WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
środa, 25 kwietnia 2012
Africa P r a w d a ryj - story
KRZYSZTOF OSIEJUK
Powrót burych suk
Ja naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, co o moim stanie nerwów i emocji myślą sobie niektóre z osób odwiedzających ten blog. Wiem świetnie, że dla wielu z nich, a szczególnie dla tych którzy nie zgadzają się z opiniami przeze mnie formułowanymi, to co ja tu wypisuję, tworzy obraz wystarczająco wyraźny, żeby mnie uznać za osobę co najmniej podejrzaną. Wiem to i biorę to na swą pierś. Bez jednego słowa skargi.
Przyjmuję to na pierś, co jednak nie zmienia faktu, że z tego typu oceną głęboko się nie zgadzam. Uważam, że ja w gruncie rzeczy jestem komentatorem niezwykle umiarkowanym. To że moje poglądy są wyraźne i stosunkowo jednoznaczne, w żaden sposób temu umiarkowaniu nie przeczy. One są wyraźne, ale przy tym umiarkowane. Jestem pewien, że byłoby nienajgorzej, gdyby niektórzy zechcieli uprzejmie zauważyć, że tego typu zespół jest jak najbardziej sensowny i logiczny. Nie trzeba nie mieć poglądów, żeby zdobyć sobie uznanie i szacunek jako ktoś trzymający się środka. Taka jest prawda i nic na to nie poradzimy. Tak jest.
Jakie są powody, dla których wiele osob czytających moje komentarze na temat polityki i ludzi w tę politykę zaangażowanych uważa mnie za niebezpiecznego szaleńca? Oczywiście powodów tych może być mnóstwo. Dla niektórych ich wyrazem może być to na przykład, że uważam Jarosława Kaczyńskiego za wielkiego polskiego polityka i uczciwego człowieka, a jego zmarłego brata za wielkiego polskiego prezydenta. Dla innych dowodem na moje obłąkanie jest to, że o niektórych politykach, czy w ogóle osobach publicznych piszę, używając epitetu „ruski buc”. Inni z kolei boją się nawet na mnie spojrzeć, ponieważ z uporem godnym lepszej – ich zdaniem – sprawy, twierdzę, że samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie został strącony przez złych ludzi, że inni źli ludzie powtarzają na jego temat najróżniejsze kłamstwa, a jeszcze inni źli ludzie, sfałszowali wybory, do których ich kumple swym podłym czynem doprowadzili.
Właśnie – wybory. Od czasu jak Jarosław Kaczyński znalazł w sobie tę siłę i wystartował przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu – a tak naprawdę przeciwko wszystkim czarnym legionom Systemu – w walce o prezydenturę, niedługo upłyną już dwa lata, a ja wciąż sobie przypominam tamte dni, a może jeszcze bardziej tamten dzień i tamtą noc, i myślę, że skoro dziś ponownie z taką intensywnością przeżywamy tamtą katastrofę, a nasza walka o Prawdę wydaje się wchodzić w całkowicie nowy czas, spróbujmy też skierować naszą refleksję na tamten moment, kiedy to nam ogłoszono, że prezydentem Polski został on. Właśnie on.
Być może ktoś po latach jest w stanie sobie jeszcze przypomnieć, że kiedy owe wybory jeszcze były przed nami, wiele osób sugerowało w komentarzach tu na tym blogu, że źli ludzie je niechybnie sfałszują, a ja na to milczałem, lub bardzo się starałam, żeby w swoich odpowiedziach nie iść zbyt daleko. Myślę, że ci którzy ten blog znają trochę lepiej, pamiętają też, że do pewnego momentu, ja bardzo starannie unikałem mówienia nawet o tym, że katastrofa w Smoleńsku była aktem celowym i zaplanowanym. Dlaczego tak było? Dlatego mianowicie, że ja oczywiście swoje wiedziałem od samego początku, natomiast moje umiarkowanie i wewnętrzny spokój kazały mi patrzeć na wszystko w pewnej perspektywie. A tę perspektywę wytyczał cel pierwszy, podstawowy i w gruncie rzeczy jedyny. Trzeba wygrać tę prezydenturę, a potem pomyślimy o reszcie.
Nie wspominałem więc – do pewnego czasu – o smoleńskim morderstwie i przez pewien czas nie pisałem o fałszowaniu wyborów. Dopiero później. I znów dopiero dziś. A to, mimo że miałem niemal stuprocentową pewność, że Prezydent został zamordowany z premedytacją, a wybory z premedytacją zostały sfałszowane. Dlaczego więc wspominam o tym teraz? Otóż chodzi o to – i to też pisałem na tym blogu – moje świadectwo jest wręcz wymuszone bezczelnością zachowania ludzi odpowiedzialnych za to zło które się dzieje. Jeśli System, który dopuścił się tej zbrodni, a dziś ponownie – głosem wynajętych ekspertów – swoją zbrodnie próbuje ukryć, i przy okazji bez najmniejszych wyrzutów sumienia raz jeszcze oskarża za śmierć 96 ludzi Bogu ducha winnych pilotów, którzy sami w tej katastrofie zostali wymordowani, to ja – przepraszam bardzo – ale nie mam wyjścia. Jeśli najpierw nasz prezydent został zamordowany, następnie wybory w sposób absolutnie bezczelny zostały sfałszowane, a dziś oni znów zaczynają coś mi mówić na temat próby lądowania, to ja osobiście nie widzę najmniejszego powodu, żeby z równie spokojną twarzą znów nie ogłosić, że oni kłamią jak bure suki.
Powiem wyraźnie, dlaczego uważam, że Bronisław Komorowski został prezydentem wyłącznie skutkiem wyborczego oszustwa. Wiem, że to moje gadanie jest bez znaczenia, podobnie jak bez znaczenia jest to, jak długo jeszcze będziemy przypominać, że samolot pod Smoleńskiem nie spadł skutkiem mgły, czy błędu pilotów, ale co mi szkodzi? Niech wiedzą, że ja wiem. I niech ich szlag trafia. Niech ich ta wiedza pali. Niech się tą wiedzą udławią i w efekcie tego udławienia zdechną. Bo na nic więcej i tak nie zasługują.
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co nas spotkało w lipcu 2010 roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Przy okazji tamtych pos-smoleńskich wyborów, i to w pierwszej, jak i drugiej turze, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, wygrywał, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że jest już po Komorowskim i po nich wszystkich. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, ze może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z wcześniejszych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie ja oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd!
Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w nadchodzący długi weekend żona moja pojedzie nabrać sił do swojego ukochanego Przemyśla. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowski, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmienia się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca 2010 roku, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona.
Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w ryj, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Myślę że mam, choć głowy nie dam. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w dzikiej Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli pijani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Od masakry Smolensk' minęły już ponad dwa lata, a oni stoją i wciąż kłamią. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie prosto w oczy i łżą jak psy. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre. I zachęcam wszystkich, by nie ustawali w powtarzaniu tej jednej prawdy: Oni kłamią jak bure suki. I mają do tego bardzo wyraźny powód. Powód równie wyraźny jak tamta śmierć.
***************************************
A PÓKI CO ..
- AFRICA II:
|
|
wtorek, 24 kwietnia 2012
są z n a k i, nie przypadki
„Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,
Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczerze
I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze...”
A. Mickiewicz, "Pan Tadeusz".
Prezydent Lech Kaczyński wraz z elitą przywódczą Rzeczypospolitej nie
przypadkiem zginął akurat 10 kwietnia 2010 r., i akurat w tym miejscu — w
Smoleńsku, tuż obok Katynia. W polityce, tak samo jak w historii, istnieje
zawsze syndrom, związek przyczynowo-skutkowy. I nawet jeśli nie ma związków
bezpośrednich pomiędzy katastrofą w Smoleńsku a sowiecką zbrodnią w Katyniu, to
istnieją związki pośrednie wydarzeń wynikających jedne z drugich w następującej
kolejności: 23 sierpnia 1939 → 1 września 1939 → 17 września 1939 → 5 marca 1940
→ 10 kwietnia 1940 → 10 kwietnia 2010. Nie sposób podważyć związku tych dat ze
sobą! Chyba że przyjmiemy rosyjską wersję „prawdy”. W obecności premiera rządu
RP Donalda Tuska 7 kwietnia 2010 r., na trzy dni przed katastrofą polskiego
samolotu, premier Putin w Katyniu fałszował prawdę i fakty historyczne o zbrodni
ludobójstwa sowieckiego. Zresztą sformułowanie „ludobójstwo” nawet nie padło,
natomiast Putin dokonywał manipulacji politycznej i mijania się z prawdą nad
grobami Ofiar sovietów - tysięcy pomordowanych polskich oficerów. Putin nie wymienił nawet
sprawców zbrodni! Natomiast twardo zapowiadał, że „rosyjska wersja II wojny
światowej (...) nie podlega żadnej rewizji”.
Dlatego wiarygodność Putina jest dla Polaków żadna.
W 1767 r. została aresztowana przez sołdatów rosyjskich grupa przywódców stronnictwa patriotyczno-narodowego, które nie zgadzało się na prorosyjską politykę króla Stanisława Augusta, jego serwilizm wobec carycy Katarzyny II i utratę suwerenności państwowej Rzeczypospolitej. Rosjanie aresztowali m.in. biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, który niezależnie od swej funkcji kościelnej jako senator stał na czele stronnictwa patriotycznego w polskim parlamencie. Razem z nim Rosjanie aresztowali innych posłów i senatorów, w tym hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego, jego syna Seweryna Rzewuskiego oraz bp. Józefa Załuskiego (twórcę słynnej Biblioteki Załuskich). Rosjanie wywieźli ich do więzienia w Smoleńsku, a następnie do Kaługi pod Moskwę.
W kapturowym zaocznym procesie został skazany na karę śmierci bohaterski gen. Kazimierz Pułaski — ostatni przywódca konfederacji barskiej i obrońca Jasnej Góry przed armią rosyjską. Konfederacja barska była pierwszym polskim powstaniem narodowym przeciwko rządom i wpływom rosyjskim w formalnie niepodległej Polsce. Konfederacja została stłumiona przez armię rosyjską, a rosyjski ambasador w Warszawie razem ze zdradzieckim królem Stanisławem Augustem Poniatowskim decydowali o losie tysięcy konfederatów zesłanych na zawsze na Syberię. Podobnie zapadła decyzja o wyroku śmierci na Pułaskiego, który, skazany przez sąd polski, był ścigany rosyjskimi (!) listami gończymi i musiał emigrować do Ameryki. Tadeusz Kościuszko - później, jako Naczelnik był ostatnią głową Państwa przed utratą niepodległości przez Polskę. Ciężko ranny w bitwie pod Maciejowicami, dostał się do rosyjskiej niewoli i został natychmiast wywieziony do straszliwej twierdzy Pietropawłowskiej, która uchodziła za najcięższe więzienie świata. Naczelnik Polski miał tam przebywać aż do śmierci. Uratowało go jego amerykańskie obywatelstwo i interwencja prezydenta USA Thomasa Jeffersona u nowego cara Rosji Pawła I. Rosjanie zgodzili się wypuścić Kościuszkę pod warunkiem, że uda się do Ameryki, nigdy już nie przyjedzie na terytorium dawnej Rzeczypospolitej i nigdy więcej nie będzie walczył z Rosją.
Po klęsce Powstania Listopadowego na osobiste polecenie cara Mikołaja I, zwanego żandarmem Europy, Rosjanie skazali na karę śmierci przez powieszenie kilkudziesięciu przywódców powstania, w tym cały polski Rząd Narodowy z premierem Adamem Jerzym Czartoryskim. Wyroki w większości nie zostały wykonane, gdyż skazani na śmierć Polacy zdołali udać się na emigrację, z której do Ojczyzny nigdy już nie powrócili. W okresie powstania styczniowego Rosjanie skazali na śmierć czołowych przywódców powstania: cywilnych, wojskowych, a nawet księży. Niektórym udało się zbiec (m.in. Jarosławowi Dąbrowskiemu). Najsłynniejsza egzekucja miała miejsce na stokach warszawskiej Cytadeli, kiedy Rosjanie powiesili na szubienicy cały polski Rząd Narodowy z Romualdem Trauguttem na czele. Na rosyjskich szubienicach skończyli też tacy przywódcy powstania, jak gen. Zygmunt Sierakowski, gen. Zygmunt Padlewski, ks. Antoni Mackiewicz i jako ostatni przywódca powstania o niepodległą Polskę — ks. Stanisław Brzóska.
4 lipca 1943 r. w katastrofie lotniczej nad Gibraltarem zginął gen. Władysław Sikorski — premier rządu RP oraz Naczelny Wódz Wojska Polskiego. Razem z Sikorskim zginęła grupa towarzyszących mu polityków i wojskowych, m.in. szef sztabu gen. Tadeusz Klimecki. Kilka tygodni wcześniej Stalin pod pretekstem i na tle sprawy Katynia zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem Sikorskiego, a propaganda Moskwy określała polskiego przywódcę jako faszystę i współpracownika Hitlera! Katastrofa gibraltarska nie została wyjaśniona nigdy, ale najbardziej prawdopodobna wersja to zamach sowiecki, zwłaszcza że tuż obok polskiego samolotu (bez strażników i jakiejkolwiek ochrony) stał sowiecki samolot wojskowy pełen funkcjonariuszy NKWD. W każdym razie na śmierci polskiego premiera i wodza najbardziej skorzystała Rosja sowiecka, uzyskując już w tym krytycznym momencie II wojny światowej klucz do opanowania Polski w całości.
15 lipca 1944 r. sowieckie NKWD zwabiło podstępnie, a następnie aresztowało całe dowództwo Armii Krajowej w Wilnie, z gen. Aleksandrem Krzyżanowskim-Wilkiem. Faktycznie byli to przywódcy Polski na kresach północno-wschodnich Rzeczypospolitej. Wszyscy zostali wymordowani albo "zaginęli" bez wieści.
27 i 28 marca 1945 r. zostali podstępnie zwabieni do Pruszkowa pod Warszawą przez sowieckie NKWD na osobiste polecenie Stalina wszyscy przywódcy Polski Podziemnej. Była to tzw. Grupa 16, a wśród nich wicepremier k o n s t y t u c y j n e g o rządu RP Stanisław Jankowski oraz komendant główny Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki. Zostali oni wywiezieni do Moskwy i uwięzieni na straszliwej Łubiance, a następnie osądzeni w kapturowym procesie. Niektórzy zostali później zamordowani. W ten sposób Rosja sowiecka usunęła bardzo ważną przeszkodę, aby zainstalować komunistyczny rząd polski, złożony z moskiewskich marionetek.
W trakcie banalnego zabiegu chirurgicznego w szpitalu w Warszawie zmarł prymas Polski kard. August Hlond. Komuniści byli zaskoczeni, że wrócił on do kraju z emigracji natychmiast po zakończeniu II wojny światowej. Ogromny patriotyzm, siła charakteru i poczucie odpowiedzialności za Naród i Kościół stawiały kard. Hlonda po 1945 r. na czele Narodu, tym bardziej że tylko on (!) personalnie stanowił ciągłość majestatu II RP. Było to nawiązanie do czasów I Rzeczypospolitej, kiedy to prymas po śmierci króla, w okresie bezkrólewia, był faktyczną głową państwa. Istnieją daleko idące domniemania, że kard. August Hlond został skrytobójczo zamordowany na polecenie z Moskwy przez polską bezpiekę.
W nocy z 25 na 26 września 1953 r. na rozkaz z Moskwy komunistyczny reżim PRL aresztował prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. Jako „interrex” ze swojego urzędu, a jako kapłan niezwykłego charakteru i odwagi Wyszyński był faktycznym przywódcą Narodu i zwalczanej przez komunistów niepodległej Polski. Przez pierwszy okres swego uwięzienia Wyszyński był zagrożony śmiercią albo wywiezieniem w głąb Rosji. Aresztowanie i uwięzienie prymasa było ciosem nie tylko dla samego Kościoła, ale dla tej większości Narodu, która nie pogodziła się z rządzącymi z nadania Moskwy komunistami — targowicą XX wieku
.
12 marca 1956 r. zmarł w Moskwie Bolesław Bierut. W Polsce Ludowej był komunistycznym dyktatorem, prezydentem — głową państwa, I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR. W Moskwie był stosunkowo niskiej rangi oficerem zbrodniczego NKWD i marionetką Stalina wyznaczoną do rządzenia Polakami. Istnieją daleko idące domniemania, że w nowej sytuacji politycznej po śmierci Stalina dla nowych władców Kremla Bierut był niewygodny i dlatego został zlikwidowany albo zmuszony do samobójstwa.
13 maja 1981 r. został dokonany zamach na Jana Pawła II. Ojciec Święty miał zginąć nie tylko dlatego, że był papieżem, ale dlatego, że był faktycznym przywódcą Polski i polskiego Narodu. W geopolitycznych realiach 1981 r. Rosja sowiecka była w apogeum swej potęgi polityczno-militarnej, a powstanie „Solidarności” w Polsce w istotny sposób zagrażało panowaniu sowieckiemu w Europie. Zamachu na Jana Pawła II dokonał fanatyczny islamista turecki, ale ślady zamachu prowadzą do Moskwy — na Kreml i do KGB!
* * *
TUTAJ
Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczerze
I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze...”
A. Mickiewicz, "Pan Tadeusz".
Józef Szaniawski
Historia sowieckiej nienawiści
Bez względu na to, jakie będą rezultaty tzw. śledztwa smoleńskiego, bez względu na to, jakie jeszcze powstaną raporty na temat przyczyn " katastrofy" w Smoleńsku — wydaje się niezbędnie potrzebne, aby raporty te nie ograniczały się do wydarzeń jedynie z 10 kwietnia 2010 r. Nie można, najbardziej nawet szczegółowo - analizować katastrofy smoleńskiej w całkowitym oderwaniu od dotychczasowych relacji między Polską a Rosją
Dlatego wiarygodność Putina jest dla Polaków żadna.
Rosyjska eksterminacja
W 1707 r. niedaleko Torunia grupa sołdatów i oficerów rosyjskich aresztowała abp. Konstantego Zielińskiego, który ukoronował wcześniej króla Stanisława Leszczyńskiego. Na rozkaz cara Piotra I abp Zieliński pod konwojem rosyjskich sołdatów został wywieziony do Rosji. Nigdy już do Polski nie wrócił. Zmarł w więzieniu carskim w Moskwie. Abp Zieliński stał na czele stronnictwa patriotyczno-narodowego Rzeczypospolitej, które popierało króla Leszczyńskiego. Rosja zaś popierała Augusta II Sasa, aby politycznie ubezwłasnowolnić Polskę i doprowadzić do utraty jej suwerenności, co też nastąpiło na Sejmie Niemym w 1717 r. Abp Zieliński zapłacił życiem za swą patriotyczną postawę, a jego wyeliminowanie pozwoliło Rosji na wprowadzenie na tron w Warszawie Augusta II Sasa. Ten akt terroru politycznego otworzył długą epokę eksterminacji tych politycznych przywódców Polski, którzy przeciwstawili się dominacji rosyjskiej w Rzeczypospolitej.W 1767 r. została aresztowana przez sołdatów rosyjskich grupa przywódców stronnictwa patriotyczno-narodowego, które nie zgadzało się na prorosyjską politykę króla Stanisława Augusta, jego serwilizm wobec carycy Katarzyny II i utratę suwerenności państwowej Rzeczypospolitej. Rosjanie aresztowali m.in. biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, który niezależnie od swej funkcji kościelnej jako senator stał na czele stronnictwa patriotycznego w polskim parlamencie. Razem z nim Rosjanie aresztowali innych posłów i senatorów, w tym hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego, jego syna Seweryna Rzewuskiego oraz bp. Józefa Załuskiego (twórcę słynnej Biblioteki Załuskich). Rosjanie wywieźli ich do więzienia w Smoleńsku, a następnie do Kaługi pod Moskwę.
W kapturowym zaocznym procesie został skazany na karę śmierci bohaterski gen. Kazimierz Pułaski — ostatni przywódca konfederacji barskiej i obrońca Jasnej Góry przed armią rosyjską. Konfederacja barska była pierwszym polskim powstaniem narodowym przeciwko rządom i wpływom rosyjskim w formalnie niepodległej Polsce. Konfederacja została stłumiona przez armię rosyjską, a rosyjski ambasador w Warszawie razem ze zdradzieckim królem Stanisławem Augustem Poniatowskim decydowali o losie tysięcy konfederatów zesłanych na zawsze na Syberię. Podobnie zapadła decyzja o wyroku śmierci na Pułaskiego, który, skazany przez sąd polski, był ścigany rosyjskimi (!) listami gończymi i musiał emigrować do Ameryki. Tadeusz Kościuszko - później, jako Naczelnik był ostatnią głową Państwa przed utratą niepodległości przez Polskę. Ciężko ranny w bitwie pod Maciejowicami, dostał się do rosyjskiej niewoli i został natychmiast wywieziony do straszliwej twierdzy Pietropawłowskiej, która uchodziła za najcięższe więzienie świata. Naczelnik Polski miał tam przebywać aż do śmierci. Uratowało go jego amerykańskie obywatelstwo i interwencja prezydenta USA Thomasa Jeffersona u nowego cara Rosji Pawła I. Rosjanie zgodzili się wypuścić Kościuszkę pod warunkiem, że uda się do Ameryki, nigdy już nie przyjedzie na terytorium dawnej Rzeczypospolitej i nigdy więcej nie będzie walczył z Rosją.
Po klęsce Powstania Listopadowego na osobiste polecenie cara Mikołaja I, zwanego żandarmem Europy, Rosjanie skazali na karę śmierci przez powieszenie kilkudziesięciu przywódców powstania, w tym cały polski Rząd Narodowy z premierem Adamem Jerzym Czartoryskim. Wyroki w większości nie zostały wykonane, gdyż skazani na śmierć Polacy zdołali udać się na emigrację, z której do Ojczyzny nigdy już nie powrócili. W okresie powstania styczniowego Rosjanie skazali na śmierć czołowych przywódców powstania: cywilnych, wojskowych, a nawet księży. Niektórym udało się zbiec (m.in. Jarosławowi Dąbrowskiemu). Najsłynniejsza egzekucja miała miejsce na stokach warszawskiej Cytadeli, kiedy Rosjanie powiesili na szubienicy cały polski Rząd Narodowy z Romualdem Trauguttem na czele. Na rosyjskich szubienicach skończyli też tacy przywódcy powstania, jak gen. Zygmunt Sierakowski, gen. Zygmunt Padlewski, ks. Antoni Mackiewicz i jako ostatni przywódca powstania o niepodległą Polskę — ks. Stanisław Brzóska.
Bezwzględna walka
Sowieckie służby specjalne miały plany zamordowania Józefa Piłsudskiego. Szczególnie w 1923 r. Rosjanie byli już blisko dokonania zamachu na Marszałka. Miała to być nie tylko zemsta za klęskę Rosji sowieckiej 15 sierpnia 1920 r. Zamach na Piłsudskiego miał pokazać „długie ręce Kremla”, a poza wszystkim „ojciec polskiej wolności” jak żaden polityk w Europie znał agresywne i imperialne dalekosiężne plany rosyjskich komunistów.4 lipca 1943 r. w katastrofie lotniczej nad Gibraltarem zginął gen. Władysław Sikorski — premier rządu RP oraz Naczelny Wódz Wojska Polskiego. Razem z Sikorskim zginęła grupa towarzyszących mu polityków i wojskowych, m.in. szef sztabu gen. Tadeusz Klimecki. Kilka tygodni wcześniej Stalin pod pretekstem i na tle sprawy Katynia zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem Sikorskiego, a propaganda Moskwy określała polskiego przywódcę jako faszystę i współpracownika Hitlera! Katastrofa gibraltarska nie została wyjaśniona nigdy, ale najbardziej prawdopodobna wersja to zamach sowiecki, zwłaszcza że tuż obok polskiego samolotu (bez strażników i jakiejkolwiek ochrony) stał sowiecki samolot wojskowy pełen funkcjonariuszy NKWD. W każdym razie na śmierci polskiego premiera i wodza najbardziej skorzystała Rosja sowiecka, uzyskując już w tym krytycznym momencie II wojny światowej klucz do opanowania Polski w całości.
15 lipca 1944 r. sowieckie NKWD zwabiło podstępnie, a następnie aresztowało całe dowództwo Armii Krajowej w Wilnie, z gen. Aleksandrem Krzyżanowskim-Wilkiem. Faktycznie byli to przywódcy Polski na kresach północno-wschodnich Rzeczypospolitej. Wszyscy zostali wymordowani albo "zaginęli" bez wieści.
27 i 28 marca 1945 r. zostali podstępnie zwabieni do Pruszkowa pod Warszawą przez sowieckie NKWD na osobiste polecenie Stalina wszyscy przywódcy Polski Podziemnej. Była to tzw. Grupa 16, a wśród nich wicepremier k o n s t y t u c y j n e g o rządu RP Stanisław Jankowski oraz komendant główny Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki. Zostali oni wywiezieni do Moskwy i uwięzieni na straszliwej Łubiance, a następnie osądzeni w kapturowym procesie. Niektórzy zostali później zamordowani. W ten sposób Rosja sowiecka usunęła bardzo ważną przeszkodę, aby zainstalować komunistyczny rząd polski, złożony z moskiewskich marionetek.
W trakcie banalnego zabiegu chirurgicznego w szpitalu w Warszawie zmarł prymas Polski kard. August Hlond. Komuniści byli zaskoczeni, że wrócił on do kraju z emigracji natychmiast po zakończeniu II wojny światowej. Ogromny patriotyzm, siła charakteru i poczucie odpowiedzialności za Naród i Kościół stawiały kard. Hlonda po 1945 r. na czele Narodu, tym bardziej że tylko on (!) personalnie stanowił ciągłość majestatu II RP. Było to nawiązanie do czasów I Rzeczypospolitej, kiedy to prymas po śmierci króla, w okresie bezkrólewia, był faktyczną głową państwa. Istnieją daleko idące domniemania, że kard. August Hlond został skrytobójczo zamordowany na polecenie z Moskwy przez polską bezpiekę.
W nocy z 25 na 26 września 1953 r. na rozkaz z Moskwy komunistyczny reżim PRL aresztował prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. Jako „interrex” ze swojego urzędu, a jako kapłan niezwykłego charakteru i odwagi Wyszyński był faktycznym przywódcą Narodu i zwalczanej przez komunistów niepodległej Polski. Przez pierwszy okres swego uwięzienia Wyszyński był zagrożony śmiercią albo wywiezieniem w głąb Rosji. Aresztowanie i uwięzienie prymasa było ciosem nie tylko dla samego Kościoła, ale dla tej większości Narodu, która nie pogodziła się z rządzącymi z nadania Moskwy komunistami — targowicą XX wieku
.
12 marca 1956 r. zmarł w Moskwie Bolesław Bierut. W Polsce Ludowej był komunistycznym dyktatorem, prezydentem — głową państwa, I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR. W Moskwie był stosunkowo niskiej rangi oficerem zbrodniczego NKWD i marionetką Stalina wyznaczoną do rządzenia Polakami. Istnieją daleko idące domniemania, że w nowej sytuacji politycznej po śmierci Stalina dla nowych władców Kremla Bierut był niewygodny i dlatego został zlikwidowany albo zmuszony do samobójstwa.
13 maja 1981 r. został dokonany zamach na Jana Pawła II. Ojciec Święty miał zginąć nie tylko dlatego, że był papieżem, ale dlatego, że był faktycznym przywódcą Polski i polskiego Narodu. W geopolitycznych realiach 1981 r. Rosja sowiecka była w apogeum swej potęgi polityczno-militarnej, a powstanie „Solidarności” w Polsce w istotny sposób zagrażało panowaniu sowieckiemu w Europie. Zamachu na Jana Pawła II dokonał fanatyczny islamista turecki, ale ślady zamachu prowadzą do Moskwy — na Kreml i do KGB!
* * *
Józef Szaniawski — dr historii, politolog, publicysta,
profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Wyższej Szkoły Kultury
Społecznej i Medialnej. Autor monografii, m.in. „Reduta — Polska między historią
a geopolityką”, „Pułkownik Kukliński — tajna misja”, „Victoria polska —
Marszałek Piłsudski w obronie Europy”, „Rosja — Imperium zła”. W latach 1973-85
prowadził działalność niepodległościową i konspiracyjnie współpracował z Radiem
Wolna Europa. Wykryty przez bezpiekę, został skazany przez sąd stanu wojennego
na 10 lat więzienia. Uniewinniony przez Sąd Najwyższy w 1990 r. jako ostatni
więzień polityczny PRL. W latach 1993 — 2004 był pełnomocnikiem i przyjacielem
płk. Ryszarda Kuklińskiego.
TUTAJ
opr. mg/mg
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

