o * H e r o i z m i e

Isten, a*ldd meg a Magyart
Patron strony

Zniewolenie jest ceną jaką trzeba płacić za nieznajomość prawdy lub za brak odwagi w jej głoszeniu.* * *

Naród dumny ginie od kuli , naród nikczemny ginie od podatków * * *


* "W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie." - Adam Jerzy książę Czartoryski, w. XIX.


*************************

WPŁATY POLSKI do EU 2014 :
17 mld 700 mln 683 tys. zł.
1 mld 492 mln / mies
40 mln d z i e n n i e

50%
Dlaczego uważasz, że t a c y nie mieliby cię okłamywać?

W III RP trwa noc zakłamania, obłudy i zgody na wszelkie postacie krzywdy, zbrodni i bluźnierstw. Rządzi państwem zwanym III RP rozbójnicza banda złoczyńców tym różniących się od rządców PRL, iż udają katolików

Ks. Stanisław Małkowski

* * * * * * * * *

sobota, 28 maja 2011

ratowanie POpolszy * Suwałki



 

 

2011/05/29


Ekran moze i Nowy ...

ale film stary jak PRL.

Bloger znany jako ŁŁomuch wyprawil sobie wlasnie publiczny pogrzeb wpisem
http://lazacylazarz.nowyekran.pl/post/15664,juz-nie-moge-z-tym-baczkiem-vel-sciosem
Nie mozna powiedziec, ze byl to piekny pogrzeb, przeciwnie pogrzeb tak jak i artykul byly obrzydliwe i odpychajace. Jezeli ktos o mocnych nerwach przeczyta wpis ŁŁomucha, radze wrocic na samą gore strony i spojrzec autorowi gleboko w oczy.

Nasuwają sie dwa skojarzenia. Pierwsze, Palikot. Palikot atakujacy Prezydenta niczym nie popartymi oszczerstwami w rodzaju "Prezydent byl pijany. Prezydent to alkoholik." Otoz ŁŁomuch jest chamem na miare Palikota, a uzasadnieniem tego jest zawartosc linkowanej powyzej wypowiedzi. ŁŁomuch to cham odmieniajacy przez wszystkie przypadki swojej nienawisci slowa Scios, Bączek i pulkownik sluzb. Cham nie majacy absolutnie zadnych dowodow na poparcie swoich plugawosci, ani zadnych oporow w opluwaniu przyzwoitych ludzi.
Co prawda admin NE Mustrum twierdzi, ze "są dowody, które przeczą twierdzeniu Bączka, ale to nie moja sprawa o nich mówić", ale stwierdzenie takie cuchnie wyraznie Jerzym Millerem i jego pogrozkami o preparowaniu rzeczy, ktore zabolą Polakow.
Polemika z chamską agresją Palikota nie miala najmniejszego sensu, podobnie nie ma sensu tlumaczenie sie przed kolejnym rownie agresywnym chamem ŁŁ.

Drugie skojarzenie to Leski, twarda sztuka, latami celebrowal i odkladal wlasny pogrzeb, kluczyl, unikal, ignorowal, ludzie pisali mu, ze jest obroncą kapusi, a on pisal pisal o kotach i innych bachorach. Po latach rzucania kamykow ruszyla lawina i Leskiemu pekla zylka blogerska, zdychal jednak z twardym "gon sie Jankey" na ustach.
W aferze ŁŁ lawina ruszyla natychmiast po ogloszeniu zamiaru tworzenia "trzeciej sily". Nikt nie przypuszczal, ze lawina ta natychmiast zredukuje ŁŁ do spazmatycznie rozhisteryzowanej starej baby cierpiacej na wyjatkowo nieprzyjemną biegunke slowną.
Tak czy owak ŁŁ skonczyl sie jako bloger i jako redaktor naczelny "niezaleznego" portalu.

Czy netowe samobojstwo ŁŁomucha ma cos wspolnego z masowymi samobojstwami lemingow?
Moja diagnoza jest inna. Podobne zjawisko obserwowano znacznie wczesniej i na znacznie mniejsza skale.
"A było tam stado wielu wieprzów, pasących się na górze; i prosili, aby im w nie dopuścił wejść; i dopuścił im. Wyszli tedy czarci z człowieka i weszli w wieprze, i stado pędem wpadło z urwistego brzegu w jezioro i utonęło."

"Nowe Biesy" czy "Nowa ŁŁomuna"?

Odpowiedz pozostawiam czytelnikom.

O, jakże szybko nastrój prysnął wzniosły!
Albowiem w kraju tym zaczarowanym
gdzie – jak w złej bajce – ludźmi rządzą osły
jakież tu mogą być właściwie zmiany?

Tu tylko szpiclom coraz większe uszy
rosną, milicji – coraz dłuższe pałki,
i coraz bardziej pustka rośnie w duszy,
i coraz bardziej mózg się robi miałki.
Tu tylko może prosperować gnida,
cwaniak i kurwa, łotr i donosiciel...

Janusz Szpotański


(ok. 1975)
IMPERTYNATOR  *

Najwyższy urzędnik Czerwonego Krzyża przyjeżdża do Gienieralnoj Guberniji

Chyba wyłącznie po to, aby ustalić, kto zapłaci za leczenie zbyt długo przesłuchiwanych. Może również dla pobrania wymiarów na specjalny bagażnik, zaprojektowany dla Jarosława.

Bo Rosja nie odpuści gazu łupkowego.

Jej polskojęzyczna emanacja rozdała amerykańskim koncernom licencje na wiercenia, gdyż tylko te koncerny mają odpowiednią techologię, żeby sprawdzić co i ile tam jest.

Teraz przechodzimy do fazy drugiej.

Jeśli nie uda się przejąć od Amerykanów już rozkręconego interesu lub wejść do niego z pozycji siły, na przykład przejmując całą, gazową sieć przesyłową w Polsce (szanse na to w przyszłości okażą się zbyt nikłe), uniemożliwi im się wydobycie.

Przede wszystkim poprzez zarząd Guberni, a oprócz tego - opłacane przez Gazprom eko-szczyle, skorumpowani "naukawcy" i brukselscy urzędnicy.

Bezczelność Wałęsy, który od kilkudziesięciu lat ściga się ze wszystkimi w usłużności wobec Moskwy, to bardzo specyficzny sygnał. On i jego mocodawcy bardzo by chcieli, żeby ten dosyć chamski afront wobec Prezydenta USA poszedł w światowej i amerykańskiej opinii publicznej na konto Polski.

Liczyli na to, że uda im się w ten montaż wplątać Kaczyńskiego. Nie wyszło, Bolek znowu musiał wszystko zrobić sam.
++++++++++++++

Suwalskie złoża warte więcej niż złoto całego świata...


Debatę na temat kopalni rud polimetalicznych w Szurpiłach k. Suwałk w ramach dyskusji nad strategią dla tzw. Ściany Wschodniej proponuje Jerzy Ząbkiewicz, przewodniczący Stowarzyszenia Samorządna Suwalszczyzna. – Pospierajmy się na argumenty, a nie wyobrażenia – przekonuje przewodniczący.

Jak bumerang powraca (przynajmniej w kręgach naukowców oraz mieszkańców Suwalszczyzny) w ostatnich miesiącach sprawa złóż polimetalicznych na Suwalszczyźnie. Spierają się ze sobą zwolennicy i przeciwnicy ich wydobywania. Jedni widzą wielką szansę gospodarczą nie tylko Polski północno-wschodniej, ale całej Rzeczypospolitej. Inni snują księżycowy krajobraz, gdyby nie daj Bóg – ktoś odważył się wbić kilof w piękną ziemię suwalską.



Droższe od złota

W ciągu trwających 40 lat badań geologicznych odkryto na Suwalszczyźnie niemal całą tablicę Mendelejewa. W Krzemiance i Udrynie, na głębokości 850 do 2,3 tys. metrów pod ziemią, zalega 1,5 mld ton rud polimetalicznych! Jest tu ok. 50 mln ton tytanu niezbędnego do produkcji samolotów, okrętów podwodnych i statków kosmicznych. Jest też wanad – jeden z najtrwalszych metali, a także anotrozyt – magmowa skała głębinowa, cenny materiał budowlany, kamienie półszlachetne. Wszystko to jest warte (licząc po cenach rynkowych) z 355 mld USD! A niezależny ekspert Stanisław Palka uważa, że „... zasoby ok. 30 pierwiastków tam występujących liczone od spągu złoża warte są biliony dolarów. Najprostsza konkluzja brzmi: suwalskie złoża są warte więcej niż złoto całego świata...”.

A mimo to nie tylko tych skarbów nikt nie wydobywa, ale w „Bilansie zasobów kopalin i wód podziemnych w Polsce” z 2002 roku, wydanym przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie, w dziale „Rudy żelaza, tytanu i wanadu” zapisano: „dla złóż rud magnetytowo-ilemitowych występujących w suwalskim masywie zasobowym zostały opracowane i przyjęte w 1996 roku kryteria bilansowości zatwierdzone przez ministra OŚZNiL. Zasoby złóż Krzemianka i Udryń zostały zatwierdzone jako pozabilansowe. W tym stanie, w Polsce, praktycznie brak jest rud żelaza... głównym dostawcą rud i koncentratów tytanowych jest Norwegia oraz Kanada, Wielka Brytania i Niemcy...”.
Sformułowanie „pozabilansowe” oznacza, iż „... zasoby złoża posiadają takie cechy, które powodują, iż ich eksploatacja nie jest możliwa obecnie, ale przewiduje się, że będzie możliwa w przyszłości w wyniku postępu technicznego, zmian gospodarczych itp...”.


Schylić się po skarb

Grupa naukowców, która wiosną 2004 roku powołała nawet konsorcjum ds. dalszego zbadania złóż (wchodzą w jego skład przedstawiciele Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa, Wojskowej Akademii Technicznej oraz Państwowego Instytutu Geologicznego) oraz działacze Stowarzyszenia Samorządna Suwalszczyzna uważają, że właśnie nadszedł najwyższy czas, by schylić się po suwalski skarb.

Kopalnia miała ruszyć już pod koniec lat 70. Za Gierka wzięto od rządu RFN 750 mln marek pożyczki. Zbudowano w Suwałkach fabrykę domów, duże osiedle mieszkaniowe, powołano do życia kopalnię. Rocznie miano wydobywać metodami z lat 60. 8 mln ton rud. Gród nad Czarną Hańczą, szalenie wówczas (obecnie też) opóźniony w rozwoju, stał się stolicą województwa. Planiści zakładali, iż z 30-tysięcznego miasteczka stanie się 130-tysięczną aglomeracją.
Od samego początku protestowali ekolodzy. Kto był w okolicach Suwalskiego Parku Krajobrazowego, ten bez wątpienia „zaraził się” arcypiękną przyrodą: polodowcowymi jeziorkami, wzgórzami, lasankami, czystym jak kryształ powietrzem. Ale to nie bunt miłośników przyrody, lecz kryzys gospodarczy spowodował, że w latach 80. rząd przesunął termin rozpoczęcia budowy kopalni na koniec wieku. Potem były ważniejsze sprawy na głowie. I gdy wydawało się, że wszyscy o suwalskim tytanie i wanadzie zapomnieli, koncepcję najpierw odkurzył Jerzy Ząbkiewicz. Jeszcze głośniej zrobiło się o niej, gdy wyszła sprawa amerykańskiego offsetu w ramach zakupu F-16. Wydobywaniem rud zainteresowała się bardzo konkretnie jedna z amerykańskich firm. Jako że oficjalnie były one wciąż „pozabilansowe”, znalazła już inne miejsce na świecie. A konsorcjum otrzymało wówczas negatywną odpowiedź na swój wniosek o dofinansowanie dodatkowych badań złóż. Resort nauki, podpierając się opinią Ministerstwa Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych, uznał, że nie ma ekonomicznego i ekologicznego uzasadnienia dla „drążenia" sprawy suwalskich skarbów.



Nowe możliwości

Innego zdania są zwolennicy kopalni. – Jest XXI wiek – tłumaczy Jerzy Ząbkiewicz, przewodniczący Stowarzyszenia i górnik oraz ekonomista w jednej osobie. – Są technologie pozwalające pogodzić górnictwo z ochroną środowiska. Wystarczy pojechać w rejon Kiruny w Szwecji czy też zwiedzić fińskie kopalnie. Suwalskie złoża znajdują się w górotworze składającym się ze skał krystalicznych wytrzymałych na tyle, by podczas urabiania rudy, nie zachodziła potrzeba stosowania nawet obudowy dla zapewnienia bezpieczeństwa górników, zaś temperatura na poziomach eksploatacyjnych stwarza właściwy klimat pracy dla przyszłych górników. Nie ma tu nawet zagrożeń gazowych! Ruda zalega bowiem w bezwonnym i bezgazowym złożu. Wydobycie byłoby zatem i bezpieczne, i ekologiczne, gdyż proces wstępnej obróbki surowca miałby miejsce wewnątrz kopalni. Po co dziesiątki tysięcy mieszkańców Śląska ma jeździć do pracy aż np. do Finlandii (m.in. do Turku), że o Niemczech nie wspomnę, skoro mogliby przenieść się wraz ze swoją wiedzą, kwalifikacjami, doświadczeniem na Suwalszczyznę. No i po co nasze huty mają importować za grube miliony rudy z innych krajów? – przekonuje Ząbkiewicz.

Natomiast Stanisław Palka w swym obszernym uzasadnieniu potrzeby zajęcia się wydobywaniem suwalskich rud, jakie skierował już przed kilkoma laty do Ministerstwa Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych, pisał m.in. „... zakłada się zastosowanie technologii bezodpadowej, a więc nie będą powstawały hałdy... Istnieją wiarygodne dane pozwalające sądzić, że złoża norweskie są na wyczerpaniu, a wiadomo, że złoża fińskie zostały już wyczerpane... Kopalnie w Finlandii były użytkowane w latach 1949-1985 i były to kopalnie typu głębinowego o wydajności l,4 mln ton rudy rocznie. Nie było żadnych problemów ekologicznych...".



Małymi krokami

Jerzy Ząbkiewicz proponuje, by ze względu na różne jeszcze niewiadome oraz koszty rozpocząć wydobywanie małymi krokami, np. od jednej soczewki na 50 tys. ton wydobycia rocznie, co by pozwoliło użytkować suwalskie skarby przez... kilkaset lat! Pilotażowy odwiert mógłby powstać w miejscu nieczynnej już żwirowni w Potaszni k. Suwałk. Znajduje się tam obecnie... dzikie wysypisko śmieci, bo tyle pozostało z nie mającej nic wspólnego z ekologią żwirowni o mocy przerobowej 5 mln ton rocznie. Ale zostało też zaplecze techniczne w postaci torów kolejowych, linii energetycznej itp. Rudy byłyby transportowane tam tunelem z głębi ziemi. W dodatku kilka kilometrów dalej są tereny Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej oraz Parku Naukowo-Technologicznego Polska-Wschód. W strefie ma nawet zakład jeden z potencjalnych odbiorców bieli tytanowej.

Przy okazji dyskusji o suwalskich rudach światło dzienne ujrzała informacja, że tutejsza ziemia kryje i inne skarby. W Tajnie w pobliżu Augustowa zalega kilkanaście rzadkich metali niezbędnych m.in. do produkcji nowoczesnych silników elektrycznych, supermagnesów, luminoforów, półprzewodników specjalnych, nadprzewodników odnawialnych i czystych źródeł energii. Głównym surowcem są związki niobu, zastępujące obecnie w nowoczesnej technologii wanad. Jak twierdzi J. Pałka, te złoża mogą stanowić co najmniej 80 proc. zasobów Unii Europejskiej! Jerzy Ząbkiewicz proponuje zatem: - Skoro tyle obaw co do celowości wydobywania rud, to niech spotkają się w Suwałkach zwolennicy i przeciwnicy koncepcji. Niech podyskutują, tak jak to miało miejsce w połowie lat 70. za pierwszego wojewody suwalskiego, nieżyjącego niestety już Eugeniusza Złotorzyńskiego, niech pospierają się na argumenty, a nie wyobrażenia. Skoro znani z wielkiej troski o środowisko Finowie wydobywali rudy, skoro następne co do wielkości złoża tytanu znajdują się aż w Australii, skoro w ślad za tymi pierwiastkami mogłaby przyjść na kresy Rzeczypospolitej nowoczesna myśl techniczna i technologia, to może jednak warto podebatować, nim cokolwiek zbudujemy lub uznamy, że nie warto budować. Tylko wówczas trzeba też odpowiedzi na inne pytanie: co w zamian? Z rolnictwa na górzystych, kamienistych suwalskich polach trudno wyżyć. Turystyka może zaś być tylko dodatkiem, a nie głównym źródłem dochodu. Suwalszczyzna to nie piaski Hiszpanii czy Francji. Tu sezon trwa 2-3 miesiące – przekonuje szef Samorządnej Suwalszczyzny, dodając: - rozpoczęcie wydobywania rud polimetalicznych dałoby pracę około 10.000 ludzi. Trzy tysiące pracowałoby w samej kopalni, pozostali w jej otoczeniu.
Przypomnijmy, że obecnie na Suwalszczyźnie bez pracy pozostaje około 9 tys. mieszkańców. Po 2013 roku – przekonuje J. Zubkiewicz – Unia Europejska swoją pomoc finansową ukierunkuje na innowacyjność, nowe technologie, zamiast – jak obecnie – dawać pieniądze na budowę dróg, wodociągów, kanalizacji. Zmienią się zatem priorytety. Pierwszeństwo będą miały inwestycje w wiedzę, innowacje. Może warto zatem, m.in. za te pieniądze rozpocząć przynajmniej badania nad m możliwościami wydobywania rud polimetalicznych spod pięknej ziemi suwalskiej.

APPENDIX.

Już byśmy tu Kuwejt mieli


Suwalska ziemia kryje w swym wnętrzu skarby: rzadkie i cenne metale – tytan i wanad. W czasach PRL planowano je wydobywać, ale na projektach się skończyło. Dziś Jerzy Ząbkiewicz, suwalski działacz samorządowy, zabiega, aby do nich wrócić. Widzi w tym szansę dla swego regionu. Ekologom na myśl o kopalni rudy nad Czarną Hańczą cierpnie skóra.
Jerzy Ząbkiewicz jest szefem stowarzyszenia Samorządna Suwalszczyzna. Ma średnie wykształcenie górnicze i ekonomiczne. To drugie zdobył w USA, tam też nauczył się, jak twierdzi, obywatelskiej postawy, która każe pukać do wszystkich drzwi w sprawie, co do której ma się przekonanie, że jest słuszna. A co do słuszności starań o kopalnię jest pewien. Dlatego puka gdzie może, twierdząc, że Polski nie stać na to, by takie bogactwa nie były wykorzystywane.
Ząbkiewicz uważa, że Suwalszczyzna i cała Polska zgubiły wielką szansę, ale – twierdzi – nie wszystko jeszcze stracone. Uparcie, z teczką pełną dokumentów na temat bogactwa suwalskich złóż, jeździ na spotkania ze znanymi osobami, które w Polsce mają coś do powiedzenia.
Kiedy Lech Wałęsa podczas ostatniej kampanii prezydenckiej zawitał do Suwałk, Ząbkiewicz nie przepuścił okazji.
– Panie, dlaczegoś mi o tym nie powiedział, gdy byłem prezydentem. Już byśmy tu drugi Kuwejt mieli – usłyszał.
Lech Wałęsa zadeklarował, że jeśli ponownie obejmie najwyższy urząd w państwie – „o ile mnie poprzecie” – Suwalszczyzna stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą, a Polska jednym z głównych producentów tytanu i wanadu na świecie. Wałęsa jednak wyborów nie wygrał i nie mógł spełnić obietnicy. Zresztą to właśnie za jego prezydentury, na początku lat 90., sprawa suwalskiej kopalni została definitywnie odłożona na półkę.
Suwalska anomalia
To, że we wnętrzu suwalskiej ziemi kryją się skarby, wiadomo było już od dawna. Starzy mieszkańcy wsi Szurpiły i Udryn (gm. Jeleniewo) pamiętają dziwne zachowania pojawiających się od czasu do czasu na niebie kukuruźników i Antków (nieopodal, w Szelmencie, znajdowała się szkoła szybowcowa). Leciały sobie spokojnie i nagle ni stąd, ni zowąd zaczynały powietrzny taniec. Okazało się, że „wariowały” im przyrządy na skutek zaburzonego w tym rejonie naturalnego magnetyzmu ziemskiego. Już w latach 30. wykonano pierwsze pomiary magnetyczne i grawimetryczne, a w 1956 r. Jerzy Znosko i Jan Skorupa z Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie doszli do wniosku, że pod ziemią kryją się złoża wysoko skoncentrowanych rud metali. Nikt jednak nie wiedział jakich. Odpowiedź przyniosły wykonane w 1962 r. pierwsze odwierty: znaleziono rudy żelaza, tytanu i wanadu, a także domieszki srebra, miedzi, niklu. Okazało się równocześnie, że pokłady zaczynają się dopiero na głębokości 850 m i sięgają 2300. Im głębiej wiercono, tym wartościowsze ujawniano złoża. Dwa kilometry pod powierzchnią zawartość żelaza w rudzie wynosiła ok. 30 proc., tytanu 7, wanadu 0,3. Z poufnych danych wynikało, że wielkość suwalskich złóż szacuje się na ok. 2 mld ton, a wartość rudy możliwej do wydobycia – na ponad 30 mld dol., z czego na wanad miałoby przypadać 13 mld, na tytan – 3,5, na żelazo – 9,5. Koncentrat wanadowy pozyskany z suwalskich złóż pokrywałby 25 proc. całego ówczesnego światowego zapotrzebowania na ten cenny metal, tytanowy – 20 proc.
Kopiemy!
Dysponując takimi informacjami władze centralne zdecydowały się na eksploatację. W 1979 r. zaciągnęły w konsorcjum banków niemieckich kredyt na sumę 750 mln marek, za które miała być wybudowana kopalnia i zakład wzbogacania rud. Część tej kwoty miała być spłacona wanadem i tytanem, resztę rozłożono na 10 lat. Gdyby projekt nie został zrealizowany, kontrahent miał prawo żądać natychmiastowej spłaty całego kredytu z odsetkami.
Nie było więc na co czekać. W lutym 1980 r. decyzją ministra hutnictwa powstała Kopalnia i Zakład Wzbogacania Rud Polimetalicznych Krzemianka w budowie, z siedzibą w Suwałkach. W marcu Komisja Planowania przy Radzie Ministrów wyraziła zgodę na rozpoczęcie prac projektowych i przygotowawczych. Trzeba się było spieszyć, Niemcy zapowiadali na koniec roku kontrolną wizytę. Chcieli zobaczyć, co już zrobiono, na co wydano pierwsze pieniądze. Do ich przyjazdu zdołano jedynie wywłaszczyć w Suwałkach 5 ha gruntów i rozpocząć budowę hotelu dla górników. Goście nie byli zachwyceni, ale nie marudzili. Następny ich przyjazd planowany był na październik 1981. Jako że ciągle brakowało najważniejszej decyzji – o lokalizacji inwestycji – nie można było ani wywłaszczać gruntów pod budowę szybów, ani też prowadzić żadnych górniczych robót. W poufnym dokumencie z sierpnia 1981 r. czytamy: „Strony niemieckiej nie usatysfakcjonuje prowadzenie tylko robót przygotowawczych, realizowanych podczas wizytacji budowy w roku ub., bowiem kredytodawca oczekuje prowadzenia robót górniczych, zapewniających dostawy wanadu i tytanu już w roku 1988”.
Niemcy nie doczekali się suwalskiego wanadu i tytanu. Polskę ogarniał gospodarczy kryzys, a władze wietrzyły spore polityczne kłopoty. Panuje przekonanie, że decydujące znaczenie miało stanowisko naszego ówczesnego sojusznika – Związku Radzieckiego, który nie zaakceptował inwestycji o być może strategicznym znaczeniu dla tej części Europy, z udziałem zachodnioniemieckiego i planowanego amerykańskiego kapitału.
Gdzie są marki?
Ząbkiewicz stara się wskrzesić tę ideę. Większość słucha go z niedowierzaniem, inni z zainteresowaniem, ale nikt nie wziął sprawy na tyle poważnie, by ją poprzeć. Senator poprzedniej kadencji Lech Feszler zobowiązał się jedynie sprawdzić, co się stało z 750 mln marek kredytu zaciągniętego przez Polskę w niemieckich bankach. Chodził, pytał, ale niczego się nie dowiedział.
Również władze samorządowe podchodzą nieufnie, a o Ząbkiewiczu mówią „fantasta”. Z kolei zwykli ludzie, którzy kiedyś pukali się w czoło, dziś traktują go znacznie poważniej. Zmiana nastawienia bierze się – jego zdaniem – z coraz większej biedy wynikającej z bezrobocia (ok. 18 proc.) i beznadziei ogarniającej Suwalszczyznę. Gdy mówi, co mogliby zyskać dzięki kopalni – dostrzega w ich oczach błysk. Według założeń z końca lat 70. w kopalnianym kompleksie zatrudnienie miało znaleźć 6 tys. ludzi, w Suwałkach miały powstać nowe osiedla (miasto z 30-tysięcznego miało przerodzić się w 160-tysięczne), magistrala kolejowa, nowe drogi, sieć energetyczna o najwyższych napięciach, nowe szkoły kształcące kadrę górniczą, baza rekreacyjna itd.
– Problem zapóźnionej Suwalszczyzny przestałby istnieć – twierdzi Ząbkiewicz. – A Polska już nie musiałaby już importować rudy żelaza. Teraz sprowadzamy 10 mln ton rocznie znacznie gorszego gatunku za około 300 mln dol.
Ząbkiewicz wie, że samego państwa nie stać dziś na tak kosztowne przedsięwzięcie, więc wymyślił spółkę z udziałem samorządów. Kapitał na uruchomienie kopalni pochodziłby ze sprzedaży części akcji na giełdach. Na podstawie notowań giełdy londyńskiej obliczył wartość zalegającego pod Suwałkami tytanu, wanadu i żelaza na grubo ponad 300 mld dol. Uważa, że na świecie znalazłoby się wielu chętnych do zainwestowania w tak cenne surowce. Gdyby to od niego zależało, część akcji, np. 15 proc., rozdysponowałby między obywateli zamieszkujących Suwalszczyznę i Mazury. – Wszyscy oni przyczyniali się do rozwoju regionu – mówi.
Czyste szaleństwo
Kiedy rodziły się plany budowy kopalni w Suwalskim Parku Krajobrazowym, o ekologach w Polsce mało kto słyszał. Suwalska ruda miała być pozyskiwana metodą flotacyjną, poprzez wypłukiwanie wodą, w wyniku czego powstawałaby maź odpadowa zabójcza dla fauny i flory. Ówczesne władze wojewódzkie musiały ponoć mocno walczyć o to, by była odprowadzana i składowana poza parkiem. Miała płynąć rurociągiem do oddalonej o kilkanaście kilometrów od jego granic Doliny Rowelskiej, gdzie miał być zamontowany wielki zbiornik. Nawet gdyby ocalała przyroda, ucierpiałby krajobraz. Zbiornik i idący nad ziemią rurociąg, linie wysokiego napięcia i wieże wiertnicze nie dodawałyby uroku Suwalskiemu Parkowi Krajobrazowemu.
– Dziś coś takiego by nie przeszło – przyznaje Ząbkiewicz. – Ekolodzy na pewno by na to nie pozwolili.
Ma i na to lekarstwo. Uważa, że dziś można zaprojektować kopalnie tak, by odpady pozostawały pod ziemią, a przerób mógł się odbywać gdzie indziej, np. na Śląsku. A wtedy krajobraz i przyroda Suwalszczyzny już nie ucierpią. Dr Andrzej Ber z Państwowego Instytutu Geologicznego opowiadał mu o kopalni w Finlandii, położonej w równie cennym jak Suwalszczyzna regionie, której w ogóle nie widać.
– To prawda – mówi geolog. – Chodzi o kopalnię Otanmeki, zbudowaną w miejscu występowania złóż o podobnym typie, w podobnych skałach i na podobnej głębokości jak suwalskie. Tam cały urobek zostaje pod ziemią w wydrążonych komorach, a na powierzchni nie ma hałd. Wieże nad szybami zlokalizowano w obniżeniach, tak że nie psują krajobrazu. Flotacja i przerób odbywają się w innym miejscu, w innej części Finlandii. Sama kopalnia nie szpeci środowiska, choć oczywiście drogi, linie kolejowe i energia elektryczna musiały być doprowadzone.
Ząbkiewicz widzi same zalety swego pomysłu. Suwalską rudę otacza kamień o niezwykłych walorach i urodzie, który jego zdaniem można będzie wydobywać i sprzedawać. Metr sześcienny podobnego surowego, sprowadzany z Indii czy Iranu, kosztuje 5 tys. zł. Obecność rudy w litej skale oznacza, że można drążyć korytarze bez stemplowania. Nie byłoby tam także zagrożenia wodnego i gazowego. To z kolei oznacza, że nie byłoby na powierzchni szkód górniczych, tąpnięć i osuwów. Sypie argumentami przemawiającymi za budową kopalni.
Dr Ber nie jest jednak co do tego przekonany. Po pierwsze ze względu na problemy ekologiczne, po drugie ze względów ekonomicznych. To co opłaca się Finom, nam opłacać się nie musi. Eksploatacja – ze względu na skomplikowane warunki hydrologiczne (trzeba byłoby mrozić otwory) i zaleganie złóż na dużej głębokości – byłaby bardzo kosztowna. W tej sytuacji suwalski wanad i tytan nie byłyby w stanie konkurować z tańszymi surowcami wydobywanymi przez Rosjan tuż spod powierzchni ziemi.
Powrót do sprawy suwalskiej kopalni ekolodzy uważają za szaleństwo.
Krzysztof Wolfram, prezes Fundacji Zielone Płuca Polski, nie kryje oburzenia.
– To pomysł z gatunku wykarczowania Puszczy Białowieskiej na potrzeby uprawy ziemniaków – przekonuje. – Przecież nie ma potrzeby rozwijania bazy surowcowej ani przemysłu hutniczego. I jakim kosztem?
Ekologom wyobraźnia podpowiada koszmarny obraz zniszczeń: część jezior przestałaby istnieć, wyrósłby las wież i kominów. W gruzach ległyby wszystkie plany związane z ochroną środowiska regionu i funkcjami, jakie mu przypisano – rezerwatu przyrody, zaplecza rolniczego i turystycznego.
Ząbkiewicz powtarza swoje. Przekonuje, że ziemia tu marna, a turystyka to mrzonka, bo kto utrzyma się z niej w regionie, gdzie lato trwa dwa miesiące. A tytan i wanad to skarb, który może zapewnić bogactwo.
Joanna Hofmann-Delbor
Wanad – srebrzystoszary, twardy choć plastyczny metal. Stosuje się go jako składnik stali i żeliwa oraz do produkcji przemysłowych katalizatorów. Niektóre jego związki są używane przy wytwarzaniu farb i lakierów, w fotografice oraz do produkcji specjallnych gatunków szkieł.
Tytan – stalowoszary, lekki, niezwykle twardy i wytrzymały mechanicznie metal, wykorzystywany jest najczęściej jako dodatek do stali. Stopy tytanowe stosowane są w pojazdach kosmicznych, samolotach, statkach. Produkowane są z nich także narzędzia i implanty chirurgiczne (zastępujące ubytki kostne), elementy żaroodporne, narzędzia skrawające, aparatura laboratoryjna. Tytan jest też składnikiem materiałów ceramicznych, farb i lakierów (biel tytanowa).

piątek, 27 maja 2011

Lwów * Breslau * R.i.P Ofiary z d r a d y

"  Codziennie 40 milionow gwozdzi w 40 milionow desek. "Moze" juz wystarczy ?!? Za " z lornetka wsrod...blogerow" : " Możecie mnie nazwać „bezmózgim pisiorem”, gdyż: · nie akceptuję rządzących, którzy przez cztery kolejne lata prawie wszystkie niepowodzenia zwalają wyłącznie na poprzedników; · plami mój honor Polaka zachowanie się władz przed i po katastrofie smoleńskiej; · nie potrafię się zachwycać geniuszem Cichopek, Ibisza, Drzyzgi, Wojewódzkiego, Majewskiego, Kory, Dody i innych „gigantów” rozrywki; · nie potrafię przyjąć do wiadomości, że pętak bez matury mówi o jednym z najwybitniejszych polskich polityków, że jest chujem; · nie rozumiem, dlaczego w roli „sumienia narodu” występują celebryci, którym trudno sklecić dwa mądre zdania; · nie mogę pojąć, że w wolnej Polsce byli aparatczycy opływają w luksusy, zaś ludzie prawdziwej „Solidarności” żyją w nędzy i zapomnieniu; · jestem zszokowany, że w moim kraju najbardziej nienawidzą J. Kaczyńskiego, zaś Jaruzelskiego i Kiszczaka uczyniono ludźmi honoru; · jestem smutny, gdy patriotów i ludzi głębokiej wiary określa się mianem „swołoczy”; · nigdy nie zgodzę się z hipokryzją i obłudą PO oraz sprzyjających jej mediów; · nadal mam ideały, wierzę i wiem, że istnieją wspaniali LUDZIE!"  

woockie

Akcja "Znicz w parku"
Jakiś czas temu umówiliśmy się w redakcji, by 1 listopada zapalić lampkę na zapomnianej kwaterze cmentarnej - w pobliżu własnego miejsca zamieszkania. Dziś w miejscach dawnych cmentarzy częstokroć mieszczą się miejskie parki. O wielu miejscach wiecznego spoczynku dawnych mieszkańców Śląska, nikt dzisiaj już nie pamięta. Wybrałem się zatem w ostatni poniedziałek w jedno takie miejsce.





Fot. Maciej Wołodko
Obecnie jest to niewielki skwer za zajezdnią tramwajową nr 6 (Dąbie), przy ul. Wróblewskiego. O cmentarzu w tym miejscu dowiedziałem się w formie miejskiej legendy, powtarzanej po zmroku przy paru puszkach piwa. Jak zwykle w takich przypadkach, potraktowałem rzecz jako "możliwe, ale mało wiarygodne". Dopiero w ubiegłym roku trafiłem (przypadkiem) na ślad tej historii w dokumentach. Gregor Thum w książce "Wrocław obce miasto 1945 i potem", przytacza obszerne fragmenty pamiętników i wspomnień polskich osadników z lat 1945-1947. I jest: w maju 1945 roku, gdy szło się Tiergartenstrasse w stronę osiedli Bischofswalde i Zimpeln i gdy minęło się zajezdnię tramwajową, mijało się także po lewej stronie zbiorowe groby, do których starszy mężczyzna zwoził furmanką ciała. Tak zanotowała w swoim pamiętniku kobieta, która wraz z rodziną i całym dobytkiem w kilku walizkach podążała ku mniej zniszczonej części Breslau (osiedle Bischofswalde). Widok, komponujący się z rykami niedożywionych zwierząt z ZOO i przewróconym nieopodal składem tramwajowym, był - jak wspominała - przygnębiający i irracjonalny. Tyle dokumenty.

Kogo tam pochowano? Okolicznych mieszkańców? Przymusowych robotników budujących niedaleko pod gradem radzieckich bomb pas startowy lotniska (dzisiejszy plac Grunwaldzki)? Obrońców Festung Breslau? Albo i jego zdobywców... Nie wiem.

Było jednak rzeczą naturalną, że lampkę pójdę zapalić właśnie tam - w miejscu, które składa się na mój heimat, które mijam tysiące razy, które nasiąkło drobnymi wspomnieniami (dobrymi i złymi), które na najprywatniejszej mapie świata jaką wielu z nas nosi w głowach, leży dla mnie w ścisłym centrum. Na tym niewielkim obszarze, gdzie ojczyzną jest każdy kamień i każde drzewo. Gdzie każda z ulic pamięta nasze dzieciństwo, dorastanie, kłótnie, miłości, pasje, czy smutki. Gdzie rozpoznajemy nawet zapach powietrza i codzienne dźwięki. W miejscu, w którym wracając z dłuższej podróży i zbliżając się do domu człowiek czuje już, że jest u siebie.

Wybaczcie mi tę poetycką dygresję o ojczyźnie, ale ona ma na celu pokazać, jak wielkie było moje zdumienie gdy dotarłem na miejsce. Pod sporych rozmiarów iglakiem stał krzyż. Stary, zdaje się z metalowych kątowników i skorodowany. A pod krzyżem stał świeżo zapalony znicz. Jakby zmaterializował się tu przed chwilą. Wytrzeszczyłem oczy nie bardzo wiedząc jak to się stało, że nigdy wcześniej go nie zauważyłem. I jak to się stało, że ktoś uprzedził mnie dziś ze zniczem w tym parczku. Osłupienie przerodziło się w wątpliwości. Może to zbieg okoliczności? Może tu później ktoś zginął - np. wpadł pod tramwaj trzy kroki dalej i stąd krzyż w tym miejscu? Stoi w cieniu, więc mijając go codziennie tramwajem lub autem, nie zwróciłem nań uwagi. Przechodziłem tędy setki razy, siadywałem na pobliskiej ławce - nie popatrzyłem i już. Być może tych dwóch historii: grobów z 1945 i krzyża nic nie łączy. - Mój krytyczny umysł ze wszystkich sił próbuje sfalsyfikować cisnącą się na usta teorię. Mimo wszystko, nie jestem w stanie tego wykluczyć. To może być krzyż dla pogrzebanych tu ofiar oblężenia Festung Breslau. I ktoś o nim jeszcze pamięta.

Ustawiam obok drugą lampkę, robię kilka ujęć i wracam do spraw współczesnych.









Maciej Wołodko
http://www.slaskwroclaw.info/index5.php?wiersz=2


APPENDIX.
POpolsza.

Nawet "DONALD MA TOLE" jest przestępstwem

Dołek i po 2 tys. grzywny za transparent
Władza nie odpuści nawet Donala co "MA TOLE".
Wydawało się że transparenty tej treści będą "bezpieczne" dla kibiców, ale nic z tego.
Jak informuje PAP:
Podczas meczu piłkarskiego Wisła Płock - Sokół Sokółka [...] na ogrodzeniu stadionu zawieszono m.in. transparenty o treści: "Wolna Białoruś. Wolne stadiony", "Tola ma Donalda. Donald ma Tole" i "Copacabana"

Czterech kibiców Wisły Płock, którzy wywiesili na ogrodzeniu stadionu transparenty krytykujące władzę, zostało zatrzymanych przez policję
Jak poinformował rzecznik płockiej policji Piotr Jeleniewicz, zatrzymani kibice w wieku 20-30 lat złamali regulamin stadionu i naruszyli przepisy ustawy o imprezach masowych. Wywiesili podczas wczorajszego meczu transparenty o treści niezgodnej z charakterem imprezy. W ich sprawie skierowany został do sądu wniosek o karę grzywny i objęcie zakazem stadionowym.




Poniżej "DONALD MA TOLE" sprzed kilku dni:

 
 Uzupełnione:


Jak informuje lokalny portal:

"W drugiej połowie meczu spiker zaapelował do kibiców o zdjęcie transparentów, bo z godnie z przepisami zakazane jest umieszczanie napisów, niemających związku z wydarzeniem sportowym. Reakcji nie było, więc po kilku minutach do ogrodzenia żwawym krokiem ruszyło 6-7 ochroniarzy. Gdy byli około 50 metrów od celu, kibice szybko zdjęli transparenty, a publiczność ryknęła śmiechem. Tuż po meczu, już po godzinie 20, dość liczne siły policji zebrały się przed wejściem na trybunę wschodnią.[...]
policja zatrzymała czterech kibiców, w tym gniazdowego, czyli kibica prowadzącego doping [...]


Sprawa jest rozpatrywana w trybie przyśpieszonym, policja wnioskuje o karę po 2 tys. zł grzywny i zakaz stadionowy dla każego z zatrzymanych. - Przekazaliśmy materiały do sądu, sędzia właśnie się z nimi zapoznaje, a zatrzymani nadal są w areszcie - informuje Piotr Jeleniewicz. - Kibice złamali zakaz wywieszania informacji niezwiązanych z meczem i zgodnie z prawem, policjanci jako świadkowie wykroczenia czy przestępstwa musieli podjąć w związku z tym takie działania. Nie ma w tym żadnej nagonki na kibiców. [...] O tym, czy aresztowani są winni zarzucanych im czynów zadecyduje niezawisły sąd. "