WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
poniedziałek, 19 listopada 2012
Demokracja vs "demokracja"
O Demokracji - nie w Ameryce:
( )
Tę alternatywę „wewnątrzdemokratyczną” opisał swego czasu dobrze francuski autor
konserwatywny Jean Madiran w pracy pod znamiennym tytułem „Deux democraties” –
„Dwie demokracje” (fragmenty opublikowano w najnowszym numerze
„Christianitas”).
Obok demokracji liberalizmów nowoczesnych i ponowoczesnych istnieje bowiem faktyczna potomkini demokracji klasycznej i klasycznego republikanizmu – nazywana niekiedy demokracją konserwatywną. Ich różnica jest zupełnie zasadnicza: o ile demokracja klasyczna oznaczała po prostu i jedynie przyjęcie procedury wyboru rządzących przez rządzonych, z zachowaniem nienaruszonej sfery prawa moralnego – o tyle demokracja oświeceniowa i rewolucyjna oznacza ( i dziś ) wykluczenie wszelkich zasad i autorytetów, które nie mogą się wylegitymować wolą większości.
Inaczej mówiąc, w demokracji klasycznej uznaje się, że są takie świętości i normy, których nie sprawdza się przez głosowanie, lecz przyjmuje jako podstawę życia społecznego – natomiast w demokracji „nowoczesnej” przyjmuje się, że obowiązuje tylko to, co zostanie przegłosowane, włącznie z zasadami moralnie wrażliwymi.
W dokumentach Kościoła można znaleźć akceptację wyłącznie dla demokracji klasycznej – podczas gdy jej konkurentka, „demokracja bez wartości”, jest rzeczywiście uznawana za formę przejściową do totalitaryzmu (jak to zaznaczył Jan Paweł II).
Niestety, wbrew propagandzie liberałów, demokracja nie kojarzy się w naszej najnowszej historii wyłącznie z poczciwymi republikami – lecz właśnie także z totalitaryzmami, które z czasem zaowocowały gułagiem i Auschwitz, choć początkowo miały demokratyczną legitymację lub uznanie demokratycznej opinii. Nadwiślański „liberał” każe nam wierzyć, że coś takiego już się nie powtórzy. Słowo honoru?
( )Obok demokracji liberalizmów nowoczesnych i ponowoczesnych istnieje bowiem faktyczna potomkini demokracji klasycznej i klasycznego republikanizmu – nazywana niekiedy demokracją konserwatywną. Ich różnica jest zupełnie zasadnicza: o ile demokracja klasyczna oznaczała po prostu i jedynie przyjęcie procedury wyboru rządzących przez rządzonych, z zachowaniem nienaruszonej sfery prawa moralnego – o tyle demokracja oświeceniowa i rewolucyjna oznacza ( i dziś ) wykluczenie wszelkich zasad i autorytetów, które nie mogą się wylegitymować wolą większości.
Inaczej mówiąc, w demokracji klasycznej uznaje się, że są takie świętości i normy, których nie sprawdza się przez głosowanie, lecz przyjmuje jako podstawę życia społecznego – natomiast w demokracji „nowoczesnej” przyjmuje się, że obowiązuje tylko to, co zostanie przegłosowane, włącznie z zasadami moralnie wrażliwymi.
W dokumentach Kościoła można znaleźć akceptację wyłącznie dla demokracji klasycznej – podczas gdy jej konkurentka, „demokracja bez wartości”, jest rzeczywiście uznawana za formę przejściową do totalitaryzmu (jak to zaznaczył Jan Paweł II).
Niestety, wbrew propagandzie liberałów, demokracja nie kojarzy się w naszej najnowszej historii wyłącznie z poczciwymi republikami – lecz właśnie także z totalitaryzmami, które z czasem zaowocowały gułagiem i Auschwitz, choć początkowo miały demokratyczną legitymację lub uznanie demokratycznej opinii. Nadwiślański „liberał” każe nam wierzyć, że coś takiego już się nie powtórzy. Słowo honoru?
PDF]
JEAN MADIRAN . Dwie demokracje
p.s. Krowy, a ustrój polityczny
FEUDALIZM:
Masz
dwie krowy.
Opiekujesz się nimi,
a Twój senior zabiera Ci część mleka.
USTRÓJ NIEWOLNICZY:
Twój pan ma dwie krowy.
Ty się nimi opiekujesz,
on daje Ci część mleka.
CZYSTY SOCJALIZM:
Masz dwie krowy.
Rząd je zabiera i umieszcza w oborze razem z krowami innych.
Ty musisz opiekować się wszystkimi krowami.
Rząd wydaje Ci tyle mleka, ile potrzebujesz.
SOCJALIZM BIUROKRATYCZNY:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera je i umieszcza w oborze razem z krowami innych.
Zajmują się nimi dawni hodowcy kurczaków. Ty musisz zajmować się kurczakami, które rząd odebrał ich hodowcom.
Rząd daje Ci tyle mleka i jajek, ile zgodnie z przepisami potrzebujesz.
FASZYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie, wynajmuje Cię, żebyś się nimi opiekował i sprzedaje Ci mleko.
CZYSTY KOMUNIZM:
Masz dwie krowy.
Sąsiedzi pomagają Ci się nimi opiekować
i wszyscy dzielicie się mlekiem.
KOMUNIZM RADZIECKI:
Masz dwie krowy.
Musisz się nimi opiekować,
a rząd zabiera całe mleko.
DYKTATURA:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie
i zostajesz rozstrzelany.
DEMOKRACJA SINGAPURSKA:
Masz dwie krowy.
Rząd karze Cię grzywną za trzymanie dwóch zwierząt hodowlanych w mieszkaniu bez zezwolenia.
MILITARYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie i wciela Cię do armii.
CZYSTA DEMOKRACJA:
Masz dwie krowy.
Twoi sąsiedzi decydują, kto dostaje mleko.
DEMOKRACJA PRZEDSTAWICIELSKA:
Masz dwie krowy.
Twoi sąsiedzi wybierają kogoś, kto powie Ci, czyje jest mleko.
DEMOKRACJA AMERYKAŃSKA:
Rząd obiecuje Ci dwie krowy, jeśli na niego zagłosujesz.
Po wyborach prezydent zostaje odwołany za spekulacje na rynku terminowych transakcji na krowy. Prasa rozdmuchuje aferę "Cowgate".
DEMOKRACJA BRYTYJSKA:
Masz dwie krowy.
Karmisz je mózgami owiec tak długo, aż zwariują.
Rząd nic nie robi.
DEMOKRACJA WŁOSKA:
Masz dwie krowy.
Przed rannym udojem słuchasz radia, żeby dowiedzieć się, kto jest dzisiaj premierem.
BIUROKRACJA:
Masz dwie krowy.
Najpierw rząd wydaje przepisy, które mówią kiedy możesz karmić i doić swoje krowy.
Potem płaci Ci, żebyś ich nie doił.
Następnie zabiera obie krowy, jedną zabija, drugą doi i wylewa mleko do ścieków.
Na koniec domaga się od Ciebie wypełnienia formularzy wyjaśniających zaginięcie jednej z krów.
ANARCHIA:
Masz dwie krowy.
Albo sprzedajesz mleko po dobrej cenie, albo Twoi sąsiedzi będą próbowali Cię zabić i przejąć krowy.
KAPITALIZM:
Masz dwie krowy.
Sprzedajesz jedną i kupujesz byka.
KAPITALIZM DALEKOWSCHODNI:
Masz dwie krowy.
Sprzedajesz je swojej spółce giełdowej, korzystając z akredytywy nieodwołalnej poręczonej przez bank szwagra. Następnie wykonujesz transakcję swapową z funduszem powierniczym, dzięki czemu odzyskujesz wszystkie swoje cztery krowy i dostajesz ulgę podatkową za hodowanie pięciu krów.
Prawa do mleka sześciu krów sprzedajesz na rynku transakcji terminowych przez pośrednika z Panamy firmie z Kajmanów, której ukrytym udziałowcem jest żona szwagra. Prawa do mleka wszystkich siedmiu krów odkupuje Twoja spółka giełdowa, która w rocznym sprawozdaniu wykazuje osiem krów na stanie z opcją na zakup jeszcze jednej.
W tym samym czasie zabijasz swoje dwie krowy, bo miały złe Feng Shui.
PROEKOLOGIZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabrania Ci je doić i zabijać.
FEMINIZM:
Masz dwie krowy.
Pobierają się i adoptują cielaka.
TOTALITARYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie i zaprzecza, by one kiedykolwiek istniały.
Mleko jest objęte zakazem produkcji i konsumpcji.
LIBERTYNIZM:
Masz dwie krowy.
Jedna przeczytała konstytucję, wierzy w nią i ma kilka dobrych pomysłów na rządzenie. Startuje w wyborach i podczas gdy większość ludzi uważa, że krowa jest najlepszym kandydatem, nikt oprócz drugiej krowy na nią nie głosuje, bo wszyscy sądzą, że byłoby to wyrzucanie ich głosu w błoto.
SURREALIZM:
Masz dwie żyrafy.
Rząd wymaga, by brały lekcje gry na harmonijce.
PS.
Rewolucji nie było
Na początek oficjalne wielkie podziękowania dla chłopaków z warszawskipis.pl. Później się zrobi na druki firmowym, z wpisem do akt
Na razie- jeszcze raz wielkie dzięki za gościnę.
Ruch Narodowy może być tym, o czym bajali durnie od Ziobry, czyli tym drugim płucem prawicy. Zbrojną pięścią. Tymi, którzy nie mają ochoty na debaty z jakimiś Żakowskimi, Lisami i resztą tego plugawego towarzycha, za to zamiast debaty mogą ww. pyski prać. A z lewusami trochę jest jak z krnąbrnymi, zdradliwymi babami. Trzeba tłuc tak długo, aż krnąbrność ustąpi miejsca szacunkowi i miłości. Dana krnąbrna i zdradliwa baba uważa bowiem, że w obecnym systemie facet jest po prostu bezsilny, w żaden sposób nie jest jej w stanie zagrozić, przez co nie zasługuje na szacunek i można mu srać na głowę. Remedium na tę nowomodną degenerę, z której nie wynika nic dobrego poza tym, że przybywa tych popsutych bab, jest naga przemoc. Naga przemoc zaś to jest ten niezbędny składnik, bez którego nie ma mowy o miłości kobiety do mężczyzny, czyli specyficznej mieszanki pożądania, strachu i fascynacji zwierzęcą siłą.
A teraz o tym, jak się na te marsze przygotowała natchnięta Duchem Świętym Bufetowa. Pewnie niewielu o tym pamięta, bo to było dawniej niż przedwczoraj, dlatego ten świński ryjek z warszawskiego ratusza (no nie mówcie, że ona z profilu nie wygląda jak loszka, a ąfas jak zapóźniona w rozwoju pegeerowska młodsza oborowa), może uchodzić w oczach Młodych Zadłużonych z Wielkich Miast, za postępowca i nadzieję na niski kurs franka, ale jeszcze nie tak dawno opowiadała przecież, jak to ją Duch Święty natchnął i jaka to z niej jest gorliwa katoliczka. No ale to było w czasach, gdy ryży wnuczek z Wehrmachtu na chybcika się kościelnie żenił i nie było jeszcze rozkazu, żeby nie klękac przed księżmi.

Tak naprawdę były tylko dwie blokady- ta pierwsza, na samym początku, jak tylko marsz ruszył i to ewidentnie było szykowane dla kamer zaprzyjaźnionych telewizji towarzyszy ojców założycieli
- i druga, kiedy to ZOMO zastąpiło drogę pomniejszonemu już marszowi, gdy Kluby Gazety Polskiej, czyli w jakichś 60% mohery i ludzie niezdolni do zadym z racji wieku, odłączyły się od radykałów na Rozdrożu i szły w kierunku pomnika Piłsudskiego. Nikt jednak nie chciał w ZOMO rzucać niczym, nawet ich nie wygwizdano, więc po chwili ta bezsensowna blokada została zdjęta i pod pomnik Marszałka doszliśmy.
Opiekujesz się nimi,
a Twój senior zabiera Ci część mleka.
USTRÓJ NIEWOLNICZY:
Twój pan ma dwie krowy.
Ty się nimi opiekujesz,
on daje Ci część mleka.
CZYSTY SOCJALIZM:
Masz dwie krowy.
Rząd je zabiera i umieszcza w oborze razem z krowami innych.
Ty musisz opiekować się wszystkimi krowami.
Rząd wydaje Ci tyle mleka, ile potrzebujesz.
SOCJALIZM BIUROKRATYCZNY:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera je i umieszcza w oborze razem z krowami innych.
Zajmują się nimi dawni hodowcy kurczaków. Ty musisz zajmować się kurczakami, które rząd odebrał ich hodowcom.
Rząd daje Ci tyle mleka i jajek, ile zgodnie z przepisami potrzebujesz.
FASZYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie, wynajmuje Cię, żebyś się nimi opiekował i sprzedaje Ci mleko.
CZYSTY KOMUNIZM:
Masz dwie krowy.
Sąsiedzi pomagają Ci się nimi opiekować
i wszyscy dzielicie się mlekiem.
KOMUNIZM RADZIECKI:
Masz dwie krowy.
Musisz się nimi opiekować,
a rząd zabiera całe mleko.
DYKTATURA:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie
i zostajesz rozstrzelany.
DEMOKRACJA SINGAPURSKA:
Masz dwie krowy.
Rząd karze Cię grzywną za trzymanie dwóch zwierząt hodowlanych w mieszkaniu bez zezwolenia.
MILITARYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie i wciela Cię do armii.
CZYSTA DEMOKRACJA:
Masz dwie krowy.
Twoi sąsiedzi decydują, kto dostaje mleko.
DEMOKRACJA PRZEDSTAWICIELSKA:
Masz dwie krowy.
Twoi sąsiedzi wybierają kogoś, kto powie Ci, czyje jest mleko.
DEMOKRACJA AMERYKAŃSKA:
Rząd obiecuje Ci dwie krowy, jeśli na niego zagłosujesz.
Po wyborach prezydent zostaje odwołany za spekulacje na rynku terminowych transakcji na krowy. Prasa rozdmuchuje aferę "Cowgate".
DEMOKRACJA BRYTYJSKA:
Masz dwie krowy.
Karmisz je mózgami owiec tak długo, aż zwariują.
Rząd nic nie robi.
DEMOKRACJA WŁOSKA:
Masz dwie krowy.
Przed rannym udojem słuchasz radia, żeby dowiedzieć się, kto jest dzisiaj premierem.
BIUROKRACJA:
Masz dwie krowy.
Najpierw rząd wydaje przepisy, które mówią kiedy możesz karmić i doić swoje krowy.
Potem płaci Ci, żebyś ich nie doił.
Następnie zabiera obie krowy, jedną zabija, drugą doi i wylewa mleko do ścieków.
Na koniec domaga się od Ciebie wypełnienia formularzy wyjaśniających zaginięcie jednej z krów.
ANARCHIA:
Masz dwie krowy.
Albo sprzedajesz mleko po dobrej cenie, albo Twoi sąsiedzi będą próbowali Cię zabić i przejąć krowy.
KAPITALIZM:
Masz dwie krowy.
Sprzedajesz jedną i kupujesz byka.
KAPITALIZM DALEKOWSCHODNI:
Masz dwie krowy.
Sprzedajesz je swojej spółce giełdowej, korzystając z akredytywy nieodwołalnej poręczonej przez bank szwagra. Następnie wykonujesz transakcję swapową z funduszem powierniczym, dzięki czemu odzyskujesz wszystkie swoje cztery krowy i dostajesz ulgę podatkową za hodowanie pięciu krów.
Prawa do mleka sześciu krów sprzedajesz na rynku transakcji terminowych przez pośrednika z Panamy firmie z Kajmanów, której ukrytym udziałowcem jest żona szwagra. Prawa do mleka wszystkich siedmiu krów odkupuje Twoja spółka giełdowa, która w rocznym sprawozdaniu wykazuje osiem krów na stanie z opcją na zakup jeszcze jednej.
W tym samym czasie zabijasz swoje dwie krowy, bo miały złe Feng Shui.
PROEKOLOGIZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabrania Ci je doić i zabijać.
FEMINIZM:
Masz dwie krowy.
Pobierają się i adoptują cielaka.
TOTALITARYZM:
Masz dwie krowy.
Rząd zabiera obie i zaprzecza, by one kiedykolwiek istniały.
Mleko jest objęte zakazem produkcji i konsumpcji.
LIBERTYNIZM:
Masz dwie krowy.
Jedna przeczytała konstytucję, wierzy w nią i ma kilka dobrych pomysłów na rządzenie. Startuje w wyborach i podczas gdy większość ludzi uważa, że krowa jest najlepszym kandydatem, nikt oprócz drugiej krowy na nią nie głosuje, bo wszyscy sądzą, że byłoby to wyrzucanie ich głosu w błoto.
SURREALIZM:
Masz dwie żyrafy.
Rząd wymaga, by brały lekcje gry na harmonijce.
PS.
Rewolucji nie było
Autor: Artur M. Nicpoń
Teraz sam Marsz.
Najpierw to, co było źle.
Źle było, że się marsz rozdzielił. Nie będę udawał, że wiem czyja to wina. Czy to dlatego, że Sakiewicza pogięło i się wycofał, czy to dlatego (jak mówią narodowcy), że policja im uniemożliwiła przejście pod pomnik Piłsudskiego, czy co tam. Źle się stało i tak być w przyszłości nie może. Niezależnie od tego, czy zostanie powołany do życia Ruch Narodowy, czy nie. Osobiście jestem za tym by powstał, choć to jest realna konkurencja dla PiS i jeśli ktoś naprawdę jest nam w stanie coś ująć, to właśnie radykałowie prawicy. Za nimi po prostu idzie młodzież. Ta cała wkurwiona i agresywna (co cenne i co ja popieram), nie pieprząca się w tańcu, aktywna i gotowa do konfrontacji. Ba, gotowa. Gotowa to mało. I ci ludzie są Polsce bardzo potrzebni, bo Polsce po prostu potrzebni są ludzie, którzy są zdolni przypierdolić. A tych, którym by przypierdolić trzeba jest sporo, mimo że coraz bardziej zestrachani są silni i na rzęsach stają, by na nas wymusić przestrzeganie ich reguł, które sobie sami dla siebie ustanowili, żeby im było wygodnie. Tego się nie skruszy ani pokojowymi marszami, ani krucjatami różańcowymi, ani ogólnie pojętą grzecznością. Tzn. to wszystko jest potrzebne, niezbędne wręcz, ale na końcu tego różańca i tej modlitwy muszą stać ludzie gotowi to całe gadanie o Polsce traktować poważnie i na poważnie wybijać zęby tej całej lewackiej hołocie, tym komoruskim pajacom „maszerującym” w ramach pensji itp. No i radykałowie chyba o niczym innym nie marzą, żeby się za to zbożne dzieło w końcu wziąć i sprawić, żebyśmy wszyscy byli po właściwej stronie stryczka, tzn. po tej, po której się taboret wykopuje, niż po tej, gdzie taboret jest wykopywany.
Z naszą lewicą jest więc jak z tymi rozpuszczonymi babami. Po prostu jak się lewactwa nie bije, to mu wątroba gnije.
Mamy więc ten rozdzielony marsz i mamy odkopywanie tych przedwojennych trumien Dmowskiego i Piłsudskiego. Dla normalnego człowieka były one zagrzebane w miarę solidnie i z dorobku obu tych panów można było sobie wybrać to co najlepsze, dokonać syntezy i na niej bazując myśleć o tym, co zrobić z tą całą postkomuną i jak sprawić, by Polska pojawiła się na powrót na realnych mapach politycznych Europy i Świata. Okazuje się zaś, że z tej syntezy mogą być nici i zamiast wspólnie to postsowieckie bydło pogonić za Don, będziemy się teraz przepychać między sobą i kłócić o to, który trup ważniejszy.
Tak na moje oko to najbardziej o to chodzi, kto zostanie Michnikiem prawicy. Tzn. każdy z ośrodków, w okół którego zaczyna się koncentrować jakakolwiek prawicowa siła polityczna, natychmiast zaczyna kombinować nad tym, jak tu przejąć rząd dusz nad całą resztą prawej strony. Informuję, że to się nie uda. My nie jesteśmy lewica, czy inna Platforma, żeby po naszej stronie mógł zaistnieć jakiś guru, jak Aaaadam, który będzie całej reszcie mówił, co ma myśleć i tresował ku nowemu, lepszemu mrówkoczłowieczeństwu. Jeśli chcemy wygrać trzeba pogodzić się z tym, że niczego takiego nie będzie, za to naszą siłą jest nasza róznorodność. Różnorodność, która koncentruje się wokół idei Polski. Naszym wspólnym mianownikiem są bowiem słowa Hemara:
Chcemy, aby Najjaśniejsza Rzeczpospolita była wielka, bo albo będziemy wielcy, albo nie będzie nas wcale
I teraz to nie jest ważne, jak sobie różni ludzie wyobrażają tę wielką Polskę. Różnie sobie wyobrażają, bo są różni. I o tym wszystkim możemy sobie dyskutować i spierać się między sobą, bo trzeba nam będzie znaleźć sposób na takie poukładanie Polski, byśmy się w niej zmieścili wszyscy i żeby nikogo Polska w dupę nie kopała. Clou jednak w tym, że taka debata może się toczyć wyłącznie wśród tych, którzy Polski wielkiej pragną i sami się do polskości poczuwają. To zaś od razu wyrzuca poza margines te wszystkie euromichniki, biłgorajskie szumowiny, wszystkich tych leberałów, postkomuchów, zdrajców, jurgieltników i innych Smolarów, te wszystkie Stokrotki, Miecugowy, ryże wnuczki z Wehrmachtu i spoconego posła Olszewskiego, czyli sowiecką progeniturę w gumofilcach od Testoni. No ale żeby temu plugastwu móc powiedzieć gromkie: WY-PIE-DA-LAĆ!!! to trzeba, by po naszej stronie zapanowała zgoda przynajmniej co do tego. To zaś oznacza, że wszelkie ośrodki prawicowe muszą się po prostu ze sobą zacząć porozumiewać i traktować jak partnerów, a nie wrogów. Oczywiście przy zachowaniu proporcji i ważeniu sił, niemniej jednak.
Przygotowano się na nasz przyjazd wspaniale. Kontrole drogowe zaczęły się już przed Bełchatowem (jadąc od Wrocka). Oczywiście podejrzliwość policji wzbudzały pojazdy z polską flagą. No bo, powiedzmy to sobie otwarcie, kto to widział, żeby obywatel wywieszał biało- czerwoną flagę w święto państwowe? W jakieś święto niepodległości? No dajcież spokój! Nie po to dziadzio Szechter AKowcom paznokcie otwieraczem do butelek zrywał, nie po to babcia Wolińska wydawała wyroki śmierci, nie po to tate Popiełuszkę mordował, żeby teraz ich potomstwu w mundurach jacyś Polaczkowie ze swoimi flagami przed oczy leźli. To chyba jasne?
Nas, czyli mnie i mojego sąsiada, zawinięto dopiero w Jankach. Popatrzono do bagażnika, ale tak dobrze ukryliśmy kałasznikowy i wyrzutnie rakiet ziemia ziemia, że ich nie znaleziono. Tu akurat nie wiem jednej rzeczy, bo się nas policjant pytał, po co do Warszawy jedziemy i czy na Marsz. Policjant takie pytanie może obywatelowi zadać w ogóle? Jak to jest?Bo chyba nie ma takiego prawa w Polsce jeszcze, żeby się byle psu spowiadać z tego, gdzie i po co się jedzie swoim prywatnym samochodem, za swoje prywatne pieniądze?
Generalnie, już przed Jankami, wszędzie pełno suk. I małych, takich suczek i takich dużych, nastajaszczych suk. Psiarnia w pełnej zbroi, ochraniacze od stóp do głowy. Wszystko to na sygnałach, choć nie spieszyli się nigdzie. Ot, jedzie sobie taka suka, w środku te jej opancerzone szczenięta, niespiesznie się toczy, ale wyje jak wszyscy diabli. Nie wiem, może to miało kogoś przestraszyć, a może chodziło o to, żeby taką kabaretową atmosferą grozy kogoś wkurzyć, żeby co wyrywniejsi szybciej potracili nerwy. Ogólnie jednak wyglądało to wszystko dosyć żenująco, jak na pokaz siły.
Tu mi się przypomniało, jak kiedyś jechaliśmy z Grześkiem Braunem do Warszawy, całkiem nie po to, żeby demonstrować, tylko do telewizora sprawę załatwić i zatrzymano nas w ramach jakiejś sierpniowej akcji znicz. Zjechałem na pobocze i dopiero wtedy zobaczyłem, że ci policjanci uzbrojeni jak na wojnę w kałasznikowy itp., to dzieciaki jakieś mizerne i trochę przestraszone. Na to Grzesiek otworzył okno i powiedział do jednego z tych dzieciaków w mundurach tak:
- Proszę pana, niech pan lepiej schowa ten karabin, bo jak przyjadą prawdziwi bandyci, to pana zbiją i panu ten karabin zabiorą.
Tym razem tych dzieciaków z pryszczami nie było widać, ale gdzież temu nowomodnemu ZOMO Donalda Tuska, do pierwowzoru pod dowództwem ludzi honoru Gazety Wyborczej? Donaldowi Tuskowi rozlicznych talentów odmówić nie sposób, ale powiedzmy sobie prawdę, Cześkowi Kiszczakowi nie godzien czyścić walonek.
Sam marsz, gdyby nie to ZOMO właśnie, odbyłby się bez jednego incydentu.
Tak naprawdę były tylko dwie blokady- ta pierwsza, na samym początku, jak tylko marsz ruszył i to ewidentnie było szykowane dla kamer zaprzyjaźnionych telewizji towarzyszy ojców założycieli
- i druga, kiedy to ZOMO zastąpiło drogę pomniejszonemu już marszowi, gdy Kluby Gazety Polskiej, czyli w jakichś 60% mohery i ludzie niezdolni do zadym z racji wieku, odłączyły się od radykałów na Rozdrożu i szły w kierunku pomnika Piłsudskiego. Nikt jednak nie chciał w ZOMO rzucać niczym, nawet ich nie wygwizdano, więc po chwili ta bezsensowna blokada została zdjęta i pod pomnik Marszałka doszliśmy.
Teraz odczucia.
Zdarzyło mi się parę razy w życiu być uczestnikiem sytuacji, po których następowała zmiana. Sytuacji publiczno- politycznych. W takich razach, na języku, wyczuwa się taki metaliczny posmak. Jakby w powietrzu unosiła się rozpylona krew. To zapewne tylko projekcja, ale tak to się odbiera. Po prostu czuć, że zaraz będzie bitka i to bitka prawdziwa. Nie jakieś tam ciskanie petardami, tylko bitwa. Że nie będzie się brało jeńców i nie skończy się na guzach. Wtedy to powietrze ma naprawdę inny zapach i czuje się rosnące z chwili na chwilę napięcie, które musi znaleźć jakieś ujście, jest tak wielkie, że trzeba je rozładować i rozładować je można tylko w jeden sposób.
W niedzielę 11.XI.2012 t e g o nie było.
Nie było tego już od Bełchatowa.
Była za to szopka. Po obu stronach. Oni udawali że są groźni, a my trochę udawaliśmy, że w tę ich grozę wierzymy, ale będziemy niezłomnie maszerować. Do zwycięstwa. Wbrew wszystkiemu.
Tzn. z tym udawaniem, to może nie jest właściwe słowo. Oni po prostu nie potrafią być groźni. A my nie potrafiliśmy się ich bać i bohatersko ten lęk zwyciężywszy rozbić te ich opancerzone zastępy. Po prostu sobie pomaszerowaliśmy śpiewając rózne wywrotowe zwrotki i wznosząc hasła typu „Donald pedał Polskę sprzedał”. Itp.
I można by powiedzieć, że to była obustronna impotencja, gdyby nie to, że po naszej stronie była gotowość, by się z nimi bić. I gdyby poseł Górski nie zatrzymał tej ZOMOwskiej ciężarówki, którą oni chcieli staranować czoło pochodu, to zamiast tych kilkudziesięciu psów Donalda Tuska, do szpitala trafiłoby ich parę setek. Z tej prostej przyczyny, że na czele pochodu nie szedł nikt z różańcem- czyli pokornego serca i łatwy do spałowania, za to jakieś 30 tysięcy wkurwionych chłopaków prosto z sal MMA itp. mordobić. I te chłopaki by tych gliniarzy rozerwały na strzępy. Tak o. I nawet by się szczególnie nie spocili. A mieli na to naprawdę wielką ochotę. Więc jeśli na 13 grudnia, w Warszawie, policja będzie miała pomysł być bardziej stanowcza, to ja już teraz sugeruję, żeby krawężniki brały urlopy, bo ci, którzy demonstrantom drogę zagrodzą, zapłacą za to straszną cenę. I wszystko to za tę uwłaczającą ludzkiej godności pensję. I wszystko to w imię tej odrażającej hołoty nazywającej się rządem.
Żeby nie było, ja tu nikogo do niczego nie namawiam, ja po prostu stwierdzam fakt. Moje gadanie niczego tu nie zmieni. Jeśli władza wyśle psy przeciwko ludziom, to te psy będą skamleć z bólu. Niech lepiej siedzą w budzie.
I na koniec, jakby kto nie wiedział, gdzie się podziewają nasze pieniądze i dlaczegóż to te drogi, co to je nam Donaldu buduje ze starych sedesów są w cenie sztabek złota. Poniższe zdjęcie zrobiliśmy wczoraj, wracając do Wrocławia.
To jest odcinek trasy S8 która ma łączyć Wrocław z Warszawą. Odcinek zamknięty dla ruchu, w budowie. A te świecące kropki, to są lampy oświetlające tę pustą, zamkniętą autostradę i pusty, zamknięty parking przy niej. Kilometry lamp świecących psu w dupę. A rachunki płacimy my. Za prąd wytwarzany (dzięki ci DOnaldu za pakiet klimatyczny) nie z naszego węgla, a z gazu kupowanego u pułkownika KGB, Putina, za co ten przemiły dżentelmen i morderca Litwinienki (oraz min. kilkudziesięciu dziennikarzy niezależnych, widzów spektaklu na Dubrowce, czy tych dzieciaków z Biesłanu), kupi sobie trochę nowych rakiet Iskander, które z ukradzionego nam Królewca wyceluje w nas.
Sorry za niską jakość zdjęć, ale nie bardzo miałem się jak bawić komórką śmigając jeszcze o lasce. Bojowej bo bojowej, ale jednak lasce. A o lasce to pstrykanie fotek nie idzie. Zresztą, net pełen jest zdjęć w dobrej i bardzo dobrej jakości. Choćby tutaj.
Te moje fotki, jak je kliknąć, to najpierw się pokaże jeszcze raz miniaturka, a po drugim kliknięciu całe, duże zdjęcie.
------------------------- Boże chroń Jarosława Kaczyńskiego --------------------------niedziela, 18 listopada 2012
1812 - continue * Nach S m o l e n s k'
Adam Zamoyski
1812. Wojna z Rosją - 2
(2007)
Droga do Berezyny.
Pierwszy etap powrotu spod Moskwy, wiodący z Małojarosławca do Smoleńska, okazał się katastrofalny, bo odwrót był pod każdym względem fatalnie przygotowany, a pojawienie się mrozów 6 listopada zaskoczyło wszystkich jego uczestników. W ciągu następnych trzech czy czterech dni, podczas których wycofujące się kolumny z trudem dążyły do Smoleńska, straciły życie dziesiątki tysięcy ludzi i koni. Przyczyną ich śmierci były zarówno niedożywienie i fizyczne lub psychiczne wyczerpanie, jak i hipotermia. Temperatura wahała się od minus 5 stopni do niewiele poniżej minus 12 stopni Celsjusza, co dla właściwie zorganizowanej armii nie stanowiłoby żadnego problemu.
Choć temperatura spadła drastycznie podczas pobytu w Smoleńsku, ten krótki postój dał żołnierzom szansę dostosowania się do warunków atmosferycznych. Zrobili, co mogli, by stosowniej się ubrać, wyrzucili najbardziej nieporęczną część łupów, z którymi wyruszyli z Moskwy, i w większości podjęli próby zdobycia prywatnych zapasów żywności i napojów. Pierwsze trudy zabiły najmniej odpornych i skłoniły ludzi o słabej woli do oddania się w ręce Rosjan; ci, którzy kontynuowali marsz, należeli do najbardziej zdeterminowanych i najsilniejszych. Przyzwyczajali się powoli do mrozów oraz do braku jedzenia i z każdym dniem nabierali większej odporności.
Następny etap odwrotu, pięciodniowy marsz ze Smoleńska do Orszy, odbywał się w o wiele trudniejszych warunkach niż pierwszy. Temperatura wahała się od minus 15 stopni do minus 25 stopni Celsjusza, a regularne oddziały rosyjskie nękały na każdym kroku wycofujących się żołnierzy. Kulminacyjnym punktem tego etapu były walki pod Krasnem, podczas których każda jednostka musiała przejść trudną próbę. I choć Francuzi wyszli na ogół z tych prób zwycięsko, pięciodniowe walki odebrały Armii Moskwy znaczną część sił. Być może aż 10 tysięcy najlepszych żołnierzy zginęło lub odniosło rany, ponad 20 tysięcy (w tym wielu cywilów) dostało się do niewoli. Francuzi stracili też ponad 200 dział.
Po wymarszu z Orszy i rozpoczęciu następnego etapu odwrotu resztki Armii Moskwy nie były nękane przez regularne siły rosyjskie. Na maruderów napadali jednak wszechobecni kozacy. Atakowały ich też oddziały Dawidowa, Fignera i Siesławina, a nawet bandy francuskich dezerterów, którzy osiedli w tym rejonie kraju i wycofywali się teraz równocześnie z armią. Warunki nadal były trudne, a zmęczenie i niepewność jutra osłabiały wolę. Mimo to część Francuzów posuwała się naprzód, wykazując zdumiewającą odporność.
Wyruszali w drogę o pierwszym brzasku, gdyż krótkie w tym północnym regionie Europy zimowe dni ograniczały czas marszu. "Zawsze pospiesznie opuszczaliśmy zmrożone biwaki, na których spędziliśmy noc, a nadzieja na znalezienie bardziej wygodnej kwatery następnego wieczoru dawała nam siłę pozwalającą znosić trudy dnia - twierdził pułkownik Griois. - Ta nadzieja na poprawę sytuacji, do której nigdy nie doszło, przez niemal dwa miesiące chroniła nas przed śmiercią z wyczerpania".
"Maszerowaliśmy w milczeniu; słyszało się tylko uderzenia batów o grzbiety koni i częste przekleństwa woźniców, kiedy natrafiali na oblodzone wzniesienia, na które nie byli w stanie się wspiąć - pisał Cesare de Laugier po wyjeździe ze Smoleńska. - Cała droga jest pokryta porzuconymi lawetami, powozami i działami; nikomu nie przyszło do głowy wysadzić ich w powietrze, spalić lub zagwoździć. Tu i ówdzie leżą zdychające konie, części uzbrojenia, wszelkiego rodzaju przedmioty; połamane, otwarte skrzynie i rozprute torby znaczą drogę idących przed nami. Widzimy też drzewa, u których stóp nasi ludzie usiłowali rozpalić ogniska. Wokół ich pni, zamienionych w nagrobne posągi, leżą ciała tych, którzy umarli, starając się trochę ogrzać. Na każdym kroku widać zwłoki. Furmani powożący wozami, pragnąc wyrównać drogę, używają ich do zatykania dziur i rowów. Początkowo dostawaliśmy dreszczy na widok takich praktyk, ale rychło stały się one dla nas chlebem powszednim".
"Z pochyloną głową, z rękami schowanymi głęboko pod mundurem i oczyma utkwionymi w ziemię każdy z nas w posępnym milczeniu wlókł się za nieszczęśnikiem idącym przed nim - wspominał Adrien de Mailly. - Jedynymi dźwiękami, jakie słyszeliśmy, było żałosne skrzypienie kół na stwardniałym śniegu i krakanie stad wron, gawronów oraz innych drapieżnych ptaków, które zawsze podążały za naszą armią". B.T. Duverger, płatnik dywizji Compans'a, opisuje podobną scenę. W Krasnem usiłował sprzedać obrazy zrabowane w Moskwie i schludnie pozwijane w rulony, ale nie było na nie chętnych, więc wrzucił je do śniegu obok kolekcji pięknie oprawionych w czerwony marokin książek, które próbował spieniężyć jego przyjaciel. Potem apatycznie ruszył za tłumem kolegów. "Nie byłem ani wesoły, ani smutny - napisał. - Stałem się całkowicie obojętny na okoliczności i postanowiłem zaakceptować wszystko, co gotuje mi przeznaczenie".
Poruszając się powoli, nie pokonywali wielkich odległości. Musieli przygotowywać sobie szałasy i ogniska na noc, nie sypiali więc długo. Ich odpoczynek przerywany był zresztą przez konieczność podtrzymywania ognisk lub poruszania się, by nie zamarznąć. Doktor Heinrich Roos odnotował, że młodzi żołnierze, którzy potrzebowali więcej snu, bardzo cierpieli z powodu jego braku, a kiedy nadszedł czas odpoczynku, zasypiali tak głęboko, że częściej zamarzali na swych legowiskach niż ich starsi koledzy.
Nie szczędzono wysiłków, by utrzymać spójność armii i skłonić żołnierzy do pozostania pod sztandarami swych jednostek. Kiedy dowództwo danego pułku zatrzymywało się na noc, dobosze zaczynali grać ustalony sygnał. "Te uderzenia w bębny, stłumione, ale słyszalne z dużej odległości, były na zmianę to szybsze, to wolniejsze i tworzyły rytmiczną melodię, która wryła się w pamięć piechurów równie głęboko jak dźwięki kościelnego dzwonu w uszy mieszkańców wioski - twierdził porucznik Paul de Bourgoing z młodej gwardii. - W czasie wojny jedyną parafią żołnierza jest jego pułk, a jedyną wieżą kościelną - jego sztandar; kiedy zagubiony w ciemnościach nocy, narażony na każdym kroku na spotkanie z nieprzyjacielskim patrolem lub oddziałem wojsk, usłyszy z daleka znany mu dźwięk bębnów, czuje się tak, jakby z oddali, z mroku, wzywał go przyjazny głos".
Rozsądni żołnierze zdali sobie sprawę, że największe szansę przeżycia zapewnia im pozostanie w oddziale, więc nawet kiedy jakiś pułk ulegał niemal całkowitemu zniszczeniu, jego resztki - czasem złożone tylko z kilku lub kilkunastu ludzi - gromadziły się wokół dowódcy i sztandaru. Kiedy liczba tych, którzy przeżyli, była jeszcze mniejsza, starali się z reguły zabezpieczyć sztandar. Doktor La Flise widział, jak garstka oficerów i żołnierzy 84. pułku piechoty liniowej, którzy przetrwali walki pod Krasnem, odkręciła orła od szczytu drzewca, owinęła go starannie i przytroczyła do plecaka dowódcy pułku. Następnie żołnierze zdjęli i złożyli sztandar, a pułkownik ukrył go na piersiach pod swym mundurem. Później objęli się ceremonialnie i otoczywszy swego dowódcę, ruszyli w dalszą drogę.
Nawet kawalerzyści, którzy stracili konie i musieli podążać za armią piechotą, robili wszystko co w ich mocy, by dołączać do swych niespieszonych kolegów na miejscach nocnego odpoczynku, choć wymagało to nieraz nadludzkich wysiłków. Wiedzieli bowiem, że znajdą w ich gronie wsparcie, zarówno fizyczne, jak i duchowe. Niektóre jednostki kawalerii odłączały się od głównej kolumny i maszerowały równolegle do głównej drogi, gdyż ułatwiało im to zachowanie zwartości szyku. Generał Hammerstein sprowadził z traktu pozostałą przy życiu setkę swych westfalskich kawalerzystów i dzięki temu nie dopuścił do ich rozproszenia.
Sierżant Bourgogne, który po Krasnem dostał gorączki i pozostał z tyłu za swym oddziałem, stanowi dobry przykład tego, co mogło spotkać maruderów. Odkrył nagle, że jest na drodze sam, w odstępie między maszerującymi eszelonami, i choć miał tyle szczęścia, że nie napotkał kozaków, widział zwłoki wielu ludzi, którzy najwyraźniej właśnie zostali zabici i obdarci ze wszystkiego, co mieli. Kiedy nadeszła zadymka, stracił orientację i brnął bezradnie przez głęboki śnieg, potykając się o ciała ludzi i koni. Był wygłodzony, ale nie mógł odkroić ani kawałka z mijanych po drodze końskich zwłok, bo wszystkie zamarzały na kamień, więc musiał się zadowalać garściami śniegu nasiąkniętego końską krwią. Wkrótce stał się skowyczącym ludzkim wrakiem i byłby niechybnie stracił życie, gdyby nie został uratowany przez kolegę.
Nawet niewielkie luki między maszerującymi kolumnami były niebezpieczne, bo czający się kozacy mogli uderzyć w każdej sytuacji, jeśli niczym im to nie groziło. Furgon, który musiał się zatrzymać celem naprawienia zerwanej uprzęży, był w praktyce stracony, gdy nie zdążył usunąć usterki, zanim minęła go tylna część kolumny, w której się posuwał. W ręce kozaków wpadali też pojedynczy żołnierze lub nieliczne grupy zatrzymujące się, by porąbać nieżywego konia lub rozpalić ognisko.
W drugim miesiącu odwrotu los jeńców stawał się coraz bardziej okropny. W chwili pojmania byli doszczętnie ograbiani. Spora liczba nieregularnych kozaków w ogóle nie interesowała się wojną, traktując ją tylko jako okazję do rabowania, zatem zabierała jeńcom wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Pod koniec kampanii widywało się kozaków obwieszonych dziesiątkami kieszonkowych zegarków, ubranych w galowe mundury i płaszcze oraz ozdobne, jaskrawe kapelusze. Na ich ramionach błyszczały kosztowne epolety, a z kulbak zwisały wszelkiego rodzaju łupy. W bagażach porzuconych pod Krasnem pewien kozak znalazł mundur Neya i natychmiast zaczął go nosić. Od tej pory francuskie pikiety miały od czasu do czasu okazję oglądać zarośniętego człowieka w mundurze marszałka Francji, który zbliżał się do nich na kozackim koniku, pokazywał im język, a potem galopem odjeżdżał.
Regularni kozacy, członkowie milicji, a nawet żołnierze liniowi i oficerowie też uważali wojnę za wyjątkową okazję do zarobku. Nie mogąc dźwigać nieporęcznych łupów, zadowalali się gotówką i kosztownościami. Kiedy więc Francuzi poddawali się regularnym oddziałom rosyjskim, rabowano im tylko pieniądze i cenne przedmioty. Stanowiło to jednak niewielką pociechę, bo gdy przekazano ich kozakom, którzy z reguły eskortowali jeńców w głąb Rosji, odbierali im oni całą resztę dobytku.
Podporucznik Pierre Auvray z 22. pułku dragonów i czterej jego towarzysze nie nadążyli za maszerującą kolumną i zostali pojmani przez kozaków. "Najpierw zabrali mojego konia, który - ocalony szczęśliwie przed dolegliwościami zimy - dźwigał nasze osobiste rzeczy - pisał podporucznik. - Zrabowali nasze bagaże i wzięli moją walizkę, w której miałem kosztowną bieliznę i pudełeczko z pozyskanymi w Moskwie klejnotami. Potem nas przeszukali, a gdy nie znaleźli przy mnie pieniędzy, doszli do wniosku, że musiałem ukryć najcenniejsze dla nich skarby w bandażach osłaniających ranę. Zdarli więc wszystkie opatrunki tak brutalnie, że poczułem straszliwy ból. Moje cierpienie nie zmiękczyło jednak ich serc, bo rozebrali nas i pobili drzewcami lanc. Pozostawaliśmy w tym okropnym położeniu przez dłuższy czas, znosząc męki wywołane przez śnieg i lodowaty klimat, dopóki kozacy nie uciekli na widok zbliżającego się oddziału francuskiego".
Major Henri Everts z 33. pułku lekkiej piechoty korpusu Davouta dostał się pod Krasnem do niewoli. Rosyjska piechota, której się poddał, rozebrała go do naga jeszcze na polu walki i odebrała mu wszystkie cenne przedmioty, bijąc się o jego zegarek. Kiedy on i inni oficerowie zostali przyprowadzeni do rosyjskiego obozu, poskarżyli się jakiemuś oficerowi. Generał Rosen znalazł wtedy dla niego płaszcz i poczęstował go na pociechę alkoholem. Następnego dnia kolumna jeńców wyruszyła do prowincjonalnego miasteczka, w którym mieli być przetrzymywani, ale z 3 400 ludzi doszło do celu nie więcej niż 400. Eskortujący ich kozacy nie dawali im nic do jedzenia, a kiedy zatrzymywali się na noc, pozwalali miejscowym chłopom dręczyć jeńców na różne sposoby.
Pułkownik Auguste Breton, jeden z adiutantów Neya, też trafił do niewoli pod Krasnem, a wcześniej został ranny. Miał jednak szczęście, bo świadkiem jego pojmania był Miłoradowicz. Rosyjski generał osobiście opatrzył mu ranę, a potem wysłał go do kwatery głównej Kutuzowa, który potraktował jeńca bardzo przyjaźnie. Gdy tylko opuścił tę kwaterę, on sam i jego koledzy zostali rozebrani i obrabowani przez eskortujących ich kozaków; zabrali oni przeznaczone dla jeńców pieniądze, dawali im mało jedzenia i dopuszczali się dla przyjemności aktów niczym nieuzasadnionego okrucieństwa - na przykład nie pozwalali im pić, gdy dotarli do strumienia, lub zabraniali rozpalania ognisk w nocy. Więźniów zmuszano do forsownego marszu, a kiedy któryś z nich zatrzymał się, by zawiązać getry lub załatwić potrzebę naturalną, był bity, jeśli zaś nie dołączył dość szybko do kolumny, nawet zabijany. Gdy tylko wyszli ze strefy objętej wojną, zaczęli czasem dostawać jedzenie i odzież od współczujących im właścicieli ziemskich, a nawet od chłopów, ale członkowie eskorty często im wszystko odbierali. Z konwoju liczącego 800 ludzi w czerwcu 1813 roku pozostało przy życiu tylko 16.
Los jeńców był z reguły tym gorszy, im później trafili do niewoli. Kiedy mrozy stały się bardziej intensywne, kozacy dla rozrywki całkowicie rozbierali więźniów oraz maruderów i zostawiali ich nagich na śnieżnym bezludziu. Procent tych, którzy przeżywali, nigdy nie należał do wysokich, ale obniżył się znacznie w ostatnim okresie odwrotu, gdyż jeńcy byli wtedy słabsi, a Rosjanie dysponowali mniejszymi zasobami kwater i żywności. Im dalej na zachód zostali pojmani, tym dłużej maszerowali na miejsce uwięzienia, leżące przeważnie w głębi Rosji.
Dla wielu jeńców jedyną szansę uratowania życia stanowiło nawiązanie kontaktów, dzięki którym uniknęliby marszu w regularnym konwoju. L.G. de Puybusque został niedaleko Orszy ujęty przez żołnierzy Płatowa. Płatow podziwiał śmiałą ucieczkę Neya (i był w głębi duszy zachwycony, że zrobił on durnia z Miłoradowicza), więc dobrze traktował swego jeńca. Szczęśliwym dla siebie zrządzeniem losu, trafił on potem do kwatery głównej Jermołowa. "Poznałem go na paryskich salonach - wspominał Puybusque. - I choć z rozkazu naszych władców zostaliśmy nieprzyjaciółmi, a ja znalazłem się wśród pokonanych, on pierwszy przypomniał mi okoliczności, w jakich przedstawiono nas sobie, choć liczni ludzie udawaliby w tej sytuacji, że tego nie pamiętają. Jeśli dawał mi odczuć rozmiary swej władzy, to tylko poprzez wydawanie licznych rozkazów mających zapewnić mi wszystkie korzyści płynące z jego hojnej gościnności i zaspokoić wszystkie potrzeby, moje i mojego towarzysza niedoli".
Generał Pouget, francuski gubernator wojskowy Witebska, miał to szczęście, że dostał się do niewoli niedaleko od tej miejscowości. Choć więc kozacy obrabowali go i pobili zaraz po ujęciu, wkrótce potem odesłali go do miasta, gdzie mieszkańcy, których podczas swych rządów traktował łagodnie i sprawiedliwie, wstawili się za nim i odzyskali większość jego dobytku.
Dla pozostających w armii największe zagrożenie stanowił teraz mróz, który na każdym szczeblu potęgował ich problemy. Szczęśliwcy dysponujący koniem lub powozem nie mogli z nich korzystać bez przerwy; musieli co jakiś czas zsiadać i iść na piechotę, by przyspieszyć krążenie krwi. Nawierzchnia drogi, rozdeptana i rozmiękła w ciągu cieplejszych dni, wyglądała teraz jak przerażający tor przeszkód grożący co krok skręceniem nogi. Zamarznięte koleiny zamieniły się w głębokie rowy, których ostre krawędzie przecinały stopy i znoszone buty żołnierzy.
Niespodziewaną konsekwencją silnego mrozu był brak wody. Aby przyrządzić sobie coś do picia, musiało się topić lód nad ogniem, co wymagało rozpalenia ogniska i zdobycia odpowiedniego naczynia, więc narażało żołnierzy na spory wysiłek. Cierpiącym na odwodnienie ludziom i koniom groziło osłabienie, a w jego konsekwencji śmierć. Niebezpieczeństwo było tym poważniejsze, że przy tej temperaturze nikt nie spodziewał się odwodnienia organizmu.
Mróz komplikował wszystkie czynności. Zgrabiałe palce były mniej sprawne, co utrudniało żołnierzom zmaganie się ze sztywnymi od zimna skórzanymi paskami, uprzężami i innymi częściami wyposażenia. Nawet podeszwy butów należało stopniowo rozmiękczać, bo w przeciwnym razie pękały. Ludzie, którzy schodzili na pobocze drogi i rozpinali spodnie, by spłacić dług naturze (co miało miejsce dość często, gdyż liczni spośród nich cierpieli na biegunkę), odkrywali z przerażeniem, że nie są w stanie ich na powrót zapiąć. "Widziałem wielu żołnierzy i oficerów, którzy nie potrafili zapiąć guzików od swych mundurów - pisał major Claude Le Roy. - Ja sam pomogłem się ubrać i pozapinać jednemu z tych nieszczęśników, który szlochał jak dziecko".
Inną konsekwencją zimna była plaga odmrożeń. Większość służących w Grande Armee żołnierzy pochodziła ze stref klimatycznych, w których zjawisko to jest zupełnie nieznane. Nie umieli zatem przedsięwziąć podstawowych środków ostrożności, rozpoznać objawów ani zareagować na nie we właściwy sposób. Usiłowali utrzymać we wnętrzach budynków jak najwyższą temperaturę lub rozgrzewać ręce i twarze przy ogniu, a potem wychodzili na mróz, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób odkryte części ich ciała stają się jeszcze bardziej wrażliwe. Kiedy poczuli drętwienie lub usłyszeli od kogoś, że ich nos stal się złowieszczo biały, szukali odruchowo ciepła we wnętrzach budynków lub biegli w kierunku ogniska. Wywoływało to natychmiastową gangrenę. Zaatakowane części ciała nabierały jaskrawopurpurowej barwy i odpadały, gdy cierpiący na odmrożenie żołnierz próbował je rozcierać. Jedynym sposobem uniknięcia takiej katastrofy jest energiczne nacieranie zagrożonych części śniegiem do chwili przywrócenia krążenia krwi, czemu towarzyszy ostry ból. Ale oprócz Polaków, Szwajcarów i niektórych Niemców wiedzieli o tym tylko nieliczni żołnierze Grande Armee, co miało straszliwe konsekwencje.
"Aby rozbawić znajome damy, możesz im powiedzieć, że zapewne połowa zaprzyjaźnionych z nimi mężczyzn wróci bez nosów lub uszu" - pisał do żony wicekról Włoch Eugeniusz. Nie był to bynajmniej stosowny temat do żartów.
Kapitan Francois patrzył z niedowierzaniem, jak jeden z jego przyjaciół odwija stopy z zaimprowizowanych onucy przed ułożeniem się na nocny spoczynek. "Kiedy usunął sukno i skórę, którymi były owinięte, od jego nogi odpadły trzy palce - pisał. - Potem zdjął szmaty z drugiej stopy, chwycił się za wielki palec, wygiął go i oderwał, nie czując żadnego bólu". Człowiek, który stracił wszystkie palce u obu nóg, nie był w stanie iść bez pomocy. Kiedy postradał palce u rąk, nie tylko nie mógł posługiwać się bronią, lecz nie miał możliwości zapewnienia sobie jakiegokolwiek pożywienia. Mógł tylko szarpać zębami końskie trupy i wysysać z nich krew.
Niskie temperatury uniemożliwiały nawet i to. Konie, które dotąd przeżyły, jedząc korę drzew oraz wystające spod śnieżnej pokrywy krzaki lub chwasty i żując śnieg w braku wody, nie potrafiły odrywać zamarzniętej kory ani kruszyć lodu, więc zdychały tysiącami. Martwy koń stawał się jednak w ciągu kilku minut twardy jak skała, a krojenie go było niemożliwe. Aby więc zaopatrzyć się w kawałek mięsa, należało znaleźć takiego, który nadal żył.
Stąd był już tylko krok do wcinania steków z końskiego zadu, kiedy właściciel tego nie widział. Zwierzęta nie czuły bólu z powodu zimna, a ich krew natychmiast zamarzała. Mogły przeżyć z takimi nacięciami wiele dni, ale w końcu rany zaczynały gnić i wydzielać ropę, która również zamarzała. Można też było przeciąć koniowi żyłę i ssać jego krew albo zebrać ją do jakiegoś naczynia i ugotować wraz ze stopionym śniegiem, by zwiększyć wartość odżywczą jałowej papki. Niektórzy wycinali i pożerali języki żyjących jeszcze koni. Jednak najbardziej pożywną strawę pozyskiwało się, rozcinając brzuch konia i wyrywając z niego serce i wątrobę, dopóki były one jeszcze ciepłe. Los ten coraz częściej przypada! w udziale tym zwierzętom, które nie mogły iść dalej i zostały porzucone przez właścicieli.
Odkąd wycofująca się armia minęła Łady, znalazła się na terytorium dawnej Polski, co oznaczało, że miasta i wioski były zamieszkane. Nawet w tych trudnych czasach wszędobylscy żydowscy kupcy potrafili zdobyć niezbędne do życia produkty - ale za określoną cenę. Mieszkańcy zaś bali się przyjmować przedmioty, które mogłyby później narazić ich na represje ze strony Rosjan.
Większość walut straciła wartość. Doktor Heinrich Roos zapamiętał jakiegoś wirtemberskiego żołnierza, który siedział pod Orszą na poboczu drogi, trzymając na kolanach bryłę srebra i błagając, by ktoś wymienił ją na najmniejszy chociaż skrawek czegoś do jedzenia. Nikt jednak nie chciał rozstać się z życiodajnymi racjami w zamian za ciężki kawał kruszcu, który mógł nabrać wartości dopiero po powrocie do kraju. Jedyną reakcją przechodzących obok żołnierzy był potok okrutnych żartów. Nawet ostatnia ucieczka kobiet - prostytucja - okazywała się w tych warunkach pozbawiona wartości. "W moim zachowaniu nie było żadnych romantycznych intencji - stwierdził Boniface de Castellane, który dał jakiejś kobiecie kawałek czekolady. - Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i każdy mówił, że wolałby butelkę kiepskiego bordeaux niż najpiękniejszą kobietę na kuli ziemskiej".
Ci, którym nie udało się pozostać przy swych jednostkach, a nie mieli pieniędzy, musieli kraść. Wobec straty tak wielu bagaży ich możliwości w tej dziedzinie były znacznie ograniczone, złodziejstwo zamieniało się więc często w rabunek z użyciem przemocy. Wielu ludzi straciło życie w walce o wątrobę konia, skórkę chleba lub odrobinę jakiegokolwiek innego pożywienia. Samotny żołnierz posiadający coś do zjedzenia starannie wybierał taki moment posiłku, żeby nikt go nie widział, gdyż w przeciwnym razie ktoś mógł wbić mu bagnet w plecy. Zanim jednak pułkownik Lubin Grios znalazł bezpieczną kryjówkę, aby zjeść piękny, mały, cudem zdobyty bochenek chleba, stał się on twardy jak kamień, więc zgrzytając bezradnie zębami o jego skórkę, szlochał z rozpaczy.
Poza jednostkami, które zachowały zwartość, zniknęło wszelkie poczucie braterstwa broni czy solidarności. Przedstawiciele różnych narodowości objawiali wobec siebie coraz większą wrogość; Niemcy przeklinali Francuzów, którzy wciągnęli ich do tej wojny, a Francuzi Polaków, którzy jakoby byli jej przyczyną. W walce o przetrwanie cudze życie nie miało żadnego znaczenia. "Częstokroć zajadła, wściekła tłuszcza strzelała do siebie nawzajem przy rabunku, przy nabieraniu furażu, za kwatery, za misę mleka, za koszulę, za wydeptane buty" - pisał porucznik Józef Krasiński.
Wszystko, co pozostawiono na moment bez dozoru, natychmiast znikało. Oficer, który szedł na piechotę, mając przerzucone przez ramię wodze swego konia, obejrzał się w pewnej chwili i stwierdził, że postronki zostały odcięte, a koń ukradziony. Śpiącym żołnierzom zabierano spod głów czapki i zrywano z nich płaszcze, którymi się przykrywali. Długotrwałość odwrotu i utrata bagaży sprawiły, że umundurowanie żołnierzy, od początku nieodpowiednie, osiągnęło stan krytyczny.
Niektórzy zamienili się w bezradne barany idące ślepo za stadem i niepotrafiące o siebie zadbać. Wieczorami stawali za plecami swych kolegów, którzy rozpalili ogniska i siedzieli wokół nich. "Niebawem przyginał ich ciężar zmęczenia, więc padali na kolana, siadali, a wreszcie nieświadomie kładli się na ziemi - pisał Louis Lejeune. - Ten ostatni moment był dla nich zwiastunem śmierci; spoglądali tępym wzrokiem w niebo, a ich wargi wykrzywiał grymas zadowolenia; można by pomyśleć, że boskie miłosierdzie łagodzi ich agonię, której objawem był epileptyczny ślinotok". Zaraz po śmierci któregoś z tych ludzi pojawiał się i siadał na jego zwłokach następny, a potem również tracił przytomność i umierał.
Obojętność na cierpienia innych stała się zjawiskiem powszechnym. Ze wspomnień Jeana Baptiste'a Ricome'a, dwudziestotrzyletniego sierżanta, wynika jasno, że na początku odwrotu odczuwał bolesne współczucie, słysząc krzyki umierających żołnierzy, którzy wzywali swoje matki, ale później przyzwyczaił się do nich i reagował na nie obojętnością. Walka o przetrwanie utwardziła serca nawet najbardziej życzliwych ludzi, zatem kiedy co słabsi ślizgali się na lodzie i upadali, ich towarzysze kontynuowali marsz. "Na początku udzielano im pomocy - pisał pułkownik Boulart - ale ponieważ ten sam los zagrażał wszystkim, a powtarzające się często upadki sugerowały, że próby ratowania tych ludzi są daremne, mijaliśmy owych nieszczęśników, leżących na lodzie i daremnie usiłujących się podnieść, a niekiedy w przedśmiertnym odruchu drapiących ziemię, i nie zatrzymywaliśmy się przy nich!".
"Ta kampania stała się tym bardziej przerażająca, że wpływała na naszą naturę, wyrabiając w nas przywary do tej pory nam obce" - pisał Eugene Labaume. Pewnego razu kilkuset ludzi stłoczyło się na noc w dużej stodole i rozpaliło w niej ogniska, od których zajęła się strzecha, a potem cała budowla. Ogień rozszerzał się tak błyskawicznie, że ocalało zaledwie około 20 żołnierzy; reszta zginęła, żegnana tylko - jak zauważył pułkownik Lejeune - wybuchami pocisków tkwiących w naładowanych muszkietach. Towarzysze, którzy pospieszyli na ratunek, mogli jedynie obserwować z przerażeniem całą scenę. Gdy jednak coś podobnego wydarzyło się po dwóch tygodniach, podchodzili tylko po to, by się ogrzać. Takie pożary były niekiedy celowo wzniecane przez pogrążonych w bezsilnej furii żołnierzy, którzy nie zdołali znaleźć schronienia, a ich koledzy stali wokół płonących budynków, grzali się przy ogniu i żartowali na temat jego temperatury.
Główna kwatera Davouta znalazła kiedyś pomieszczenie w dużej chłopskiej chacie na terenie opuszczonej wioski. Francuzi zajrzeli do stajni i odkryli w wyłożonym sianem żłobie trójkę porzuconych niemowląt, które przeraźliwie płakały z głodu. Pułkownik Lejeune poprosił służącego marszałka Davouta, by dał im coś do jedzenia, i jego polecenie zostało wykonane. Dzieci mimo to nadal płakały, nie pozwalając im spać. Lejeune zdołał zasnąć, a kiedy się obudził, była już pora wymarszu. Panowała cisza, więc nie pomyślał o dzieciach, lecz kiedy później tegoż dnia spytał o nie owego służącego, dowiedział się, że człowiek ten, nie mogąc dłużej znieść ich płaczu, skruszył siekierą lód na poidle dla koni i utopił je.
"Każdy, kto pozwalał sobie na wzruszenie wywołane potwornością scen, jakich był świadkiem, skazywał się na śmierć - twierdził kapitan Francois. - Natomiast ten, który zamknął swe serce na współczucie, znajdował siłę pozwalającą mu oprzeć się wszelkim przeciwnościom losu". Przetrwanie z pewnością wymagało nie tylko sił fizycznych, lecz również charakteru. "Nieliczni spośród nas, obdarzeni wyjątkowo silnym charakterem, wspartym młodością i mocną budową ciała, dawali odpór wszystkim okolicznościom, które sprzysięgły się, by nas zniszczyć, i wyszli z tego bez szwanku - pisał Louis Lagneau, chirurg służący w młodej gwardii. - Miałem trzydzieści dwa lata, byłem obdarzony znakomitym zdrowiem i przywykły do długich marszów, więc przeszedłem to wszystko bez żadnych nieszczęśliwych następstw".
Innym człowiekiem, który znosił to zadziwiająco dobrze, był Napoleon.
Miał oczywiście tę przewagę, że korzystał z regularnych dostaw jedzenia i wina, nie wspominając o innych wygodach. Jadący przodem oficer wybierał zawsze odpowiednie miejsce na nocleg dla cesarza. Wskazany przez niego budynek - bez względu na to, czy był to zrujnowany dwór, czy chłopska chata - zostawał następnie przystosowany do jego potrzeb. Ustawiano w nim żelazne polowe łóżko, rozścielano na podłodze dywan i przynoszono necessaire zawierający brzytwy, szczotki i inne przybory toaletowe. Przygotowywano też - w tym samym pokoju, jeśli nie dało się znaleźć innego - zaimprowizowany cesarski gabinet. Oprócz przykrytego zielonym suknem stołu i skrzyni z podróżnym księgozbiorem były tam pudła zawierające mapy i przybory do pisania. Rozpakowywano też mały serwis, żeby cesarz mógł jeść na własnej zastawie.
"Znosił zimno z wielką odwagą - wspominał jego lokaj Constant - ale widać było, że działa ono na niego bardzo źle". Choć mógł zmieniać odzież i korzystać z zasobów swego nesesera, on również miał wszy. I mimo że jego polowe łóżko było wygodne, cierpiał na bezsenność, którą wywoływały niewątpliwie niepewność jutra i poczucie odpowiedzialności za armię. "Kiedy myślę o tych biednych żołnierzach, moje serce krwawi, ale mimo to nie mogę dla nich nic zrobić" - powiedział pewnego wieczoru do Rappa.
1812. Wojna z Rosją - 2
(2007)
Droga do Berezyny.
Choć temperatura spadła drastycznie podczas pobytu w Smoleńsku, ten krótki postój dał żołnierzom szansę dostosowania się do warunków atmosferycznych. Zrobili, co mogli, by stosowniej się ubrać, wyrzucili najbardziej nieporęczną część łupów, z którymi wyruszyli z Moskwy, i w większości podjęli próby zdobycia prywatnych zapasów żywności i napojów. Pierwsze trudy zabiły najmniej odpornych i skłoniły ludzi o słabej woli do oddania się w ręce Rosjan; ci, którzy kontynuowali marsz, należeli do najbardziej zdeterminowanych i najsilniejszych. Przyzwyczajali się powoli do mrozów oraz do braku jedzenia i z każdym dniem nabierali większej odporności.
Następny etap odwrotu, pięciodniowy marsz ze Smoleńska do Orszy, odbywał się w o wiele trudniejszych warunkach niż pierwszy. Temperatura wahała się od minus 15 stopni do minus 25 stopni Celsjusza, a regularne oddziały rosyjskie nękały na każdym kroku wycofujących się żołnierzy. Kulminacyjnym punktem tego etapu były walki pod Krasnem, podczas których każda jednostka musiała przejść trudną próbę. I choć Francuzi wyszli na ogół z tych prób zwycięsko, pięciodniowe walki odebrały Armii Moskwy znaczną część sił. Być może aż 10 tysięcy najlepszych żołnierzy zginęło lub odniosło rany, ponad 20 tysięcy (w tym wielu cywilów) dostało się do niewoli. Francuzi stracili też ponad 200 dział.
Po wymarszu z Orszy i rozpoczęciu następnego etapu odwrotu resztki Armii Moskwy nie były nękane przez regularne siły rosyjskie. Na maruderów napadali jednak wszechobecni kozacy. Atakowały ich też oddziały Dawidowa, Fignera i Siesławina, a nawet bandy francuskich dezerterów, którzy osiedli w tym rejonie kraju i wycofywali się teraz równocześnie z armią. Warunki nadal były trudne, a zmęczenie i niepewność jutra osłabiały wolę. Mimo to część Francuzów posuwała się naprzód, wykazując zdumiewającą odporność.
Wyruszali w drogę o pierwszym brzasku, gdyż krótkie w tym północnym regionie Europy zimowe dni ograniczały czas marszu. "Zawsze pospiesznie opuszczaliśmy zmrożone biwaki, na których spędziliśmy noc, a nadzieja na znalezienie bardziej wygodnej kwatery następnego wieczoru dawała nam siłę pozwalającą znosić trudy dnia - twierdził pułkownik Griois. - Ta nadzieja na poprawę sytuacji, do której nigdy nie doszło, przez niemal dwa miesiące chroniła nas przed śmiercią z wyczerpania".
"Maszerowaliśmy w milczeniu; słyszało się tylko uderzenia batów o grzbiety koni i częste przekleństwa woźniców, kiedy natrafiali na oblodzone wzniesienia, na które nie byli w stanie się wspiąć - pisał Cesare de Laugier po wyjeździe ze Smoleńska. - Cała droga jest pokryta porzuconymi lawetami, powozami i działami; nikomu nie przyszło do głowy wysadzić ich w powietrze, spalić lub zagwoździć. Tu i ówdzie leżą zdychające konie, części uzbrojenia, wszelkiego rodzaju przedmioty; połamane, otwarte skrzynie i rozprute torby znaczą drogę idących przed nami. Widzimy też drzewa, u których stóp nasi ludzie usiłowali rozpalić ogniska. Wokół ich pni, zamienionych w nagrobne posągi, leżą ciała tych, którzy umarli, starając się trochę ogrzać. Na każdym kroku widać zwłoki. Furmani powożący wozami, pragnąc wyrównać drogę, używają ich do zatykania dziur i rowów. Początkowo dostawaliśmy dreszczy na widok takich praktyk, ale rychło stały się one dla nas chlebem powszednim".
"Z pochyloną głową, z rękami schowanymi głęboko pod mundurem i oczyma utkwionymi w ziemię każdy z nas w posępnym milczeniu wlókł się za nieszczęśnikiem idącym przed nim - wspominał Adrien de Mailly. - Jedynymi dźwiękami, jakie słyszeliśmy, było żałosne skrzypienie kół na stwardniałym śniegu i krakanie stad wron, gawronów oraz innych drapieżnych ptaków, które zawsze podążały za naszą armią". B.T. Duverger, płatnik dywizji Compans'a, opisuje podobną scenę. W Krasnem usiłował sprzedać obrazy zrabowane w Moskwie i schludnie pozwijane w rulony, ale nie było na nie chętnych, więc wrzucił je do śniegu obok kolekcji pięknie oprawionych w czerwony marokin książek, które próbował spieniężyć jego przyjaciel. Potem apatycznie ruszył za tłumem kolegów. "Nie byłem ani wesoły, ani smutny - napisał. - Stałem się całkowicie obojętny na okoliczności i postanowiłem zaakceptować wszystko, co gotuje mi przeznaczenie".
Poruszając się powoli, nie pokonywali wielkich odległości. Musieli przygotowywać sobie szałasy i ogniska na noc, nie sypiali więc długo. Ich odpoczynek przerywany był zresztą przez konieczność podtrzymywania ognisk lub poruszania się, by nie zamarznąć. Doktor Heinrich Roos odnotował, że młodzi żołnierze, którzy potrzebowali więcej snu, bardzo cierpieli z powodu jego braku, a kiedy nadszedł czas odpoczynku, zasypiali tak głęboko, że częściej zamarzali na swych legowiskach niż ich starsi koledzy.
Nie szczędzono wysiłków, by utrzymać spójność armii i skłonić żołnierzy do pozostania pod sztandarami swych jednostek. Kiedy dowództwo danego pułku zatrzymywało się na noc, dobosze zaczynali grać ustalony sygnał. "Te uderzenia w bębny, stłumione, ale słyszalne z dużej odległości, były na zmianę to szybsze, to wolniejsze i tworzyły rytmiczną melodię, która wryła się w pamięć piechurów równie głęboko jak dźwięki kościelnego dzwonu w uszy mieszkańców wioski - twierdził porucznik Paul de Bourgoing z młodej gwardii. - W czasie wojny jedyną parafią żołnierza jest jego pułk, a jedyną wieżą kościelną - jego sztandar; kiedy zagubiony w ciemnościach nocy, narażony na każdym kroku na spotkanie z nieprzyjacielskim patrolem lub oddziałem wojsk, usłyszy z daleka znany mu dźwięk bębnów, czuje się tak, jakby z oddali, z mroku, wzywał go przyjazny głos".
Rozsądni żołnierze zdali sobie sprawę, że największe szansę przeżycia zapewnia im pozostanie w oddziale, więc nawet kiedy jakiś pułk ulegał niemal całkowitemu zniszczeniu, jego resztki - czasem złożone tylko z kilku lub kilkunastu ludzi - gromadziły się wokół dowódcy i sztandaru. Kiedy liczba tych, którzy przeżyli, była jeszcze mniejsza, starali się z reguły zabezpieczyć sztandar. Doktor La Flise widział, jak garstka oficerów i żołnierzy 84. pułku piechoty liniowej, którzy przetrwali walki pod Krasnem, odkręciła orła od szczytu drzewca, owinęła go starannie i przytroczyła do plecaka dowódcy pułku. Następnie żołnierze zdjęli i złożyli sztandar, a pułkownik ukrył go na piersiach pod swym mundurem. Później objęli się ceremonialnie i otoczywszy swego dowódcę, ruszyli w dalszą drogę.
Nawet kawalerzyści, którzy stracili konie i musieli podążać za armią piechotą, robili wszystko co w ich mocy, by dołączać do swych niespieszonych kolegów na miejscach nocnego odpoczynku, choć wymagało to nieraz nadludzkich wysiłków. Wiedzieli bowiem, że znajdą w ich gronie wsparcie, zarówno fizyczne, jak i duchowe. Niektóre jednostki kawalerii odłączały się od głównej kolumny i maszerowały równolegle do głównej drogi, gdyż ułatwiało im to zachowanie zwartości szyku. Generał Hammerstein sprowadził z traktu pozostałą przy życiu setkę swych westfalskich kawalerzystów i dzięki temu nie dopuścił do ich rozproszenia.
Sierżant Bourgogne, który po Krasnem dostał gorączki i pozostał z tyłu za swym oddziałem, stanowi dobry przykład tego, co mogło spotkać maruderów. Odkrył nagle, że jest na drodze sam, w odstępie między maszerującymi eszelonami, i choć miał tyle szczęścia, że nie napotkał kozaków, widział zwłoki wielu ludzi, którzy najwyraźniej właśnie zostali zabici i obdarci ze wszystkiego, co mieli. Kiedy nadeszła zadymka, stracił orientację i brnął bezradnie przez głęboki śnieg, potykając się o ciała ludzi i koni. Był wygłodzony, ale nie mógł odkroić ani kawałka z mijanych po drodze końskich zwłok, bo wszystkie zamarzały na kamień, więc musiał się zadowalać garściami śniegu nasiąkniętego końską krwią. Wkrótce stał się skowyczącym ludzkim wrakiem i byłby niechybnie stracił życie, gdyby nie został uratowany przez kolegę.
Nawet niewielkie luki między maszerującymi kolumnami były niebezpieczne, bo czający się kozacy mogli uderzyć w każdej sytuacji, jeśli niczym im to nie groziło. Furgon, który musiał się zatrzymać celem naprawienia zerwanej uprzęży, był w praktyce stracony, gdy nie zdążył usunąć usterki, zanim minęła go tylna część kolumny, w której się posuwał. W ręce kozaków wpadali też pojedynczy żołnierze lub nieliczne grupy zatrzymujące się, by porąbać nieżywego konia lub rozpalić ognisko.
W drugim miesiącu odwrotu los jeńców stawał się coraz bardziej okropny. W chwili pojmania byli doszczętnie ograbiani. Spora liczba nieregularnych kozaków w ogóle nie interesowała się wojną, traktując ją tylko jako okazję do rabowania, zatem zabierała jeńcom wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Pod koniec kampanii widywało się kozaków obwieszonych dziesiątkami kieszonkowych zegarków, ubranych w galowe mundury i płaszcze oraz ozdobne, jaskrawe kapelusze. Na ich ramionach błyszczały kosztowne epolety, a z kulbak zwisały wszelkiego rodzaju łupy. W bagażach porzuconych pod Krasnem pewien kozak znalazł mundur Neya i natychmiast zaczął go nosić. Od tej pory francuskie pikiety miały od czasu do czasu okazję oglądać zarośniętego człowieka w mundurze marszałka Francji, który zbliżał się do nich na kozackim koniku, pokazywał im język, a potem galopem odjeżdżał.
Regularni kozacy, członkowie milicji, a nawet żołnierze liniowi i oficerowie też uważali wojnę za wyjątkową okazję do zarobku. Nie mogąc dźwigać nieporęcznych łupów, zadowalali się gotówką i kosztownościami. Kiedy więc Francuzi poddawali się regularnym oddziałom rosyjskim, rabowano im tylko pieniądze i cenne przedmioty. Stanowiło to jednak niewielką pociechę, bo gdy przekazano ich kozakom, którzy z reguły eskortowali jeńców w głąb Rosji, odbierali im oni całą resztę dobytku.
Podporucznik Pierre Auvray z 22. pułku dragonów i czterej jego towarzysze nie nadążyli za maszerującą kolumną i zostali pojmani przez kozaków. "Najpierw zabrali mojego konia, który - ocalony szczęśliwie przed dolegliwościami zimy - dźwigał nasze osobiste rzeczy - pisał podporucznik. - Zrabowali nasze bagaże i wzięli moją walizkę, w której miałem kosztowną bieliznę i pudełeczko z pozyskanymi w Moskwie klejnotami. Potem nas przeszukali, a gdy nie znaleźli przy mnie pieniędzy, doszli do wniosku, że musiałem ukryć najcenniejsze dla nich skarby w bandażach osłaniających ranę. Zdarli więc wszystkie opatrunki tak brutalnie, że poczułem straszliwy ból. Moje cierpienie nie zmiękczyło jednak ich serc, bo rozebrali nas i pobili drzewcami lanc. Pozostawaliśmy w tym okropnym położeniu przez dłuższy czas, znosząc męki wywołane przez śnieg i lodowaty klimat, dopóki kozacy nie uciekli na widok zbliżającego się oddziału francuskiego".
Major Henri Everts z 33. pułku lekkiej piechoty korpusu Davouta dostał się pod Krasnem do niewoli. Rosyjska piechota, której się poddał, rozebrała go do naga jeszcze na polu walki i odebrała mu wszystkie cenne przedmioty, bijąc się o jego zegarek. Kiedy on i inni oficerowie zostali przyprowadzeni do rosyjskiego obozu, poskarżyli się jakiemuś oficerowi. Generał Rosen znalazł wtedy dla niego płaszcz i poczęstował go na pociechę alkoholem. Następnego dnia kolumna jeńców wyruszyła do prowincjonalnego miasteczka, w którym mieli być przetrzymywani, ale z 3 400 ludzi doszło do celu nie więcej niż 400. Eskortujący ich kozacy nie dawali im nic do jedzenia, a kiedy zatrzymywali się na noc, pozwalali miejscowym chłopom dręczyć jeńców na różne sposoby.
Pułkownik Auguste Breton, jeden z adiutantów Neya, też trafił do niewoli pod Krasnem, a wcześniej został ranny. Miał jednak szczęście, bo świadkiem jego pojmania był Miłoradowicz. Rosyjski generał osobiście opatrzył mu ranę, a potem wysłał go do kwatery głównej Kutuzowa, który potraktował jeńca bardzo przyjaźnie. Gdy tylko opuścił tę kwaterę, on sam i jego koledzy zostali rozebrani i obrabowani przez eskortujących ich kozaków; zabrali oni przeznaczone dla jeńców pieniądze, dawali im mało jedzenia i dopuszczali się dla przyjemności aktów niczym nieuzasadnionego okrucieństwa - na przykład nie pozwalali im pić, gdy dotarli do strumienia, lub zabraniali rozpalania ognisk w nocy. Więźniów zmuszano do forsownego marszu, a kiedy któryś z nich zatrzymał się, by zawiązać getry lub załatwić potrzebę naturalną, był bity, jeśli zaś nie dołączył dość szybko do kolumny, nawet zabijany. Gdy tylko wyszli ze strefy objętej wojną, zaczęli czasem dostawać jedzenie i odzież od współczujących im właścicieli ziemskich, a nawet od chłopów, ale członkowie eskorty często im wszystko odbierali. Z konwoju liczącego 800 ludzi w czerwcu 1813 roku pozostało przy życiu tylko 16.
Los jeńców był z reguły tym gorszy, im później trafili do niewoli. Kiedy mrozy stały się bardziej intensywne, kozacy dla rozrywki całkowicie rozbierali więźniów oraz maruderów i zostawiali ich nagich na śnieżnym bezludziu. Procent tych, którzy przeżywali, nigdy nie należał do wysokich, ale obniżył się znacznie w ostatnim okresie odwrotu, gdyż jeńcy byli wtedy słabsi, a Rosjanie dysponowali mniejszymi zasobami kwater i żywności. Im dalej na zachód zostali pojmani, tym dłużej maszerowali na miejsce uwięzienia, leżące przeważnie w głębi Rosji.
Dla wielu jeńców jedyną szansę uratowania życia stanowiło nawiązanie kontaktów, dzięki którym uniknęliby marszu w regularnym konwoju. L.G. de Puybusque został niedaleko Orszy ujęty przez żołnierzy Płatowa. Płatow podziwiał śmiałą ucieczkę Neya (i był w głębi duszy zachwycony, że zrobił on durnia z Miłoradowicza), więc dobrze traktował swego jeńca. Szczęśliwym dla siebie zrządzeniem losu, trafił on potem do kwatery głównej Jermołowa. "Poznałem go na paryskich salonach - wspominał Puybusque. - I choć z rozkazu naszych władców zostaliśmy nieprzyjaciółmi, a ja znalazłem się wśród pokonanych, on pierwszy przypomniał mi okoliczności, w jakich przedstawiono nas sobie, choć liczni ludzie udawaliby w tej sytuacji, że tego nie pamiętają. Jeśli dawał mi odczuć rozmiary swej władzy, to tylko poprzez wydawanie licznych rozkazów mających zapewnić mi wszystkie korzyści płynące z jego hojnej gościnności i zaspokoić wszystkie potrzeby, moje i mojego towarzysza niedoli".
Generał Pouget, francuski gubernator wojskowy Witebska, miał to szczęście, że dostał się do niewoli niedaleko od tej miejscowości. Choć więc kozacy obrabowali go i pobili zaraz po ujęciu, wkrótce potem odesłali go do miasta, gdzie mieszkańcy, których podczas swych rządów traktował łagodnie i sprawiedliwie, wstawili się za nim i odzyskali większość jego dobytku.
Dla pozostających w armii największe zagrożenie stanowił teraz mróz, który na każdym szczeblu potęgował ich problemy. Szczęśliwcy dysponujący koniem lub powozem nie mogli z nich korzystać bez przerwy; musieli co jakiś czas zsiadać i iść na piechotę, by przyspieszyć krążenie krwi. Nawierzchnia drogi, rozdeptana i rozmiękła w ciągu cieplejszych dni, wyglądała teraz jak przerażający tor przeszkód grożący co krok skręceniem nogi. Zamarznięte koleiny zamieniły się w głębokie rowy, których ostre krawędzie przecinały stopy i znoszone buty żołnierzy.
Niespodziewaną konsekwencją silnego mrozu był brak wody. Aby przyrządzić sobie coś do picia, musiało się topić lód nad ogniem, co wymagało rozpalenia ogniska i zdobycia odpowiedniego naczynia, więc narażało żołnierzy na spory wysiłek. Cierpiącym na odwodnienie ludziom i koniom groziło osłabienie, a w jego konsekwencji śmierć. Niebezpieczeństwo było tym poważniejsze, że przy tej temperaturze nikt nie spodziewał się odwodnienia organizmu.
Mróz komplikował wszystkie czynności. Zgrabiałe palce były mniej sprawne, co utrudniało żołnierzom zmaganie się ze sztywnymi od zimna skórzanymi paskami, uprzężami i innymi częściami wyposażenia. Nawet podeszwy butów należało stopniowo rozmiękczać, bo w przeciwnym razie pękały. Ludzie, którzy schodzili na pobocze drogi i rozpinali spodnie, by spłacić dług naturze (co miało miejsce dość często, gdyż liczni spośród nich cierpieli na biegunkę), odkrywali z przerażeniem, że nie są w stanie ich na powrót zapiąć. "Widziałem wielu żołnierzy i oficerów, którzy nie potrafili zapiąć guzików od swych mundurów - pisał major Claude Le Roy. - Ja sam pomogłem się ubrać i pozapinać jednemu z tych nieszczęśników, który szlochał jak dziecko".
Inną konsekwencją zimna była plaga odmrożeń. Większość służących w Grande Armee żołnierzy pochodziła ze stref klimatycznych, w których zjawisko to jest zupełnie nieznane. Nie umieli zatem przedsięwziąć podstawowych środków ostrożności, rozpoznać objawów ani zareagować na nie we właściwy sposób. Usiłowali utrzymać we wnętrzach budynków jak najwyższą temperaturę lub rozgrzewać ręce i twarze przy ogniu, a potem wychodzili na mróz, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób odkryte części ich ciała stają się jeszcze bardziej wrażliwe. Kiedy poczuli drętwienie lub usłyszeli od kogoś, że ich nos stal się złowieszczo biały, szukali odruchowo ciepła we wnętrzach budynków lub biegli w kierunku ogniska. Wywoływało to natychmiastową gangrenę. Zaatakowane części ciała nabierały jaskrawopurpurowej barwy i odpadały, gdy cierpiący na odmrożenie żołnierz próbował je rozcierać. Jedynym sposobem uniknięcia takiej katastrofy jest energiczne nacieranie zagrożonych części śniegiem do chwili przywrócenia krążenia krwi, czemu towarzyszy ostry ból. Ale oprócz Polaków, Szwajcarów i niektórych Niemców wiedzieli o tym tylko nieliczni żołnierze Grande Armee, co miało straszliwe konsekwencje.
"Aby rozbawić znajome damy, możesz im powiedzieć, że zapewne połowa zaprzyjaźnionych z nimi mężczyzn wróci bez nosów lub uszu" - pisał do żony wicekról Włoch Eugeniusz. Nie był to bynajmniej stosowny temat do żartów.
Kapitan Francois patrzył z niedowierzaniem, jak jeden z jego przyjaciół odwija stopy z zaimprowizowanych onucy przed ułożeniem się na nocny spoczynek. "Kiedy usunął sukno i skórę, którymi były owinięte, od jego nogi odpadły trzy palce - pisał. - Potem zdjął szmaty z drugiej stopy, chwycił się za wielki palec, wygiął go i oderwał, nie czując żadnego bólu". Człowiek, który stracił wszystkie palce u obu nóg, nie był w stanie iść bez pomocy. Kiedy postradał palce u rąk, nie tylko nie mógł posługiwać się bronią, lecz nie miał możliwości zapewnienia sobie jakiegokolwiek pożywienia. Mógł tylko szarpać zębami końskie trupy i wysysać z nich krew.
Niskie temperatury uniemożliwiały nawet i to. Konie, które dotąd przeżyły, jedząc korę drzew oraz wystające spod śnieżnej pokrywy krzaki lub chwasty i żując śnieg w braku wody, nie potrafiły odrywać zamarzniętej kory ani kruszyć lodu, więc zdychały tysiącami. Martwy koń stawał się jednak w ciągu kilku minut twardy jak skała, a krojenie go było niemożliwe. Aby więc zaopatrzyć się w kawałek mięsa, należało znaleźć takiego, który nadal żył.
Stąd był już tylko krok do wcinania steków z końskiego zadu, kiedy właściciel tego nie widział. Zwierzęta nie czuły bólu z powodu zimna, a ich krew natychmiast zamarzała. Mogły przeżyć z takimi nacięciami wiele dni, ale w końcu rany zaczynały gnić i wydzielać ropę, która również zamarzała. Można też było przeciąć koniowi żyłę i ssać jego krew albo zebrać ją do jakiegoś naczynia i ugotować wraz ze stopionym śniegiem, by zwiększyć wartość odżywczą jałowej papki. Niektórzy wycinali i pożerali języki żyjących jeszcze koni. Jednak najbardziej pożywną strawę pozyskiwało się, rozcinając brzuch konia i wyrywając z niego serce i wątrobę, dopóki były one jeszcze ciepłe. Los ten coraz częściej przypada! w udziale tym zwierzętom, które nie mogły iść dalej i zostały porzucone przez właścicieli.
Odkąd wycofująca się armia minęła Łady, znalazła się na terytorium dawnej Polski, co oznaczało, że miasta i wioski były zamieszkane. Nawet w tych trudnych czasach wszędobylscy żydowscy kupcy potrafili zdobyć niezbędne do życia produkty - ale za określoną cenę. Mieszkańcy zaś bali się przyjmować przedmioty, które mogłyby później narazić ich na represje ze strony Rosjan.
Większość walut straciła wartość. Doktor Heinrich Roos zapamiętał jakiegoś wirtemberskiego żołnierza, który siedział pod Orszą na poboczu drogi, trzymając na kolanach bryłę srebra i błagając, by ktoś wymienił ją na najmniejszy chociaż skrawek czegoś do jedzenia. Nikt jednak nie chciał rozstać się z życiodajnymi racjami w zamian za ciężki kawał kruszcu, który mógł nabrać wartości dopiero po powrocie do kraju. Jedyną reakcją przechodzących obok żołnierzy był potok okrutnych żartów. Nawet ostatnia ucieczka kobiet - prostytucja - okazywała się w tych warunkach pozbawiona wartości. "W moim zachowaniu nie było żadnych romantycznych intencji - stwierdził Boniface de Castellane, który dał jakiejś kobiecie kawałek czekolady. - Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i każdy mówił, że wolałby butelkę kiepskiego bordeaux niż najpiękniejszą kobietę na kuli ziemskiej".
Ci, którym nie udało się pozostać przy swych jednostkach, a nie mieli pieniędzy, musieli kraść. Wobec straty tak wielu bagaży ich możliwości w tej dziedzinie były znacznie ograniczone, złodziejstwo zamieniało się więc często w rabunek z użyciem przemocy. Wielu ludzi straciło życie w walce o wątrobę konia, skórkę chleba lub odrobinę jakiegokolwiek innego pożywienia. Samotny żołnierz posiadający coś do zjedzenia starannie wybierał taki moment posiłku, żeby nikt go nie widział, gdyż w przeciwnym razie ktoś mógł wbić mu bagnet w plecy. Zanim jednak pułkownik Lubin Grios znalazł bezpieczną kryjówkę, aby zjeść piękny, mały, cudem zdobyty bochenek chleba, stał się on twardy jak kamień, więc zgrzytając bezradnie zębami o jego skórkę, szlochał z rozpaczy.
Poza jednostkami, które zachowały zwartość, zniknęło wszelkie poczucie braterstwa broni czy solidarności. Przedstawiciele różnych narodowości objawiali wobec siebie coraz większą wrogość; Niemcy przeklinali Francuzów, którzy wciągnęli ich do tej wojny, a Francuzi Polaków, którzy jakoby byli jej przyczyną. W walce o przetrwanie cudze życie nie miało żadnego znaczenia. "Częstokroć zajadła, wściekła tłuszcza strzelała do siebie nawzajem przy rabunku, przy nabieraniu furażu, za kwatery, za misę mleka, za koszulę, za wydeptane buty" - pisał porucznik Józef Krasiński.
Wszystko, co pozostawiono na moment bez dozoru, natychmiast znikało. Oficer, który szedł na piechotę, mając przerzucone przez ramię wodze swego konia, obejrzał się w pewnej chwili i stwierdził, że postronki zostały odcięte, a koń ukradziony. Śpiącym żołnierzom zabierano spod głów czapki i zrywano z nich płaszcze, którymi się przykrywali. Długotrwałość odwrotu i utrata bagaży sprawiły, że umundurowanie żołnierzy, od początku nieodpowiednie, osiągnęło stan krytyczny.
Niektórzy zamienili się w bezradne barany idące ślepo za stadem i niepotrafiące o siebie zadbać. Wieczorami stawali za plecami swych kolegów, którzy rozpalili ogniska i siedzieli wokół nich. "Niebawem przyginał ich ciężar zmęczenia, więc padali na kolana, siadali, a wreszcie nieświadomie kładli się na ziemi - pisał Louis Lejeune. - Ten ostatni moment był dla nich zwiastunem śmierci; spoglądali tępym wzrokiem w niebo, a ich wargi wykrzywiał grymas zadowolenia; można by pomyśleć, że boskie miłosierdzie łagodzi ich agonię, której objawem był epileptyczny ślinotok". Zaraz po śmierci któregoś z tych ludzi pojawiał się i siadał na jego zwłokach następny, a potem również tracił przytomność i umierał.
Obojętność na cierpienia innych stała się zjawiskiem powszechnym. Ze wspomnień Jeana Baptiste'a Ricome'a, dwudziestotrzyletniego sierżanta, wynika jasno, że na początku odwrotu odczuwał bolesne współczucie, słysząc krzyki umierających żołnierzy, którzy wzywali swoje matki, ale później przyzwyczaił się do nich i reagował na nie obojętnością. Walka o przetrwanie utwardziła serca nawet najbardziej życzliwych ludzi, zatem kiedy co słabsi ślizgali się na lodzie i upadali, ich towarzysze kontynuowali marsz. "Na początku udzielano im pomocy - pisał pułkownik Boulart - ale ponieważ ten sam los zagrażał wszystkim, a powtarzające się często upadki sugerowały, że próby ratowania tych ludzi są daremne, mijaliśmy owych nieszczęśników, leżących na lodzie i daremnie usiłujących się podnieść, a niekiedy w przedśmiertnym odruchu drapiących ziemię, i nie zatrzymywaliśmy się przy nich!".
"Ta kampania stała się tym bardziej przerażająca, że wpływała na naszą naturę, wyrabiając w nas przywary do tej pory nam obce" - pisał Eugene Labaume. Pewnego razu kilkuset ludzi stłoczyło się na noc w dużej stodole i rozpaliło w niej ogniska, od których zajęła się strzecha, a potem cała budowla. Ogień rozszerzał się tak błyskawicznie, że ocalało zaledwie około 20 żołnierzy; reszta zginęła, żegnana tylko - jak zauważył pułkownik Lejeune - wybuchami pocisków tkwiących w naładowanych muszkietach. Towarzysze, którzy pospieszyli na ratunek, mogli jedynie obserwować z przerażeniem całą scenę. Gdy jednak coś podobnego wydarzyło się po dwóch tygodniach, podchodzili tylko po to, by się ogrzać. Takie pożary były niekiedy celowo wzniecane przez pogrążonych w bezsilnej furii żołnierzy, którzy nie zdołali znaleźć schronienia, a ich koledzy stali wokół płonących budynków, grzali się przy ogniu i żartowali na temat jego temperatury.
Główna kwatera Davouta znalazła kiedyś pomieszczenie w dużej chłopskiej chacie na terenie opuszczonej wioski. Francuzi zajrzeli do stajni i odkryli w wyłożonym sianem żłobie trójkę porzuconych niemowląt, które przeraźliwie płakały z głodu. Pułkownik Lejeune poprosił służącego marszałka Davouta, by dał im coś do jedzenia, i jego polecenie zostało wykonane. Dzieci mimo to nadal płakały, nie pozwalając im spać. Lejeune zdołał zasnąć, a kiedy się obudził, była już pora wymarszu. Panowała cisza, więc nie pomyślał o dzieciach, lecz kiedy później tegoż dnia spytał o nie owego służącego, dowiedział się, że człowiek ten, nie mogąc dłużej znieść ich płaczu, skruszył siekierą lód na poidle dla koni i utopił je.
"Każdy, kto pozwalał sobie na wzruszenie wywołane potwornością scen, jakich był świadkiem, skazywał się na śmierć - twierdził kapitan Francois. - Natomiast ten, który zamknął swe serce na współczucie, znajdował siłę pozwalającą mu oprzeć się wszelkim przeciwnościom losu". Przetrwanie z pewnością wymagało nie tylko sił fizycznych, lecz również charakteru. "Nieliczni spośród nas, obdarzeni wyjątkowo silnym charakterem, wspartym młodością i mocną budową ciała, dawali odpór wszystkim okolicznościom, które sprzysięgły się, by nas zniszczyć, i wyszli z tego bez szwanku - pisał Louis Lagneau, chirurg służący w młodej gwardii. - Miałem trzydzieści dwa lata, byłem obdarzony znakomitym zdrowiem i przywykły do długich marszów, więc przeszedłem to wszystko bez żadnych nieszczęśliwych następstw".
Innym człowiekiem, który znosił to zadziwiająco dobrze, był Napoleon.
Miał oczywiście tę przewagę, że korzystał z regularnych dostaw jedzenia i wina, nie wspominając o innych wygodach. Jadący przodem oficer wybierał zawsze odpowiednie miejsce na nocleg dla cesarza. Wskazany przez niego budynek - bez względu na to, czy był to zrujnowany dwór, czy chłopska chata - zostawał następnie przystosowany do jego potrzeb. Ustawiano w nim żelazne polowe łóżko, rozścielano na podłodze dywan i przynoszono necessaire zawierający brzytwy, szczotki i inne przybory toaletowe. Przygotowywano też - w tym samym pokoju, jeśli nie dało się znaleźć innego - zaimprowizowany cesarski gabinet. Oprócz przykrytego zielonym suknem stołu i skrzyni z podróżnym księgozbiorem były tam pudła zawierające mapy i przybory do pisania. Rozpakowywano też mały serwis, żeby cesarz mógł jeść na własnej zastawie.
"Znosił zimno z wielką odwagą - wspominał jego lokaj Constant - ale widać było, że działa ono na niego bardzo źle". Choć mógł zmieniać odzież i korzystać z zasobów swego nesesera, on również miał wszy. I mimo że jego polowe łóżko było wygodne, cierpiał na bezsenność, którą wywoływały niewątpliwie niepewność jutra i poczucie odpowiedzialności za armię. "Kiedy myślę o tych biednych żołnierzach, moje serce krwawi, ale mimo to nie mogę dla nich nic zrobić" - powiedział pewnego wieczoru do Rappa.
Ich wiara w cesarza pozostała niewzruszona. Liczni spośród nich narzekali i przeklinali go, niektórzy okazywali arogancję i niesubordynację oficerom, a nawet generałom, lecz kiedy zjawiał się Napoleon, zachowywali pełne szacunku milczenie. "Umierający żołnierze leżeli wzdłuż całej drogi, ale nigdy nie słyszałem, żeby któryś z nich się skarżył" - wspominał Caulaincourt. "Choć słusznie uważano tego człowieka za sprawcę wszystkich naszych nieszczęść i jedyną przyczynę naszej klęski - pisał doktor Rene Bourgeois, którego poglądy polityczne czyniły go zdecydowanym przeciwnikiem Napoleona - jego obecność nadal wywoływała entuzjazm i nie było nikogo, kto w razie potrzeby nie zasłoniłby go własnym ciałem lub nie oddał za niego życia".
Stopień ich przywiązania dobrze ilustruje opowieść sierżanta Bourgogne'a, który widział, jak pewien oficer w towarzystwie dwóch grenadierów zjawił się na biwaku, prosząc o suche drewno dla Napoleona. "Wszyscy gorliwie oddawali najlepsze kawałki, jakie mieli; nawet umierający żołnierze unosili głowy i szeptali: >> Weźcie to dla cesarza! <<" - wspominał potem. Takie przywiązanie nie było co prawda powszechne. Kiedy Napoleon pragnął kiedyś zatrzymać swój powóz i rozgrzać się przy ognisku otoczonym przez jakichś maruderów, podszedł do nich pierwszy Caulaincourt, ale po krótkiej wymianie zdań wrócił i oznajmił, że zatrzymywanie się w tym miejscu nie jest dobrym pomysłem.
Płatnik Duverger, który nie brał udziału w walkach i nie czuł żołnierskiego przywiązania do swego szefa, przyznawał, że "jego prestiż, rodzaj aury, jaka otacza wielkich ludzi, całkowicie nas zaślepiał; wszyscy darzyli go zaufaniem i stosowali się do najmniejszych wskazań jego woli". Prawdą jest, że Napoleon stanowił dla nich uosobienie największej szansy wydostania się z katastrofalnej sytuacji. "Jego obecność wpływała elektryzująco na nasze zdeprymowane serca i była dla nas źródłem ostatniego przypływu energii - pisał kapitan Francois. - Widok naszego naczelnego wodza, idącego pośród nas, dzielącego nasze niedostatki, wywoływał chwilami entuzjazm przypominający bardziej zwycięskie czasy". Żołnierze i oficerowie, niezależnie od swej narodowości i politycznego stosunku do Napoleona, zdawali sobie sprawę, że tylko on potrafi utrzymać jedność resztek armii, że tylko on jest zdolny wyrwać ze szczęk klęski jakieś strzępy zwycięstwa.
Ale było w tym coś więcej. Pewien niemiecki oficer artylerii, od którego można było oczekiwać przekleństw pod adresem cudzoziemskiego tyrana i sprawcy jego nieszczęść, minąwszy kiedyś stojącego na poboczu drogi Napoleona, wyraził uczucia, które, choć zaskakujące, nie należały do odosobnionych. "Ten, kto widzi prawdziwą wielkość, opuszczoną przez fortunę, zapomina o własnych cierpieniach i troskach, więc czując na sobie jego wzrok, szliśmy w ponurym milczeniu, częściowo pogodzeni ze swym trudnym losem".
Segur szukał metafizycznego wyjaśnienia tego zjawiska. Twierdził, że żołnierze powinni byli obwiniać Napoleona, ale nie robili tego, ponieważ należał on do nich w takim samym stopniu, w jakim oni należeli do niego. Jego chwała była ich wspólną własnością; gdyby nadszarpnęli jego reputację, oskarżając go i odwracając się od niego, roztrwoniliby wspólny, nagromadzony na przestrzeni lat kapitał chwały, który był ich najcenniejszą własnością. Teorię tę zdaje się potwierdzać fakt, że nawet wzięci do niewoli żołnierze Grande Armee odmawiali powiedzenia choćby słowa przeciw Napoleonowi. Według generała Wilsona, "ani obietnicami, ani groźbami, ani prześladowaniami nie można ich było skłonić do potępienia cesarza czy do przyznania, że to on jest przyczyną ich nieszczęść i cierpień".

CDN
Stopień ich przywiązania dobrze ilustruje opowieść sierżanta Bourgogne'a, który widział, jak pewien oficer w towarzystwie dwóch grenadierów zjawił się na biwaku, prosząc o suche drewno dla Napoleona. "Wszyscy gorliwie oddawali najlepsze kawałki, jakie mieli; nawet umierający żołnierze unosili głowy i szeptali: >> Weźcie to dla cesarza! <<" - wspominał potem. Takie przywiązanie nie było co prawda powszechne. Kiedy Napoleon pragnął kiedyś zatrzymać swój powóz i rozgrzać się przy ognisku otoczonym przez jakichś maruderów, podszedł do nich pierwszy Caulaincourt, ale po krótkiej wymianie zdań wrócił i oznajmił, że zatrzymywanie się w tym miejscu nie jest dobrym pomysłem.
Płatnik Duverger, który nie brał udziału w walkach i nie czuł żołnierskiego przywiązania do swego szefa, przyznawał, że "jego prestiż, rodzaj aury, jaka otacza wielkich ludzi, całkowicie nas zaślepiał; wszyscy darzyli go zaufaniem i stosowali się do najmniejszych wskazań jego woli". Prawdą jest, że Napoleon stanowił dla nich uosobienie największej szansy wydostania się z katastrofalnej sytuacji. "Jego obecność wpływała elektryzująco na nasze zdeprymowane serca i była dla nas źródłem ostatniego przypływu energii - pisał kapitan Francois. - Widok naszego naczelnego wodza, idącego pośród nas, dzielącego nasze niedostatki, wywoływał chwilami entuzjazm przypominający bardziej zwycięskie czasy". Żołnierze i oficerowie, niezależnie od swej narodowości i politycznego stosunku do Napoleona, zdawali sobie sprawę, że tylko on potrafi utrzymać jedność resztek armii, że tylko on jest zdolny wyrwać ze szczęk klęski jakieś strzępy zwycięstwa.
Ale było w tym coś więcej. Pewien niemiecki oficer artylerii, od którego można było oczekiwać przekleństw pod adresem cudzoziemskiego tyrana i sprawcy jego nieszczęść, minąwszy kiedyś stojącego na poboczu drogi Napoleona, wyraził uczucia, które, choć zaskakujące, nie należały do odosobnionych. "Ten, kto widzi prawdziwą wielkość, opuszczoną przez fortunę, zapomina o własnych cierpieniach i troskach, więc czując na sobie jego wzrok, szliśmy w ponurym milczeniu, częściowo pogodzeni ze swym trudnym losem".
Segur szukał metafizycznego wyjaśnienia tego zjawiska. Twierdził, że żołnierze powinni byli obwiniać Napoleona, ale nie robili tego, ponieważ należał on do nich w takim samym stopniu, w jakim oni należeli do niego. Jego chwała była ich wspólną własnością; gdyby nadszarpnęli jego reputację, oskarżając go i odwracając się od niego, roztrwoniliby wspólny, nagromadzony na przestrzeni lat kapitał chwały, który był ich najcenniejszą własnością. Teorię tę zdaje się potwierdzać fakt, że nawet wzięci do niewoli żołnierze Grande Armee odmawiali powiedzenia choćby słowa przeciw Napoleonowi. Według generała Wilsona, "ani obietnicami, ani groźbami, ani prześladowaniami nie można ich było skłonić do potępienia cesarza czy do przyznania, że to on jest przyczyną ich nieszczęść i cierpień".
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)

