrozumiany również przez innych.
SŁAWOMIR ZYGMUNT, KINO 1996, Nr 9