WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
piątek, 11 grudnia 2009
- titanic tusqling -
Wojna Tuska
Piątek, 4 grudnia (07:03)
Ile to czasu upłynęło od wizyty w Polsce wiceprezydenta USA, Joe Bidena? Tyle, ile trzeba, żeby wszyscy zapomnieli, jak po tej wizycie ambasador USA publicznie wyraził zadowolenie, że Polska obiecała wysłać dodatkowych żołnierzy do Afganistanu. Informacja o tej obietnicy wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie polskich mediów, na które premier, minister obrony i inni funkcjonariusze rządowi zareagowali zdecydowanymi zaprzeczeniami. Nic nie obiecywaliśmy, żadnych nowych żołnierzy do Afganistanu nie wysyłamy, skądże znowu...
No i proszę. Gdybyż to się zdarzyło pierwszy raz! Ale stara maksyma Talleyranda: "nie wierz nie zdementowanym wiadomościom" sprawdza się w odniesieniu do tej ekipy jak rzadko. Tym razem i tak było softowo, bo ze względu na udział w sprawie ambasadora zaprzyjaźnionego mocarstwa platformersi powstrzymali się od zwyczajowych okrzyków o "podłych kłamstwach pisowskich funkcjonariuszy w mediach" czy innych obelg.
A proszę, kto ciekaw, zerknąć na przykład, jakimi słowami zaprzeczali ludzie Tuska jakoby prowadzili negocjacje z MFW jeszcze na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem ich wyników.
Może zresztą premier rzeczywiście nie został wtedy poinformowany, że złożył taką obietnicę? Może dowiedział się o tym dopiero podczas nocnej rozmowy telefonicznej z prezydentem Obamą? Trzeba taką możliwość dopuścić. Który zresztą z naszych polityków oparłby się, gdyby prezydent USA osobiście zadzwonił do niego z propozycją nie do odrzucenia? I gdyby jeszcze obiecał, że w nagrodę przyśle nam te wielokrotnie obiecywane "Patrioty" - co prawda bez głowic bojowych i na krótko, ale i tym się nasze chłopaki nacieszą.
Chciał nie chciał - wysyłamy. Tylko kogo by tu wysłać? Wojsko Polskie, według informacji zamieszczonej - zapewne przez niedopatrzenie - na stronie internetowej MON, składa się z 95 360 osób, z czego 139 to generałowie; 22 670 - oficerowie; 41 850 - podoficerowie, a 28 200 - szeregowi.
Analizował te dane na łamach "Rzeczpospolitej" Grzegorz Kwaśniak, wykładowca Akademii Obrony Narodowej, i stwierdził krótko - to znaczy, że polska armia w praktyce nie istnieje.
Na 1 dowódcę przypada 0,43 żołnierza, a to znaczy, że w czołgach i transporterach nie ma załóg, w samochodach kierowców, w artylerii są dowódcy działonów, ale nie ma kanonierów, w piechocie zaś dowódcy wydają rozkazy nie istniejącym pododdziałom.
Ostatecznym wysiłkiem Polska jest w stanie urodzić tych kilka tysięcy żołnierzy na misje wojskowe. Dobitnym dowodem jest to, że większość z nich ma już za sobą po kilka tur i wysyłana jest na następne. Również owych 600 dodatkowych żołnierzy, obiecanych uprzejmie Obamie, do Afganistanu pojedzie nie po raz pierwszy. Po prostu nie ma w armii nikogo innego. Nie poślemy tam przecież brzuchatych trepów z garnizonowych biur.
Gdy czas pewien temu rozbił się samolot "Bryza", rodzina zabitego pilota ujawniła, że - ku swemu głębokiemu rozgoryczeniu - przez rok przed katastrofą wylatał on tylko cztery godziny. Gdy ten fakt przypomniałem, MON odpowiedziało mi buńczucznym sprostowaniem, oznajmiając, że "nalot" w naszym lotnictwie zbliżony jest do norm NATO, podając jakieś liczby, które pozostają w całkowitej sprzeczności z tym, co mówią eksperci, nawet ci z sejmowej komisji obrony, i sami piloci, ale oficjalnie zweryfikować ich nie można z uwagi na tajemnicę wojskową.
Dodajmy jeszcze jedno: minister Rostowski zdążył już ogłosić, że na rozszerzenie naszej misji w Afganistanie MON musi znaleźć środki we własnym budżecie, bo od niego nie dostanie ani jednego dodatkowego gronia. Więc chyba niedługo zacznie się wyrywać kaloryfery ze ścian opustoszałych koszar i wyprzedawać.
Nie wykluczam, że Donald Tusk będzie pierwszym premierem III RP, który stanie przed Trybunałem Stanu i trafi do więzienia za kompletne zdemolowanie państwa - w tym także za doprowadzenie polskiego wojska, w imię populistycznych obietnic zniesienia poboru, do stanu z mniej więcej połowy XVIII wieku (brak tylko buntów żołnierzy domagających się wypłacenia zaległego żołdu - na razie organizują takowe jedynie policjanci). Marna pociecha.
Jeśli się to stanie, to kiedyś, kiedy jego uwodzicielski czar minie i Polacy się odkochają - choć pewnie po to, by zakochać się w kimś niewiele lepszym albo jeszcze gorszym. A na razie mamy to, co mamy. Amerykanie kazali, i jest to bodaj jedyna rzecz, która dla rządzącej ekipy ważniejsza jest nawet od sondaży, bo te ostatnio jasno mówią, że Polacy życzą sobie raczej wycofania z Afganistanu niż pchania tam jeszcze i tych resztek armii, jakie nam zostały.
Będąc raczej dalekim od kierowania się w takich sprawach tzw. głosem ludu, tu akurat muszę przyznać większości rację. Wojna w Afganistanie przypomina tę wietnamską sprzed pół wieku - problem nie polega na pokonaniu partyzantów, problem polega na tym, że nie ma komu oddać władzy w państwie, żeby z niego wyjść.
Rząd Karzaja to grupka mianowańców, skorumpowanych i pogardzanych zgodnie przez wszystkich skłóconych w innych sprawach mieszkańców kraju. Państwa jako takiego nie ma, są klany, wciąż zmieniające sojusze.
Od dawnego Wietnamu Południowego obecny Afganistan jest nawet jeszcze gorszy, bo tam była przynajmniej armia, mająca swój esprit de corps i do pewnego momentu zachowująca spójność (złamały ją dopiero klęski po ucieczce Amerykanów, gdy na siły sajgońskie zwaliły się przeważające siły uzbrojone po zęby przez Chiny i ZSSR), a armia afgańska jest fikcją, wielu z jej żołnierzy zaraz po odebraniu podarowanej przez interwentów broni ucieka wraz z nią zasilić siły swego klanu, albo przechodzi prosto do Talibów.
W tej sytuacji obietnice Obamy, że zwiększenie wysiłku pozwoli szybko skończyć wojnę, brzmią mało wiarygodnie. I tak też oceniają je inni sojusznicy, którzy, choć niby tacy w Obamie rozkochani, potraktowali jego apele, delikatnie mówiąc, chłodno. Chyba tylko jeden Tusk wykazał dla nich tyle zrozumienia i entuzjazmu.
Oczywiście tylko dlatego, że dostrzegł w tym polską rację stanu.
Rafał A. Ziemkiewicz
http://fakty.interia.pl/fakty-dnia/news/ziemkiewicz-wojna-tuska,1406458
++++++++++++++
PS.
2009-12-07 16:25
Struktury nowej Europy
W niedawnej publikacji na łamach Le Figaro,francuski członek PE,Michel Barnier wyjaśnił że Komisja Europejska jest kolektywnym premierem Unii.
Twarzą tego kolektywu jest przewodniczący KE Jose Manuel Barroso. Komisja składa się obecnie z 27 przedstawicieli republik związkowych desygnowanych przez poszczególne kraje na pięcioletnią kadencję. W praktyce członkowie KE reprezentują jedynie UE a nie poszczególne republiki. Członek komisji kontynuuje swą kadencję nawet wtedy gdy desygnujący go rząd krajowy podaje się do dymisji. Mało tego, od roku 2014 liczba członków zostanie obniżona o jedną trzecią, tak że nie wszystkie republiki związkowe będą miały swego reprezentanta w KE.
Komisja Europejska funkcjonuje nie tylko jako ciało wykonawcze Unii, ale również ustawodawcze wbrew demokratycznej zasadzie rozdziału kompetencji. W strukturze władzy nowego imperium europejskiego jest tym czym było Politbiuro Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Podobnie jak ZSRR, UE posiada też swego prezydenta Hermana Van Rampuy, belgijskiego Flamanda, który przewodzi Radzie Europy.
Zarówno „premier” jaki i prezydent nie pochodzą z wyboru, ale są mianowani w wyniku zakulisowych przetargów unijnych „elit”.
Na wzór sowieckiej Rady Najwyższej, Unia Europejska posiada też parlament, któremu przewodniczy „nasz” Jerzy Buzek. Jedynymi kompetencjami PE jest możliwość zawetowania mianowania członków Komisji Europejskiej i unijnego budżetu. „Parlament” ten nie posiada uprawnień legislacyjnych, jak również wpływu na mianowanie prezydenta. Jego kompetencje są więc znacznie skromniejsze niż te które nominalnie przysługiwały Radzie Najwyższej ZSRR.
Ratyfikując Traktat Lizboński, demokratycznie wybrane parlamenty krajowe scedowały swą narodową suwerenność na UE, redukując się do roli prowincjonalnych ciał ustawodawczych, będących odpowiednikami sowietów poszczególnych republik związkowych ZSRR. Prawa i obowiązki obywateli w stosunku do Unii są nadrzędne w relacji do „prowincjonalnych”. Jedyny wyjątek od tej reguły przysługuje obywatelom i instytucjom niemieckim.
Zgodnie z konstytucją unijną (Traktatem Lizbońskim), dwadzieścia siedem „prowincji” jest prawnie zobowiązanych do „aktywnego udziału w dziele dobrego funkcjonowania Unii”, a tym samym przekładania interesu UE nad narodowe.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że nad metodycznym wprowadzaniem tej zasady w życie czuwać będzie Flamand, prezydent Van Rampuy, który w wywiadzie z 7 listopada tego roku dla tygodnikaElseviers, w następujący sposóbprzedstawiłswe kredo ideologiczne: „Jestem Europejczykiem, ponieważ idea europejska jest antidotum na flamandzki nacjonalizm, odtrutką na Ruch Flamandzki.” Jako prezydent UE, pan Van Rampuy będzie miał teraz okazję wypróbowania swej „odtrutki” na innych nacjach imperium.
Jeżeli narodom europejskimsprzykrzysię to lekarstwo, jedyną drogą uniknięcia dalszej kuracji będzie, z prawnego punktu widzenia, zdrada stanu, polegająca na działaniach destrukcyjnych w stosunku do państwa, którego są obywatelami. Innej alternatywy mieć nie będą.
Piątek, 4 grudnia (07:03)
Ile to czasu upłynęło od wizyty w Polsce wiceprezydenta USA, Joe Bidena? Tyle, ile trzeba, żeby wszyscy zapomnieli, jak po tej wizycie ambasador USA publicznie wyraził zadowolenie, że Polska obiecała wysłać dodatkowych żołnierzy do Afganistanu. Informacja o tej obietnicy wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie polskich mediów, na które premier, minister obrony i inni funkcjonariusze rządowi zareagowali zdecydowanymi zaprzeczeniami. Nic nie obiecywaliśmy, żadnych nowych żołnierzy do Afganistanu nie wysyłamy, skądże znowu...
No i proszę. Gdybyż to się zdarzyło pierwszy raz! Ale stara maksyma Talleyranda: "nie wierz nie zdementowanym wiadomościom" sprawdza się w odniesieniu do tej ekipy jak rzadko. Tym razem i tak było softowo, bo ze względu na udział w sprawie ambasadora zaprzyjaźnionego mocarstwa platformersi powstrzymali się od zwyczajowych okrzyków o "podłych kłamstwach pisowskich funkcjonariuszy w mediach" czy innych obelg.
A proszę, kto ciekaw, zerknąć na przykład, jakimi słowami zaprzeczali ludzie Tuska jakoby prowadzili negocjacje z MFW jeszcze na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem ich wyników.
Może zresztą premier rzeczywiście nie został wtedy poinformowany, że złożył taką obietnicę? Może dowiedział się o tym dopiero podczas nocnej rozmowy telefonicznej z prezydentem Obamą? Trzeba taką możliwość dopuścić. Który zresztą z naszych polityków oparłby się, gdyby prezydent USA osobiście zadzwonił do niego z propozycją nie do odrzucenia? I gdyby jeszcze obiecał, że w nagrodę przyśle nam te wielokrotnie obiecywane "Patrioty" - co prawda bez głowic bojowych i na krótko, ale i tym się nasze chłopaki nacieszą.
Chciał nie chciał - wysyłamy. Tylko kogo by tu wysłać? Wojsko Polskie, według informacji zamieszczonej - zapewne przez niedopatrzenie - na stronie internetowej MON, składa się z 95 360 osób, z czego 139 to generałowie; 22 670 - oficerowie; 41 850 - podoficerowie, a 28 200 - szeregowi.
Analizował te dane na łamach "Rzeczpospolitej" Grzegorz Kwaśniak, wykładowca Akademii Obrony Narodowej, i stwierdził krótko - to znaczy, że polska armia w praktyce nie istnieje.
Na 1 dowódcę przypada 0,43 żołnierza, a to znaczy, że w czołgach i transporterach nie ma załóg, w samochodach kierowców, w artylerii są dowódcy działonów, ale nie ma kanonierów, w piechocie zaś dowódcy wydają rozkazy nie istniejącym pododdziałom.
Ostatecznym wysiłkiem Polska jest w stanie urodzić tych kilka tysięcy żołnierzy na misje wojskowe. Dobitnym dowodem jest to, że większość z nich ma już za sobą po kilka tur i wysyłana jest na następne. Również owych 600 dodatkowych żołnierzy, obiecanych uprzejmie Obamie, do Afganistanu pojedzie nie po raz pierwszy. Po prostu nie ma w armii nikogo innego. Nie poślemy tam przecież brzuchatych trepów z garnizonowych biur.
Gdy czas pewien temu rozbił się samolot "Bryza", rodzina zabitego pilota ujawniła, że - ku swemu głębokiemu rozgoryczeniu - przez rok przed katastrofą wylatał on tylko cztery godziny. Gdy ten fakt przypomniałem, MON odpowiedziało mi buńczucznym sprostowaniem, oznajmiając, że "nalot" w naszym lotnictwie zbliżony jest do norm NATO, podając jakieś liczby, które pozostają w całkowitej sprzeczności z tym, co mówią eksperci, nawet ci z sejmowej komisji obrony, i sami piloci, ale oficjalnie zweryfikować ich nie można z uwagi na tajemnicę wojskową.
Dodajmy jeszcze jedno: minister Rostowski zdążył już ogłosić, że na rozszerzenie naszej misji w Afganistanie MON musi znaleźć środki we własnym budżecie, bo od niego nie dostanie ani jednego dodatkowego gronia. Więc chyba niedługo zacznie się wyrywać kaloryfery ze ścian opustoszałych koszar i wyprzedawać.
Nie wykluczam, że Donald Tusk będzie pierwszym premierem III RP, który stanie przed Trybunałem Stanu i trafi do więzienia za kompletne zdemolowanie państwa - w tym także za doprowadzenie polskiego wojska, w imię populistycznych obietnic zniesienia poboru, do stanu z mniej więcej połowy XVIII wieku (brak tylko buntów żołnierzy domagających się wypłacenia zaległego żołdu - na razie organizują takowe jedynie policjanci). Marna pociecha.
Jeśli się to stanie, to kiedyś, kiedy jego uwodzicielski czar minie i Polacy się odkochają - choć pewnie po to, by zakochać się w kimś niewiele lepszym albo jeszcze gorszym. A na razie mamy to, co mamy. Amerykanie kazali, i jest to bodaj jedyna rzecz, która dla rządzącej ekipy ważniejsza jest nawet od sondaży, bo te ostatnio jasno mówią, że Polacy życzą sobie raczej wycofania z Afganistanu niż pchania tam jeszcze i tych resztek armii, jakie nam zostały.
Będąc raczej dalekim od kierowania się w takich sprawach tzw. głosem ludu, tu akurat muszę przyznać większości rację. Wojna w Afganistanie przypomina tę wietnamską sprzed pół wieku - problem nie polega na pokonaniu partyzantów, problem polega na tym, że nie ma komu oddać władzy w państwie, żeby z niego wyjść.
Rząd Karzaja to grupka mianowańców, skorumpowanych i pogardzanych zgodnie przez wszystkich skłóconych w innych sprawach mieszkańców kraju. Państwa jako takiego nie ma, są klany, wciąż zmieniające sojusze.
Od dawnego Wietnamu Południowego obecny Afganistan jest nawet jeszcze gorszy, bo tam była przynajmniej armia, mająca swój esprit de corps i do pewnego momentu zachowująca spójność (złamały ją dopiero klęski po ucieczce Amerykanów, gdy na siły sajgońskie zwaliły się przeważające siły uzbrojone po zęby przez Chiny i ZSSR), a armia afgańska jest fikcją, wielu z jej żołnierzy zaraz po odebraniu podarowanej przez interwentów broni ucieka wraz z nią zasilić siły swego klanu, albo przechodzi prosto do Talibów.
W tej sytuacji obietnice Obamy, że zwiększenie wysiłku pozwoli szybko skończyć wojnę, brzmią mało wiarygodnie. I tak też oceniają je inni sojusznicy, którzy, choć niby tacy w Obamie rozkochani, potraktowali jego apele, delikatnie mówiąc, chłodno. Chyba tylko jeden Tusk wykazał dla nich tyle zrozumienia i entuzjazmu.
Oczywiście tylko dlatego, że dostrzegł w tym polską rację stanu.
Rafał A. Ziemkiewicz
http://fakty.interia.pl/fakty-dnia/news/ziemkiewicz-wojna-tuska,1406458
++++++++++++++
PS.
2009-12-07 16:25
Struktury nowej Europy
W niedawnej publikacji na łamach Le Figaro,francuski członek PE,Michel Barnier wyjaśnił że Komisja Europejska jest kolektywnym premierem Unii.
Twarzą tego kolektywu jest przewodniczący KE Jose Manuel Barroso. Komisja składa się obecnie z 27 przedstawicieli republik związkowych desygnowanych przez poszczególne kraje na pięcioletnią kadencję. W praktyce członkowie KE reprezentują jedynie UE a nie poszczególne republiki. Członek komisji kontynuuje swą kadencję nawet wtedy gdy desygnujący go rząd krajowy podaje się do dymisji. Mało tego, od roku 2014 liczba członków zostanie obniżona o jedną trzecią, tak że nie wszystkie republiki związkowe będą miały swego reprezentanta w KE.
Komisja Europejska funkcjonuje nie tylko jako ciało wykonawcze Unii, ale również ustawodawcze wbrew demokratycznej zasadzie rozdziału kompetencji. W strukturze władzy nowego imperium europejskiego jest tym czym było Politbiuro Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Podobnie jak ZSRR, UE posiada też swego prezydenta Hermana Van Rampuy, belgijskiego Flamanda, który przewodzi Radzie Europy.
Zarówno „premier” jaki i prezydent nie pochodzą z wyboru, ale są mianowani w wyniku zakulisowych przetargów unijnych „elit”.
Na wzór sowieckiej Rady Najwyższej, Unia Europejska posiada też parlament, któremu przewodniczy „nasz” Jerzy Buzek. Jedynymi kompetencjami PE jest możliwość zawetowania mianowania członków Komisji Europejskiej i unijnego budżetu. „Parlament” ten nie posiada uprawnień legislacyjnych, jak również wpływu na mianowanie prezydenta. Jego kompetencje są więc znacznie skromniejsze niż te które nominalnie przysługiwały Radzie Najwyższej ZSRR.
Ratyfikując Traktat Lizboński, demokratycznie wybrane parlamenty krajowe scedowały swą narodową suwerenność na UE, redukując się do roli prowincjonalnych ciał ustawodawczych, będących odpowiednikami sowietów poszczególnych republik związkowych ZSRR. Prawa i obowiązki obywateli w stosunku do Unii są nadrzędne w relacji do „prowincjonalnych”. Jedyny wyjątek od tej reguły przysługuje obywatelom i instytucjom niemieckim.
Zgodnie z konstytucją unijną (Traktatem Lizbońskim), dwadzieścia siedem „prowincji” jest prawnie zobowiązanych do „aktywnego udziału w dziele dobrego funkcjonowania Unii”, a tym samym przekładania interesu UE nad narodowe.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że nad metodycznym wprowadzaniem tej zasady w życie czuwać będzie Flamand, prezydent Van Rampuy, który w wywiadzie z 7 listopada tego roku dla tygodnikaElseviers, w następujący sposóbprzedstawiłswe kredo ideologiczne: „Jestem Europejczykiem, ponieważ idea europejska jest antidotum na flamandzki nacjonalizm, odtrutką na Ruch Flamandzki.” Jako prezydent UE, pan Van Rampuy będzie miał teraz okazję wypróbowania swej „odtrutki” na innych nacjach imperium.
Jeżeli narodom europejskimsprzykrzysię to lekarstwo, jedyną drogą uniknięcia dalszej kuracji będzie, z prawnego punktu widzenia, zdrada stanu, polegająca na działaniach destrukcyjnych w stosunku do państwa, którego są obywatelami. Innej alternatywy mieć nie będą.
czwartek, 10 grudnia 2009
... ( ) wreszcie chce

CHCE POWROTU ZIMNEJ WOJNY
Ja. Ten co wiecie, sie sprzeciwial. Rewiduje swoja opinie dzis, i calym sercem popieram. Wojne. Zimna.
Kto chce tlumaczenia, niech czyta. Kto nie, to moze sobie pojsc do kina na ten film. Co to go jeszcze nie widzial. A ja brne.
W tlumaczenia.
Zaraz bedzie 20 lat od czasu, gdy Zwiazek Socjalistycznych Republik Radzieckich przegral ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Polnocnej. Na punkty przegral, bez jednej kulki wystrzelonej. Czy ktos z was gral w Call of Duty? Ja gralem. Wczoraj. W pojedynku miedzy dwoma strzelaczami mozna wybierac rozne opcje. Jedna z nich jest "OBRONCA". Obronca zastrzelony przez przeciwnika pada... detonujac ladunek wybuchowy. Zawodnik nieuwazny, potrafi po zastrzeleniu Obroncy pasc ofiara takiego wlasnie posmiertnego ataku. Dynamitem. Trotylem. Prochem. Acha, tam na punkty nie mozna wygrac.
Od poczatku wiedzialem, ze to zly przyklad.
Konczy sie druga dekada bez sowietow. Skad to, skad? Skad porownanie do Call of Duty? To troche przez grype i syrop kodeinowy. A troche przez to, ze chodzili dookola siebie dwaj zawodnicy i tak groznie sie stroszyli i tak groznie na siebie warczeli i takie spojrzenia miotali.
Ale obaj zyli.
Ruski padl jednak, ciosem z Ray Guna wykonczony. Padl jak kawka i rozpuknal sie na czesci. Czlek jednak glupi jest a jeszcze bardziej czlek amrykanski. Miast nauki wyciagac, tanczyc nad trupem zaczal.
Przewidywac mozna najgorsze.
Amerykan bulknie. Rozpuknie sie ze szczetem. Ruski wstanie jak zawodnik w grze komputerowej - po nowe zycie. Amerykan dostanie minuty karne za samobojstwo. Rusek bedzie sie szarogesil. Teraz on bedzie mial dwadziescia lat na rozpukniecie sie, a przeciwnik na powstanie z kolan.
Wykres matematyczny dwu sinusoid mi sie pojawil na chwile przed wyobrazni okiem. Oscylator wyimaginowany. Jakby tak zgrac je na powrot w fazie, jakby tak fale stojaca uzyskac? Wytlumic i wyposrodkowac? Ameryke z ludzka twarza miec i ruskow z taka sama tez?
Po plecach przebiega mi dreszcz.
To tylko grypa. Wracam do wyra.
posted by n0str0m0 @ 11:16 AM 3 comments
Ja. Ten co wiecie, sie sprzeciwial. Rewiduje swoja opinie dzis, i calym sercem popieram. Wojne. Zimna.
Kto chce tlumaczenia, niech czyta. Kto nie, to moze sobie pojsc do kina na ten film. Co to go jeszcze nie widzial. A ja brne.
W tlumaczenia.
Zaraz bedzie 20 lat od czasu, gdy Zwiazek Socjalistycznych Republik Radzieckich przegral ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Polnocnej. Na punkty przegral, bez jednej kulki wystrzelonej. Czy ktos z was gral w Call of Duty? Ja gralem. Wczoraj. W pojedynku miedzy dwoma strzelaczami mozna wybierac rozne opcje. Jedna z nich jest "OBRONCA". Obronca zastrzelony przez przeciwnika pada... detonujac ladunek wybuchowy. Zawodnik nieuwazny, potrafi po zastrzeleniu Obroncy pasc ofiara takiego wlasnie posmiertnego ataku. Dynamitem. Trotylem. Prochem. Acha, tam na punkty nie mozna wygrac.
Od poczatku wiedzialem, ze to zly przyklad.
Konczy sie druga dekada bez sowietow. Skad to, skad? Skad porownanie do Call of Duty? To troche przez grype i syrop kodeinowy. A troche przez to, ze chodzili dookola siebie dwaj zawodnicy i tak groznie sie stroszyli i tak groznie na siebie warczeli i takie spojrzenia miotali.
Ale obaj zyli.
Ruski padl jednak, ciosem z Ray Guna wykonczony. Padl jak kawka i rozpuknal sie na czesci. Czlek jednak glupi jest a jeszcze bardziej czlek amrykanski. Miast nauki wyciagac, tanczyc nad trupem zaczal.
Przewidywac mozna najgorsze.
Amerykan bulknie. Rozpuknie sie ze szczetem. Ruski wstanie jak zawodnik w grze komputerowej - po nowe zycie. Amerykan dostanie minuty karne za samobojstwo. Rusek bedzie sie szarogesil. Teraz on bedzie mial dwadziescia lat na rozpukniecie sie, a przeciwnik na powstanie z kolan.
Wykres matematyczny dwu sinusoid mi sie pojawil na chwile przed wyobrazni okiem. Oscylator wyimaginowany. Jakby tak zgrac je na powrot w fazie, jakby tak fale stojaca uzyskac? Wytlumic i wyposrodkowac? Ameryke z ludzka twarza miec i ruskow z taka sama tez?
Po plecach przebiega mi dreszcz.
To tylko grypa. Wracam do wyra.
posted by n0str0m0 @ 11:16 AM 3 comments
piątek, 4 grudnia 2009
kiedy.. ( ) zapalą 'reichstag'
Pożar Reichstagu
Data: 27 lutego 1933
Wieczór 27 II 1933 r. w Berlinie był zimny i wietrzny. Niewielu ludzi miało w taką pogodę ochotę przybywać na ulicach. Nikogo też, poza kilkoma nocnymi stróżami nie było w ogromnym gmachu niemieckiego parlamentu - Reichstagu.
Była już godz. 21, gdy pod budynkiem Reichstagu przechodził pewien student. Nagle, do jego uszu doszedł brzęk tłuczonego szkła. Spojrzał w górę - i na jednym z balkonów pierwszego piętra zobaczył postać z pochodnią w ręku. Natychmiast pobiegł na najbliższy posterunek, by poinformować o próbie wzniecenia pożaru.
Zawiadomienie o usiłowaniu podpalenia Reichstagu przyjął oficer dyżurny, Karl Buwert. Zanim jednak powiadomił przełożonych, postanowił osobiście udać się na miejsce zdarzenia, by potwierdzić prawdziwość niecodziennego meldunku.
Pali się!
Wątpliwości nie było. Czerwony blask, dochodzący z wnętrza budynku świadczył o tym, że ogień już się rozprzestrzenił i płonął w kilkunastu miejscach.
Stwierdziwszy, że Reichstag rzeczywiście płonie, Buwert natychmiast wszczął alarm. W ciągu kilku minut okolice Reichstagu zaroiły się od strażaków i policjantów usiłujących otworzyć wszystkie drzwi do budynku. Minęło 19 minut od chwili zauważenia podpalacza, gdy pierwsi strażacy dotarli do sali, w której zbierał się niemiecki parlament. Tam było główne źródło ognia. Płonęły ciężkie, pluszowe zasłony znajdujące się po obu stronach drzwi, paliła się drewniana boazeria, płonął pulpit stenografistki i biurka posłów. Jeden z policjantów zauważył też kilka płonących koszy na śmiecie, ponad 20 podpalonych szmat, a także porzuconą czapkę i krawat. Nie ulegało wątpliwości, że nie był to pożar przypadkowy, lecz dzieło jednego bądź kilku podpalaczy.
Halt! Hände Hoch!
O 21.25 do sali obrad przybyli policjant Helmut Poeschel i inspektor budowlany Alexander Scranowitz. Gdy z przerażeniem patrzyli na trawiący salę posiedzeń ogień, nagle przebiegł koło nich ubrudzony sadzą młody mężczyzna bez koszuli i z rozwianym włosem. Natychmiast krzyknęli, by się zatrzymał i podniósł ręce do góry.
Dlaczego pan to zrobił?!
Zatrzymany młodzieniec nie stawiał oporu. Nie znaleziono przy nim broni, a jedynie scyzoryk, portfel i holenderski paszport na nazwisko Marinus van der Lubbe. Poeschel i Scranowitz nie mieli wątpliwości, że ujęty przez nich człowiek jest podpalaczem. Dlaczego pan to zrobił?! - wykrzyknął Scranowitz. Aby zaprotestować! - wydusił z siebie Holender. Po chwili van der Lubbe został zakuty w kajdanki i wyprowadzony z budynku przez policjantów. W tym momencie, pod gmach Reichstagu podjechało 15 sekcji straży pożarnej. W chwilę później płonący Reichstag polewało wodą 60 strażaków. Po upływie półtorej godziny ogień znalazł się pod kontrolą. Konstrukcja budynku wytrzymała pożar. Jednak najważniejsza część gmachu - sala obrad - spłonęła doszczętnie, a znajdujący się nad nią szklany dach runął w kawałkach na podłogę.
Przerwana kolacja
Minister spraw wewnętrznych Rzeszy i premier Prus, Herman Göring jadł kolację w towarzystwie Adolfa Hitlera, gdy dotarła do nich wiadomość o pożarze Reichstagu. Przeprosiwszy führera, natychmiast udał się na miejsce zdarzeń, by obejrzeć pożar.
"Oto komunistyczna zbrodnia"
Przybyłego na miejsce pożaru Göringa natychmiast otoczył tłum dziennikarzy. Zapytany o to, kto - według niego - mógł podłożyć ogień, Göring nie wahał się ani chwili: " Oto komunistyczna zbrodnia wymierzona w nowy rząd" - zawyrokował. Zaś na rzuconą przez jednego z urzędników parlamentu uwagę, że złapany został tylko jeden sprawca wykrzyknął: "Jeden?! To nie był jeden człowiek, ale dziesięciu, dwudziestu! To sygnał do komunistycznej rewolty!". Na pytanie, w jaki sposób tylu ludzi mogło dostać się do Reichstagu, a następnie niepostrzeżenie uciec z niego minister stwierdził, że podpalacze najprawdopodobniej użyli podziemnych korytarzy łączących parlament ze znajdującym się po przeciwnej stronie ulicy gmachem jego ministerstwa. Następnie znajdujący się wciąż w stanie niezwykłego podniecenia Göring wezwał do natychmiastowej rozprawy z czterema tysiącami członków "partii czerwonego terroru".
Nowy rząd
W momencie podpalenia Reichstagu Hitler był kanclerzem od 29 dni. Lecz naziści nie mieli większości ani w rządzie - w którym tworzyli koalicję z partiami ludowymi i konserwatywnymi, ani w parlamencie, w którym zajmowali zaledwie 33% miejsc. Wkrótce zresztą mogło się to zmienić - 5 marca 1933 miały się odbyć rozpisane przez prezydenta Rzeszy, Paula von Hindenburga, na wniosek kanclerza nowe wybory do Reichstagu.
"Najpierw przyszli po komunistów"
Przedwyborcza kampania przebiegała początkowo spokojnie, by nie rzec - niemrawo. Jednak w dzień po podpaleniu Reichstagu zmieniło się wszystko. Kraj ogarnęła antykomunistyczna histeria. "Trzeba raz na zawsze skończyć z komunistyczną zarazą!" - krzyczały nagłówki gazet sprzyjających NSDAP.
28 II 1933 r. prezydent Hindenburg, opierając się na art. 48 konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1919 r., zgodnie z którym prezydent Rzeszy mógł - w przypadku, gdyby bezpieczeństwo i porządek publiczny w kraju zostały poważnie zagrożone - tymczasowo zawiesić gwarantowane przez Konstytucję prawa obywatelskie (a także użyć wojska w celu przywrócenia porządku) wydał na wniosek Hitlera dekret "O ochronie narodu i państwa". "Dla zabezpieczenia przed zagrażającymi państwu zamachami komunistycznymi" dopuszczalne stają się aresztowania bez nakazu sądu, praktycznie zniesione zostają wolność słowa, prasy, tworzenia związków i organizacji zgromadzeń, dozwolone jest odtąd naruszanie przez policję tajemnicy korespondencji oraz niezapowiedziane rewizje i konfiskaty majątku. Natychmiast ruszyła fala aresztowań. Jej ofiarami w pierwszej kolejności stali się komuniści. Na innych miała dopiero przyjść pora.
Ostatnie wybory
W wywołanej podpaleniem Reichstagu i podjętymi działaniami władz atmosferze histerii i terroru w dniu 5 marca 1933 r. odbyły się wybory do niemieckiego parlamentu. Lecz i w nich naziści nie zdobyli większości miejsc: 288 posłów NSDAP tworzyło 44% spośród wszystkich zasiadających w Reichstagu deputowanych.
Koniec demokracji
Na uratowanie niemieckiej demokracji było jednak już za późno. W 19 dni po wyborach Reichstag ogłosił "ustawę o uwolnieniu narodu i państwa od nieszczęść". Ustawa ta zmieniała obowiązującą konstytucję w ten sposób, że przyznawała prawo do wydawania ustaw rządowi - a nie tylko parlamentowi, jak było wcześniej. Wydawane przez rząd ustawy mogły - co wyraźnie było powiedziane! - być niezgodne z konstytucją. Nie mogły jedynie naruszać uprawnień i samych instytucji Reichstagu oraz prezydenta.
Ein Partei
14 lipca 1933 r. rząd Adolfa Hitlera postanowił: jedyną partią polityczną w Rzeszy jest odtąd Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza. Każdy, kto usiłuje podtrzymać organizacyjną formę innej partii politycznej bądź założyć nową partię, podlega karze ciężkich robót lub więzienia do lat 3.
Proces lipski
Proces o podpalenie Reichstagu toczył się w dniach 20 września 1933 - 23 grudnia 1933 przed najwyższą instancją niemieckiego sądownictwa: Sądem Rzeszy (Reichsgericht) w Lipsku. Na ławie oskarżonych, oprócz ujętego in flagranti Marinusa van der Lubbe zasiedli przywódca frakcji posłów komunistycznych w Reichstagu Ernst Torgler i trzech bułgarskich komunistów: Georgi Dymitrow (późniejszy komunistyczny dyktator Bułgarii), B. Popow i W. Tanew.
Oskarżenie, którego głównym świadkiem był Göring usiłowało przedstawić pożar jako wynik komunistycznego spisku. Lecz mimo pojawienia się przed sądem wielu prominentnych świadków prokuraturze nie udało się wykazać związku między van der Lubbem a pozostałymi "spiskowcami". Georgi Dymitrow udowodnił Göringowi szereg nieścisłości w jego zeznaniach. W rezultacie sąd uwolnił Torglera i Bułgarów od postawionych przeciwko nim zarzutów. Tylko van der Lubbe, który od samego początku nader ochoczo przyznawał się do podłożenia ognia, został skazany na karę śmierci i 10 stycznia 1934 ścięty na gilotynie.
Wina van der Lubbego
Pozostaje pytanie: kto naprawdę podpalił Reichstag? Co do tego, że van der Lubbe był winny, nie ma poważnych wątpliwości. Świadczyło o tym ujęcie go na miejscu zbrodni, jego zeznania, w czasie których wykazał się niezwykłą znajomością wszelkich szczegółów wydarzeń z 27 II 1933 r., a także przeprowadzona z jego udziałem wizja lokalna, w trakcie której okazało się, iż rzeczywiście był on w stanie w krótkim czasie rozniecić ogień w kilkudziesięciu miejscach, używając w tym celu łatwopalnej substancji i strzępów swojej marynarki.
Czy tylko on?
Nie wyjaśniona pozostaje najbardziej zasadnicza kwestia: czy van der Lubbe działał sam? Wydaje się to mało prawdopodobne. Marinus van der Lubbe był człowiekiem ułomnym zarówno fizycznie (na skutek wypadku w dzieciństwie był na wpół ślepy i miał trudności z poruszaniem się), jak również psychicznie niezrównoważonym. Jego zeznania na temat motywów podpalenia Reichstagu były chaotyczne i niekonsekwentne. Zapytany o to, kto mu kazał podpalić Reichstag, pewnego razu odpowiedział, że kierowały nim "wewnętrzne głosy". Trudno było też - mimo jego deklaracji - nazwać go komunistą. Nie miał pojęcia o komunistycznej ideologii, a jedynym jego związkiem z partią była krótkotrwała przynależność do holenderskiej komórki młodzieżowej w roku 1925, czyli wówczas, gdy van der Lubbe miał 16 lat. Wydaje się wątpliwe, by ktoś taki mógł samodzielnie podjąć i wykonać plan podpalenia Reichstagu.
"To ja podpaliłem Reichstag"
Tak więc - mimo, iż wraz z egzekucją van der Lubbego sprawa o podpalenie Reichstagu została oficjalnie zamknięta, spekulacje na temat prawdziwego przebiegu wypadków nigdy się nie skończyły. Kilkunastu z oskarżonych w Procesie Norymberskim zbrodniarzy wojennych zeznało, że spiskiem, w wyniku którego został podpalony Reichstag, ponad wszelką wątpliwość kierował Herman Göring. Natomiast gen. Franz Kalder, szef sztabu generalnego w początkowym okresie wojny, twierdził że gdy podczas przyjęcia na cześć Hitlera w 1942 r. jeden z gości wspomniał o wydarzeniach z 1933 r. Göring przerwał mu gwałtownie i odparł: "Jedyną osobą, która rzeczywiście wie coś na temat Reichstagu jestem ja, gdyż to właśnie ja go podpaliłem!". Czy była to prawda? Pewności co do tego nie ma, gdyż Göring znany był z tego, że lubił się przechwalać.
Bartłomiej Kozłowski, 2004
--------------------------------------------------------------------------------
KONIEC WEIMARREPUBLIK.
Uderzenie na partie komunistyczną w przeddzień wyborów przyniosło hitlerowcom spodziewane profity. W czasie głosowania otrzymali oni 17.277.000 głosów . Hitler wiedział jednak, że jeszcze nie może działać totalnie poza prawem. Mimo wszystko jego NSDAP nie zdobyła większości potrzebnej do zmiany konstytucji. Potrzebował głosów partii Centrum. Nieprzypadkowo w swym oświadczeniu rządowym z dnia 1 lutego a później w expose kanclerza w dniu otwarcia sesji Hitler tak często podkreślał gwarancję ze strony państwa dla wszystkich chrześcijańskich związków wyznaniowych. Ostatecznie Centrum poparło tezę rządu Hitlera o „zjednoczeniu narodu”. Przywódca Centrum prałat Ludwik Kaas wierzył, że autorytet Hindenburga może zapobiec zbyt radykalnym poczynaniom Hitlera. 21 marca dochodzi do obrad ostatniego z „weimarskich” wyborów parlamentu Rzeszy.
Data: 27 lutego 1933
Wieczór 27 II 1933 r. w Berlinie był zimny i wietrzny. Niewielu ludzi miało w taką pogodę ochotę przybywać na ulicach. Nikogo też, poza kilkoma nocnymi stróżami nie było w ogromnym gmachu niemieckiego parlamentu - Reichstagu.
Była już godz. 21, gdy pod budynkiem Reichstagu przechodził pewien student. Nagle, do jego uszu doszedł brzęk tłuczonego szkła. Spojrzał w górę - i na jednym z balkonów pierwszego piętra zobaczył postać z pochodnią w ręku. Natychmiast pobiegł na najbliższy posterunek, by poinformować o próbie wzniecenia pożaru.
Zawiadomienie o usiłowaniu podpalenia Reichstagu przyjął oficer dyżurny, Karl Buwert. Zanim jednak powiadomił przełożonych, postanowił osobiście udać się na miejsce zdarzenia, by potwierdzić prawdziwość niecodziennego meldunku.
Pali się!
Wątpliwości nie było. Czerwony blask, dochodzący z wnętrza budynku świadczył o tym, że ogień już się rozprzestrzenił i płonął w kilkunastu miejscach.
Stwierdziwszy, że Reichstag rzeczywiście płonie, Buwert natychmiast wszczął alarm. W ciągu kilku minut okolice Reichstagu zaroiły się od strażaków i policjantów usiłujących otworzyć wszystkie drzwi do budynku. Minęło 19 minut od chwili zauważenia podpalacza, gdy pierwsi strażacy dotarli do sali, w której zbierał się niemiecki parlament. Tam było główne źródło ognia. Płonęły ciężkie, pluszowe zasłony znajdujące się po obu stronach drzwi, paliła się drewniana boazeria, płonął pulpit stenografistki i biurka posłów. Jeden z policjantów zauważył też kilka płonących koszy na śmiecie, ponad 20 podpalonych szmat, a także porzuconą czapkę i krawat. Nie ulegało wątpliwości, że nie był to pożar przypadkowy, lecz dzieło jednego bądź kilku podpalaczy.
Halt! Hände Hoch!
O 21.25 do sali obrad przybyli policjant Helmut Poeschel i inspektor budowlany Alexander Scranowitz. Gdy z przerażeniem patrzyli na trawiący salę posiedzeń ogień, nagle przebiegł koło nich ubrudzony sadzą młody mężczyzna bez koszuli i z rozwianym włosem. Natychmiast krzyknęli, by się zatrzymał i podniósł ręce do góry.
Dlaczego pan to zrobił?!
Zatrzymany młodzieniec nie stawiał oporu. Nie znaleziono przy nim broni, a jedynie scyzoryk, portfel i holenderski paszport na nazwisko Marinus van der Lubbe. Poeschel i Scranowitz nie mieli wątpliwości, że ujęty przez nich człowiek jest podpalaczem. Dlaczego pan to zrobił?! - wykrzyknął Scranowitz. Aby zaprotestować! - wydusił z siebie Holender. Po chwili van der Lubbe został zakuty w kajdanki i wyprowadzony z budynku przez policjantów. W tym momencie, pod gmach Reichstagu podjechało 15 sekcji straży pożarnej. W chwilę później płonący Reichstag polewało wodą 60 strażaków. Po upływie półtorej godziny ogień znalazł się pod kontrolą. Konstrukcja budynku wytrzymała pożar. Jednak najważniejsza część gmachu - sala obrad - spłonęła doszczętnie, a znajdujący się nad nią szklany dach runął w kawałkach na podłogę.
Przerwana kolacja
Minister spraw wewnętrznych Rzeszy i premier Prus, Herman Göring jadł kolację w towarzystwie Adolfa Hitlera, gdy dotarła do nich wiadomość o pożarze Reichstagu. Przeprosiwszy führera, natychmiast udał się na miejsce zdarzeń, by obejrzeć pożar.
"Oto komunistyczna zbrodnia"
Przybyłego na miejsce pożaru Göringa natychmiast otoczył tłum dziennikarzy. Zapytany o to, kto - według niego - mógł podłożyć ogień, Göring nie wahał się ani chwili: " Oto komunistyczna zbrodnia wymierzona w nowy rząd" - zawyrokował. Zaś na rzuconą przez jednego z urzędników parlamentu uwagę, że złapany został tylko jeden sprawca wykrzyknął: "Jeden?! To nie był jeden człowiek, ale dziesięciu, dwudziestu! To sygnał do komunistycznej rewolty!". Na pytanie, w jaki sposób tylu ludzi mogło dostać się do Reichstagu, a następnie niepostrzeżenie uciec z niego minister stwierdził, że podpalacze najprawdopodobniej użyli podziemnych korytarzy łączących parlament ze znajdującym się po przeciwnej stronie ulicy gmachem jego ministerstwa. Następnie znajdujący się wciąż w stanie niezwykłego podniecenia Göring wezwał do natychmiastowej rozprawy z czterema tysiącami członków "partii czerwonego terroru".
Nowy rząd
W momencie podpalenia Reichstagu Hitler był kanclerzem od 29 dni. Lecz naziści nie mieli większości ani w rządzie - w którym tworzyli koalicję z partiami ludowymi i konserwatywnymi, ani w parlamencie, w którym zajmowali zaledwie 33% miejsc. Wkrótce zresztą mogło się to zmienić - 5 marca 1933 miały się odbyć rozpisane przez prezydenta Rzeszy, Paula von Hindenburga, na wniosek kanclerza nowe wybory do Reichstagu.
"Najpierw przyszli po komunistów"
Przedwyborcza kampania przebiegała początkowo spokojnie, by nie rzec - niemrawo. Jednak w dzień po podpaleniu Reichstagu zmieniło się wszystko. Kraj ogarnęła antykomunistyczna histeria. "Trzeba raz na zawsze skończyć z komunistyczną zarazą!" - krzyczały nagłówki gazet sprzyjających NSDAP.
28 II 1933 r. prezydent Hindenburg, opierając się na art. 48 konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1919 r., zgodnie z którym prezydent Rzeszy mógł - w przypadku, gdyby bezpieczeństwo i porządek publiczny w kraju zostały poważnie zagrożone - tymczasowo zawiesić gwarantowane przez Konstytucję prawa obywatelskie (a także użyć wojska w celu przywrócenia porządku) wydał na wniosek Hitlera dekret "O ochronie narodu i państwa". "Dla zabezpieczenia przed zagrażającymi państwu zamachami komunistycznymi" dopuszczalne stają się aresztowania bez nakazu sądu, praktycznie zniesione zostają wolność słowa, prasy, tworzenia związków i organizacji zgromadzeń, dozwolone jest odtąd naruszanie przez policję tajemnicy korespondencji oraz niezapowiedziane rewizje i konfiskaty majątku. Natychmiast ruszyła fala aresztowań. Jej ofiarami w pierwszej kolejności stali się komuniści. Na innych miała dopiero przyjść pora.
Ostatnie wybory
W wywołanej podpaleniem Reichstagu i podjętymi działaniami władz atmosferze histerii i terroru w dniu 5 marca 1933 r. odbyły się wybory do niemieckiego parlamentu. Lecz i w nich naziści nie zdobyli większości miejsc: 288 posłów NSDAP tworzyło 44% spośród wszystkich zasiadających w Reichstagu deputowanych.
Koniec demokracji
Na uratowanie niemieckiej demokracji było jednak już za późno. W 19 dni po wyborach Reichstag ogłosił "ustawę o uwolnieniu narodu i państwa od nieszczęść". Ustawa ta zmieniała obowiązującą konstytucję w ten sposób, że przyznawała prawo do wydawania ustaw rządowi - a nie tylko parlamentowi, jak było wcześniej. Wydawane przez rząd ustawy mogły - co wyraźnie było powiedziane! - być niezgodne z konstytucją. Nie mogły jedynie naruszać uprawnień i samych instytucji Reichstagu oraz prezydenta.
Ein Partei
14 lipca 1933 r. rząd Adolfa Hitlera postanowił: jedyną partią polityczną w Rzeszy jest odtąd Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza. Każdy, kto usiłuje podtrzymać organizacyjną formę innej partii politycznej bądź założyć nową partię, podlega karze ciężkich robót lub więzienia do lat 3.
Proces lipski
Proces o podpalenie Reichstagu toczył się w dniach 20 września 1933 - 23 grudnia 1933 przed najwyższą instancją niemieckiego sądownictwa: Sądem Rzeszy (Reichsgericht) w Lipsku. Na ławie oskarżonych, oprócz ujętego in flagranti Marinusa van der Lubbe zasiedli przywódca frakcji posłów komunistycznych w Reichstagu Ernst Torgler i trzech bułgarskich komunistów: Georgi Dymitrow (późniejszy komunistyczny dyktator Bułgarii), B. Popow i W. Tanew.
Oskarżenie, którego głównym świadkiem był Göring usiłowało przedstawić pożar jako wynik komunistycznego spisku. Lecz mimo pojawienia się przed sądem wielu prominentnych świadków prokuraturze nie udało się wykazać związku między van der Lubbem a pozostałymi "spiskowcami". Georgi Dymitrow udowodnił Göringowi szereg nieścisłości w jego zeznaniach. W rezultacie sąd uwolnił Torglera i Bułgarów od postawionych przeciwko nim zarzutów. Tylko van der Lubbe, który od samego początku nader ochoczo przyznawał się do podłożenia ognia, został skazany na karę śmierci i 10 stycznia 1934 ścięty na gilotynie.
Wina van der Lubbego
Pozostaje pytanie: kto naprawdę podpalił Reichstag? Co do tego, że van der Lubbe był winny, nie ma poważnych wątpliwości. Świadczyło o tym ujęcie go na miejscu zbrodni, jego zeznania, w czasie których wykazał się niezwykłą znajomością wszelkich szczegółów wydarzeń z 27 II 1933 r., a także przeprowadzona z jego udziałem wizja lokalna, w trakcie której okazało się, iż rzeczywiście był on w stanie w krótkim czasie rozniecić ogień w kilkudziesięciu miejscach, używając w tym celu łatwopalnej substancji i strzępów swojej marynarki.
Czy tylko on?
Nie wyjaśniona pozostaje najbardziej zasadnicza kwestia: czy van der Lubbe działał sam? Wydaje się to mało prawdopodobne. Marinus van der Lubbe był człowiekiem ułomnym zarówno fizycznie (na skutek wypadku w dzieciństwie był na wpół ślepy i miał trudności z poruszaniem się), jak również psychicznie niezrównoważonym. Jego zeznania na temat motywów podpalenia Reichstagu były chaotyczne i niekonsekwentne. Zapytany o to, kto mu kazał podpalić Reichstag, pewnego razu odpowiedział, że kierowały nim "wewnętrzne głosy". Trudno było też - mimo jego deklaracji - nazwać go komunistą. Nie miał pojęcia o komunistycznej ideologii, a jedynym jego związkiem z partią była krótkotrwała przynależność do holenderskiej komórki młodzieżowej w roku 1925, czyli wówczas, gdy van der Lubbe miał 16 lat. Wydaje się wątpliwe, by ktoś taki mógł samodzielnie podjąć i wykonać plan podpalenia Reichstagu.
"To ja podpaliłem Reichstag"
Tak więc - mimo, iż wraz z egzekucją van der Lubbego sprawa o podpalenie Reichstagu została oficjalnie zamknięta, spekulacje na temat prawdziwego przebiegu wypadków nigdy się nie skończyły. Kilkunastu z oskarżonych w Procesie Norymberskim zbrodniarzy wojennych zeznało, że spiskiem, w wyniku którego został podpalony Reichstag, ponad wszelką wątpliwość kierował Herman Göring. Natomiast gen. Franz Kalder, szef sztabu generalnego w początkowym okresie wojny, twierdził że gdy podczas przyjęcia na cześć Hitlera w 1942 r. jeden z gości wspomniał o wydarzeniach z 1933 r. Göring przerwał mu gwałtownie i odparł: "Jedyną osobą, która rzeczywiście wie coś na temat Reichstagu jestem ja, gdyż to właśnie ja go podpaliłem!". Czy była to prawda? Pewności co do tego nie ma, gdyż Göring znany był z tego, że lubił się przechwalać.
Bartłomiej Kozłowski, 2004
--------------------------------------------------------------------------------
KONIEC WEIMARREPUBLIK.
Uderzenie na partie komunistyczną w przeddzień wyborów przyniosło hitlerowcom spodziewane profity. W czasie głosowania otrzymali oni 17.277.000 głosów . Hitler wiedział jednak, że jeszcze nie może działać totalnie poza prawem. Mimo wszystko jego NSDAP nie zdobyła większości potrzebnej do zmiany konstytucji. Potrzebował głosów partii Centrum. Nieprzypadkowo w swym oświadczeniu rządowym z dnia 1 lutego a później w expose kanclerza w dniu otwarcia sesji Hitler tak często podkreślał gwarancję ze strony państwa dla wszystkich chrześcijańskich związków wyznaniowych. Ostatecznie Centrum poparło tezę rządu Hitlera o „zjednoczeniu narodu”. Przywódca Centrum prałat Ludwik Kaas wierzył, że autorytet Hindenburga może zapobiec zbyt radykalnym poczynaniom Hitlera. 21 marca dochodzi do obrad ostatniego z „weimarskich” wyborów parlamentu Rzeszy.
Zanim jednak przystąpił on do obradowania w życie weszły już trzy rozporządzenia prezydenckie: „o zwalczaniu podziemnej działalności przeciw rządowi narodowego odrodzenia”,” o powołaniu sądów specjalnych” oraz o amnestii za „czyny przestępcze popełnione w związku z rewolucją narodową”. Parlament przyjął to do wiadomości i uznał ciężkie kary za czyny popełnione przez przeciwników politycznych jednocześnie zwalniając od odpowiedzialność karnej katów.
Hitler za wszelką cenę dążył do tego, aby w ogóle wykluczyć parlament z procesu tworzenia prawa. Już dwa dni później odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o pełnomocnictwach. Reichstag naniósł niewielkie zmiany redakcyjne i przystąpił do głosowania, którego wynik mógł być tylko jeden. „Większością głosów 441 przeciw 94 głosom posłów socjaldemokratycznych, a więc dzięki poparciu wszystkich pozostałych grup parlamentarnych parlament uchwalił ustawę nazwaną pompatycznie „ustawą o usunięciu zagrożenia narodu i państwa”, nazywaną jednak częściej „ustawą o pełnomocnictwach” .
Co to była za ustawa? Był to akt prawny składający się z pięciu dosyć luźno powiązanych artykułów. Pierwszy artykuł o tym, iż rząd Rzeszy może uchwalić prawa powszechnie obowiązujące bez żadnych ograniczeń rzeczowych, które mogą być sprzeczne z konstytucją (art.2). z tego prawa mógł skorzystać tylko rząd, o czym mówił artykuł 5. Pełnomocnictwa te zostały przyjęte na 4 lata, czyli do 1 kwietnia 1937 roku. Był to ostateczny akt zdobycia władzy przez Adolfa Hitlera. W wyniku takich działań dochodzi do swojego rodzaju paradoksu władzy. Otóż na podstawie artykułu 53 konstytucji głowa państwa, czyli prezydent (Hindenburg) mógł w każdej chwili odwołać kanclerza, jednak kanclerz korzystając z nadanych mu praw mógł zmienić każdy przepis konstytucji. „ Dla historyka jest to tylko kwestia do akademickiego sporu. Hitler nie miał żadnej racji występowania przeciw Hindenburgowi, a odwrotnie, potrzebował jeszcze jego moralnego autorytetu, zwłaszcza wobec generalicji, aby pozyskać dalsze jej poparcie” .
Kolejną przeszkodą, jaka stała na drodze jedności narodowej, jaką głosił Hitler był niemiecki federalizm. Fuhrer był zdecydowanym przeciwnikiem tego typu systemu. Dowodem na to jest poświecony tej problematyce oddzielny rozdział w Mein Kampf. Pisał: ”Ponieważ dla nas państwo nie jest tylko formą, ale istotą jego jest treść, narodowość, naród, jest rzeczą oczywistą, że jego suwerennym interesom muszą być podporządkowane wszystkie inne” .
Działania mające na celu ujednolicenie państwa rozpoczęły się od uchwalenia ustawy z dnia 31 marca 1933 roku. Na mocy wspomnianego aktu prawnego rozwiązano wszystkie parlamenty krajowe z wyjątkiem Landtagu pruskiego. W ich miejsce powołani zostali nowi kandydaci, którzy wybrani zostali „kierując się kryterium repartycji głosów oddanych w wyborach do Reichstagu z 5 marca 1933 roku” . Kolejna ustawa mająca na celu ujednolicenie kraju wydano tydzień później. Wprowadzała ona we wszystkich krajach niemieckich z wyjątkiem Prus urząd namiestnika Rzeszy. Byli oni powoływani przez prezydenta na wniosek kanclerza. „ Zadaniem namiestników Rzeszy, sprecyzowanym wyraźnie w ustawie była troska o prowadzenie (w krajach niemieckich) polityki wytyczonej przez kanclerza” . Kadencja namiestnika miała trwać 4 lata.
Działania mające na celu ujednolicenie państwa rozpoczęły się od uchwalenia ustawy z dnia 31 marca 1933 roku. Na mocy wspomnianego aktu prawnego rozwiązano wszystkie parlamenty krajowe z wyjątkiem Landtagu pruskiego. W ich miejsce powołani zostali nowi kandydaci, którzy wybrani zostali „kierując się kryterium repartycji głosów oddanych w wyborach do Reichstagu z 5 marca 1933 roku” . Kolejna ustawa mająca na celu ujednolicenie kraju wydano tydzień później. Wprowadzała ona we wszystkich krajach niemieckich z wyjątkiem Prus urząd namiestnika Rzeszy. Byli oni powoływani przez prezydenta na wniosek kanclerza. „ Zadaniem namiestników Rzeszy, sprecyzowanym wyraźnie w ustawie była troska o prowadzenie (w krajach niemieckich) polityki wytyczonej przez kanclerza” . Kadencja namiestnika miała trwać 4 lata.
Następnym krokiem była tak zwana ustawa o „przebudowie Rzeszy” z 30 stycznia 1934 roku. Tymczasem 14 października sfinalizowany zostaje kolejny krok na drodze do zniesienia federalizmu niemieckiego. Owego dnia rozwiązany został Reichstag a wraz z nim wszystkie parlamenty krajowe. Było to działanie łamiące postanowienia pierwszej ustawy „ujednolicającej”. Kolejne wybory wyznaczone zostały na dzień 12 listopada wraz z referendum ludowym. W referendum ludność miała się ustosunkować do polityki wewnętrznej i zagranicznej prowadzonej przez Hitlera. Wybory do krajowych parlamentów nie zostały rozpisane. „Przy frekwencji wyborczej wynoszącej 95,2% jedyna lista NSDAP zdobyła 39,639 tysięcy głosów, czyli 92,2%. W głosowaniu powszechnym przy frekwencji 96,3% oddano 40.632.628 głosów „tak” i 2.101.191 głosów „nie” . Był to kolejny triumf polityczny Adolfa Hitlera. W nowo wybranym Reichstagu zasiadało 639 posłów NSDAP i 22 „gości” . To właśnie na drugim posiedzeniu tego parlamentu została uchwalona wspomniana przeze mnie wcześniej ustawa o „przebudowie Rzeszy”.
Ustawa ta podobnie jak poprzednie tego typu akty miała charakter bardzo lakoniczny. Składała się tylko z 6 artykułów. Był to ostateczny zamach na niemieckie kraje związkowe, celem, którego było doprowadzenie do skrajnego scentralizowania władzy. Jeszcze większe znaczenie dla centralizacji aparatu administracyjnego miało rozporządzenie o zależności służbowej nadprezydentów prowincji w Prusach. Jednym słowem stali się oni stałymi przedstawicielami Rzeszy w prowincjach. Stali się osobami ponad uprawnieniami zwierzchnika administracji, jakim był minister spraw wewnętrznych Prus.
Ustawa ta podobnie jak poprzednie tego typu akty miała charakter bardzo lakoniczny. Składała się tylko z 6 artykułów. Był to ostateczny zamach na niemieckie kraje związkowe, celem, którego było doprowadzenie do skrajnego scentralizowania władzy. Jeszcze większe znaczenie dla centralizacji aparatu administracyjnego miało rozporządzenie o zależności służbowej nadprezydentów prowincji w Prusach. Jednym słowem stali się oni stałymi przedstawicielami Rzeszy w prowincjach. Stali się osobami ponad uprawnieniami zwierzchnika administracji, jakim był minister spraw wewnętrznych Prus.
Na drodze Hitlera do dyktatorskiej władzy pozostał już tylko mało znaczący krok.
Chodziło o urząd prezydenta, który sprawowany był przez człowieka stanowiącego symbol dla wielu Niemców a mianowicie Hindenburga.
Na szczęście dla Hitlera można powiedzieć, że problem sam się rozwiązał. Dnia 2 sierpnia 1934 roku Hindenburg zmarł pozostawiając testament polityczny. W owym piśmie ustanawia on Hitlera swym następcą. Mając w ręku tak mocny argument rząd Rzeszy w przeddzień śmierci prezydenta, gdy jego stan był już beznadziejny uchwalił ustawę o połączeniu w jedno urzędu prezydenta i kanclerza Rzeszy.
Hitler posłużył się swego rodzaju grą słów. 2 sierpnia 1934 roku wydał „zarządzenie wykonawcze adresowane do ministra spraw wewnętrznych Fricka. W pierwszym punkcie Hitler zniósł tytuł prezydenta jako rzekomo „związany na zawsze z osobą zmarłego”, nakazując tytułować się „wodzem i kanclerzem Rzeszy” . W drugim punkcie wspomnianego zarządzenia Hitler domagał się potwierdzenia ustawy o głowie państwa przez plebiscyt powszechny w trybie ustawy z 14 lipca 1934 roku. Plebiscyt odbył się zaraz po dostarczeniu opinii publicznej testamentu Hindenburga. W głosowaniu przygniatająco przewagą głosów wygrali popierający ową ustawę.
Hitler posłużył się swego rodzaju grą słów. 2 sierpnia 1934 roku wydał „zarządzenie wykonawcze adresowane do ministra spraw wewnętrznych Fricka. W pierwszym punkcie Hitler zniósł tytuł prezydenta jako rzekomo „związany na zawsze z osobą zmarłego”, nakazując tytułować się „wodzem i kanclerzem Rzeszy” . W drugim punkcie wspomnianego zarządzenia Hitler domagał się potwierdzenia ustawy o głowie państwa przez plebiscyt powszechny w trybie ustawy z 14 lipca 1934 roku. Plebiscyt odbył się zaraz po dostarczeniu opinii publicznej testamentu Hindenburga. W głosowaniu przygniatająco przewagą głosów wygrali popierający ową ustawę.
Tym samym Hitler skupił w swoim ręku uprawnienia władzy centralnej. Akcja ujednolicania była prowadzona również na innych płaszczyznach. Jak pisze Richard Grunberg w swojej książce „Historia społeczna Trzeciej Rzeszy”
tzw. ujednolicenie osiągano „po części przymusem, po części zaś tresurą tych , którzy byli jeszcze w uczelniach” .
Wszyscy praktykujący prawnicy zrzeszeni zostali w jednym związku. Sąd honorowy dysponował nadzwyczaj skutecznymi sankcjami dyscyplinarnymi. „ Członkowie związku nie stosujący pozdrowienia Heil Hitler otrzymywali surowe nagany, a ci, którzy uchylali się od wyborów do Reichstagu i innych oficjalnych plebiscytów, mogli być nawet wykluczeni z izby adwokackiej” .
http://www.trzeciarzesza.info/przebudowa-panstwa-r336.htm
http://www.trzeciarzesza.info/przebudowa-panstwa-r336.htm
Subskrybuj:
Posty (Atom)
