sobota, 21 listopada 2009
taki pejzaż * JAKIE DŁUGI PO WSI
"Mam wątpliwości czy ten system zawali się sam.
Jak okaże się, że granica bólu mas jest niebezpiecznie blisko, to zaaplikuje się masom igrzyska w stylu euro2012 czy studyjny (he he) pierwszy krok człowieka na Marsie - i jakoś to będzie. A jak do świadomości mas coś jednak zacznie docierać, to zrobi się polowanie na czarownice. Kozły ofiarne (zabezpieczone uprzednio moratorium na wykonywanie kary śmierci) dostaną surowe 5-letnie wyroki w zawiasach za bezprzykładną niegospodarność oraz cichaczem bilet na Bahamy ;)
Wyrwanie się z tego bagna będzie tytanicznym wysiłkiem. Masy muszą zostać przyparte do muru, by mogły przejrzeć na oczy. I to najlepiej w gwałtowny sposób. A kierownictwo tego bajzlu zna się na tresurze i w odpowiednich dawkach stosuje masom
***
Dobry artykuł o zadłużeniu Państwa ukazał się w Rzepie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek na jej łamach przedstawiono w taki sposób ten problem. Miejmy nadzieję, że rozwinie się z tego jakaś większa dyskusja w mediach. No i oczywiście, że temat zostanie podjęty przed przyszłymi wyborami.
A ludzie żyją sobie szczęśliwi i nieświadomi. Sądzą, że zawsze będzie można korzystać z bezpłatnej służby zdrowia a po 65 roku życia będzie można przejść na dożywotnią emeryturę (zapewniającą godne życie .Ależ to będzie niemiłe zaskoczenie dla większości społeczeństwa, kiedy to wszystko się skończy.
Dla tych którzy przejrzą na oczy czytając poniższy artykuł polecam ANTYPORADNIK PRZYSZŁEGO EMERYTA i CZWARTY FILAR
Ogólnie polecam blog Dwa Grosze Po przeczytaniu kilkudziesięciu wpisów wpada się w małą panikę (albo dużą). Mimo dyskomfortu warto.
———
Ostrożne uwzględnienie samych kosztów dotychczasowych obietnic emerytalnych bez kosztu darmowego leczenia oznacza, że dług publiczny na głowę każdego obywatela wynosi ponad 70 tys. złotych
Według oficjalnych statystyk dług publiczny w przeliczeniu na jednego obywatela Polski wynosi około 17 tys. złotych. Jednak tak naprawdę jest on znacznie wyższy. Oficjalne dane na temat zadłużenia sektora publicznego, czyli tak naprawdę nas, podatników, są niejasne i nierzetelne, bo ujmują tylko małą część istniejącego zadłużenia. Głównym brakującym elementem w statystyce zadłużenia publicznego są dopłaty z budżetu, czyli z naszych podatków, do emerytury oraz zakup usług leczenia, które są płatne później niż w bieżącym roku budżetowym. Taki nierzetelny sposób księgowania jest wygodny dla polityków. Pozwala im chwalić się bieżącymi wydatkami bez ukazywania ich długoterminowych konsekwencji. Gdy na przykład kilka lat temu Sejm uchwalił wcześniejsze emerytury górnicze warte 70 mld zł, to oficjalny dług państwa nie wzrósł ani o złotówkę. A przecież posłowie skutecznie zobowiązali nas do wypłaty tej sumy w przyszłości.
Ostrożne uwzględnienie samych kosztów dotychczasowych obietnic emerytalnych bez uwzględnienia wszakże kosztu darmowego leczenia oznacza, że dług publiczny na głowę każdego obywatela sięga ponad 70 tys. złotych. Tak więc dług publiczny Polski wynosi nie około 47 proc. PKB, jak twierdzi się oficjalnie, lecz ponad 200 proc. PKB!
Co to jest dług
Dane te nie zaskoczą rozsądnego człowieka, który wie, co to jest dług. Bo wie on, że dług to pieniądze, które jesteśmy winni innym. By to zrozumieć, nie trzeba znać ani ekonomii, ani księgowości. Tą logiką kieruje się prawo, które zobowiązuje sektor prywatny do księgowania wszystkich jego zobowiązań. Jednak państwo uznaje, że obowiązuje je inna logika. Państwo uznaje bowiem, że nie musi księgować całego swojego długu.
Liczne autorytety i aparat państwowy udają, że dług można dowolnie definiować, a duża część zobowiązań z odległej przyszłości nie istnieje w teraźniejszości. Jest to nierzetelne. By jasno i rzetelnie przedstawić sytuację finansową Polski, należy ująć i przedstawić całe zadłużenie sektora publicznego niezależnie od terminu jego zapłaty i niezależnie od tego, komu zobowiązaliśmy się zapłacić te pieniądze.
Na razie państwo poprawnie księguje tylko papiery wartościowe emitowane przez sektor publiczny, takie jak obligacje Skarbu Państwa, oraz kredyty zaciągnięte w bankach. Dlatego ten rodzaj długu, bez względu na to, czy jest płatny za rok czy za dziesięć lat, jest uwzględniony w oficjalnej statystyce zadłużenia sektora publicznego. Natomiast zobowiązania państwa wobec Polaków w postaci przyszłych emerytur oraz obiecanego darmowego leczenia są księgowane tylko w budżecie roku, w którym zostaną zapłacone. Oznacza to, że dopłaty do emerytur i koszt leczenia bieżącego roku są zaksięgowane w budżecie na rok 2009. Natomiast te same zobowiązania za lata 2010, 2011, 2012 itp. nie są nigdzie ujęte. Choć, oczywiście, jak najbardziej stanowią wymagalne zobowiązania państwa. Takie księgowanie stanowczo zaniża dane dotyczące zadłużenia sektora publicznego. Takie ujęcie długu publicznego byłoby rzetelnym uproszczeniem, gdyby struktura wiekowa społeczeństwa się nie zmieniała – mniej więcej ta sama liczba emerytów, rencistów i osób wymagających leczenia przypadałaby na pracujących i płacących podatki. Ale od lat 60. ubiegłego wieku nasze społeczeństwo się starzeje.
Negatywne konsekwencje
Dotychczasowy sposób przedstawiania zobowiązań Polski ma poważne negatywne skutki, zwłaszcza dla młodych i nienarodzonych Polaków. Wyższe ukryte zadłużenie dziś oznacza większe podatki oraz redukcję świadczeń w przyszłości, gdy trzeba będzie spłacić całe, zarówno to ujawnione, jak i nieujawnione w oficjalnych danych, zadłużenie. Na takiej zasadzie zadziałała reforma emerytalna. Przejście od systemu pokoleniowego, w którym dzieci i wnuki płaciły za emerytury rodziców i dziadków, do systemu składkowego, w którym każdy oszczędza na swoją emeryturę, polega na tym, że obecni młodzi zapłacą za emerytury dwa razy. Najpierw zapłacą za emerytury swoich dziadków i rodziców, a potem jeszcze raz zapłacą za własne niższe emerytury. Podobnie trzeba będzie zrobić z emeryturami mundurowymi, sędziów, prokuratorów, rolników oraz kosztami leczenia wszystkich Polaków.
Ukrywając przed nami skalę rzeczywistego zadłużenia, rządzący ze wszystkich obozów politycznych chcą ukryć, że w przyszłości czekają nas podwyżki podatków oraz niższe, niż obiecano świadczenia. Rzetelnym sposobem prezentowania zadłużenia sektora publicznego jest ukazanie całego zadłużenia niezależnie od terminu jego zapłaty i tego, komu winni jesteśmy pieniądze.
Najczęstszą odpowiedzią na rozbieżność pomiędzy oficjalnymi danymi a rzeczywistym zadłużeniem publicznym jest stwierdzenie: „ale w innych krajach też tak robią”. Owszem, w większości krajów, choć nie we wszystkich, władze tak liczą dług, by nie oddawał on prawdziwego, a wyższego poziomu zadłużenia.
Politycy wszystkich krajów mają tendencję do wydawania więcej, niż podatnicy są w stanie zapłacić. Sytuacja Polski jest więc podobna do większości rozwiniętego świata. I tu, i tam politycy zaaprobowali metodologię liczenia zadłużenia publicznego, która zaniża oficjalnie podawane zadłużenie publiczne. I przez wiele lat mogli tak czynić bezkarnie, ponieważ fałszowano księgowość zobowiązań wybiegających dziesiątki lat do przodu.Kto za to zapłaci
Długi, które zaciągali politycy, stawały się wymagalne dawno po tym, gdy nie tylko kończyły się ich kadencje, ale również, gdy większości z nich już nie było wśród nas. Za emerytury rolnicze udzielone przez Gierka, liczne branżowe przywileje emerytalne utworzone przez ekipę Jaruzelskiego płacą podatnicy, którzy wtedy byli dziećmi lub których jeszcze w ogóle nie było. Podobnie będzie z kosztem umożliwienia zdrowym ludziom przechodzenia na renty i wcześniejsze emerytury przez SLD w połowie lat 90.
Młodzi podatnicy będą płacić jeszcze przez wiele lat po tym, gdy politycy, którzy zwiększyli tym rozdawnictwem swą popularność i władzę, odejdą z polityki lub wręcz z tego świata. Okres rozliczenia się z podjętych zobowiązań można było dodatkowo przedłużać, zaciągając nowe kredyty w miejsce wcześniejszych zobowiązań. Pożyczanie bowiem to przesuwanie konsumpcji w czasie – z przyszłości na teraźniejszość – oraz przesuwanie płatności z dziś na przyszłość.
Ale większy dług dziś to wyższe podatki i mniej pieniędzy na inwestycje i świadczenia jutro. A niestety, dalej już tak przerzucać długów na przyszłość się nie da. Ta niegdysiejsza odległa przyszłość jest już coraz bliżej, a my bierzemy udział w bezprecedensowym starzeniu się społeczeństw. I dziś już możemy stwierdzić, że nawet po wielu reformach nie starczy pieniędzy podatników na istniejące, ale niezewidencjonowane zobowiązania państwa. Powojenny system opieki społecznej opierał się na opłatach pokoleń młodszych na wydatki socjalne starszych.
System ten sprawdzał się dobrze, dopóki rosła liczba podatników. Jednak od lat 60. ubiegłego wieku wraz ze starzeniem się społeczeństw coraz mniejsza liczba pracujących musi utrzymać coraz większą liczbę beneficjentów różnych przywilejów obiecanych w przeszłości przez polityków. Starzenie się społeczeństwa uczyniło dotychczasowe sposoby zabezpieczenia socjalnego coraz bardziej kosztownymi, dolegliwymi i niedającymi się utrzymać w niedalekiej już przyszłości.Co możemy zrobić?
Zachowujmy się tak, jakbyśmy byli bardzo zadłużeni – bo jesteśmy. W najbliższych dekadach Polska potrzebuje wygenerować znaczną nadwyżkę budżetową oraz ograniczyć koszty przywilejów emerytalnych i darmowego leczenia na koszt podatników – w innym wypadku czekają nas drastycznie wyższe podatki oraz drastycznie niższe świadczenia.
Oznacza to zmniejszenie wydatków państwa, podniesienie podatków oraz unieważnienie części zobowiązań. Im szybciej dokonamy tych zmian, tym mniej będą one bolesne. Ponadto elementarna uczciwość wymaga, by policzyć poziom prawdziwego zadłużenia Polski – i podawać go do wiadomości publicznej co roku w ustawie budżetowej oraz co miesiąc razem z danymi na temat zadłużenia publicznego.
Tak, by wszystkie pokolenia Polaków mogły z pełną świadomością zadecydować, na jaki system zabezpieczeń społecznych stać nas tak naprawdę, a nie według nierzetelnych liczb przedstawianych nam dotychczas. Bez rzetelnych informacji demokracja nie działa. Brak pełnej ewidencji tworzonych zobowiązań pozwala rządzącym rozdawać liczne przywileje w celu zwiększenia swej władzy bez ukazywania społeczeństwu pełnych kosztów takich działań.
-
środa, 18 listopada 2009
OTO JEST PO WSI
++++++++++
LeoneFiIms Hanna Lis i Wiadomości pod jej redakcją
Więcej na: http://pl.youtube.com/LeoneFiIms
+++++++++++++
REMINISCENCJA. PIOTR SKÓRZYŃSKI, R.i.P.
" Moja wojna polsko-jaruzelska"
Praktycznym skutkiem stanu wojennego była emigracja najlepiej wykształconych i najenergiczniejszych działaczy – jak również większości ambitnych młodych ludzi. A więc właśnie tych, których bały się władze. Skutki były widoczne w 1989 roku i będą trwać jeszcze długo.
Jest 12 grudnia 1981 roku , godzina 22:00. Przygotowujemy hasła na wielką demonstrację pod Politechniką, którą planujemy 17 grudnia. Poczucie, że coś się musi przełamać – nie możemy dłużej tolerować chowania w wojskowych magazynach całej żywności. Nawet śliski jak węgorz Wałęsa przyznał w końcu, że same pytania i skargi już nie wystarczą.
Dzwonek. Cywilni panowie chcą coś wyjaśnić na komendzie; to nie potrwa długo, potem mnie odwiozą do domu. Korytarz w Pałacu Mostowskim. Urzędnicy w garniturach – i z kałałasznikowami. Tak szybko mnie jednak nie odwiozą. Dowiaduję się, że stanowię zagrożenie dla ładu państwowego.
„Stan wojenny”... „Internowanie”... Co to do cholery znaczy? Czy jestem oficerem wrogiej armii, którego wzięli do niewoli? Areszt. Jakiś chłopak. Jest matematykiem. Wziął szczoteczkę i Biblię. Nie mamy nastroju do rozmowy, więc zagłębia się w lekturze.
Drzwi się otwierają, wnoszą na noszach Tadeusza Diema – alpinistę, który głośno wyrzeka na kontuzję. „Mogłem łatwo uciec przez balkon, to tylko trzecie piętro...”. 16 lat później spotkamy się w MON – będzie wtedy wiceministrem.
Białołęka
Ląduję w Białołęce. Zomowcy z psami, w pozie esesmanów. Pielęgniarka pytająca czemu chcieliśmy wymordować rodziny wszystkich partyjnych. Ktoś z sąsiedniej celi odpowiedział jej, że z głodu. Ale pamiętam też głos Urbana w szczekaczce zapewniający na konferencji prasowej, że cele są otwarte; stukot zamykanych drzwi rano podczas głodówki, gdy jedna cela po drugiej odmawiała przyjęcia śniadania; łojówki wykonane własnym przemysłem, świecące się zza wszystkich krat, gdy dowiedzieliśmy się o „Wujku”. „Boże, coś Polskę...” na korytarzu w czasie Pasterki; zawiany komendant, który niezbyt pewnie wszedł do naszej celi, by podziękować Michnikowi za ocalenie gliniarzy w Otwocku; oszołomienie i poplątane uczucia, gdy usłyszałem z sąsiedniego baraku mocne męskie głosy śpiewające... „Hymn Konfederatów Barskich” z 1777 roku. Skąd oni znali tę melodię?
”Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed wrogiem nie ugniemy szyi
Bo u Chrystusa my na ordonansach –
Słudzy Maryi.”
Niektórzy podpisywali „lojalkę” i wychodzili. Reszta odmówiła. Było to bardzo integrujące – i comme il faut. Tyle, że uziemiło najważniejszych działaczy. Jak bojowych chłopaków z KPN, którym Wódz kazał działać jawnie!...
To kolejny temat w dyskusji socjologów nad pytaniem jak zachowania zbiorowości dostosowują się do czegoś, co nazywamy „klimatem społecznym.” Przez wszystkie lata PRL wszyscy studenci przysięgali na wierność socjalizmowi; wszyscy służący w wojsku na wierność PZPR, a potem Układowi Warszawskiemu; wreszcie wszyscy wyjeżdżający na stypendia musieli – jak twierdził Jacek Kuroń – podpisać zobowiązanie, że będą zbierać wiadomości interesujące dla Organów. I wszyscy to akceptowali.
Nagle stało się to niewłaściwe. Głupota? Oczywiście. Ale jakoś musieliśmy odreagować... Potem się to skończyło: Janek Lityński dał słowo honoru, że wróci z przepustki – po czym prysnął. Jednak z jakich tajemnych powodów słowo dane przy Okrągłym Stole trzeba do dziś honorować...
Zostaję
Niektórzy wyjeżdżali. Mnie też to zaproponowano. Odmówiłem. Po pierwsze nie zamierzałem akceptować tego, że mój los zależy od kaprysu MSW: nie dają mi wyjechać, kiedy mam ochotę – ale zmuszają mnie właśnie wtedy, gdy w Białołęce poznałem świetnych, odważnych, dowcipnych ludzi. Niesamowity jest ten polski talent do wymyślania dowcipów w momentach stresu. Chyba jeszcze tylko Żydzi mają taką zdolność. Ale był też drugi powód. Trochę się spóźnili. W moim wieku perspektywa startu od zera nie była, by tak rzec, nieodparta.
Pierwszy miesiąc – trzeba przyznać, w dość łagodnych warunkach – wspominam jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Sprawiała to przede wszystkim obecność w naszej celi Adama Michnika i Marka Barańskiego. Ten pierwszy błyskawicznie zgromadził wokół siebie mały dwór, gdzie główną postacią był Piotr Mroczyk, późniejszy dyrektor Polskiej Sekcji Radia Wolna Europa i gdakał równie głośno, co zabawnie, całkiem jak indyk z wielkim czerwonym grzebieniem, puszący się na podwórku. Ten drugi był naukowcem z Uniwersytetu, z którym świetnie się rozumiałem i dużo rozmawialiśmy na wszystkie tematy.
A wtedy byliśmy „bohaterami”, a oprócz prestiżu mieliśmy paczki żywnościowe i ubraniowe z Zachodu, o zawartości której ci na „wolności” mogli tylko marzyć. Dobre samopoczucie Michnika brało się z prostego powodu. Jak nam wyznał, bardzo się cieszył, że go zwinęli bo inaczej musiałby podejmować jakieś decyzje polityczne – a w rzeczywistości nie miał pojęcia co robić. Tutaj mógł wygłaszać „bon moty”, grać w pokera, dyskutować o endecji, pouczać niesubordynowanych prawicowców i pisać górnolotne, pozbawione konkretów listy od Opinii Publicznej w stylu Gandhiego, na którego pozował.
Oczywiście ta „komedia” – dla mnie i dla Michnika, bo dla mężów i ojców małych dzieci był to prawdziwy dramat – nie mogła trwać wiecznie. Potem, po 1 maja kiedy mnie wypuszczono nastroje, jak mi mówiono, mocno siadły.
Jeśli pominąć okazyjne demonstracje i samopomoc związkową czyli zapomogi dla rodzin internowanych i aresztowanych, prawie cała konspiracja sprowadzała się do „kółek samokształceniowych” – tym razem w postaci podziemnego ruchu wydawniczego. Miał on wielkie osiągnięcia, paru kolporterów ciężko pobito, parunastu drukarzy i wydawców dostało duże wyroki – ale jak na 36-milionowy naród i 10-milionowy ruch to był po prostu przygnębiający dowód na siłę totalizmu. I kiedy słyszę dziś od kierownika działu zagranicznego „Dziennika”, że Reagan to „bandyta” – odpowiedziałbym mu, gdyby chciało mi się marnować czas i słowa, że to ów „bandyta” dał mu możność wygłaszania dziś tych bredni z wysoko opłacanego stołka. Bez Reagana i bez Papieża nigdy nie dostalibyśmy szansy wolności.
Nie lekceważę ponad stu zabitych przez SB ani co najmniej kilkudziesięciu osób, które zostały na trwałe okaleczone lub torturowanych. Ale trwało to siedem lat: w tym czasie w latach stalinizmu zabito, uwięziono lub wywieziono na Sybir, według. obliczeń Departamentu Stanu z 1952 roku, około 350 tysięcy akowców i wszystkich „wrogów”...
Praktycznym skutkiem była emigracja najlepiej wykształconych i najenergiczniejszych działaczy – jak również większości ambitnych młodych ludzi. A więc właśnie tych, których bały się władze. Skutki były widoczne w 1989 roku i będą trwać jeszcze długo.
Piotr Skórzyński
W latach 1981-1994 dziennikarz prasy niezależnej, internowany, nadawca podziemnego Radia „Solidarność”, członek Zarządu Fundacji Radia Solidarność, kierownik działu kultury „Tygodnika Solidarność”. Niezależny publicysta i krytyk literacki.
Zginął w czasach III RP.
13.12.2006 http://www.redakcjapolska.dk/
